O CHANDRZE, ODCINEK KOLEJNY

Rozwaliłam sobie palec o psią puszkę. Oczywiście, kiedy brocząc krwią szukałam plastra, moja ukochana Szczypawka postanowiła wyrzygać część obiadu, bo za szybko jadła – mają z Mufką zawody, która pierwsza. Zwykle Mufka pierwsza, ale mała jest ambitna i się nie poddaje i przez to wszystko musiało się biedactwo zapowietrzyć. Więc tu krew kapie, tu psie rzygi do szybkiego sprzątnięcia – normalnie jak niezły odcinek „Ostrego dyżuru”, za którym tęsknie, bo nikt nie robi już takich fajnych, realistycznych seriali medycznych. W związku z powyższym – jakbym się nie odzywała, to umarłam na tężec. Albo pałeczkę ropy błękitnej.

Poskarżyłam się N., ale nie wiem czy do niego dotarło; MOŻE by zauważył, gdyby mi upierdzieliło całą rękę przy samym barku i jeszcze stopę do kompletu, bo jest bardzo zajęty i nieistotne drobiazgi są poza jego spektrum postrzegania. Poza tym umówmy się – dopóki się poruszam, wydaję dźwięki i mogę rozpakować zmywarkę, to nie jest ze mną tak źle, prawda?

Dobrze, że przynajmniej dostałam od Mikołaja piżamę z leniwcem. Trochę za wcześnie, ale oj tam. 

Nadal szukam jakiegoś sposobu na przetrwanie listopadowo – grudniowej chandry łamane na smutki związane z przemijaniem. Jakieś pomysły?… Oprócz alkoholu, bo to jest oczywiste rozwiązanie, które przychodzi na myśl jako pierwsze, ale jednak kac w MOIM WIEKU to nie jest takie hop siup i wolałabym mieć więcej opcji. 

Przeczytałam, że na poziomie kwantowym możliwe jest istnienie dwóch rzeczywistości w tym samym czasie. Trochę to podnoszące na duchu, ale trochę jednak przeszły mnie ciarki. 

O TYM, ŻE NIE MAM SIŁY NA MORDERSTWO W AFEKCIE

Drogi Pamiętniku, w weekend przybyło mi a) zmarszczek, b) plam z atramentu w zlewie. Zmarszczki, ponieważ (w przeciwieństwie do niektórych) posiadam uczucia wyższe i martwię się stanem świata, a świat daje mi nieustające powody. Natomiast jeśli chodzi o plamy z atramentu, to N. zakupił sobie w Japonii pióro wieczne, bardzo wyrafinowane, które napełnia się atramentem z butelki. I napełnił je, niestety nad zlewem. Nad jasnobeżowym kompozytowym zlewem. 

Oczywiście, niczym nie dają się zmyć. A ja nie mam siły, żeby oberżnąć mu łeb i nadziać na słupek ogrodzeniowy, a on dobrze o tym wie i wykorzystuje tę wiedzę do swoich celów. 

W dodatku zachciało mi się dzielić wrażeniami i opowiedziałam N. o odcinku „The Crown”, który mnie wzruszył – tym, w którym Elżbieta objeżdża stadniny koni i rozmyśla, jak by wyglądało jej życie, gdyby nie musiała być królową. Tylko mogła robić to, co ją uszczęśliwia, czyli hodować konie. N. natychmiast zaczął mnie ustawiać, żebym przypadkiem nie myślała o żadnej hodowli, która na pewno nie uszczęśliwi moich potencjalnych koni, bo ja się nie nadaję nawet do hodowania PATYCZAKÓW. Które bym po pierwsze pogubiła, po drugie zagłodziła, a po trzecie ususzyła. Nie wiem skąd takie wnioski, bo po domu chodzi całkiem niechudy i nieususzony pies. Po prostu mężczyźni muszą nam od czasu do czasu podcinać skrzydła, taki widać mają imperatyw. 

I chciałam jeszcze wspomnieć o tym, że Zebra do całego swojego zwierzyńca dołożyła sobie jeszcze akwarium z rybkami, i w tym akwarium ma ślimaka. I to jest najohydniejszy, najbardziej przepaskudny ślimak, jakiego w życiu widziałam (a przypomnę, że podoba mi się Obcy projektu Gigera oraz cefalopody z „Arrival”). Ona nie wie o co mi chodzi, twierdzi że ślimak ma na imię Gacuś i jest przesłodki. A ja twierdzę, że któraś z nas dramatycznie potrzebuje psychotropów. Na ochotnika mogę to być ja.

PS. Ale przynajmniej kupiłam w końcu papierowe ręczniki.

