O SKARPETKACH I LOKALNYM SKLEPIE

Droga Redakcjo, ostatnich kilka nocy spałam w skarpetkach. W SKARPETKACH! W sierpniu!!! Nie, tak być nie może i ja poproszę z kierownikiem – z jednej strony Ruskie, z drugiej Niemcy, a na dodatek w sierpniu muszę w skarpetkach spać – nie tak się umawialiśmy. 

Na dodatek w sklepach z ciuchami już jesień, a koleżanka widziała już ozdoby świąteczne. I dziwić się, że połowa kraju jedzie na lekach na depresję. 

Żeby nie było nudno, to wynoszę pająki z wanny. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że po remoncie w nowej wannie już nie będą się pojawiały pająki. Nie mam pojęcia, którędy włażą i dlaczego lądują w wannie. Z całej łazienki muszą się pchać akurat do wanny, z której nie mogą wyleźć – zupełnie jak ludzie, ze wszystkich możliwości w życiu wybierają te najbardziej autodestrukcyjne. No dobra, nie wszyscy ludzie (i nie wszystkie pająki). A później biega taki w kółko, a człowiek musi organizować ekspedycję ratunkową ze szklanką i kartonikiem – przypominam, że mam arachnofobię. Co oczywiście nikogo nie interesuje, a najmniej pająka w wannie.

Dostałam ostatnio ochrzan od N., no bo tak: znosi do domu owoce, jak to on – nie może kupić kilku śliwek, tylko od razu pół wiadra i to różnych. Zje połowę, a reszta leży i się na mnie patrzy, więc podejmuję działania naprawcze – a to jakiś kompot, a to powidła do naleśników, co tam wypadnie. Zwykle nie mam w domu cukru, bo nie używamy (i później świecimy oczami przed gośćmi, jak poproszą o cukier do kawy), więc wysłałam N. do naszego lokalnego wiejskiego sklepiku, bo była sobota po południu, a nad owocami pojawiły się muszki owocówki, więc sytuacja nabrzmiewała. Lista zakupów – cukier i goździki. Poszedł.

Wrócił nabzdyczony i mówi mi, że czuł się jak ostatni Mohikanin w pustyni i i w puszczy, bo JAKO JEDYNY opuścił sklep z produktami o zawartości alkoholu 0,0%. Bardzo go to zdeprymowało i wszyscy się na niego gapili i w związku z tym musiał dokupić pół kilo pasztetowej luksusowej, żeby w ogóle z tego wyjść z twarzą. Powiadam Państwu – męskie ego to jest jednak bardzo, bardzo kruchy podmiot liryczny. A sklep swoją drogą stanowi osobliwość lokalną, bo jest mały – taki kiosk przed chałupą – a jest w nim wszystko. WSZYSTKO! No dobra, świeżych ostryg nie mają, ale poza tym wszystko. Coś niesamowitego.

I oto niniejszym nadeszła (jak mówią politycy – NADEJSZŁA) smutna chwila, w której przeczytałam wszystkie pięć tomów Kulawych koni, dostępnych na polskim rynku wydawniczym. I stoję przed dylematem – polować na oryginały czy czekać na tłumaczenie? Autor ma bardzo barwny język i chwilami mocno zapętlone metafory, więc nie wiem, czy podołam. Z drugiej strony, czasem tłumaczenie jest bardziej skomplikowane, niż powinno, no i nie wiem. Na razie mam drugą kryminalną powieść japońską i biografię Jasnorzewskiej (czy tylko ja mam wrażenie, że co roku wychodzą kolejne biografie Osieckiej i Jasnorzewskiej?), a później się zobaczy.

Ale przynajmniej nie mam już kataru (bo śpię w skarpetkach, kurde).

O KARACH CIELESNYCH I WODOROWANIU WODY

Przez cały wyjazd przewijała się rozmowa, którą zaczęła jedna koleżanka na widok elektrycznej hulajnogi rzuconej w poprzek chodnika w Ełku. Otóż ona powiedziała, że za te hulajnogi by batożyła – a jest pedagogiem i twierdzi, że żadne argumenty, terapie, rozmowy – nic nie ma sensu, tylko porządny bat z rzemykami, a na końcu każdego rzemyka haczyk. I chlastać, aż by wyrywał kawałki mięsa – tylko batożenie, żadne inne sposoby nie zadziałają.

