O, WRÓCIŁAM! CIESZYCIE SIĘ?

 

Dear Diary, nie wiem, czy powinnam się do tego przyznawać, bo chyba mogą mnie aresztować?… Wracałam bowiem do domu samolotem z włączonym telefonem. JA. Ja, która zawsze pilnuję, żeby wszyscy wszystko wyłączyli już w taksówce na lotnisko. Byłam ŚWIĘCIE PRZEKONANA, że wyłączyłam telefon, siedząc przed bramką, ale sytuacja była trochę skomplikowana, wręcz napięta – N. w ostatniej chwili przed wsiadaniem dokądś poszedł, ja się wściekłam, że po cygara, on twierdził, że do łazienki… No w każdym razie trochę byłam zajęta wszczynaniem awantury i tak to wyszło. Wstyd mi strasznie. Niby nic się nie stało, ale tak mi średnio z tym. Sumienie mi obgryza kostki.

Rozsmarowujący upał w Madrycie trwał dwa dni, a później się ochłodziło i było bardzo, bardzo przyjemnie. Mój mąż jak zwykle zafundował wszystkim taką ścieżkę zdrowia, że przeszliśmy więcej kilometrów i zaliczyliśmy więcej zabytków, niż japońska wycieczka. I zjedliśmy tyle krewetek i ośmiornic, co dwie japońskie wycieczki.

Pojechaliśmy do Toledo, pociągiem (tak, takim samym, jak ten, co się wykoleił trzy dni wcześniej). Bardzo przyjemnie się jedzie, nie wiadomo kiedy człowiek wysiada i od razu na stacji wszystkich chętnych zgarnia autokar, który robi objazd dookoła Toledo (bo to trzeba zobaczyć, jest niesamowicie pięknie położone nad rzeką), a później wysadza towarzystwo w centrum miasta. Zwiedziliśmy muzeum El Greco – którego uwielbiam – a reszta dnia minęła na parkowaniu przed sklepami, w których panowie oglądali NOŻE. Toledo, przypominam, słynie ze stali, i liczba sklepów z nożami przekracza granice miłosierdzia, a na pewno damskiej cierpliwości (chociaż może nie powinnam narzekać, bo kupiłam sobie śliczny pierścionek – żmiję). Kupili sobie w końcu po nożu, wielkim i ostrym jak jasna cholera. Po czym w pociągu doszliśmy do wniosku, że musimy wejść jeszcze raz na chwilkę do Prado, tylko do sklepu przy muzeum, bo jest po drodze do hotelu, a nasi znajomi nie kupili sobie przewodnika poprzedniego dnia, a bardzo by chcieli.

No powiem państwu, że nie wiem, czy kiedykolwiek próbowało wejść do Prado, zupełnie swobodnie i na luzie, dwóch panów z półmetrowymi nożami. Tam na wejściu są bramki do prześwietlania toreb i pani, siedząca przed monitorem, podskoczyła tak około pod sufit. Musiało nam dobrze z oczu patrzeć, bo nie aresztowali nas ani nie obalili na podłogę taserami, tylko pozwolili zabrać te maczety z taśmy i oddać je po dobroci do szatni. Mam nadzieję, że obrośniemy tzw. legendą miejską.

Hiszpańska gospodarka powitała nas bardzo uprzejmie drugimi przecenami w sklepach, bardzo zacnymi. Odwdzięczyłyśmy się ze znajomą uprzejmym najazdem Hunów na kiecki w Sferze (wywiesili dziesiątki rodzajów cieniutkich, bawełnianych kiecek typu kaftan) oraz buty. Kupiłam sobie też wiktoriańską powieść „Lady Audley’s Secret”, bo nie dość, że ma zachęcający tytuł, to jeszcze na tylnej okładce napisali „plot involving bigamy, arson and murder”, więc nie mogłam tego tak po prostu zostawić na stojaku. I jak tu nie kochać wiktoriańskich powieści?…

W dodatku zadebiutowałam w prozie hiszpańskiej, ponieważ napisałam pierwszy w swoim zyciu list w tym języku. Do obsługi hotelu, która bardzo uprzejmie wstawiała nam do pokoju complimentary butle z wodą, co wieczór, strasznie wielkie. Ostatniego wieczoru wróciliśmy z miasta na lekutkiej bani i na widok tych butli lekko mnie poniosło, więc z pomocą N. wysmażyłam do nich karteczkę: „Muchas gracias senores pero no bebemos tanta agua. No somos camellos”.

