O NIEWŁAŚCIWYM KOŃCU BANANA

 

N. dziś wyjeżdżał BARDZO RANO w delegację. Przed samym wyjściem z domu, już z kubkiem termicznym w ręku, oznajmił mi

– Wiesz, w Trójce mówili, że małpy obierają banany tak jak ty – od ogonka!

Po czym pocałował mnie w czoło i wybył.

SZLAG MNIE TRAFIŁ, bo on się ZAWSZE czepi mojego banana, ZAWSZE – a ja faktycznie obieram od ogonka, BO TAM JEST POCZĄTEK BANANA!… Więc to chyba LOGICZNE, że chcę go zjeść OD POCZĄTKU! I widocznie mam rację, skoro małpy też tak robią – no sorry, ale mało kto się tak zna na bananach, jak małpy. (On oczywiście obiera banany w JEDYNIE SŁUSZNY SPOSÓB, od czarnego końca).

Następnie odbyłam jedną z bardziej fascynujących rozmów telefonicznych w moim życiu. O tym, czy zaświadczenie o przyłączu energetycznym i instalacji ma być z pomiarami, czy bez pomiarów. Rozmowę odbywałam leżąc na podłodze i wyciągając odkurzaczem koty spod łóżka (kurzu! koty kurzu, zanim na mnie naślecie TOZ). Bardzo to było surrealistyczne.

A teraz zastanawiam się, czy ryby potrafią pływać do tyłu (żeby się nie zastanawiać nad pogodą i nie oszaleć; znajomy nas pocieszał, że u nich w Hiszpanii przez cały czas leje i jeszcze jakiś czas ma lać – ale przynajmniej mają 15 stopni!…)

 

O PRZEDMIOTACH NIEZAKUPIONYCH (DLA ODMIANY)

 

Najlepsze jest to, że nic nie musze odsyłać, bo mi Hanki chłopak naprawił porysowanego Bonda. Swetrem. Wytarł płytę swetrem i działa. Twierdzi, że to dlatego, że sweter jest ZAGRANICZNY (i może w tym być ziarno prawdy, bo w domu N. tarł ręcznikiem i nie zeszło – nie wiem, jakiej narodowości jest ręcznik, nie byliśmy przedstawieni).

A najgorsze? Najgorsze – oprócz pogody – że przestaję sobie radzić w sklepach internetowych. Ja! Ja, wierna internetowa kupczyni, co to niektórzy twierdzą, ze w PEWNYCH SKLEPACH to już powinno stać moje popiersie (i przechodzący pracownicy pocierają nosek na szczęście?…). Zachodzę mianowicie do sklepu z butami A TAM… zamiast przyjaznych oku zdjęć… Buty jeżdżą na karuzeli! To jest, właściwie, na płycie gramofonowej – ktoś wymyślił, że zrobi taka ruchomą panoramę, że niby buty się przedstawią z każdej strony. Niestety, po kilku sekundach zrobiło mi się niedobrze i z butów nici.

To poszłam sobie obejrzeć taki naszyjnik, co mnie korci (wygląda jak obroża, normalnie tylko przypiąć smycz, byśmy miały podobne ąpluła ze Szczypawką na spacerze). Tam znowuż jest zdjęcie co prawda statyczne, ale modelka ma na szyi i dekolcie TAKĄ gęsią skórę, że od razu miałam wizję zamrażary pełnej biednych, sinych kurczaków i naszyjnik także poszedł się gonić.

I jak ja mam stymulować gospodarkę! NO JAK!

(W dodatku Merlin mi przysłał maila „Bądź piękna na wiosnę” – przepraszam, a to ja nie jestem piękna CAŁY CZAS?… No chyba naprawdę chcą mnie zdenerwować, bo robią co mogą).

 

PS. Przekonałyście mnie. Wchodzę w bieluń – ładny i pożyteczny (jeśli, oczywiście, będzie szansa, żeby cokolwiek w tym roku ZASADZIĆ, bo może ten śnieg stopnieje dopiero za skromne 20 tysięcy lat).

