O ŁAZANKACH

 

Naprawdę nikogo i niczego nie lubię od połowy października do połowy kwietnia.

Jest ciemno, ohydnie i do dupy. Już nawet nie dupy z cellulitem, tylko wielkiej dupy z implantami przyczepionej do głupiej celebrytki. W dodatku mam gigantycznego siniaka pod lewym kolanem, właściwie to prawie drugie kolano, fioletowe i spuchnięte – nabytego w drodze wstania o trzeciej rano w czwartek, bo pańcio jechał w delegację.

Jeszcze tylko Netflix mnie trzyma przy zdrowiu psychicznym, jaki świetny serial znalazłam! Australijski, o prawniku – pijaku i hazardziście. W pierwszym odcinku nasz bohater broni klienta oskarżonego o morderstwo i kanibalizm (który nie jest mordercą, a kanibalizm w Australii jest okazuje się całkiem legalny) oraz przezywa prawdziwa miłość w burdelu. Legalnym burdelu, zarejestrowanym jako działalność gospodarcza i odprowadzającym składki. Cholerka – muszę jechać do Australii.

I jeszcze ten wiatr. Mam ochotę skoczyć z dachu albo kogoś pokroić na łazanki.

O DRESKODZIE I KLAROWANYM MAŚLE

Wczoraj się zgadałyśmy z Zebrą, że obie mamy dzień tak zwanego home office i w związku z tym jak jesteśmy ubrane. Ona jeszcze przyzwoicie – dresowe spodnie, bluza z Lidla i krótkie emu, za to ja – coś pomiędzy dresem a piżamą z psem Snoopy i dodatkowo szary polarek. I kapcie w kratę. „Mój szef to by chyba zemdlał” – stwierdziła Zebra (tak jakby to robiło wielką różnicę, czy ktoś wysyła raporty obuty w emu, czy w szpilki). No cóż, ja szefa nie mam, a raczej sama sobie nią jestem, tym szefem – czasem może i jędzowata, ale przynajmniej nie czepiam się dreskodu. No i pozwalam przychodzić do biura z psami (a raczej suką).

Natomiast która mi poleciła „Pikantne historie dla pendżabskich wdów”? Przyznawać mi się tu raz dwa! Dawno się tak nie uśmiałam i nie zrelaksowałam, czytając książkę – chociaż akcja to nie same śmieszki i erotyczne historie. Na okładce jest zamieszczony wyjątek z recenzji: „Już nigdy nie spojrzę na bakłażana w ten sam sposób”. No owszem, tekst o bakłażanie jest spektakularny, na mnie jednak bardziej podziałał opis zastosowania masła klarowanego (w małych pojemniczkach!). Obawiam się, że od teraz będę głupio chichotać, kupując masło klarowane. W dodatku książka jest o tyle ciekawa, że to opowieść o multi-kulti z drugiej strony; z podobnych przychodzi mi do głowy „Kosmofobia” i „Brick Lane” – ale nie są takie rozrywkowe.

Z kolei „Pocałunki składane na chlebie” – bardzo dobre, jeśli chodzi o treść i realia; przejmujący jest opis kryzysu gospodarczego w Hiszpanii i losy ludzi, którzy muszą sobie z nim radzić. Natomiast nie pierwszy raz mam problem z tłumaczeniem hiszpańskiej literatury – wszystko OK w sferze opisów, ale coś mi zgrzyta z dialogami. Hiszpanie mają zupełnie inną dynamikę w rozmowach – dużo podkreśleń, zdrobnień, onomatopei, i kiedy tłumacze pozostają temu wierni, to dialogi wychodzą infantylne i naiwne, chociaż na żywo te wszystkie „Hombre, joder!” tylko dodają wdzięku i ognia. No nie wiem, doprawdy, jak temu zaradzić, a zresztą może się czepiam.

No nic. Mało odcinków „Mindhuntera” mi zostało; nie znoszę, kiedy mi się kończy serial i wino w butelce, kiedy człowiek ma ochotę na JESZCZE.

PS. Ale za to jest nowy sezon „Line of Duty”! HA!

O MISIU

 

Bluza bdb. Bardzo ciepła, BAAAARDZO ciepła – na szczęście, bo żadna z moich jesiennych kurtek na nią nie wejdzie, a zimowych – umówmy się – jeszcze nie wyciągam. JESZCZE NIE!

Mis1

Szczypawce też się podoba, bo jest mięciutka i puszysta.

Mis2

(Zwracam uwagę, jak jesteśmy identycznie uczesane! To znaczy – rozczochrane.)

A ludzie na świecie chodzą w klapkach, kąpią się w oceanie i piją wino pod palmą po dwudziestej drugiej. Mać.