Ani się człowiek obejrzał, a już był ostatni dzień i poszło się do Cervantesa, wytarmosić osiołka Sancho Pansy za ogon na pożegnanie i trzeba było wracać. Ech.

W domu, oczywiście, NATURALNIE, jak zwykle, wypłynęła mi na przywitanie fasolka szparagowa. Kiedy ja się nauczę, żeby NIE ZOS TA WIAĆ surowych warzyw w dwuznacznej sytuacji, wyjeżdżając, bo to się zawsze tak samo kończy?… Chyba, że to taki rys charakteru: Kobieta, Której Wypływają Warzywa Na Powitanie i nic się na to nie poradzi.

Ciepło, co?

 

O ZBOCZONYM GOŁĘBIU I UPALE

 

„Dlaczego ja nie noszę tych białych spodni?” – zadałam dziś sobie rano pytanie, wyciągając z szafy zapomniane białe spodnie. Za pół godziny miałam na prawym kolanie awokado z kanapki mojego małżonka i przypomniało mi się, DLACZEGO niezbyt często noszę białe spodnie. Nie wiem, ile wynosi średnia, ale u mnie plama na białych spodniach pojawia się tak do godziny od ich włożenia. (No ale on przecież nie może, NIE MOŻE poczekać dziesięciu minut i zjeść w biurze nad talerzykiem, nie. Zamówi w Subwayu NAJWIĘKSZĄ kurwę z gitarą i koniecznie musi ją jeść za kierownicą na rondzie De Gaulle’a).

Przytłukłam sobie palec szufladą, a wielki, wyuzdany gołąb złamał gałąź brzozy. To jest taki ogromny, szaroniebieski gołąb, jak spora kura, w dodatku ekshibicjonista, bo sprowadza sobie kochanki (równie spore), sadza na gałęzi FRONTALNIE przed naszymi oknami i bzyka. No to wczoraj tak dokazywali, że spora gałąź się złamała i rymsnęła na taras. Wrzasku i zamieszania było, jak przy obławie nielegalnego kasyna w burdelu.

A jutro jedziemy do Madrytu, z czego bardzo się cieszę, naprawdę bardzo, tylko że tam jest teraz czterdzieści stopni. CZTER DZIEŚ CI. Przecież ja zdechnę! Co innego miły upałek smagany bryzą znad oceanu, z gołymi nogami w plażowej tunice, a co innego czterdzieści stopni w centrum MIASTA. Dają tam do drinków sporo lodu, to może będę sobie wrzucać kostki za dekolt. I do majtek. Idę szukać w googlu „co na upał” (alkohol, to wiem, ale OPRÓCZ alkoholu coś jeszcze działa?…).

 

O OGÓRKACH I DRONIE

 

Weekend cudny, wypełniony tym, co lubię najbardziej: robieniem NIC. Tzn. ja, bo mój mąż jest jak popcorn w tej maszynie – cały czas podskakuje i coś robi. Zepsułam mu kosiarkę SIŁĄ UMYSŁU, ale naprawił i ogolił trawnik razem z moimi stokrotkami. Ech.

Dostałam od sąsiada niesamowite ogórki, wiadomo, że takie prosto z krzaka są twarde, soczyste i pyszne, ale te na dodatek były jeszcze bardzo, bardzo ZIELONE, aż odblaskowe. W życiu nie widziałam, żeby ogórek w środku miał taki kolor.

Wieczorem na tarasie wylądował ogromny, chrzęszczący mega potwór – ŻUK pięć razy większy od słynnego deląża garbaża. Wylądował na plecach i nie mógł się odwrócić i i tak sobie jeździł w kółko i hałasował jak spory hydrofor. Jak go zobaczyłam, to miałam kilka pomysłów, jako to: a) zwymiotować, b) zemdleć, c) wyjechać… i pewnie któryś bym zrealizowała, gdyby N. się nie zajął sprawą – wzruszył ramionami, wyszedł na taras, pogadał z chrzęszczącą ohydą i ohyda odleciała. BRRR.

