O ŚWIŃSKICH KLIMATACH

 

A tymczasem ktoś wszedł na mojego bloga, wpisując w wyszukiwarkę „Kupię świnię polską zwisło uhą” (pis. oryg.).

No i co, i co? Kupił(a) Pan(i)? Bardzo proszę o informację.

Oraz zabił mnie dialog z mięsnego, przeczytany na jakimś forum:

– Proszę pani, a dlaczego ta szynka się nazywa „szynka z nogi”?

– Bo jest z nogi.

– A zwykła szynka to z czego jest?

– Z dupy.

 

I tak oto mamy prawie koniec czerwca, boli mnie głowa i jestem gruba.

Te upały to już? Się nabyły? Więcej nie będzie?… Co za granda.

O TECHNOLOGII, CO OGŁUPIA, I ALIENIE W PROBÓWCE

 

Wczoraj o mało nie dostałam wylewu, próbując połączyc ajfona z Makiem. Znalazłam mianowicie dzwonek, który piszczy jak R2D2 i naturalnie ani minuty dłużej nie mogłam bez niego żyć, to chyba oczywiste. Nigdy nie parowałam tych dwóch jakże sympatycznych urządzeń, bo mi to nie było do niczego potrzebne, ściągałam sobie z sieci i dobrze było, tymczasem ten dzwonek trzeba było przez komputer i iTunes i ni diabła inaczej. Trudno, myślę sobie, dla takiego fajnego dzwonka poświecę te trzy minuty.

Taaa. TRZY MINUTY. Po godzinie walenia ajfonem w stół, makiem w stół, ajfonem w maka i zabrakło NAPRAWDĘ sekund, żebym pierdolnęła krzesłem w ścianę… no więc po godzinie straciłam nadzieję na fajny dzwonek, te dwie mendy się NIE WIDZĄ nawzajem i zrób im coś. Nie i koniec. I to jest tak na maksa wkurwiające, że przecież normalnie i jedno, i drugie wykrywa wifi, hotspoty i blutufy z całej wsi, wystarczy żeby przeszedł po podwórku jakiś kot bardziej naelektryzowany, żeby się chciały do niego zaraz podłączyć. A siebie NIE WIDZĄ!

Zadzwoniłam się poskarżyć Zebrze (no dobra… musiałam sobie pokląć na głos do żywego odbiorcy, a N. w delegacji), na co ona z siła spokoju mnie pyta, czemu tej małej mendy nie podłączyłam po prostu kablem do tej większej mendy.

Wiecie, że ręce mi opadły. Naprawdę od nadmiaru technologii człowiek głupieje. Podłączyłam małą mendę kablem do większej mendy i po dwóch sekundach miałam nowy dzwonek.

A dziś na stacji benzynowej widziałam Alieny w śluzie własnym w zamykanych probówkach, podpisane „Najlepszy prezent dla twojego dziecka!”. No, ja nie wiem. Z Archiwum X wynika coś dokładnie przeciwnego. Choć oczywiście spędziłam jakieś pięć minut przy stojaku, rozważając, czy by jednak nie wydać tych 19,99 na takiego Aliena z ciągnącym glutem, byłby w sam raz na następna imprezę, jak tematy do rozmów się wyczerpią.

 

O TYM, ŻE CHWILOWA PRZERWA W NADAWANIU

 

Nie ma mnie, bo czytam Hyperiona. Myję zęby i czytam Hyperiona, siekam szczypiorek i czytam Hyperiona, zamiatam taras i czytam Hyperiona. JAKIM CUDEM nie wiedziałam, że jest taka książka?… Nawet Archiwum X zawisło chwilowo na kołku, bo czytam Hyperiona (cztery tłuste tomy, jestem w połowie drugiego). Dobrze, że Radkowiecki od dawna nic nie napisał nowego, to mnie podkusiło, żeby grzebać w archiwum (nikt tak pięknie, soczyście nie pisze o Gupocie Luckiej i nie tylko) i tam znalazłam Hyperiona.

