NO TO TEN

Kupilam sobie wczoraj bikini na te moje wakacje…

Cholera jasna, kiedy do mnie dotrze, ILE JA MAM LAT i przestanę smyczyć oczami po półkach z bikini i z godnością będę nosić jednoczęściowe z golfem i długimi galotami?

Z drugiej strony.
Kanary są tak samo cudowne, jak Wielka Brytania.
Możesz wyglądać jak chcesz, i ubierac się jak chcesz, a nikt ci złego słowa nie powie, ani nie będzie wytykał palcem, a kieliszek sangrii nad basenem rozwieje wszystkie wątpliwości.

Ponadto pod mój dom przychodzi teraz wdowa po Fryderyku.
Bo Fryderyk się przeniósł do lepszego ze światów, ale pozostawił nieutuloną w żalu wdowę, którą bzykał nieomal do końca swych lubieżnych dni. Wdowa jest biała jak cukier z czarnym uszkiem i czarnym ogonem. Przychodzi i wycygania od mojego męża (co on taki czuły na wdzęki kocic!) puszki szprotek i sardynek.

Musiałam interweniować.

– Kochanie. To zwykła dziwka jest, a nie żadna wdowa. Fredek jeszcze dobrze nie ostygł, a ona już sobie sprowadziła takiego jakiegos szarego i nosi mu szprotki, kiedy nikt nie widzi!…

Pająków w domu mam całe tabuny i zamykam okna na noc, bo zimno.
Jesień, panie kolego.

I PO WIROWANIU

(Co to znaczy, że twaróg to skrzep kazeinowy? Jakoś się tym przejęłam, choc nie wiem, czy słusznie. Ja lubie twaróg. Powinnam się zacząć bać?…)

Powrót do normalnego życia nie jest prosty. Nie, kiedy przebywa się w domku nad jeziorem, gdzie przystojni piłkarze grają na zebie i uczą niemowlę piosenek „Gdy dorośniesz, synu mój, całą Lechię weź na… „, a później w cudownej brokatowej komunie, gdzie ubranie się, umalowanie i wyjście z domu zajmuje osiem godzin, a równolegle ogląda się koncert Madonny i cały pierwszy sezon „Trawki”.

(Ta baba ma 50 lat. I chodzi w białym body i pelerynie z diodami oraz prowadza na smyczach muskularnych dwudziestolatków, poklepując ich pejczykiem. Niesamowita jest.)

Anyway.
Wróciłam i rozstawiłam ceramikę w moim nowym kredensie – Opole, Bolesławiec, Rosenthal, Sargadelos… Kredens mi się trochę skończył, a ja ciągle jeszcze posiadam ceramikę do rozstawienia. Mój mąż to trochę taki ceramiczny fetyszysta – moze dlatego, że archeolog, to gromadzi skorupy.
Ale np. zostały mi kryształowe wazy? misy? salaterki? Rosenthala.
Co ja mam z nimi zrobić?
Co dorosły człowiek robi z kryształowymi miskami? I jednym wazonem.

No nie wiem. Galaretkę w nich podać czy fasolkę szparagową jakoś mi głupio… Na suszone jeżowce też chyba nie za bardzo se nadają… No chyba, żeby je zostawic pod ręką i przy okazji jakiegos kolejnego sporu o Falklandy pierdolnąć spektakularnie o podłogę.

To by mogło być niezłe.

Dotarło do mnie dziś, że mój wyjazd na urlop, który mi majaczył jako blizej nieokreślona przyszłośc, to juz TA SOBOTA. Jak to się stało?…

A mój mąż wywalił zawartość całej swojej komody z ciuchami (paska szuka) i leży na podłodze taka wyzywająca kupa i się na mnie patrzy.
Hm.

To idę robić paprykarz csirke z kurczaka.
A co.
Nie zawodowo, to chociaż kulinarnie się pospełniam.

ZYJEMY, LECZ

…jestesmy bardzo zajęte.

(Mój mąż: „Cały dzien w sklepach? CAŁY DZIEŃ CHODZILYSCIE PO SKLEPACH? OD RANA DO TERAZ?… Wy jestescie nienormalne).

Czy ja wiem.