Po czym doszliśmy do wniosku, że to nie był żaden żuk, tylko DRON. Bo nie ma w Polsce żuków, które sięgają człowiekowi do łokcia! Na pewno dron, amerykański (dlatego taki pierdołowaty), albo – co rzucił odważnie N. – izraelski. Przyleciał, bo słyszał, jak N. się wypowiadał na temat izraelskiego wina. Serio, ostatnio w knajpach atakuje go izraelskie wino. We wszystkich lokalach typu „business lunch” jest w karcie i kelnerzy dość kategorycznie proponują je do posiłku. N. cierpi, bo zwykle jest cienkie, kwaśne, o niezbyt ładnym kolorze, za to drogie. Potwierdzam to, bo piłam jedno we Wrocławiu. I on od jakiegoś czasu wraca z delegacji i pomstuje, dlaczego musi pić wino niedobre i drogie, zamiast dobrego, w o wiele niższej cenie.

To przysłali nam drona, żeby zebrał wywiad.

I tak to u nas na wsi życie sobie płynie. Wydawało mi się, że komarów jakoś mniej się zrobiło, ale okazało się, że po prostu MNIE nie gryzą. Już nawet komary mnie nie chcą!…

O MARCHEWCE I SUPERANCKIM BLOGU

 

Odpoczywa ciasto na niedzielne naleśniki (kupiliśmy w Kauflandzie dżem agrestowy i rabarbarowy!), to sobie coś skrobnę.

Miły koniec tygodnia przyniósł mi w prezencie super fajnego bloga oraz udało mi się przemycić psu marchewkę. Bo ona marchewkę i ryż wypluwa, tak potrafi przecedzić ząbkami, jak rasowy Kopciuszek (tj. Kopciuszek nie ząbkami, ale też coś przebierała, zanim awansowała społecznie, z tego, co pamiętam). No to utarłam marchewkę na najmniejszych oczkach na MIAZGĘ i już nie miała jak wypluć. Ha!

A bloga pisze dziewczyna (tj. nie wiem, ile ma lat, ale pisze dziewczyńsko, nie pańciowato), która mieszka i pracuje w Japonii. I ma japońskiego męża (i japońską teściową, ha). I pisze o tym swoim życiu w Japonii. Nie za bardzo lubię książki podróżnicze, bo najczęściej pisane są nadętym językiem, z leciutką, ale wyczuwalną pogardą dla czytelnika. No niestety, tak je odbieram. W dodatku nie zawsze opisują rzeczy, które mnie interesują. A tutaj to jest relacja z Japonii na co dzień, w całej fantastycznej krasie, z jednej strony podkreślająca niesamowitość tego kraju, a z drugiej – obalająca mity, tworzone przez tych, co byli w Japonii przez weekend i WIEDZĄ WSZYSTKO.

O, jakie tam są piękne rzeczy. O budowaniu domów na rolkach, o festiwalach. O tym, że walnięte mamuśki są wszędzie na świecie jednakowe (autorka pracuje w szkole). O tym, że w japońskich szkołach nie ma sprzątaczek – o czystość dbają uczniowie i nauczyciele (czy to nie genialne w swej prostocie?). O tym, jak podwoził ją do domu szef mafii i jak kazała japońskim nastolatkom pielić chwasty na podjeździe. I jest dużo, dużo przefajnych zdjęć i opisów jedzenia, z uwzględnieniem bento oraz niesamowitych japońskich słodyczy i napojów. I nie ukrywam, że tę część lubię najbardziej. (Czekolada o smaku pomidorów! Dwadzieścia kilka rodzajów KitKata! Pepsi o smaku solonego arbuza! I wiele, wiele innych). Of kors, jak się tego bloga czyta, to człowiek zaraz jest głodny (o matko, ale bym zjadła te pierogi gyoza).

A, i na dodatek wydała u nas książkę, którą natentychmiast lecę kupić.

Tu blog: Na wsi w Japonii

A WIEDZIELIŚCIE, że w Japonii się zamawia na Wigilię kubełek KFC?… HA! Piękny kraj.

To idę produkować te naleśniki, żeby były gotowe, jak wpadnie głodny łucznik.

O PASKUDZTWACH I PIOSENCE DLA ŻÓŁWIA

 

(W biurze wszyscy jemy dmuchany ryż i jest bardzo śmiesznie).