PSPS. Na specjalne życzenie Szanownej Publiczności – GACUŚ. Niestety jak to mówią – ZDJĘCIE NIE ODDAJE, nie wyeksponował wszystkich tchawek.

O ODCHUDZANIU NA RÓŻNE SPOSOBY

No więc… WRÓCIŁ! A czas był już najwyższy, bo spałam w dwóch parach skarpetek i nadal mi było zimno. Wrócił i przywiózł mi szampon – znowu. Nie wiem, czy to jakaś aluzja, ale japońskie szampony  są fajne, więc nie narzekam.

Ważne że już jest w domu i zajmie się piecem, a nie wrzuca z drugiego końca świata zdjęcia na fejsbunia, że jedzie się pokłonić FUJI – SAN. Ja mu się pokłonię, burdel w garażu ma do posprzątania, a nie Fuji. Ja mu dam Fuji.

(Prezenty podobno bardzo się podobały, a jeszcze specjalnie kupiłam torby z Folkstara, żeby mieli w co zapakować. Ale z Japończykami nigdy nie wiadomo do końca – okrutna rasa, jak mówiła mama Bridget, oraz nigdy nie wiadomo co myślą naprawdę. Bo nie powiedzą (a jak powiedzą, to po japońsku). Ale lubią nasze zupki w proszku, głównie grzybową).

I nareszcie spałam jak człowiek, zamiast nasłuchiwać duchów! (No… jak człowiek – origami w kształcie spinacza do papieru, bo przecież pieseczki się rozwaliły na wszystkie strony świata, na MOJEJ POŁOWIE naturalnie).

Gadałam wczoraj z kumplem i on mi w pewnej chwili mówi, że schudł. Jako że temat wybitnie mnie interesuje, pytam co w tym kierunku robił, na co on: „Odkryłem zajebisty sposób, nieznany prawie nikomu. Dietetycy mnie nienawidzą”. No więc już bardzo byłam zainteresowana i pytam JAKI, JAKI? A on: „Mniej wpierdalać, więcej się ruszać”.

No wiecie co. A już miałam nadzieję, że naprawdę odkrył coś POŻYTECZNEGO.

Z drugiej strony tego samego projektu mam Zebrę, którą proszę i proszę o jakieś fajne farmaceutyki na schudnięcie, mogą być na amfie. A ona mi na to, że ma świetny sposób – bo jej kota nie było w domu 17 dni i teraz wróciła (bo to samica) i jest o połowę chudsza. Więc ona ma taką propozycję, że zamknie mnie w szopie na 17 dni. Zamiast tej amfy.

Nie wiem, dlaczego wszyscy się tacy złośliwi zrobili. Może to przez ten listopad. To jest taki bez sensu miesiąc, że słów brak (sów brak). 

Fejsbuk oszalał, ciągle mi wyświetla filmiki z dekorowaniem tortów. Jestem naprawdę na samym końcu kolejki osób chętnych do dekorowania tortów, właściwie to wcale w niej nie stoję. Już wolałam smażenie cebuli.

O TYM, CO WRÓCIŁO I O KTÓREJ WSTAJEMY

No i prowadzimy sobie trzysuczą komunę – dziewczynki grzeczne, mają zapowiedziane, żeby w nocy nie rozrabiać, bo się paniusia zdenerwuje. A jak paniusia się denerwuje, to kupuje buty na uspokojenie, a NAPRAWDĘ już nie ma gdzie ich trzymać. Dziś dały pospać PRAWIE DO PIĄTEJ, aż Szczypawka dostała czkawki z tego wszystkiego i niestety, doprowadziła mnie do ataku śmiechu i już z nimi wstałam. 

To są dwa psy, a mam wrażenie, jakbym miała pod opieką fermę prosiąt. Cały czas chcą żreć i nakręcają się nawzajem – może jakieś zawody sobie zrobiły. Albo naprawdę idzie ta ostra zima. Albo ostra zima będzie za dwa – trzy lata, ale one postanowiły się zabezpieczyć JUŻ TERAZ. Psy są bardziej dalekowzroczne niż polski rząd (chyba zresztą każdy jest, z muchami włącznie).

Jak trzeci sezon „The Crown”? Wydzielam sobie po plasterku, Helena jest przepiękna, nawet jak histeryzuje. Obie są cudne. W sumie tylko Matthew Goode mi brakuje ze starej obsady. 