 

O DODUPIU

 

Najszybciej to bym się otruła, ale czym? ALE CZYM? Co za czasy jakieś dzikie nastały, żeby pani domu nie miała pod ręką arszeniku albo chociaż kropli do oczu z beladonną, bo wszystko refundowane i nikt nie wypisze, bo trzeba ożynać budżet państwa. Ewentualnie mogę zjeść saszetki na mole i popić nawozem do kwiatów, ale mój żołądek nie takie rzeczy już widział i strawił.

 

A Merlin mi przysłał porysowanego Bonda i teraz nie wiem, reklamować i narażać się na historię rodem z „piekielnych”, czy od razu wyrzucić, odpuścić i skoczyć z mostu.

 

O KUPAMIĘCI

 

22 marca: Śniegu na 1,5 Szczypawki.

 

Po raz kolejny ekipa blog.pl „ulepszyła” mi bloga, w związku z czym spieprzył sie cały szablon – ja jestem cierpliwa, leniwa, ale chyba mam tego dosyć.

 

PS. OMG, OMG OMG! Ale serial odkryłam! „Lightfields”. Brytyjski. Aaaaa!…

 

O ŚMIERDZĄCYM BUKSZPANIE I CZYSZCZENIU CIASTECZEK

 

Zimno mi, wściekła jestem i mam ochotę na pieczarki.

W dodatku śmierdzi mi w domu, bo kupiłam bukszpan. Nie oparłam się bukszpanowym sadzoneczkom w Lidlu (lub – jak to niektórzy mówią – LIDRZE), zabrałam je do domu, bo bardzo lubię bukszpan, a on mi się tak odwdzięcza, że śmierdzi na całą chałupę kocimi sikami. Fakt, że wiedziałam, że bukszpan ma charakterystyczny ZAPACH, ale nie, że AŻ TAKI – w ogrodzie jakoś mniej jest wyczuwalny. Już wiecie co.

Dostałam od N. w prezencie wieeeelką zakurzoną kupę papierów („Zobacz co tam jest, kochanie, jak są jakieś decyzje czy akty notarialne, to trzeba skserować no i w ogóle weź to uporządkuj i COŚ Z TYM ZRÓB”). Kocham porządki w papierach prawie tak mocno, jak zapach kocich sików o poranku pod własnym dachem.

Lekko wczoraj popadłam w szezlong, bo przyszla zamówiona torba i okazała się PRZECUDNA, miękka, pachnąca oraz będąca jednokomorowym WOREM. Bez podszewki oraz ani jednej, ani ćwierci kieszoneczki, nawet takiej maciupkiej na dokumenty. Na całe szczęście, człowiek posiada światowe znajomości i już nie lamentuję, ponieważ Zuzanka zapoznała mnie z ofertą organizerów do torebki – da się coś z tego wykroić. Co nie zmienia faktu, że po takiej firmie (Mango) i w takiej cenie to ja bym się jednak spodziewała minimum podszewki. Jakieś standardy trzeba mieć, proszę firmy.

Przeglądarka mięsię pokopała, musiałam wyczyścić jej ciasteczka (hm, to brzmi tak troszkę, troszeczkę obleśnie i dwuznacznie – czyścić komuś ciasteczka) i teraz, panie dzieju, muszę sobie poprzypominać wszystkie hasła do wszystkich sklepów. Najwyżej zaoszczędzę, jak sobie nie przypomnę.

Czyli na pocieszenie zostały mi pieczarki.

 

O TYM, ŻE WIOSNA TO FLĄDRA

 

Nie odzywam się, bo odpadła mi głowa. To znaczy, WOLAŁABYM, żeby mi odpadła, tak mnie boli.

Przekichałam pół niedzieli i miałam coś jakby LEKUTKIE dreszcze – ale myślałam, że to ze szczęścia, że wygrali nasi skoczkowie kochani narciarscy, a w szczególności Piotr Żyła. No i w poniedziałek się wystroiłam na delegację w KOSZULĘ do spodni. KOSZULĘ. Zamiast – koszulę, sweter, polar, a na to bluzę od dresu. No cóż – ZMYLIŁO MNIE TO SŁOŃCE rano (całe 15 minut chyba go było, w każdym razie zdążyłam nawet założyć okulary p.słon.).

W efekcie JAK mnie roztelepało, to zległam po południu majestatycznie niczym przełamany Titanic, miód, herbata malinowa i sny w technikolorze, atrakcyjne jak bajka o Koniku Garbusku (czy współczesne dzieci oglądają bajkę o Koniku Garbusku? Czy obecnie jest to kategoria „Rusek męczy niepełnosprawne zwierzę dla korzyści materialnych!!!1111”).