Na Pudlu niusik, że pani Ewa Kasprzyk już się nie będzie odmładzać przy pomocy młodych kochanków, tylko pijawek. I to jest bardzo słuszna koncepcja, ponieważ są miejsca, do których kochanek nie da rady się przyssać, a pijawka – i owszem. Nawet się ucieszyłam, bo gdybym chciała podążyć szlakiem pani Ewy (jak już go przetrze), to u nas na wsi w rowach pijawek po pachy. Co prawda, Hanka mnie studzi, że to musi być taka szlachetna pijawka z rodowodem, co potrafi kosztować nawet stówę za sztukę, a nie plebs z rowu. Co mnie do końca nie przekonuje, bo owszem – plebs z rowu trzeba najpierw wykapać i odświeżyć, ale powinny być o wiele bardziej entuzjastyczne i przy apetycie, niż takie wybredne wymoczki z hodowli. No nie wiem. Dobry pomysł, ale trzeba popracować nad detalami (jak ze wszystkim).

Zakopałam się w ósmej serii „Archiwum X”, w której co prawda nie ma Muldera – UFO trzyma go na fotelu i przypina do twarzy metalowe krokodylki w niejasnym dla mnie celu – ale jest pan zły Terminator z drugiej części „Terminatora” i też bardzo przyjemnie się go ogląda. W ramach zrekompensowania widzowi braku Muldera, sięgnięto po tak wyrafinowane tematy odcinków, że już nawet ja zaczęłam odpadać. W jeden wieczór skumulowały mi się odcinki:

– o facecie, który był nietoperzem – kanibalem i jakiegoś powodu nie lubił innego pana, więc spożywał jego bliskich i znajomych;

– o uroczej sekcie, żyjącej w odosobnieniu, która hodowała wielkiego glizdopasożyta, wpuszczała go ludziom do kręgosłupa i cieszyła się, że ten wielki wstrętny ślimol to Jezus Chrystus;

– o facecie, który ma na czole trzecie oko i zabija ludzi we śnie, siekierą;

– o malutkim Hindusiku bez nóżek, który wchodził ludziom do tyłka i tymże tyłkiem wychodził;

– o nieśmiałym humanoidzie, który zjadał chorych ludzi i wyrzygiwał zdrowych.

Oczywiście, jak to oglądam, to się śmieję na głos i wykrzykuję humorystyczne komentarze pod adresem twórców („Lej go gumą, Danka!”). Po czym przez pół nocy leżę bez ruchu, bo chce mi się siusiu, ale boję się iść do łazienki.

A dziś rano jak jechaliśmy do pracy znowu się troszkę zamyśliłam i usłyszałam, że do Trójki zadzwonił facet i powiedział, że urodził mu się ŻÓŁW i czy mógłby w związku z tym poprosić o piosenkę dla niego i jego rodziców. Nie, żebym miała cos przeciwko piosenkom dla małych żółwi i ich rodziców, ale trochę się jednak zdziwiłam, na co mój mąż powiedział, że jestem już kompletnie psychiczna i do tego głucha, bo facet zadzwonił, bo urodził mu się WNUK. Wnuk, nie żółw. Aha. (Ale dlaczego od razu psychiczna? Bo piosenka dla żółwia?).

A z butami to próbuję wyhodować sobie malutki, zdrowy rozsądek (jak kryształki w słoiku na sznurku) – np. tłumaczę sobie, że na pewno te najpiękniejsze są w cholerę niewygodne, a w ogóle to może trafią mi się jakieś super fajne w Madrycie. (A Spartoo nie znałam – Alpenlove, masz grzech).

O DOBRYCH KSIĄZKACH I DOBREJ KANAPCE

 

Ogłoszenie drobne: ZATRUDNIĘ – uderzacza w łeb. Zakres zadań i obowiązków: uderzanie w mój pusty łeb każdorazowo, jak zasygnalizuję chęć zakupu KOLEJNEJ pary butów w internecie, bo to już naprawdę zakrawa na chorobę psychiczną. Sama siebie przestaję rozumieć. Może być jednocześnie doktorantem, który sobie zbierze materiały, przebada i napisze pracę na temat ubytków, jakie sobie rekompensuję butami. (I poszła oglądać zamszowe botki).