A już myślałam, że nic mnie w życiu nie czeka, jeśli chodzi o literaturę SF. A tu proszę.

(Zalało nas dośc dokumentnie, chcąc nie chcąc mieszkam w krainie tysiąca jezior – właściwie, bajor. Hanka mówi, że będzie jak w „Invasion”, bo tam też mieli sporo wody, z której wychodziło UFO. Jeśli o mnie chodzi –  jestem za takim rozwiązaniem, wolę UFO niż komary).

O TYM, ZE PÓŁMETEK PRAWIE JUŻ

 

Z tą cisza i spokojem na wsi to jest tak:

Syn sąsiada odkrył w sobie talent i teraz popołudniami ćwiczy na gitarze elektrycznej ze wzmacniaczem. Ćwiczy w swoim pokoju na piętrze, przy otwartym balkonie. Po czterdziestu minutach „Smoke on the water” doszłam do wniosku, ze KONIEC tego dobrego. Dotychczas to JA miałam monopol na imprezy tarasowe, śpiewy przy winie i puszczanie „The Best of 80’s” w okolicach północy i co? Mam teraz przekazać pałeczkę? Co to, to nie – kupuję mikrofony do Sing Stara na Playstation i ZOBACZYMY!… Haaaaaaahahahahahah!…

Około 23.30 zaczyna się jazgot psów, delikatnie sugerujący, że albo wylądowało Ufo, albo też okoliczna ludność przeprowadza aktualnie gwałt zbiorowy. O tej godzinie nie jestem zwykle zainteresowana ani jednym, ani drugim, bo próbuje zapaść w pierwszy sen.

Godzina 1.30 AM – SMS, za chwilę powtórka SMS-a. Za klika minut – drugi SMS i powtórka.

– Może być, że to zemsta – przyznał się N. rano. – Zapomniałem o różnicy czasu i wysłałem im wczoraj SMS-a, dopiero później się skapowałem, że w Chinach jest druga w nocy.

Godzina 3.15 AM: entuzjastyczna ptaszyna o bardzo zdrowych płuckach i gardziołku rozpoczyna sopranem koncert. Za chwilę przyłącza się do niej jakieś 450 zdrowych ptaszyn. Cieszą się, że wzeszło słońce. W sumie już nie udaje mi się zasnąć.

Rano, przyklapując podkładem fioletowe sińce pod oczami, rozmyślam sobie o naszym sielskim życiu w cichej, spokojnej, leśnej osadzie.

Za to dziś w drodze do pracy mijaliśmy dwa gniazda pełne (jak się nazywają te bocianie szczeniaki?) bocianiąt. W okolicy jest jeszcze trzecie (tego niezdecydowanego bociana, co rok temu się zakochał w plastikowej bocianicy, na szczęście w tym roku ją gdzieś schowali i znalazł sobie normalną, żywą babę i mają małe!).

A tak w ogóle to jakaś masakra, za chwilę się czerwiec skończy! Pół roku gdzieś świsnęło, nawet się nie zorientowałam! Co robicie w Sylwestra?

 

O KAWOWYM MYDLE

 

No ale czy NARESZCIE nie jest wspaniale? Można stać pod chłodnym prysznicem i masować się kawowym mydłem od Sistermoon  (RE-WE-LA-CJA, powiadam paniom), a nie – dygotać, rozcierać się ręcznikiem, wbijać się we flanelę i przemykać. I przyszywać palce, które w międzyczasie poodpadały z zimna.

(Tylko te komary. U nas rzeźnia, a Zebra dzwoni znad morza i mówi, że ani jednego, nawet w parku. Obie uwielbiamy do siebie dzwonić i mówić rzeczy, które tamtą drugą wkurwią, tak już mamy. Lubimy podrażnić tygrysa patykiem).