A dziś patrzę A TU ZAMIEĆ najprawdziwsza.

Ta dziwka wiosna utknęła gdzieś w Hiszpanii, siedzi w tapas barach, pije wino i ani myśli ruszyć na północ, lafirynda wszeteczna wyuzdana.

Ide pod koc bo mi wszystko pląsa.

 

O PINGWINACH, JOGURCIE I PTASICH APETYTACH

 

Z nowości, to martwię się o pingwiny. Podobno pingwiny w depresji odłączają się od stada, żeby popełnić w samotności samobójstwo. Mam nadzieję, że to jakiś nius wyssany z palca i kompletna nieprawda oraz legenda miejska, jak z lemingami. Zwierzęta są zbyt miłe i mają za dużo zdrowego rozsądku, żeby popełniać samobójstwa.

A ja sobie wczoraj dogodziłam jogurtem truskawkowym i mam ewolucyjny wniosek, ale muszę nadmienić, ze był to jogurt w truskawce, takiej plastikowej. Z Biedronki, co tez wiele tłumaczy. Bo Biedronka na mnie dziwnie działa. Wchodzę i zamieniam się w tę wiewiórkę z Epoki Lodowcowej: MUSZE TO WSZYSTKO MIEĆ! Bo oni w tych koszach mają takie PRZEPIĘKNE rzeczy, wszystko mi się podoba i wszystko bym kupiła natychmiast, a najlepiej po dwa, żeby było na zapas, jak jedno się stłucze albo podrze. Nie wiem, chyba jakieś psychotropy rozpylają, albo ultradźwięki stymulujące ośrodek zakupów w mózgu, nie wiem. Ale inni ludzie tez tak mają – ostatnio weszliśmy ze znajomymi tylko po wodę i soki na weekend, a wyszliśmy z koszem wypchanym POD SUFIT, udekorowanym różowym ręcznikiem z konikiem Pony, którego w normalnych okolicznościach nikt by nie tknął kijem. Towary w tych koszach są nasączone heroiną, mówię wam.

No i właśnie w Biedronce znalazłam truskawki z jogurtem, a raczej jogurt zapakowany w plastikowe pojemniczki o kształcie truskawki. Z ogonka truskawki zrywa się kapselek i wysysa jogurt. Nic to, że nie jem innego jogurtu, tylko naturalny – MUSIAŁAM MIEĆ TE PRZEPIĘKNE TRUSKAWKI, to chyba oczywiste. A zatem biorę w domu odnośną truskawkę i zabieram się za jogurt i, hm. Następuje dysonans poznawczy. Takie truskawki chyba są produkowane dla dzieci (psychiczna baba to przypadkowy klient spoza targetu) – no więc, te dzieci muszą mieć niezły uciąg, jak dobry hydrofor. Com się naszarpała, żeby wydobyć nieco jogurtu ze środka, to moje. Choć może właśnie dzieci mają jeszcze odruch ssania, pozostałość z niemowlęctwa, i one sobie lepiej dadzą radę z takim opakowankiem? U mnie odruch ssania został całkowicie wyparty przez odruch sączenia z kieliszka. Widocznie te dwa odruchy nie mogą koegzystować. A jogurt średnio wstrętny. Ale truskawki bardzo fajne.

Nową książkę Justyny Bargielskiej – „Małe lisy” – zamówiłam. A na weekend mam „Naked” Davida Sedarisa, więc zapowiada się uczta. A propos uczta – moje ptaszki zżarły wczoraj 3 szklanki łuskanego słonecznika, pół bochenka chleba pokrojonego w kostkę i torebkę kaszy perłowej. I gdybym wysypała cos więcej, to też by zniknęło. MAM NADZIEJĘ, że to dlatego, że idzie wiosna i energia je rozpiera, a nie, że uzupełniają zapasy tłuszczu, bo zima potrwa jeszcze dwa miesiące. Albo i cztery.

 

O NASTROJU DOŚC MINOROWYM

 

Mam nieprzepartą ochotę założyć pod skafander letnią, powiewną kieckę. I emu na gołe nogi. I chodzić w okularach słonecznych przez cały dzień (i tak nic nie widać, bo jest ciemno od chmur i śnieżna kurzawa, więc co to zmieni – a przynajmniej humor mi się poprawi, bo jest CIENKO).