Tymczasem – z wczoraj, za Onetem:

 „Brazylia: krowa zabiła śpiącego mężczyznę.

W południowo-wschodniej Brazylii na śpiącego mężczyznę spadła krowa. Zwierzę ważące tonę zabiło 45-latka – informuje telegraph.co.uk.

Joao Maria de Souza leżał w swoim łóżku razem z żoną, kiedy zwierzę wpadło do jego domu przez dach i go przygniotło. Krowa uciekła z pobliskiej farmy i weszła na azbestowy dach domu, który nie wytrzymał jej ciężaru i się zapadł.

Żona de Souza, która leżała obok niego w łóżku nie doznała żadnych obrażeń.

Jak donoszą lokalne media, to trzeci taki wypadek w tym regionie w ciągu trzech lat, kiedy krowa weszła na dach i runęła do domu”.

 Myślicie, że żona z krową nigdy się wcześniej nie znały?… A może były umówione, bo np. mąż, wielokrotnie upominany, NIE CHCIAŁ PRZESTAC PALIC SMIERDZĄCYCH CYGARETEK, no i się doigrał. Moim zdaniem – zbrodnia doskonała, lepsza, niż Archiwum X. Tylko trzeba się umieć dogadać z krową.

Dwie bardzo dobre książki skonsumowałam właśnie, pierwsza to „Miłość, ciekawość, prozac i wątpliwości” Lucii Extrebarria (czytałam jej „Kosmofobię”, która mnie zachwyciła). Ksiązka traktuje o trzech siostrach, które w dzieciństwie zostawił tatuś i one się teraz nie mogą pozbierać życiowo. Jedna jest barmanką, przyjaźni się z lesbijka i anorektyczką, bierze narkotyki i bzyka na potęgę z facetami. Druga ma dobrze płatna prace w korporacji, mieszka sama i łyka prozac. Trzecia ma męża, dziecko, piękne mieszkanie i łyka wszystko, co znajdzie. Każda z sióstr zazdrości pozostałym, a wszystkie obwiniają tatusia oraz pewnego kuzyna, który się przewinął przez ich życie. Książkę się dobrze czyta i nie trzeba od razu lubić bohaterek, ale przynajmniej są dobrze skonstruowane i wiarygodne. Jakoś ostatnio interesuje mnie tematyka wtrącania się ludzi w swoje życia i obwiniania o wszystko wszystkich dookoła, tylko nie siebie – to tak na marginesie. Aha, żeby nie było – ksiązka obfituje w opisy określane mianem „explicit sex”.

Powieść Magdy Szabo „Zamknięte drzwi” kupiłam z rozpaczy w księgarni po sąsiedzku (rozpacz polegała na tym, że potrzebowałam NATYCHMIASTOWEGO oddechu od SF i horrorów). No i wsiąkłam, bo książka jest literackim opisem relacji pomiędzy panią domu – pisarką, a jej gospodynią domową. Realia historyczne nie są całkowicie bez znaczenia, bo życiorys nieprawdopodobnie skomplikowanej gospodyni domowej o niesamowitym imieniu Emerenc obfituje w takie wydarzenia, jak przechowywanie uchodźców, ratowanie córeczki żydowskiego małżeństwa, walka z agitatorami – ale treścią książki jest portret dwóch kobiet, z dwóch krańcowo róznych środowisk (chociaż w sumie tak naprawdę to nie, bo pochodzą prawie z tej samej wsi) i nie wiem, która z nich jest bardziej pokręcona. Ale to jest szaleństwo z gatunku tych, które chodzi w wykrochmalonych fartuchach i wywodzi się z przyzwoitej rodziny, wiecie, co mam na myśli. Uwielbiam takie książki, jest dziś ich straszliwie mało (wszędzie tylko jakieś zwierzenia babek, co to pojechały do Włoch, zjadły pomidora i ocipiały ze szczęścia, albo OMATKO JEDYNA urodziły dzieci!). Zupełnie inna od „Abigel” tej samej autorki, trochę mi przypomina powieści Margaret Drabble… No, świetna po prostu.

Do rzeczy dobrych zaliczyłabym jeszcze śniadanie w postaci kanapki z rozdyźdanym awokado. Gdyby jeszcze z kieliszkiem wina, to byłoby całkiem, jak na Kanarach, a tak, to tylko połowicznie.