No i tak rozwijaliśmy temat przez pozostałe dni, dwustronnie: po pierwsze – grupy osób, które należy poddać batożeniu. Sporo się tego nazbierało, bo mieszkamy w specyficznym państwie, gdzie nieprzestrzeganie prawa jest powodem do dumy, a kto przestrzega ten frajer. Swoją drogą nikt nie egzekwuje przestrzegania prawa, więc wszyscy którzy mają ochotę palić w miejscach publicznych i rzucać pety pod nogi, palić w piecu oponami, śmiecić na ulicy i wyrzucać śmieci do lasu i jeziora – mogą to robić i śmiać się w twarz głupkom, którym to przeszkadza i woleliby, żeby było czysto. No sporo się tego nazbierało, z politykami włącznie (a może przede wszystkim), albo ludźmi, którzy znoszą do stolików tony jedzenia ze szwedzkiego bufetu, a później to wszystko zostawiają.

Z drugiej strony zajęliśmy się techniczną stroną przedsięwzięcia i nawet znaleźliśmy na Allegro bardzo estetyczne gadżety do biczowania (zachęcam, dział dla dorosłych, sekcja BDSM), a później – te same gadżety na TEMU, co najmniej połowę taniej. Tylko trzeba by do każdego rzemyka przywiązać haczyk na ryby, chociaż mój mąż (wędkarz) twierdzi, że lepiej kotwiczki, więcej mięsa wyrwą i nie trzeba się będzie tak namachać. 

Ja to nawet podziwiam takie podejście, bo to jest jednak sporo wysiłku i gimnastyki, takie batożenie. Ja bym wstrzykiwała neurotoksynę albo obcinała palce, po jednym stawie. 

No i takie mieliśmy rodaków przy winie rozmowy. 

A teraz wyświetlają mi się ciekawe oferty, po tym jak szukałam bicza na Allegro. 

I mam nową obsesję – filmiki pani, która kupuje całe palety nieodebranych przesyłek i je rozpakowuje na wizji. Wciągające jak cholera – czego w tych paczkach nie ma! Chociaż trzeba przyznać, że jak trafi na spersonalizowane gadżety – biżuterię, kubek z dedykacją czy kocyk ze zdjęciem, to uruchamia poszukiwania i odsyła do adresatów. Ale co robi na przykład z sukienkami, które z przodu składają się ze sznurków, a z tyłu z kokardek – to nie wiem. 

I może ktoś mi wytłumaczy, co to są do cholery butelki do wodorowanja wody? Bo kilka sztuk już odpakowała. Po co w wodzie ekstra wodór i skąd ten wodór się bierze? (Czy należy wybatożyć producentów butelek do wodorowania wody?).

Nie podoba mi się, że noce są takie zimne. W ogóle nie podoba mi się, że lato się kończy, bo jakoś wyjątkowo mało go było w tym roku.

O TYM, KTO SIĘ PRZEZIĘBIA W UPAŁ

Tydzień upałów, który nawiedził Polskę, spędziliśmy z przyjaciółmi w domku nad jeziorem. Dziwne, że nie padało – no ale może to dlatego, że nie ja rezerwowałam. 

Piękne miejsce, rano i wieczorem słychać było żurawie, a o zmierzchu dodatkowo jeszcze coś, koleżanka pierwszego dnia się wystraszyła że kogoś mordują rytualnie, no ale chyba co wieczór by nie mordowali? Darło się jakoś tak pomiędzy czkawką a wyciem i prawdopodobnie była to jakaś sowa. 

Żeby nie było zbyt różowo i z brokatem, to trzeciego dnia się przeziębiłam – albo klimatyzacja w samochodzie, albo najnowszy wariant covid o imieniu Nimbus (kto mu te imiona nadaje, swoją drogą – jest jakaś lista, jak przy huraganach?). W każdym razie najpierw miałam w gardle żyletkę, a później zaczęło mi się lać z nosa – czy tylko ja się przeziębiam w upały? A nie, jeszcze Saliy z „Kiedy Harry poznał Sally” – w końcowej przemowie Harry mówi do niej „Kocham jak się przeziębiasz, kiedy jest upał”. No dobrze, Harry to w niej kochał, ale czy ona lubiła się przeziębiać? Bo ja na przykład nie przepadam. Nos mam już pokaleczony od wycierania, łeb jak wiadro z cementem i tradycyjnie czuję się jak Kłapouchy – wilgotny i smutny. 

Na dodatek N. się ze mnie nabija, że nie umoczyłam w jeziorze nawet czubka palca – a kąpali się wszyscy, włącznie z Mangustą (weszła na głębokość do brzucha, czyli jakieś 4,5 centymetra). Po pierwsze – dla mnie ta woda była za zimna, po drugie – wszyscy radośnie opowiadali, ile widzieli pijawek – chyba bym zeszła na zawał, gdyby mi się pijawka przypięła do nogi, chociaż oczywiście je szanuję za wkład w medycynę ratunkową, ale wolę je oglądać w serialach medycznych, niż na własnej stopie (chociaż w sumie dotyczy to wszyskich aktorów, jak się tak głębiej zastanowić).