I mam dosyć, DOSYĆ! Skandynawskich kryminałów. Może dlatego, że ROZUMIEM, och, jak bardzo rozumiem, dlaczego oni się tam tak ochoczo wyrzynają wzajemnie: PRZEZ POGODĘ. Drogi świecie, jakie to szczęście, że jestem taka leniwa i nieruchawa z natury, bo doprawdy, niejedna tusza ludzka by mi zwisała w spiżarni (celem pobujania na poprawę humoru, oczywiście, a nie zjedzenia – A FUJ!). Przez ostatni tydzień mogłabym normalnie zamordować jakieś pięć osób (jedna na każdy dzień roboczy). Tak czy siak – KONIEC ze skandynawszczyzną. Bardzo proszę rynek wydawniczy o jakiś gorący, spocony, brazylijski kryminał, gdzie policja przybywa na miejsce zbrodni krzycząc „Jariva jarivaaaaa!” i strzelając z pistoletów, a kiedy okazuje się, że Konsuela otruła Ricardo, BO BYŁ JEJ NIEWIERNY, to zostaje uniewinniona. I wszyscy w rytmie samby udają się do knajpy na ceviche i tequilę pitą z pępka.

Coś nie widzę na Gazecie informacji, co uczestnicy konklawe dostali dziś na śniadanie (a przecież relacjonują MINUTA PO MINUCIE od dwóch dni). No wiecie co, żeby tak zaniedbywać czytelników. (Pewnie jajka po benedyktyńsku, ha, ha, haaaaa).

Dobra. Wódki poproszę (choć nie lubię) – albo siekierę.

 

 

O… NO O CZYM? O CZYM JA MOGĘ PISAĆ W TAKĄ POGODĘ???

 

Ktokolwiek trzyma pilota od pogody, to chciałam mu przekazać, że poczucie humoru ma słabe. Bardzo, bardzo słabe, na poziomie komedii z Adamem Sandlerem. To tyle na razie o pogodzie, bo nie mogę nawet o niej MYŚLEĆ bez ryzykowania wylewem.

Mam niejaką satysfakcję, że potwierdziły się moje obserwacje dotyczące sikorek. Są słodkie, ale mają w sobie coś takiego i tak się czasem zachowują, że wierzę, że są sytuację, w których po prostu wydziobują mózgi i rozszarpują nietoperze. Widać to po oczach. I wiecie, kto jeszcze ma coś takiego w oczach? Kobiety na zakupach. Czasem też w innych sytuacjach, ale głównie na zakupach.

Bardzo pięknie się rozwija motyw biznesowy w Grey’s Anatomy – acz nieco się pogubiłam w amerykańskiej ekonomii (uwaga, spojlery będzie, kto nie dobrnął do najnowszego odcinka): skoro szpital pada finansowo z uwagi na odszkodowanie, jakie musiał zapłacić tym z Losta, to dlaczego oni, żeby uratować szpital, muszą zainwestować całe swoje odszkodowanie plus dodatkowo kredyt na 175 milionów? Gdzie jest Waldo? To nie mogli się jakoś dogadać, żeby im rozłożyć wypłatę na kilka lat, wtedy wilk byłby syty, Manchester City, oni by mieli forsę, a szpital by działał? Dziwny ten rynek medyczny, Drogi Pamiętniczku, i nie na moją (wkurwioną na pogodę) głowiznę.

Aha, i nie mogę przy mężu oglądać „Girls”. Bo on, jak słyszy te dialogi, to na mnie krzyczy „CO TY OGLĄDASZ, ZWARIOWAŁAŚ JUŻ CAŁKIEM” a ja mu muszę tłumaczyć, że to nie są żadne pornochy, tylko normalnie UTALENTOWANY DEBIUT (droga Leno D., jesteś przezdolną osobą, ale czy twój full frontal jest naprawdę niezbędny przez większość każdego odcinka?) (ale Jessa jest przepiękna, chcę takie kiecki, jak ona nosi).

No i tak o. Temat przewodni popołudnia: „Napalmyż w kominku i nie zwariujmyż”.