Poza tym te dwie wariatki PRZESZLY NA DIETĘ and I mean N A D I E T E. Noszą w torebusi BANANY i JABŁKA. NIE JEDZĄ CHLEBA. Wpadam do nich wczoraj na sniadanie, a one mi TWARÓG, MAKRELĘ i JAJKO NA TWARDO. A kruasanty gdzie, ja sie pytam?… A w KFC?… SAŁATKI!… Oto, na co mi przyszło na stare lata!…

Zwariowały całkiem.

Na planie kazali nam WIROWAĆ.
WIROWAĆ!…
NIGDY W ŻYCIU NIE WIROWAŁYŚMY!…

Trochę to straszne, co się dzieje. No, ale takie czasy.

Idę jeść twaróg.

NO JAK O LEJDIS JUZ BYLO, TO TERAZ O GŁUSZY

Już od samego początku było nieźle.

– Słuchajcie, no nie będziemy w tym Giżycku na trzecią raczej – relacjonowała nam pogodnie Haniuta – pociąg ma dwie godziny opóźnienia na starcie, bo pod koła rzuciła się baba, a teraz jesteśmy w Małdytach, bo zepsuła się lokomotywa, i słuchajcie, zaczyna się tu jakaś impreza, pan wyciągnął taki parapet z klawiszami i pani śpiewa… Nikt nie wie, kiedy podstawią nową lokomotywę… ale hej! Wesoło jest, nie wiem w sumie, czy by nie zostać w tych Małdytach…

Udało nam się ją namówić, źeby jednak przyjechała. W roli zanęty wystąpiło Ewy leczo z cukinii.

Pobyt w głuszy upłynął tym razem pod znakiem strasznych, ale to POTWORNYCH kłótni Haniuty z moim mężem. O GRZYBY. Naprawdę nie wiem, co w nich wstąpiło, bo dogadywali się dotychczas znakomicie, mieli ulubiony temat kulek kałowych, mogli o nich rozmawiać godzinami i wciąż z tym samym byskiem w oku… No nie wiem, doprawdy!

Żarli się strasznie za każdym razem, kiedy na stół wjeżdżał słoik z marynowanymi grzybami, czyli dość często, bo grzyby były pyszne i w kółko je jedliśmy. Mi tam było bez różnicy, czy jem koźlaka, czy sitaka, czy koźlarza, czy podgrzybka, czy kurna jeszcze innego krawca. IM NIE BYŁO. W celu pogodzenia zwaśnionych został nawet nabyty atlas grzybów, z takim skutkiem, że każde z nich zostało przekonane o swojej racji. Było nawet dzwonione po ludziach i pytane „Tatooo, a jak byś powiedział zdrobniale na KOŹLARZA? Wiesz, zdrobniale, mleko mleczko, a KOŹLARZ?…“. Wszystko na nic.

Pewnego pięknego poranka mężczyźni pojechali na chwilę do sklepu i nie było ich pięć godzin. Po powrocie zastali nas of kors nieco wkurwione (ja najbardziej), podczas gdy oni zupełnie nie wiedzieli dlaczego.
– Widzieliśmy Wojtka! – oznajmili nam radośnie.
Przeszyłyśmy ich trzema parami modrych spojrzeń, zakazanych przez konwencję Genewską.
– No Wojtka widzieliśmy! Siedział z nami przy jednym stoliku. Chcecie poznać Wojtka?…

Nie chciałyśmy (mimo, że chodzilo o Olejniczaków Wojtka). Prasnęłyśmy drzwiami, zabrawszy nieletnie dziecko, i udałyśmy się mścić na nich do Giżycka.
Nie poszłyśmy do najt klabu, o nie.
Lepiej.
POSZŁYŚMY NA CIUCHY!!!

Ewa poszła sobie kupić jogurcik i odkryła butik ze świetnymi ciuchami, które przymierzałyśmy CZTERY GODZINY, rotacyjnie przejmując opiekę nad pełzającym radośnie po podłodze Frankiem (raz wpełzł jednej obcej pani do przymierzalni, jak się troszkę zagapiłyśmy. Akurat była goła. Śmiechu było co niemiara. To jest, my się śmiałyśmy. Pani jakoś nie. Głupia rura, pewnie nie lubi dzieci). Wyszłyśmy stamtąd obładowane pięknymi pudełeczkami z odzieżą (podsumowaną później przez naszych mężczyzn jako „Jak z Mazowsza“ lub „Jak Bronka z Daleko od szosy“).