Z tego miejsca chciałabym serdecznie pozdrowić pierogi z kaczką w restauracji „Biesiada” w Grajewie oraz pasztet z zakładów mięsnych Warmia. Ja już prawie nie jem wędlin, bo nic mi nie smakuje, ale ten pasztet to jest dzieło sztuki i powinno się go wpisać na listę UNESCO. 

A w Ełku przed sklepem wędkarskim jest ROBAKOMAT. Ludzie są okropni, a wędkarze podwójnie (chociaż nie aż tak, jak myśliwi).

No to teraz pranie, zaległe rachunki i podobno na Netflixie jest drugi sezon Wednasday. Super, jak tylko przestanę widzieć wszystko w zielono – fioletowe plamy, to oglądam. A na razie podcasty kryminalne.

O PSACH I RANDCE W CIEMNO

Na szczęście dzień można zacząć optymistycznie, bo odnalazł się mały, biały pudelek, ukradziony bezczelnie i na chama, w świetle kamer, przez rodzinkę kryminalistów w Świnoujściu (w tym małe sprytne cholerne dziewczynki). Psina odnalazła się w Kopenhadze, czyli właściciele mieli dobre informacje, że od razu pojechali z nią na prom. Nie mam o ludzkości zbyt dobrego zdania, a ludzkość codziennie dba, żeby mi się nie poprawiło. Chociaż z drugiej strony – właścicielka dziękowała za ogromny odzew, zainteresowanie i bezinteresowną pomoc, więc może jeszcze nie wszystko stracone. 

Pozostając w tematyce psów – czytałam komentarze pod jakimś filmikiem z pieskiem, w których właściciele opowiadali, co ich pies przynosi ze spacerów po sąsiedztwie (rzecz się dzieje w USA). Jeden facet napisał, że jego suka przyniosła ostatnio GOTOWANEGO HOMARA – „A nawet nie mieszkamy nad morzem!” (nie wiem, co koleś sobie wyobraża na temat morza, ale raczej nie ma w nim gotowanych homarów). Na co odpowiada mu drugi, że jego pies z kolei pojawił się na ganku z ogromym sumem (chyba surowym dla odmiany). Przeszedł się po okolicy i pytał ludzi, czy ktoś zgłasza zaginięcie suma, ale nikt się nie przyznał. Po czym dodał „Tak, z tym sumem to było dziwne, bo zwykle przynosi ziemniaki”. Super, najnaturalniejsza rzecz na świecie – pies przynoszący ze spaceru po okolicy ZIEMNIAKA. 

A właśnie, jechaliśmy w weekend po okolicy i przy drodze była strzałka do gospodarstwa rolnego z napisem „Ziemniaki jadalne”. Jestem zaintrygowana i chętnie nawiążę kontakt z osobą, która dla odmiany ma w ofercie ziemniaki NIEJADALNE.

Natomiast przeczytałam, że szykuje się wielki powrót programu „Randka w ciemno”. Odważnie, jak na dzisiejsze czasy (ale ci ludzie będą w ubraniach, tak?). Czy zamierzam oglądać? Oczywiście, że nie (mam ciary żenady przy takich programach, to się nazywa second hand embarassment). Czy oglądałam pierwowzór? Chyba jeden odcinek, może dwa. A to dlatego, że do pierwszego odcinka wzięli ludzi z mojej uczelni i chyba nawet z mojego roku (czy tam rok starszych). Chłopak z dziewczyną, którą wybrał w programie, byli później parą, a na niego mówiło się już zawsze „ten z randki w ciemno”. Ale mimo, że był w telewizji (na tamte czasy WOW, bo teraz to już chyba wszyscy byli w telewizji, trudniej znaleźć kogoś, kto NIE BYŁ), to był miły, sympatyczny i rozmawiał normalnie. Nawet mu jakieś notatki pożyczałam (a może był miły, bo chciał notatki, hm). W komentarzach ludzie piszą, że uczestnicy w dupie mieli randki i związki, chcieli pojechać na darmową wycieczkę, najlepiej za granicę. Chociaż czasem trafiały się Międzyzdroje albo Ciechocinek. 

No i połowa wakacji za nami, a ja nadal nie wiem, ile zębów ma Labubu. Zapytana AI odpowiada, że sześć, a ja na zdjęciach wyraźnie widzę, że dziewięć – no to jak to jest? Chyba ta sztuczna inteligencja nie jest taka wszystkowiedząca, jak ludzie mówią – na przykład nie umie policzyć zębów.

PS. No przecież bym ZAPOMNIAŁA – po dwóch latach chłopaki obudzili się z letargu i nakręcili nowy odcinek South Parku! O Trumpie. Trump jak obejrzał, to chce ich zabić i jest mega afera na całe USA – jak za dawnych dobrych czasów, ech. Łezka mi się w oku zakręciła…