 

O TYM, ŻE WŁADZE CIECHOCINKA MUSZĄ NAM ODDAĆ SAMOLOT

 

Wyjeżdżanie z osobami, które zna się od pieluch, jest dość odprężające, ponieważ człowiek nie musi niczego udawać. No, trudno udawać przed kimś, z kim dzieliło się hańbę opadających gaci w przedszkolu. Zresztą, spróbowałabym robić z siebie nie wiadomo kogo – to by mnie po prostu opierdoliły i spokój. Robienie nie wiadomo kogo muszę zatem zachować na inną okazję.

Tradycyjnie:

– lało (dziękuję, dziękuję – naprawdę nie musicie mi gratulować – ZNOWU udało mi się ściągnąć deszcz, to doprawdy drobnostka, co to dla mnie);

– przejadłam się mięsem i od dziś jem tylko kanapki z ogórkiem (zasugerowałam, że można wziąć coś fajnego na grilla i koleżanka przyjechała z CAŁYM BAGAŻNIKIEM MIĘSA we wszystkich smakach świata);

– nie mogę patrzeć na wino i nie piję alkoholu do końca życia.

Przyjechała z nami czteroletnia dziewuszka, mały patyczak, obcięty na pazia, która przez te dwa i pół dnia NIE USIADŁA NA DUPIE nawet na dwie minuty. Dlaczego jeszcze nikt na świecie nie wynalazł elektrowni napędzanych dziećmi, to nie wiem. Jako rozlazła ameba, strasznie ludziom zazdroszczę takich pokładów energii, ale Emilki mamie zazdroszczę jakby nieco MNIEJ. Niby takie dziecko jest całkiem niezłe do utrzymywania się w dobrej kondycji, ale jednak dorosły człowiek musi od czasu do przez chwilę odsapnąć, na co nie ma szans NAJMNIEJSZYCH.

Emilka była używana do zadań specjalnych, czyli „Idź, obudź ciocię” (mnie) (wszyscy pozostali się bali, ha ha) (oczywiście, że spałam najdłużej i czekali na mnie głodni ze śniadaniem).

Wraca.

– I co, ciocia wstała?

– Nie. Ale mówiła coś o gadach.

W TYM MIEJSCU chcę raz na zawsze uciąć spekulacje, jakobym powiedziała do dziecka „Idź stąd, mały gadzie”, co utrzymuje mój kochający mąż. Powiedziałam ogólnie, w przestrzeń, że ludzie to gady, bo nie dają pospać. Poza tym, zaraz wstałam, bo jajecznica z kurkami to jednak JEST argument.

Ładny jest ten Ciechocinek i klimatyczny, nawet, jeśli się idzie na spacer w lekko siekącym deszczu (i 3/4 wycieczki jęczy, żeby nie chodzić za dużo i zaraz wracać). Ale dwóch rzeczy im nie daruję:

– że nie działały tężnie, oraz

– że po całym Ciechocinku włóczyły się młodzieżowe obozy sportowe ŻEŃSKIE. HALO? Miałyśmy zaniżać średnią wieku na deptaku! A tu dupa! A nawet – wiele dup, o wiele młodszych od nas i WYSPORTOWANYCH. Władze miasta wiszą nam odszkodowanie!

Wieczorami prowadziliśmy dyskusję o literaturze, no bo przecież nie o tych koleżankach ze szkoły, którym się w dupach poprzewracało i nie mówią ludziom „cześć”. Oraz o teściowych.

Mogło być fajniej, gdyby np. nie padało albo gdybyśmy znaleźli np. krzaczek marihuany i zrobili sałatkę z pomidorów i marihuany, albo bukiet z liści marihuany. No ale padało i nie było marihuany, więc nie ma sobie czym głowy zawracać.

A w piątek jak wyjeżdzaliśmy, to zadzwonił do mnie kurier i mówi „No wie pani, ktoś do mnie zadzwonił z bazy i mówi, że jest pomyłka w adresie! I że mam oddać paczkę pod inny numer! A przecież to pani paczka z butami, prawda? No! To ja panią znam, pani ciągle buty kupuje. A oni mi mówią, że pod inny numer! No chyba ktoś chciał pani na złość zrobić!”. No widzieli państwo, jakiego mam lojalnego kuriera? I tylko czemu mąż powiedział „Ja cię chyba, kochanie, kiedyś w końcu uduszę”.

