O UPALE CIĄGLE NADAL

 

Wiecie, że ja bardzo lubię upał, nawet jak się czołgam, ale on mi jednak trochę szkodzi na głowę. Wczoraj np. się przez pół dnia zastanawiałam (no, tak w tle, nie że nic innego nie robiłam, ale brzęczało mi pod kopułką), dlaczego dziecko Pani Krystyny Jandy z Panem Wajdą – bo za oczywiste przyjęłam, że mają dziecko – nazywa się Maria Seweryn. Kto im to wymyślił?…

No o matko tam. Janda, Tyszkiewicz, obie gwiazdy i myślę, że Pan Wajda by nie miał nic przeciwko.

O ŚRUBKACH I UPALE

 

W tym sezonie mój mąż nosi po kieszeniach śrubki. Przed każdym praniem wydobywam z kieszeni garstkę. W ogródkowych portkach to jeszcze rozumiem, ale w spodniach do biura?… Kiedyś był okres, że wypadały mu z gaci kulki do łożysk. Szczerze mówiąc, wolałam kulki, bo nie zatkają pralki, jak zapomnę przetrzepać kieszenie – mój Boże, tyle lat razem, a ja nadal nie mam odruchu przeszukiwania mu kieszeni! CO JEST ZE MNĄ NIE TAK?

I zapomniałam hasła do banku, ale dostałam zawału i mi się przypomniało, bo adrenalina wspomaga pamięć długotrwałą. W obie strony, więc jeśli chcemy żeby ktoś coś na pewno zapamiętał, to najlepiej dać mu w pysk (lub jej).

No, przyznam, że „Pan Mercedes” niezły. Lepszy, niż „Doktor Sen”. Może nie pięć gwiazdek, ale solidne cztery i wywaliłabym to przelukrowane zakończonko albo jakoś przerobiła ciut. A już się bałam, że go nie dokończę, bo [UWAGA MAŁY SPOILEREK] obiecałam sobie, że jak zabije psa to nie czytam dalej.

I nie, na razie nie będzie chłodniej, z tego co widzę – cały czas upał. Good. Gooooood.

O NIEJEDZENIU W UPALE

 

Od czego by tu zacząć… (Może od prania, flądro?)

Dobra. Pierwsza zmiana się pierze.

ALE BYŁO GORĄCO! Było tak gorąco, że – uwaga! – piłam piwo. Z oranżadą (casera). Bardzo rzadkie zdarzenie i wyłącznie w bardzo wysokich temperaturach. Ale momentami było po prostu za gorąco na wino.

Od zawsze podobała mi się technika nalewania piwa w Hiszpanii. Jako że pochodzę z kraju, gdzie z 25 litrowego kega musi się sprzedać 30 litrowych kufli, to hiszpański sposób mnie fascynuje. Po pierwsze, zanim podstawią szklankę, to odpuszczają trochę piwa z kurka. Później leją piwo strumykiem, tak do 7/8 wysokości szklanki (powiedzmy, nie mierzyłam – na oko). Pod koniec przekręcają kurek tak, że leci piana i ta piana musi się przelać wierzchem. Nie, że troszkę – cała szklanka jest dokładnie mokra z zewnątrz w tej przelanej pianie i dopiero taką podają. U nas nie do pomyślenia – barman za coś takiego by został zabity albo i gorzej.

Na Puerta del Sol się otworzył bardzo duży salon Apple. N. najpierw się na nich obraził, bo zdjęli z dachu neon Tio Pepe, zabytkowy, z pięćdziesiątych lat, ale za chwilę zobaczył, że tylko go przenieśli dwie kamienice dalej. Uff, no bo weźcie, niedźwiedź i Tio Pepe na Puerta Sol muszą być. Apple bardzo ładnie odnowiło narożną kamienicę, w środku na nienachalnych drewnianych stołach stoi każdy możliwy sprzęt i można go sobie pomacać, sprzedają okładki do ajfonów np. Michaela Korsa (skórzane lakierowane torebusie) albo Kate Spade, ale głównie pracownicy są osaczani przez turystów, którzy wtykają im swoje i-urządzenia żeby coś naprawić albo zainstalować, co jest robione z uśmiechem i „De nada”.

Dużo się pootwierało nowych barów z północy – galicyjskich, asturyjskich i baskijskich. Ośmiornica najlepsza w Pulperia Victoria – mają furę fajnego jedzenia, na przykład ośmiornicę z krewetkami w czosnku. Podawaną w gorącym garnuszku w takiej ilości cudownej oliwy, że prawie się poryczałam, że oni to później wylewają, a ja bym miała na tydzień (spoko, byłam przed pierwszym drinkiem, chlapnęłam sobie i trochę mi przeszło).