Wódka chyba pomogła, chociaż jedzenie nadal mnie specjalnie nie pociąga, ale to akurat DOBRZE, bo znalazłam bardzo szykowne spodnie w kratę z Benettona sprzed lat, a akurat wróciła moda na kraciaste spodnie. Z ciekawszych rzeczy, to wróciła jeszcze moda na torebki – bagietki. Też mam jedną (nie będę liczyła ile ma lat, bo się rozpłaczę), ale niestety nie noszę jej, bo się nie mieszczę i podziwiam i zazdroszczę kobietom, które są w stanie się spakować do torebki takich rozmiarów. Aha, i jeszcze spódniczki ra – ra wróciły, ale tu już, umówmy się, mówię pas. Niezależnie od diety czy figury, pewnych rzeczy po prostu nie da się nosić w życiu po raz drugi.

Czytam „Love, Nina” – tę książkę od serialu – świetna jest. Podobał mi się podział ludzi na tych, którzy patrzą rozmówcy w oczy albo na usta (eye – looker or mouth – looker). Natomiast Mary Kay stwierdziła, że ona osobiście jest SHOE LOOKER. I tak się składa, że ja również. 

Ale i tak nie lubię zostawać sama. Nie i już.

O TYM, ŻE DAJEMY SIĘ ZASKAKIWAĆ WYDARZENIOM

Ale najlepszy numer nad numerami wywinęła moja ciotka, ta od xanaxu. Poszła do szpitala na mały, od dawna planowany zabieg, po czym idąc na salę – już przebrana i w kapciach – WYWALIŁA SIĘ i złamała nogę w kolanie. Zebra twierdzi że przydałoby się jej do załamywania tyle ramion, ile mają ze trzy ośmiornice, bo dwie ręce to stanowczo za mało.

Na ten moment – jak mówią nasi ukochani politycy – mam u siebie ciotki psa, czyli w sumie dwie suki, a razem ze mną trzy. N. oczywiście wyjeżdża. Czy zwariuję? Zobaczymy. 

Oraz chyba jednak się cieszę, że mam sklerozę, bo znalazłam śliczną bluzkę z Desiguala, jeszcze z metką. Kompletnie zapomniałam, że ją sobie kupiłam chyba na gwiazdkę rok temu (albo i dwa). W związku z tym nie wiem, czy zażywać nadal te tabletki z miłorzębu, tym bardziej że i tak trzeci tydzień z rzędu zapomniałam kupić ręcznik papierowy (papel de cocina). Za to pamiętałam o kupnie flaszki wódki, bo jakiś żołądkowy wirusek mnie od wczoraj gnębi, a wiadomo, że słowiańskie geny najlepiej reagują na leczenie wódką. W zasadzie wszystkiego. 

Niedobrze mi. Chwilowo to by było na tyle, jak mówiły Szadoki.

O TYM, ŻE NIE LUBIĘ NIEDOPOWIEDZEŃ

Jest tak przejmująco zimno, że oglądam onesie, których w tym sezonie jest wielki wybór w sklepach internetowych – pandy, pingwiny, zebry, jednorożce, a nawet Chewbacca. Nie kupię, ale jakoś mi przytulniej od samego oglądania.

Największym wydarzeniem minionego weekendu w naszej dzielnicy był jeden pan, który szedł ulicą i darł się na cały regulator:

– Stasiu! Stasiu, to są k*rwy nie ludzie!

Niestety, nie doprecyzował kogo miał na myśli – może wyjawił to na osobności i po cichu rzeczonemu Stasiowi, natomiast reszta słuchaczy, w tym ja, pozostała w pewnym zawieszeniu i niedookreśleniu. Wolałabym wiedzieć, kogo pan umieścił w tym podzbiorze, no jakoś lepiej bym się czuła.

A tymczasem kaszlę i w uchu mi dzwoni. Pewnie od wietrzenia po dorszu (N. wczoraj przyrządzał, twierdzi że zasłużył sobie tym daniem na dwie gwiazdki Michelina, a ja później sprzątania miałam na czterdzieści minut i pół butelki odtłuszczacza).

Zamiast maszerujących nazioli oglądałam wczoraj transmisję na żywo z przejścia Merkurego przez tarczę słoneczną z obserwatorium na Wyspach Kanaryjskich. Na tle obrazu z teleskopu pan prowadzący astronom łączył się z kolegami na całym świecie, dyskutowali o najnowszych odkryciach i technologiach, a tymczasem pod spodem leciały komentarze: „To już się zaczęło?”; „Będzie się działo coś jeszcze?”; „To ta kropka u góry po prawej stronie? Myślałem, że mam brudny telefon”; „Mógłby się ruszać trochę szybciej, muszę się uczyć do jutrzejszego egzaminu”. Bardzo było zabawnie.

Zebra twierdzi, że spokojnie można się poddać aurze i popaść w kameralny jesienny alkoholizm, bo Essentiale Forte naprawdę dobrze regeneruje wątrobę. Wie z pewnego źródła. I ja jestem coraz bliższa skorzystania z tej dobrej, fachowej porady. Ech.