O ZWIĄZKACH SITKA Z KSIĘGOWOŚCIĄ

 

– … i on mówi, że zawsze wiedział, że będzie księgowym, bo był od małego bardzo zorganizowany. Na przykład, kiedy chodził do szkoły, to nosił w tornistrze sitko, bo w szkole im dawali mleko. Ale w mleku były kożuchy i jak się napił takiego mleka z kożuchem, to miał cały dzień zepsuty, więc nosił w tornistrze sitko i przecedzał to mleko.

Zawsze bardzo dobrze się czułam wśród Hiszpanów i coraz lepiej rozumiem, dlaczego.

O KROJENIU JAJEK I SZARPANIU ZA NOGĘ

 

Z nowości małżeńskich, to kupiliśmy przyrząd do krojenia jajek na twardo w plasterki. N. zachwycony.

– Powiedz mi – mówi do mnie – powiedz mi, dlaczego TYLE LAT czekaliśmy, żeby to kupić?…

Jak słowo daję, nie wiem. To znaczy, częściowo wiem – mam opór przed kupowaniem czegokolwiek do kuchni, bo zawsze jest ryzyko, że będzie stało i się kurzyło. Albo zalegało w szafce i zabierało miejsce, tudzież spadało mi z hukiem na rękę, jak szukam octu balsamicznego. Przykłady: wyciskarka do cytrusów, maszynka do gofrów, raclette, naczynie do fondue, półmisek z podgrzewaczem, blender… (długo tak jeszcze mam wymieniać?).

Ale jajka mamy teraz pokrojone zawodowo (że nie wspomnę o jakiejś pierwotnej satysfakcji, jaką mi daje opuszczanie tej wielostrunowej gilotyny i przyglądanie się, jak TNIE NA PLASTRY – mrrrrrr!…).

„Joyland” Kinga bardzo dobrze się zapowiada, świetnie się rozkręca, żeby na koniec lekko klapnąć. Nie chcę zdradzać akcji, ale spodziewałam się większej i jakiejś bardziej spektakularnej afery. A tutaj jest bardzo piękny wstęp, wielu dobrze opisanych bohaterów pierwszo – i drugoplanowych, zrobione miejsce pod niezłą awanturę, mnóstwo szczegółów, które w efekcie do niczego się nie przydają i niczemu nie służą – trochę, jakby ta książka zrobiła na koniec takie „PrrrrT”, jak sflaczała opona albo poduszka do pierdzenia. Aż trochę żal, bo pachniało starym, dobrym Kingiem i nocami nieprzespanymi w wakacje w liceum nad „Miasteczkiem Salem” czy „Lśnieniem”.

Małe, śliczne, kolorowe ptaszki odkryły świńską nogę. Lekko wczoraj zdrętwiałam, jak zobaczyłam, z jakim wdziękiem i entuzjazmem się do niej dorwały i ROZSZARPUJĄ SKÓRĘ dziobkami. Nie, żebym od razu sobie wizualizowała Hitchcockowskie sceny… Chociaż tak naprawdę to trochę sobie wizualizuję.

O TYM, CO ROBIĆ, JAK NIE IDZIE

 

Najpierw się okazało, że śliczny pierścionek z mnóstwem brylantów (prosto z huty szkła) mnie uczulił i dostałam na wewnętrznej stronie dłoni malowniczej wysypki z pęcherzykami. Oooo, FUJ!… Tak to się nie będziemy bawić. Zielony pasek na palcu jeszcze zniosę, ale jakieś wysypki?… Mowy nie ma. Pierścionek dostał kopa na samo dno szuflady (a taki był ładny! Jak ten amerykański kot Kargula! ) (czy koń Pawlaka?…).

A później siedziałam cały poranek przy biurku w mokrym tiszercie, wcale nie dlatego, żeby było śmieszniej albo bardziej rozpustnie, tylko na pasie w samochodzie się wzięły skądś kawałki czekolady z loda Magnum i zlądowały od rana jak raz na moim gorsie.

Jak nie idzie, to nie idzie. Może wejdę do szafy i przeczekam resztę dnia, żeby losu nie kusić.