Taką gęsią skórę, jak mam, kiedy pan mówi „Previously on The Killing” to miałam chyba tylko, jak wgłąb ekranu leciał pochylony napis „Long time ago, in a galaxy far, far away” (i to zanim dokręcili operę mydlaną z Madam Padam). Trzeci sezon straszny. Znaczy – świetny, ale straszny. Ruda zmizerniała. Te swetrzyska, w których cały czas chodzi, są prawie puste w środku, a rozpacz w oczach ma jeszcze większą, niż poprzednio (choć to niemożliwe przecież). Naprawdę byłam bliska popłakania się, kiedy pokazali ją na promie, taką zrezygnowaną, chociaż ja płaczę przecież tylko na kreskówkach.

I zgadzam się – „The Fall” bardzo dobre. Agentka Scully jako zimna sukowata fą fatal – bardzo miło czas się z nią obszedł, no i wszyscy jak mówią, to mają taki ładny, irlandzki zaśpiew (pozdrawiam Fana z Belfastu). Lubię, kiedy Irlandczycy mówią i kiedy tańczą, zwłaszcza dziewczyny – prościutkie, z rękami założonymi do tyłu. (Może niekoniecznie, kiedy mordują, ale nawet ten morderca tak jakoś dobrze zrobiony, żonę ma taką fajną, ładnie rysuje i w ogóle).

A tak ogólnie, to jak jest?

O WYCIECZCE… HUE, HUE

 

Cofam to, co powiedziałam o mądrzeniu z wiekiem.

Mój ukochany i jedyny mąż w niedzielę wymyślił, że pojedziemy na przejażdżkę. Ze znajomymi. Do lasu nad rzekę.

Jakoś w ogóle został w tym całym planie pominięty fakt, że wszędzie w okolicy stoi woda. I wszyscy byli BARDZO zdziwieni, kiedy okazało się, że nie ma jak dojechać do rzeki z powodu wspaniałych, śmierdzących zgnilizną i krowią kupą gliniastych BAGIEN, w jakie zamieniły się leśne drogi. W dodatku jak człowiek wysiadał z samochodu przy tym bagnie, to rzucała się na niego chmura wściekłych, oszalałych, wygłodniałych komarów. Po pół godzinie wyprawy wszyscy do kolan byliśmy utytłani w śmierdzącym błocie, pogryzieni przez komary i poparzeni przez pokrzywy (ja) (ten mały odcinek rzeki, do którego MOŻNA było podjechać w miarę blisko, był porośnięty pokrzywami wysokimi na dwa metry, a ja byłam w japonkach) (na koturnie!). N. nawet już był chętny do przejeżdżania przez to bagno, ale mu przypomniałam (wrzeszcząc), jak sobie kiedyś przejechał przez bagno koło Biebrzy i całe szczęście, że nadjechał chłop na traktorze i nas wyciągnął. A tu kurwa jednak trzeba by spory kawałek IŚĆ do potencjalnego chłopa z traktorem, w dodatku przez podmokły las, w obłoku wygłodzonych komarów. Serio, tych komarów było TYLE, i TAK głodne, że nie zwracały uwagi na opędzanie się, były w amoku, byleby dopaść skóry, obsiadły fotele w samochodzie i próbowały z nich coś wydoić.

Po raz kolejny MOJE NA WIERZCHU – przyroda jest straszna. I chyba mój pies podziela to zdanie, bo po przyjeździe do domu wskoczyła na kanapę, przytuliła się do mnie i puściła tak potwornego bąka, że o mało mi nie pękły oczy. Ja nie wiem, jakim cudem taki malutki śliczny piesek jest w stanie wyprodukować taką chmurę iperytu.

Zatem dezynfekuję bąble po komarach i jadę pierwszy sezon Archiwum X, który jednak ciutkę się zestarzał, odrobinkę, szczególnie w zakresie nowoczesnych technologii (inteligentny budynek KTÓRY ZABIJA – KŁI! KŁI! KŁI! – trochę litości). Ale za to ten psychopatyczny koleś, co się ożenił z tą 18-latką, co wygląda na 45, a w Archiwum ma żółte oczy, umie się zrobić DŁUGI, chodzić kanałami i raz na trzydzieści lat zjada ludzką wątrobę – palce lizać. Potworne sklonowane dziewczynki – też bardzo zacny odcinek. Więc tak całkiem źle nie jest i się rozkręca.