W ciągu dalszym mszczenia się na facetach, żeby na nas czekali, dranie, tak jak my na nich, pojechałyśmy naokoło. I zabłądziłyśmy. Oczywiście. O mały włos nie wyjechałyśmy w Gdyni (był już drogowskaz na Redłowo). O drugi włos nie umarłyśmy na zawał, kiedy pan, zapytany o drogę, odwrocił się i miał takie CZERWONE OKO (poprzedniego dnia oglądaliśmy „28 tygodni później“), a następny pan, w środku lasu, szedł sobie i miał SIEKIERĘ. Bardzo bałyśmy się go wyminąć, bo oczywiście byłyśmy PEWNE, że wskoczy nam na dach i zacznie się przerąbywać do środka. Tak się jednak nie stało, mimo, że oprócz siekiery miał również piłę.

Przyjeżdzamy i co.
Myślicie, że czekali na nas, cali wściekli i / lub zmartwieni, bo przeciez MOGŁO NAM SIĘ COŚ STAC, bo tyle czasu nie wracamy, może nas ktoś porwał, a może zabłądziłyśmy albo zabrakło nam benzyny w środku lasu?…
HA.

W ogóle nie zauważyli, że nas nie było.
Wzięli prowiant (po 3 harnasie) i poszli na ryby.

Kurwa mać. I mścij tu się na nich, człowieku.

Zjadłam jakieś 40 kg kiszki ziemniaczanej. Tak dobrej, że żarłam ją również na śniadanie. W ogóle nasze wspólne wyjazdy charakteryzuje tzw. ZDROWA DIETA – na jedną kolację chłopcy zrobili nam WĘGIEL. Normalny węgiel. Próbowałyśmy go jeść z solą i masełkiem – jak się dobrze poszukało, to miejscami w węglu był kawalątek pieczonego ziemniaka albo kiełbasy.

Poza tym było mnóstwo atrakcji pobocznych, np. zakwaszanie moczu, ale kto by to panie dziejku wszystko spamiętał.

A jutro do fryzjera i tak o.

TAK PRZED SAMYM WYJAZDEM

Wysiadam z pociągu podmiejskiego w pieknej, zalanej słońcem miejscowości Żyrardów. Wraz ze mna wysiada grupa strudzonych panów z wąsami, którzy widać, że piwom się nie kłaniali, o nie.

Dwóch z nich idzie dosłownie krok za mną. Nie było możliwości, aby uciec od zapachu Sportów i poniższej opowieści:

– Ty wisz, kupiłem ćwiatkę. Postawiłem se przy robocie. Wannę robiłem. Skończyłem i patrze, rozglądam się – gdzie flaszka? No nie ma! I ty wisz, co się okazało?… Zamurowałem ćwiartkę! Całą obmurówke wanny musiałem z powrotem rozebrać!…

To jeśli ktoś by miał pytania, dlaczego fachowcy nigdy nie mogą z niczym zdążyć na czas. Flaszki im w ścianach zostają, po prostu.

O PRZERAŻACZACH

Obudziwszy się rano otwieram oko i co widzę?
PAJĄKA WIDZĘ.
Jak zjeżdża z sufitu PROSTO NA MOJĄ GŁOWĘ.

Podobno pająki to szczęscie. Chce ktoś trochę tego szczęścia?…
Bo ja mam ich na kilogramy. Wszędzie. Nawet jeden skurczybyk siedzi w zlewie, w tej mniejszej komorze, i łypie na mnie spode łba, kiedy zmywam.

Bo to chyba już babie lato, nie? Jak pająki zaczynaja chodzić człowiekowi po głowie – widomy znak, że zbliża się jesień.

A JA JESZCZE NIE BYŁAM NA WAKACJACH!
I nie nosiłam moich letnich tunik, zakupionych na wakacje, ŻE NIE WSPOMNE O SPODNIACH!