PS. Zapomniałam dodać, że ZNOWU przyszywałam staremu guzik, tym razem od spodni. Nawet dwa razy, bo za pierwszym razem go przyszyłam od wewnątrz, bo oglądałam Peraltę na Netflixie.

O ELEMENCIE ANIMALNYM W SNACH

N. wczoraj wrócił z urzędu skarbowego z urwanym guzikiem. Najwyraźniej chcieli z niego zedrzeć ostatnią koszulę DOSŁOWNIE, jakby nie wystarczało zwykłe, rutynowe pompowanie kasy aż do spalonej ziemi. W każdym razie musiałam przyszywać I CO? Otóż nawlekłam igłę bez pomagania sobie tym takim uszkiem! Siekierka na moją cześć, bardzo proszę.

Pieseczek nasz ukochany nie przestawił sobie zegarka i budzi nas PRZED CZWARTĄ. Zresztą niektórzy kontrahenci N. też lubią przysłać SMS-a w środku nocy, ale to incydentalnie (i tak są już na mojej osobistej czarnej liście), a Szczypunia codziennie. W dodatku śpi w poprzek łóżka, dzięki czemu mam przez całą noc przykurcze mięśni, a od rana moja obręcz miednicza jest w zupełnie innej płaszczyźnie, niż góra ciała. Co byłoby praktyczne, gdybym zamierzała uczyć się irlandzkich tańców (gdzie jak wiemy nogi poruszają się niezależnie od reszty ciała) – niestety, nie mam takich planów. Natomiast pół dnia chodzę bokiem jak krab i pojękuję przy schylaniu. Nie wiem jak to rozwiązać, Drogi Pamiętniku.

„Love, Nina” – cudowny, uroczy serialik, tylko dlaczego taki krótki? I jakim cudem ona chodzi cały czas boso („Ho ho, założyłaś tenisówki, to twój odpowiednik dekoltu”) i ma czyste stopy? No OK, na ulicy jest sporo kałuż (w sklepie też była bez butów, bo nie zauważyłam?). Oraz nie wychwyciłam, czemu mieszka u nich ten poeta, skoro Helenka chodzi na randki z innymi. Oczywiście wielką jego zaletą jest to, że jest stary i ludzie ze sobą dużo rozmawiają na interesujące tematy, bo nie ma smartfonów i internetu. 

Śniła mi się kura, a N. żaba. Ale nie jednej nocy, więc nie wiem, czy się liczy. 

IMGW ostrzega, że nadchodzą ulewy i porywiste wiatry, a Antoni Macierewicz został marszałkiem. Naprawdę, niczego dobrego po listopadzie się spodziewać nie można. Idę zjeść kostkę masła na uspokojenie.

O LISTOPADZIE

Wczoraj N. wyciągnął dmuchawę do liści i ryczał na pół wsi. Nie znoszę dmuchaw do liści, w dodatku przeczytałam, że są to najbardziej nieekologiczne urządzenia świata, zużywają więcej paliwa niż stara ciężarówka, a i tak większość benzyny nie jest spalana, tylko rozpylana w powietrzu (a na dodatek hałasują). Powiedziałam o tym N., na co on – że w takim razie wręczy mi nadzwyczaj ekologiczne grabie i zrobię porządek w sposób nieszkodliwy dla środowiska i co ja na to.

Wiecie, że już naprawdę. Strach się odezwać we własnym domu. Poza tym wydaje mi się, że jestem lepszym ekologiem teoretycznym, niż praktycznym i te grabie to może i owszem, ale w OSTATECZNOŚCI. Bo jednak z urządzeń ekologicznych wolę koc.

Dobrze przynajmniej, że trochę się ociepliło, bo już miałam wpaść do beczki z podłym humorem (w nocy przed pierwszym listopada pozamarzały kałuże!). 

A jeszcze z wyjazdu – zapomniałam napisać, że widzieliśmy sklep o pięknej nazwie „CABRACADABRA”. Urzekła mnie. Na Fuerteventurze wszędzie gdzie mogą wpychają kozę albo aloes, bo nic innego tam nie ma, a tu ktoś był naprawdę twórczy. Dobra, koniec tych wspomnień bo się popłaczę („Może usiądziemy w środku, bo na zewnątrz zostały same stoliki W SŁOŃCU” – naprawdę, człowiek to jest taki głupi! Teraz bym siedziała na tym słońcu i nawet nie pisnęła).

Boże, w ogóle nie mam pomysłu na ten listopad. A raczej na siebie w listopadzie. Może na początek zrobię barszcz ukraiński, a później się zobaczy.

PS. I kiedy rzucą trzeci sezon „The Crown”, z Olivią Colman i Helenką, do cholery?