Moje wnioski bieżące – nie przesadzajmy z przyrodą, zwłaszcza, jak jest mokry rok.  Nie po to Bóg dał nam seriale, żebyśmy z nich beztrosko rezygnowali na rzecz wycieczek w plener.

(Samochód oczywiście uświniony błotem po dach, a N. jest zbyt dumny z tego, jak wygląda, żeby go umyć. Nareszcie profesjonalne, offroadowe błoto).

O TYM, ŻE NIE KILLIM

 

Odkąd ograniczyłam kontakty ze społeczeństwem do minimum, jestem całkiem innym człowiekiem. Nie takim wkurwionym, jak byłam kiedyś, kiedy zaczynałam dzień od komunikacji miejskiej, pracowałam w biusze o natężeniu ludzkości po kilka osób na pokój… No krwawo było. Od jakiegoś czasu w tym zakresie mam posprzątane, świat oglądam zza szyby, zakupy robie w Internecie i jestem lotosem na tafli. Grubszym, ale spokojniejszym. I lepiej mi ze sobą na świecie. Choć może to też kwestia wieku (mimo wszystko, JAKOŚ człowiek mądrzeje, jeśli mądrością można nazwać to, że na coraz więcej spraw ma się wylane).

NIEMNIEJ JEDNAK (musi być jakiś zwrot akcji) od czasu do czasu zdarza się dzień, w którym się budzę i KILL’EM ALL normalnie. Mam ochotę ruszyć przed siebie i rozwiązać problem globalnego przeludnienia, wszystko jedno, jakim narzędziem. Długopisem nawet bym dała radę. Dziś tak wstałam – wkurwiona po prostu jak stąd do Nowej Zelandii, wszystko przez KLIMĘ w samochodzie, która śmierdzi i emituje grzyby i pleśnie, i to takie cmentarno – piwniczne odmiany, wilgotne i trupie, NIENAWIDZĘ klimatyzacji – a mój mąż uwielbia i puszcza, jak temperatura sięgnie 20 stopni. Ja nie potrzebuję klimatyzacji tak do 36 stopni (nadal chłodniej, niż ludzkie ciało), może dlatego, że jestem jaszczurką prawie bez krążenia. A już w samochodzie NIENAWIDZĘ, bo jedzie grzybem i zaraz mnie boli gardło. NO I BOLI! Od kilku dni mam cmentarną pleśń w gardle, w nocy mnie budzi kaszel… Więc od rana mam takie wnioski robocze, że jak np. kogoś zabiję i wypruję jego śliskie flaki, a najlepiej niech to będzie kilka trupów, to może mi się humor poprawi.

No.

Więc. Wchodzę do pracy, rzut oka na biurko i… ZEN. Totalne, całkowite zen. Na biurku spoczywa paczka, a w niej – DZIEWIĘĆ SEZONÓW „ARCHIWUM X” plus film pełnometrażowy. Nie będzie flaków. Będą kosmici! Yay! (jaki piękny, skarlały embrion ufoludka na okładce pierwszego sezonu). Czyli jednak to prawda co mówią, że kultura łagodzi obyczaje.

Świat jest piękny. Ale gardło mnie boli. Ale świat z UFO jest piękny.

(Bez polskich napisów, bo nie będę płaciła polskiemu dystrybutorowi 300% ceny za brzydkie, niechlujne wydanie, a i tak na bank tłumaczenie jest skopane, a na początku są nieprzewijalne reklamy sponsorów, które mnie tak wkurwiają, ale to TAK wkurwiają w przypadku normalnych, pełnopłatnych DVD – nie tych dołączanych do gazet, bo to jakby co innego – że głowa mała).

A w przyszłym tygodniu ma być 30 stopni! Cza cza cza!