W ogóle nie wiem w co ręce wsadzić na tym bezrobociu, bo tak, tu po Hanię, tu do Ewy, tu wracamy, bo gramy w filmie, tu wyjeżdżamy na wywczas, tu wracamy, bo z kolei gra mój mąż…

W piątek przyszła paczka z torbą („To twoja nowa torba? Fajna, to co, spakujemy się do niej na urlop, nie? Bo po co nam walizka” – owszem, jest trochę SPORA, ale to dobrze, wejda mi do niej wszystkie thrillery Deavera, jakie przyszły z Merlina w sobotę i jeszcze będzie miejsce na 15 kg ziemniaków i szczoteczkę do zębów).

W piątek po pracy zrobiłam imprezę pożegnalną i znowu WPADŁAM W CIĄG weekendowego pożerania tłuszczów zwierzęcych pod różna postacią… Nie ma już chyba dla mnie ratunku… Ten wieloryb, co pływa po Zatoce Gdańskiej (biedulek!…) to chyba DO MNIE przypłynął, żeby mnie ostrzec przed tym, jak będę wyglądać, jak się nie uspokoję i nie przestanę pożerać boczku z grilla, cielęcych sznycelków i pól słoika smarowidełka mojej mamusi na jedno posiedzenie.

IDE NA ODWYK
JAGODY I WODA MINERALNA
ZEN I LOTOS NA TAFLI

Jedyne co mnie przeraża BARDZIEJ niż mój brzuch i waga, to notowania PIS-u.

I pająki, oczywiście.

„O ZIELONĄ, CZYSTĄ POLSKĘ”*

Wzorem najlepszych robię czystkę.
Czystka dotyczy moich służbowych szafek.

Doszłam do wniosku, że kocham niszczarkę. Mogę rzucać robotę co drugi dzień, pod warunkiem, że będę sobie mogła pozjadać papiery w niszczarce.

Nikomu nieprzydatne, no bo kogo tu interesuje teoria ekonomii instytucjonalnej.
No nie – niesprawiedliwa jestem, kilku moich pracowników może by zainteresowała, ale oni są strasznie zarobieni – musza zapierdzielać za siebie i za kuzynów wiceministrów. Przy czym za PIS-u trochę zachwiały się proporcje. Na jednego pracownika przypadało dotychczas góra dwóch nierobów. Teraz tak około pięciu – and counting!

Anyway.

Wchodze przeczytać swój horoskop i pierwsze zdanie brzmi: „Trwa pozytywna fala mobilizacji mocnych stron twojej osobowości”.

ŻE CO?

Czytam drugi raz, trzeci.
NIC NIE ROZUMIEM.

Ta „mobilizacja” mnie troche przeraziła, bo poza tym to nawet pieknie napisali.

Chyba że ta MOBILIZACJA to synonim moich nowych spodni. W obliczu bezrobocia przerzuciłam się na UBRANIA PRAKTYCZNE. I zakupiłam spodnie, które mają następujące podstawowe zalety:

a) TROK W PASIE. Mogę przytyc (lub schudnąć! Owszem, JEST to bardzo mało prawdopodobne, ale przecież nie nie możliwe!) do 40 kilogramów, a spodnie nadal będą na mnie dobre – bo trok.
b) Pomyslcie sobie jakiś kolor. Wszystko jedno jaki – ulubiony czy znienawidzony. Nie rzutuje. KAŻDY z nich występuje na moich nowych spodniach. Za jednym zamachem weszłam w całe widmo kolorystyczne przy pomocy jednych cienkich bawełnianych spodni. W dodatku szalenie pasują do klapek w truskawki.
c) Nie ma siły, żebym gdzieś się zgubiła w tych spodniach. Nawet, jeśli mąż nie pozwoli mi iść przy swoim boku, odzianej w to dzieło sztuki, to i tak będzie mnie miał na oku w każdym momencie. Nie sposób ich przeoczyć.

No taka jestem z siebie dumna, że nie wiem.
Myslę, ze Pierwsza tez byłaby ze mnie dumna. Zawsze zachęca do odważnych zestawień.

