O ŻABIE I IMIENINACH

A dziś, dla odmiany, powitała nas rano żaba. W domu. Żywa, ale coś mało jej się u nas podobało i chętnie skorzystała z propozycji Ubera w postaci podsuniętej szufelki i wylądowała na trawniku. A stamtąd sobie poszła nie wiem dokąd, nawet nie powiedziała „Do widzenia” ani nic. Żaby są niewychowane – ale podobno przynoszą szczęście.

W ogóle to imieniny miałam i Zebra mi złożyła życzenia (ja oczywiście zapomniałam o jej imieninach, prawda) i pyta, co chcę dostać. Ja – że eliksir młodości. Na co ona „Czyli znowu mam ci kupić pół litra?”. Ja nie wiem w ogóle, co to za insynuacje. Jakie pół litra? Wino chodzi w butelkach 0,75 przecież.

Z wiadomości ogólnoświatowych to podobała mi się ta, jak David Beckham porównał stopy swojej żony Victorii do percebes. No, to nie było zbyt miłe ze strony Davida, chociaż percebes są bardzo cenione w gastronomii (i oczywiście, jak większość drogich specjałów – nie smakują mi). Naprawdę, ta dziewczyna większość swojego życia przechodziła na takich szczudłach, że to w zasadzie cud, że nadal ma stopy choć w ogólnym zarysie przypominające LUDZKIE. Poza tym chciałam powiedzieć publicznie, że producenci butów damskich mają w dupie komfort naszych stóp i to jest skandal i powinno się z tym coś zrobić! Na przykład wszystkich ich rozszarpać (no dobra – nie wszystkich, Hiszpanie potrafią zrobić wygodne i ładne buty, nawet na obcasie, ale to wyjątki są). W dodatku perfidnie kłamią –  wczoraj obtarły mnie baleriny Melissa, zachwalane jako mięciutkie, elastyczne, komfortowe i Buka raczy wiedzieć jaki cud jeszcze, a piętę mi obgryzły. No więc… Co ja w zasadzie chciałam powiedzieć, bo już się zgubiłam jak zwykle? Aha, David, sam masz kopyta jak percebes.

Oraz odkryłam, uwaga – „Couch potato yoga”. Normalnie są na jutubie poradniki dla takich jak ja, co większość życia spędzają na kanapie, żeby otóż na tej kanapie przez dziesięć minut uprawiali specjalną, niewymagającą wiele od ludzkiego organizmu jogę! Nie no, OCZYWIŚCIE że nie zaczęłam ćwiczyć (na razie), ale mnie zaintrygowali. Chociaż ogólnie to jestem przeciwna namawianiu ludzi, żeby zmienili tryb życia i robili coś, czego NIE LUBIĄ, nie sprawia im przyjemności i nie leży w ich naturze – czy ja chodzę za triatlonistami i namawiam ich, żeby usiedli na dupie? NO WŁAŚNIE – nie, bo umiem się zachować i się nie wpierdalam ludziom w ich prywatne wybory. Kropka.

Wyszłam na taras, a tu znowu urzędnicy gminni trawę koszą. Debile pasiaste.

PS. O, jak mi się spodobały ostatnio wyszukiwane frazy z mojego bloga! A są następujące: „okno, dupa, Szpilmanowa, alarm, trup, kurki, zatkane uszy”. Prawda, jakie fajne?

O TYM, ŻE LATO JEST

No dobra, miałam ponarzekać, ale lato jest (moja koleżanka – „Co ty byś zrobiła w świecie, w którym by nie było powodów do narzekania” – już ja bym sobie coś znalazła, bez obaw). Latem człowiek się trochę buja na ogonie, wiecie. I bardzo dobrze.

I tak sobie wstaję rano, wychodzę ze Szczypawką, pachnie lipa, poranek jest balsamiczny – to będzie dobry dzień, myślę sobie. Po czym przy drzwiach wejściowych widzę PAJĄKA, jak z dużym entuzjazmem wpierdala konika polnego. No cóż – śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia, ale lekko mnie zemdliło; akurat śniadanie pająka to nie jest najpiękniejszy widok na świecie, o nie. Chociaż podobno kelnerzy w restauracjach nie mogą patrzeć na jedzących ludzi, więc – jak widać – wszystko zależy od kontekstu. Jak to w postmodernizmie.

Natomiast zaczynam się poważnie martwić o N. Nie zrozumcie mnie źle – nadal ma dużo energii i entuzjazmu, ale od jakiegoś czasu ZBYT DOBRZE zaczął się orientować w kwestiach celebryckich. I od rana potrafi mnie poczęstować informacją, co tam u pana Fabijańskiego lub zreferować ze szczegółami kolejne przygody Antoniego Królikowskiego. Z czego z tej dwójki to kojarzę Antoniego, owszem, natomiast tego drugiego to bym nie poznała nawet gdyby mi go podali na półmisku z jabłkiem w gębie i piórami w tyłku (lub odwrotnie, nie czepiam się szczegółów). I to mnie NIEPOKOI. Bo gdyby jeszcze się interesował Dodą, no to… w sumie, większość facetów chyba wie, kto to jest Doda, to jest niezależne od nich. Ale Fabijański? Matko kochana. 