Otworzyły się dwa bary Txakolina – jeden zaraz przy Puerta Sol, a drugi na słynnej Cava Baja w dzielnicy Latina. Omatko, jakie mają kanapki!… Od 2,90 do jakichś 3,50 sztuka, ale dwie takie kanapki to jest solidny obiadek. Ale jeśli ktoś bardzo głodny chce NAPRAWDE dużą porcję jedzenia za niedużą porcję pieniędzy, to musi się udać do dzielnicy Latina (niedaleko Plaza Mayor), do baru Almendro 13. Bar słynie z kanapek na takich okrągłych bajglach – roscos – z tym, że ten bajgiel jest wielkości talerza, spokojnie dla czterech osób wystarcza. Oraz z jajek sadzonych, rozlanych na smażonych na miejscu ziemniaczanych chipsach. Oni oszaleli na punkcie tych jajek na kartoflach i w większości barów można to zamówić, nawet na lotnisku. No więc w Almendro 13 porcja jest wielkości półmiska, z dwoma jajkami na wierzchu i posypana szynką pokrojoną w kostkę. Jak to zobaczyłam, to o mało nie zemdlałam i zamówiliśmy tylko porcję sera z membrillo.

No i dorsz w Casa Labra. Tłumu, jaki się kłębi po kawałki dorsza w chrupiącym cieście w porze obiadowej i kolacyjnej, nie da się opisać ludzkimi słowami. Nasze pospolite ruszenie po crocsy w Lidlu to jest jeszcze nic w porównaniu. Dorsz jest tłusty, przepyszny, dałam radę jednorazowo zjeść dwa kawałki, N. trzy. Wieczorem byliśmy tam w okolicach 23.00 – tłum nadal się kłębił. Nie wiem, ile dorsza dziennie muszą smażyć, ale to raczej idzie w tony.

W niedzielę rano, zaraz po śniadaniu N. wywlókł mnie do parku Retiro. Szczerze mówiąc, myślalam, że i tym razem spękamy, bo upał był naprawdę spory, a to jest kawałek spaceru. Ale dowlokłam się i nie żałuję, bo cały park jest przepiękny, w ogóle się czegoś takiego nie spodziewałam. Cały dzień w nim można przesiedzieć (obficie zaopatrzony w bary ze wszystkim, co potrzeba do szczęścia). Palacio de Cristal – piękny. W środku trochę szklarnia (no… dość logiczne w sumie) i ekspozycja bujanych foteli z przywiązanymi książkami (bo to jest część muzeum Reina Sofia, więc rzucają tam awangardę). Nie wiem, czy nie ładniej wygląda z zewnątrz, bo stoi nad takim płytkim stawem, z którego wyrastają drzewa. Przepiękne drzewa, prosto z wody, jakiś gatunek cyprysa, sprowadzany z Florydy.

A kawałek dalej jest większy staw, po którym można sobie popływać łódką! W środku Madrytu. Łódką. Po stawie. Jak ktoś nie lubi machać kijami, to może wsiąść na solarną barkę, która sobie bezszelestnie sunie dookoła. Wygląda to jak w jakiejś wiktoriańskiej powieści. W ogóle cały park Retiro jest jak wyjęty z innego czasu, a widzieliśmy tylko mały kawałek.

Jak zwykle w Madrycie, było fantastycznie, tylko – jak zgrabnie podsumował N. jedno z naszych knajpianych tournee – „Nawet tanio wyszło, bo nic nie chciałaś żreć”. Tylko tego jednego żałuję. Gdyby było chłodniej, to zamiast jednej nędznej kanapeczki w Txakolinie wtrąbiłabym ze trzy, a może nawet odważyłabym się na jajka w Almendro.

Żeby nie psuć nastroju, to pominę  opowieść o potworach w samolocie powrotnym, w sumie miałam dobrą książkę i jakoś zleciało („Two doors down” Annie McCartney, bardzo w klimacie McCall Smitha, tylko miejscem akcji jest Belfast).

A w ogóle najbardziej się bałam, że przyjedzemy do domu i nie będziemy mogli wejść, bo wprowadzą się mrowki, zabarykadują drzwi i będą do nas robiły przez szybkę „Nene nene nene!”, ale nie. Nie wróciły (tfu, napsaurok) (biedny pies!). No, pająk przy drzwiach się rozgościł, ale pająk latem to przecież oczywista oczywistość.

 

PS. A właśnie, a propos Belfastu, to kiedy będzie drugi sezon „The Fall”? Ja poproszę, bo to świetny serial!