O EMPANADZIE

 

Na jutubie trafiłam na bardzo przyjemny w odbiorze filmik, prezentujący wykonanie galicyjskiej specjalności, znanej pod nazwą empanada.

Empanada to jest placek z ciasta, bardzo ciekawego w odbiorze, bo trochę listkuje, troche jest kruche, ale jednocześnie wilgotne i przechodzące smakiem nadzienia – nadziany czymś pysznym. Klasyczna galicyjska to (jak na filmie) tuńczyk z duszoną cebulą, ale pchają tam wszystko: dorsza, krewetki, ośmiornicę, szynkę z serem, same sery, warzywa – wiadomo – taki placek ma nieograniczony potencjał. Empanady można kupić w dobrych piekarniach, są pyszne na ciepło, na zimno i drugiego dnia, idealne jako jedzenie do zabrania (np. na łódkę) (o ile się człowiek uprzednio nażarł biodraminy i fale nie przeszkadzają). W wersji mini mają kształt pierożków i nazywają się empanadillas (i nadal są pyszne).

Efektem ubocznym znalezienia filmiku jest groźba mojego męża, że w sobotę robimy empanadę. Jeśli tylko rozwałkuje ciasto – ma mój głos na „TAK”.

 

I jeszcze dwie rzeczy:

Cebula – na filmiku jakoś tak przemknęła, a duszenie cebuli jest bardzo ważne. Nasz przyjaciel twierdzi, że cebulę do empanady powinno się dusić ze cztery godziny, a nawet i sześc. Oczywiście – jak to on – przesadza, ale chodzi z grubsza o to, żeby ona już patrzyła w stronę confit, a nie tylko, że zemdleje, zmięknie i już.

Druga sprawa – ta kobitka, co robi empanadę ma na imię AFRICA. Imiona hiszpańskich kobiet to jest w ogóle osobna historia, Africa to jeszcze nic. Oni potrafią dać dziecku na imię „Immaculata Conception” (w sensie, córce – „Niepokalane Poczęcie”). I to nie kiedyś tam, w średniowieczu – kobieta starsza ode mnie może z 5 lat. Że nie wspomnę o np. takiej, jakże popularnej „Dolores”, czyli ból, rozpacz. Halo?… Ale już chyba najgorsze, co może być, to „Soledad” – samotność. Jak można dać dziecku w prezencie na początek życia na imię SAMOTNOŚĆ?… Z tego wszystkiego już bym wolała Afrykę albo Poczęcie („Dzień dobry, zastałem Niepokalane Poczęcie?” – „Wyszła ze śmieciami”).

Z facetami jest łatwiej, 80% ma na imię Manuel.

(I znowu cebula! Pamiętam, jak kiedyś mój blog przechodził okres robaków – co notka, to jakieś były – a teraz nastała widać era cebuli. Jak u Picassa!) (No – prawie).

Smacznego wszystkim zyczę.

 

O PEŁZANIU PO MEBLACH

 

Ustalmy może, że jestem nie tylko psycho-, ale również meteopatką. Pogoda ostatnich dni zrobiła ze mnie średniożywą mątwę, raczej zwisającą z mebli, niż cokolwiek innego. Dobrze, że nie pracuję w banku, bo by było jak z tym kolesiem, co usnął, głowa mu opadła na klawiaturę i nosem przelał komuś na konto 222 222 222,22 euro.

No ale dziś już wyszło słoneczko, jest ciepło i normalnie aż się rozglądam za aniołem z trąbą, ogłaszającego koniec świata, bo JAK TO – jest ładnie tak PO PROSTU?… Niemożliwe.

Ewidentnie bym coś, bo mnie swędzą czubeczki palców. Ale nie wiem, co. Może tartę cebulową? Uwielbiam wszystko, co cebulowe (oprócz może ewentualnych perfum).

(A na razie muszę znaleźć, jak jest „przewód tłoczny” i „komora rozprężna” po angielsku, a najlepiej to po hiszpańsku. Oraz zdecydować, czy na pewno potrzebuję tych japonek w margerytki).