Dzisiejszy poranek pełen informacji o tym, co zdrożało – co zdrożało bardziej – i co jeszcze bardzo, bardzo zdrożeje wkrótce. Kurwa mać.

W związku z tym czuję się w OBOWIĄZKU poinformować, że HBO rzuciło „Parki i rekreację” i nie zdrożało, żeby była przynajmniej jedna dobra wiadomość. No to buziaczki w nosek (nasmarowany kremem z filtrem, mam nadzieję!) – idę oglądać.

O MIGRENIE

W niedzielę miałam naprawdę wypasioną migrenę. Full komplet – z aurą, orkiestrą symfoniczną i chyba nawet serwisem obiadowym na dwadzieścia cztery osoby. Zresztą – przy tej pogodzie to powinnam się cieszyć, że to TYLKO migrena, a nie po prostu czaszka mi eksplodowała, bo byłoby znacznie więcej sprzątania (chociaż w sumie – nie ja bym sprzątała, więc czym się przejmuję?).

A w poniedziałek walnęłam się w kolano. Ale jak! Od razu resztki migreny mi przeszły i wykluł się piękny, dorodny, szeroko rozlany siniak. Coś pięknego, akurat znowu idą upały i będzie jak znalazł do szortów, zwłaszcza dżinsowych. Fioletowy z niebieskim się bardzo dobrze komponuje.

„Motherland”, jak wszystkie rewelacyjne seriale, za szybko się skończył. Czwarty sezon „Killing Eve” też podobno ostatni. Dlaczego? DLACZEGO to już koniec Vilanelle i jej obłędnych ciuchów? Jak ja teraz będę żyła i skąd czerpała inspirację (do kolejnych morderstw)?… Ech. 

A poza tym co? Japończycy piszą w poważnych gazetach, że idzie wielka recesja. Hiszpanie też piszą, że idzie recesja. Robi się trochę straszno – wolałabym, żeby się tym razem mylili. Koleżanka mi poleciła „Smutek i rozkosz” – bardzo, bardzo dobra książka. Tylko ostrzegam – zdecydowanie więcej smutku. Teraz czytam „Niespokojnych ludzi” – zacnie się zaczęło i rozwija; a w kolejce czeka „Billy Summers” Kinga. Wiem, wiem, sto lat za wszystkimi, ale lato jest, tak? Latem człowiek jest usprawiedliwiony.

A Szpilmanowa rąbnęła mi szydełko! No już wiecie co. A już miałam napisać, że taki spokój ostatnio, że chyba się wyprowadziła. No więc wszystko wskazuje na to, że nadal z nami mieszka.

Idę smarować kolano żelem z arniki.

O TYM, JAKĄ BYM CHCIAŁA IMPREZĘ

Wykupili mi w Dealzie pikantne prażynki krewetkowe i zostały same łagodne. Bez sensu! Kompetnie bezcelowe jest napychanie się krewetkowymi prażynkami, które nie wypalają śluzówki w przewodzie pokarmowym. I tak zostałam w stanie bezkrewetkowopikantnym, a N. znowu wybył i nie mam się czym pocieszać. 

Natomiast podniosła mnie na duchu informacja, że Jennifer Lopez pękły spodnie na tyłku podczas koncertu w Chicago, czym ona się kompletnie nie przejęła i spokojnie dokończyła koncert z dziurą na dupie. U go, girl! A ja się przejmuję wielkością mojego tyłka – zupełnie niepotrzebnie, jak widać; teraz nawet jak mi garderoba trzaśnie, to zawsze będzie można powiedzieć, że się WYSTYLIZOWAŁAM na J Lo w Chicago, kurde faja. 

Czy „Motherland” na HBO nie jest wspaniały? Dlaczego, DLACZEGO Brytole potrafią robić takie seriale i mają taaaakie cudowne aktorki? Na czym to polega? Ruda, która zagrała u Ricky’ego Gervaisa jest taka słodka, że chciałabym ją mieć przy sobie na stałe, żeby rozjaśniała mi życie swoim podejściem (recepta na udane życie – obniżyć oczekiwania). I zapowiedziałam moim koleżankom, że motto naszej następnej imprezy to „Wczoraj było nieźle, obudziłam się z czipsami w gaciach” i NIE CHCĘ SŁYSZEĆ ŻADNYCH WYMÓWEK, zrozumiano? Nic mnie to nie obchodzi, że nie lubią czipsów.

A w Egiptowie rekiny zeżarły dwie turystki. Cóż zrobić – planeta się mści.