O PAKOWANIU

 

„Pan Mercedes” bardzo się interesująco zaczyna. Ciut za ciężki jest do zabrania, ale przecież może go zdążę przeczytać, czekając na męża! Który oczywiście na dzień przed wyjazdem ma jakąś krwawą jatkę na rubieżach i jak zadzwonił na pięć sekund, to słyszałam tylko strzykającą adrenalinę. Nie wiadomo, o której wróci. Muszę nas spakować na czterdziestostopniowy upał – o dziwo, ma nie padać! Ale znowu się nie obeżrę tak, jak bym chciała.

Pilnujcie internetów – akurat rozwija się piękny wąteczek „Szwedzki stół w hotelu a wynoszenie jedzenia” – forumowicze obiecująco się wzięli za łby, więc mam nadzieję, że dobije do co najmniej 700 postów, ku chwale rodzimej turystyki zorganizowanej. (Od razu się przyznam – WYNOSIŁAM! Bułkę dla ryb).

O UFO

 

UFO było dziś w nocy nad naszą wsią. Obudziło mnie szczekanie psów, ale to jakie szczekanie! Psy z całej wsi darły się, wyły, szczekały… i nagle wszystkie przestały. W jednej sekundzie. Jak nożem uciął. Cisza trwała tak z minutę, później jeszcze kilka psów coś tam mruknęło i impreza się skończyła na dobre.

No to CO to mogło być, jak nie UFO?

W materiale o mózgożernej amebie jest napisane, że w Polsce jest dla niej o kilka stopni za zimno i że u nas jeszcze nie występuje. Serio? A ja bym obstawiała, że występuje, ma bardzo liczną rodzinę i w ogóle znakomicie się jej wiedzie. (Przykład: forum „Faceci z Egiptu” – odżałować nie mogę, że już nie działa).

Przez to UFO głowa mnie boli od rana i coś wściekła jestem. Pójdę sobie pokonwersować z muchami.

 

PS. I niby jestem głodna, ale konkretnie to na nic nie mam ochoty i wszystko mi w buzi rośnie. Nie wkurza was to CODZIENNE jedzenie? Czy to by nie było uroczo, nawpychać się jak pyton czymś pysznym raz na dwa tygodnie i mieć spokój? A nie tam, codziennie kombinować, talerze brudzić, bez sensu. No bez sensu, strasznie to UFO namieszało.

O DZIURACH W PAMIĘCI I PADALCACH

 

Co jakiś czas mnie zrywa na sprzątanie w bibliotece (która żyje własnym życiem jak u Pratchetta, niestety u mnie nie pracuje silny, czwororęki Bibliotekarz, żeby towarzystwo utrzymać w ryzach) no i wczoraj przy okazji porządków wywaliłam pudełko z fiszkami do nauki hiszpańskiego. Rozłożyły się wachlarzem na podłodze, jak niemy wyrzut sumienia w kierunku mojego lenistwa (nie pamiętam, kiedy ostatni raz do nich zajrzałam). Wyciągnęłam z wachlarza dwie: „niebieski” – wiem. „Gruby” – też wiem, niestety aż za dobrze wiem.

Natomiast odkryłam, że mam „Number Ten” Sue Townsend. Niedawno przeglądałam w którejś księgarni książki nieodżałowanej pamięci Sue i doszłam do wniosku, że „Number Ten” nigdy nie czytałam i muszę zamówić. Okazuje się, że już dawno go kupiłam. Chyba dla odmiany powinnam sobie kupić żeń-szeń na głowę, a tak naprawdę to nie powinnam sobie kupować NIC przez najbliższe pół roku. Co najmniej. Ze szczególnym uwzględnieniem butów i książek.

W dodatku razem z Sue znalazłam nowiutki, nietknięty kryminał „The Vows of Silence”  Susan Hill (to ta pani od „Kobiety w czerni”), „Rok potopu” Margaret Atwood oraz „Przejrzeć Anglików” Kate Fox. Same bardzo fajne książki, natomiast ZA CHOLERĘ nie pamiętam, żebym je kupowała. Może Szpilmanowa mi podrzuciła? A może któraś z moich osobowości, do tej pory ustępliwa, przejmuje nade mną kontrolę i dlatego mam dziury i zaniki pamięci? Coraz lepiej.

(Szkoda, że nie przejmuje nade mną kontroli i nie zmusza mnie do sprzątania chałupy albo porządkowania papierów, tylko do robienia zakupów, psia krew).

Od kilku dni mam bardzo niefajne horoskopy, a śnił mi się przelew do Urzędu Skarbowego, w którym pomyliłam się w NIP-ie. Nawet we śnie muszą człowieka zdołować, padalce.

