Od soboty nie mogę dojść do siebie przez schronisko w Sobolewie. Głowa mnie boli, a w zasadzie cały człowiek, a najgorsza jest bezsilność.
Biedna Mangusta nie wiedziała o co chodzi, bo ciągle ją podnosiłam i przytulałam – patrzyła się na mnie z takim „No dobra, pańcia, ale może weź leki” w oczach.
Jedyna korzyść z tego jest taka, że nie zeżarłam całego pudełka faworków z malutkiej cukierni, a są rewelacyjne – cienkie jak bibułka i bardzo kruche. Ale nie mam ochoty na słodycze przez to wszystko (i dobrze).
I idą następne mrozy, już naprawdę kurwy mi się kończą.