Walnęłam wczoraj półtora thrillera medycznego niejakiej Tess Gerritsen – zupełnie nie zauważyłam, że ona teraz jest na topie. Bardzo wciągające opisy sekcji zwłok, a akcja lepsza niż u Cooka (którym umówmy się, chwilami był zbyt męczący). Romansu w sam raz, w dodatku z nutką perwersji (pani patolog zakochana w księdzu katolickim!). Na leżaczek – w sam raz (zwłaszcza opisy zwłok trędowatej kobiety do połowy zjedzonej przez szczury).

Czuję, że jako świeżo namaszczona kura domowa wejdę w mufinki. Wciągają mnie przepisy na mufinki na forum „Kuchnia” na gazecie.

* – tytuł broszury, jaką właśnie znalazłam w szafce.

O URZĄDZENIU NAPROWADZAJĄCYM

W jednym z felietonów Marian Keyes przeczytałam takie zdanie, które ona kazała przepisywać swojemu mężowi 100 razy: „MACICA TO NIE JEST URZĄDZENIE NAPROWADZAJĄCE”.

I bardzo się zdziwiłam, bo myślałam, że tylko mój mąż tak ma! A tu proszę.

Z nieznanych mi przyczyn, obowiązek znania miejsca przebywania WSZYSTKICH przedmiotów w domu (dwóch domach) należy do mnie.

Defoltowo codziennie odpowiadam na pytania „Kochanie, gdzie jest mój portfel?” oraz „Kochanie, gdzie jest mój telefon?”. To program obowiązkowy. Nawet, jeśli właśnie wrócił z dwudniowej delegacji. (Nie wspomne ile razy proponowałam „Przywiążę ci je do tyłka!” – ale nie spotkało się to z entuzjazmem. Nie wiem, dlaczego).

Albo takie na przykład:
„Kochanie, gdzie jest korkociąg?”.
(No gdzie.)
W SZUFLADZIE W KUCHNI.
„Kochanie, ale w której szufladzie?”
(Szuflad w kuchni mamy całe cztery. Mieszkamy razem od ponad 6 lat i naprawdę było parę okazji, żeby się zapoznać z ich zawartością.)
W DRUGIEJ OD GÓRY.
I teraz uwaga absolutny hit, mój ulubiony, po prostu ukochany:
„Kochanie, NIE MA GO TAM”.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!…

Odkładam książkę / herbatkę / komputer czy czym tam się aktualnie zajmuję, idę i oczywiście znajduję korkociąg w drugiej szufladzie od góry. Przykryty drewnianą łopatką do mieszania jajecznicy.

ALE DOBRA
NIECH IM BĘDZIE
To my jesteśmy tymi BOGINIAMI ogniska domowego, powinnyśmy wiedzieć, gdzie co jest, znać na pamięć uplasowanie przestrzenne każdej pary skarpetek i każdego ruchomego przedmiotu. Nawet, jeśli w domu jest bałagan (a jest).

OKEJ.

Czemu jednak trafiają nam się wyzwania w stylu „Kochanie, gdzie jest takie moje zaświadczenie co pamiętasz dostałem dwa lata temu z takiej firmy a później schowałem do takiej teczki która położyłem w tej drewnianej szafce a później robiłem porządki w papierach i niektóre wywiozłem do drugiego domu a niektóre wyrzuciłem – no więc, GDZIE JEST TO ZAŚWIADCZENIE bo mi strasznie potrzebne na za pół godziny?”.

Albo „Nie pamiętasz gdzie położyłem te muchy, co kupiłem w środę od Wasyla?”
(Te, które najpierw przede mną chowałeś, bo ukrywasz, że w ogóle masz jeszcze jakikolwiek kontakt z Wasylem, a poza tym masz ZABRONIONE kupowanie kolejnych gówien wędkarskich, a później, jak już je znalazłam, to mnie dwie godziny przekonywałeś, że to są STARE MUCHY i w ogóle ich nie kupiłeś, tylko zamierzasz wyrzucić?… NIE PAMIĘTAM).

I weź im człowieku nie każ przepisywać!…

(Ja gubię tylko okulary. Codziennie. Kiedy zdejmuję szkła, nigdy, ale to NIGDY nie mogę znaleźć okularów. I pytam wtedy, gdzie sa moje okulary, no bo nie mogę ich znaleźć, bo nic nie widze bez szkieł. Ale może powinnam je sobie przywiązac do tyłka?…)