O TRAWIE I CIENIACH

 

Jeszcze trochę łyso…

nowatrawa1

 

Ale rośnie z dnia na dzień.

nowatrawa2

 

 

W ciągu ostatnich kilku dni stłukłam trzy cienie do oczu. Wszystkie szare, bo ja tylko na szaro umiem oko umalować. Nie wiem, o co chodzi, bo ja nic nie tłukę i nie upuszczam – może i jestem leniwa (MOŻE!… hahahah), ale koordynacje mam dobrą. Czy to coś oznacza? (Mam się przestać malować, bo to i tak już nic nie pomoże?)

O TYCH, CO SKACZĄ I FRUWAJĄ

 

W piątek na bazarku zawarłam interesującą znajomość z uroczym kudłatym pieskiem. Stał przed nami w kolejce (ze swoją panią, ma się rozumieć) do budki, w której N. nabywa obłożenie do bułki mazurskiej (bardzo dobra bułka, nawiasem mówiąc, do kanapek z opiekacza też). Ponieważ ja do psów zawsze gadam, to zagadałam i do tego, a on natychmiast się do nas przytulił. Najpierw do N., a za chwilę do mnie.

Jego pani wyjaśniła nam, że to taka sierotka – trzy lata był w schronisku i teraz tak do wszystkich lgnie. Na imię ma Trufelek, a wygląda jak Szczypawka (hm, jak SZCZUPŁA Szczypawka) na długich nóżkach. Bardzo uroczy i mięciutki. I tak oto zostaliśmy przyjaciółmi saskokępskiego Trufelka.

A po południu zostaliśmy przyjaciółmi małej pleszki, która wleciała N. do garażu i natychmiast się wbiła pod piec. Co za jełopa. N. spędził upojne chwile wijąc się dookoła pieca, żeby ptaszyna tam nie utknęła na dobre i się nie zaśmiardła. Na szczęście wyleciała.

Janusz ostatecznie przegiął – przywlókł do domu małą wiewiórkę, już zamordowaną, z obgryzionym łebkiem. W związku z czym w trybie natychmiastowym został spakowany do transportera i wyjechał na obcięcie cojones. Jeśli i to nie pomoże, to już ja się nim zajmę, a raczej Szczypawka.

No i mieliśmy ślub sąsiedzki – o matko, jak mnie denerwuje składanie życzeń po ślubie, bo oczywiście pierwsi się pchają ci wszyscy, którzy jadą na wesele, jakby nie mogli tej koperty wręczyć po rosole, ewentualnie po zrazach. W dodatku za mną w kolejce stała pani, której lewy cycek miałam przez cały czas na moim prawym łokciu. Co się odsunęłam, to ona CYK – z powrotem mi go kładła. Nie wiem, może to takie zaloty były, nie znam się zupełnie, choć – jak stwierdziła mama Rachel na ślubie lesbijek – to miło jest mieć opcję.

O PODLEWANIU I KOLORACH

 

– Podlewanie włączy się o osiemnastej – oznajmił mi wczoraj N.

Włączyło się, równiutko co do minuty. To ze spryskiwaczy i to z nieba. To z nieba trochę bardziej obfite, a to ze spryskiwaczy wywaliło nam główny bezpiecznik. HA HA HA – bardzo było zabawnie. Kocham wszelkie remonty i roboty wokół domu – widzieliście taki stary film „Skarbonka”? O tym, jak małżeństwo kupuje stary dom do remontu i przychodzą kolejne ekipy budowlane i każda im mówi, że robota im zajmie dwa tygodnie? Kiedyś się z niego bardzo śmiałam. KIEDYŚ. Teraz to nie wiem, czy by mi drgnął choć jeden kącik ust.

Mierzyłam sukienki, które odwiesiłam hen z powodu iż przestałam w nie wchodzić, a teraz znowu są dobre. W jednej, piaskowobeżowej z Benettona z dłuższym tyłem zaprezentowałam się N. Pochwalił (no co, dobrze go wytresowałam), ale dodał, że jak zamierzam to nosić, to chyba się trochę powinnam opalić?…

HA, HA – po raz drugi. Trzy czwarte świata handluje kosmetykami wybielającym cerę, a ja mam niszczyć mój skarb! (W kolorze świeżo malowanego sufitu). Ale fakt, że ten piaskowy beż nie za bardzo. Za to w czarnych jest dobrze, w kolorze wściekłej fuksji też dobrze. I niebieski / turkusowy dobrze. Czyli kolorystycznie jaką ja jestem właściwie porą roku? Hę?