O, świetnie, wciągnęłam nosem topolę.

 

O BURZLIWYM WEEKENDZIE

 

Jak wszyscy wiedzą, jestem osobą, która najchętniej spędzałaby czas w ciemnym kącie, przykryta dla niepoznaki burym kocem, jedząc kurz z podłogi i rozmawiając z muchami. Ponieważ jednak los jest nieprzewidywalny, to CIĄGLE COS i na przykład w tę sobotę mieliśmy bardzo wytworne imieniny.

Imieniny jak imieniny, w pięknym miejscu, wspaniała pogoda, grafik rozpoczynał się od artysty estradowego, który na cześć pani domu zrobił jednoosobowy festiwal w Sanremo. Pani domu zachwycona, ja sobie strategicznie usiadłam na krzesełku z tyłu i w kącie, jak Kłapouchy i byłam lekko tylko wściekła, bo trochę wbijała mi się jedna szpilka od koka ORAZ póki co niczego nie zdążyłam się jeszcze napić. Kiedy więc artysta estradowy wyciągał VOLAREE!!! – to delikatnie wizualizowałam sobie pękający sufit, który NAGLE zaczyna się walić, ale wszystkim udaje się uratować (oprócz artysty estradowego). Niestety, artysta rzucił hasło coś a la, że teraz wszyscy do kółeczka i będzie twist. NOOO, NIECH SPRÓBUJE – wyprostowałam się – niech spróbuje mnie WCIĄGNĄC DO KÓŁECZKA, a będzie taka rzeź, że kingowska CARRIE okaże się kinderbalem. Niech spróbuje mi kazać TAŃCZYC TWISTA w kółeczku przed pierwszą bombą wina!

Na szczęście okazało się, że artysta estradowy jest fachowcem zaprawionym w bojach i WIE, kogo wolno, a kogo ABSOLUTNIE NIE NALEŻY do kółeczek zapraszać. Poza tym jakoś tak miękko zza węgła pojawił się pan domu i wciągnął nas do saloniku w piwnicy. Odetchnęłam, bo w piwnicy było cicho, nastrojowo, pachniały piwonie, nikt nie śpiewał po włosku, za to owszem, wjechało na stół znakomite wino. Dobra nasza, będę żyła.

Z rąk pana domu wpadliśmy w ręce gospodyni, która oczywiście obstawiła nas znakomitym winem i zaczęła przedstawiać pozostałych gości, tak do jedenastu pokoleń wstecz, bo to bardzo ważne, żeby mieć ogólny zarys więzów rodzinnych. Przyniosłam sobie do tego wina talerz chrupiących okonków i PRAWIE już wszystko zapamiętałam, kiedy mój mąż (trzeźwy, bo prowadził), mrucząc coś o nieodpowiedzialnych pijaczkach, zgrabnie ustawił mnie na trajektorii do drzwi wyjściowych i nadał moment pędu. W samochodzie rozplątałam ten cholerny kok i próbowałam kulturalnie porozmawiać z moim mężem o tym, które wino było najlepsze, ale dziwnie jakoś na mnie prychał.

A od tej uwierającej szpilki mam na głowie regularnego guza.

W dodatku nie dał mi spokojnie odcierpieć kaca w niedzielę, o nie, tylko wyjął z lodówki schab i zaczął nim wywijać. Za oknem szalała burza, a ja ledwo powłócząc nogami i mózgiem musiałam mu smażyć schabowe do mizerii i młodych ziemniaczków! Jeden piorun to walnął tak ze trzy chałupy od nas. Bardzo było surrealistycznie, tym bardziej, że widziałam wszystko na błękitnofioletowo ORAZ skończyła mi się tarta bułka. Więc usmażyłam schabowe w tempurze (mówię wam, mózg na kacu to jest coś wspaniałego).

Oczywiście, aktualnie nie piję wina do końca życia. I zostały mi już tylko dwa odcinki „Raising Hope” – i CO TERAZ BĘDZIE?…