O NIEDŹWIEDZIU I TELEFONIE

Jaka ładna pogoda od trzech dni – aż mnie to wybiło z kolein, bo zwykle zaczynałam i kończyłam dzień narzekaniem na pogodę (a i w trakcie zdarzały się przerywniki na krytykę), a tu ci masz. No ale spoko, już w weekend ma lać. Ahahah. BUAAAAHAHAHAHAHAHAH.

Mój organizm w to pozorne ciepło nie bardzo wierzy, bo kompulsywnie mnie ciągnie do ciepłych ubrań – wywlokłam i uprałam wszystkie grube, ciepłe i włochate bluzy, co oczywiście nie uchroniło mnie przed zakupem nowych, no bo w końcu co, kurczę blade. Jedna jest przesłodka, długa przed kolano i ma na kapturze misiowe uszka. Muszę przyznać, że kiedy ją zaprezentowałam N., to przyjął to nad podziw DOBRZE. Nie było nic o wysyłaniu do psychiatry na przykład. Chyba już do niego dotarło i pogodził się z tym, że w moim przypadku nie bardzo może liczyć na czółenka, garsonkę i stonowany makijaż – chociaż bardzo by mi było miło, gdybym na stare lata nauczyła się CZESAĆ (to znaczy – czesać to się czeszę, ale nie bardzo widać efekt). Mam nadzieję, że od czasu do czasu myśli sobie coś w rodzaju „może i moja stara lubi się przebrać za niedźwiedzia, ale przynajmniej robi smaczny ogon wołowy”. O, zresztą wielkie mi co – Nastasja Kinski już dawno chodziła przebrana za niedźwiedzia i nikomu nic od tego nie ubyło.

A zresztą kiedyś w indiańskim horoskopie mi wyszło, że jestem niedźwiedziem, czyli wszystko zostało odgórnie ustalone. Nie można mieszać w przeznaczeniu, bo nic dobrego z tego nie wychodzi – patrz książę Karol; jakby się od początku trzymał Camilli, to lepiej by na tym wyszedł. Tak, przyznaję się, że po latach zrewidowałam poglądy i uważam że Camilla jest w porządku, a Diana jednak była trochę histeryczka.

Na moim ukochanym forum jest wątek o prywatności w związku, a właściwie o przeglądaniu telefonu męża – czy to podpada pod naruszenie prywatności. Zapytałam N., jakie ma zdanie na ten temat, na co on „Ależ kochanie! Przeglądanie telefonu męża to powinien być OBOWIĄZEK”.

Amen to that. A nie mówiłam, że przez te wszystkie lata ze mną wychodzi na ludzi?…

O OCZACH I OGONIE

 

Sprawy mają się tak, że przez Netflix niedługo odklei mi się siatkówka oraz zrobiłam w sobotę wołowy ogon. I wyszedł mi!

Bo już raz robiłam ogon, ale był suchy, twardy i żylasty; w ogóle niepodobny do tego delikatnego mięska w szklistym, głębokim w smaku sosie, jaki podają w Hiszpanii (w prawie każdej szanującej się spelunie). Zdenerwowałam się, no bo żeby bycza kita człowiekowi na ambicję nadeptywała! Przestudiowałam hiszpańskie przepisy, które różniły się detalami, ale wszystkie mówiły o jednym: dusić trzy godziny. Trzy. I dusiłam trzy i wyszło absolutne cudo – w smaku i konsystencji. Najwyraźniej krótko i skutecznie to sobie można dusić pieczarki lub teściową (albo teścia – jestem absolutną zwolenniczką równouprawnienia), ale ogon potrzebuje trzech godzin.

Aha, no i butelki czerwonego wina jako podstawy sosu (tak, butelki; BU TEL KI).

A Netflix wrzucił serial „Mindhunter” – o początkach pracy profilerów w FBI, w związku z czym mam nadzieję, że ten ogon wystarczy N. na dłużej, bo ja NIE MAM CZASU na duperele (jak gotowanie, pranie, mycie głowy…). A w kolejce czeka jeszcze „Przerwa”, belgijski serial, ale podobno w klimacie skandynawskich. Aha, i „Expanse”. Chyba zacznę wstawać o czwartej rano codziennie – nie tylko wtedy, kiedy N. jedzie w delegację.

A chińska stacja Tiangong coraz bliżej Ziemi, coraz bliżej… Jeszcze nie wiadomo, gdzie walnie – osobiście miałabym kilka propozycji.

O TYM, ŻE POWRACAĆ JEST NIEŁATWO

 

A jeszcze żeby było całkiem dobrze i miło, to chwilowo musimy nadkładać jakieś 35 kilometrów w drodze do pracy, ponieważ zabrano się za remonty dróg i ronda na autostradzie. Teraz, w październiku. Ponieważ każdy, ale to każdy budowlaniec wie, że najlepszy na remonty dróg jest czwarty kwartał – dni coraz dłuższe, pogoda piękna i nie ma jak wylewanie asfaltu w przymrozki, bo on później tak się świetnie wcale nie kruszy i wcale go nie trzeba remontować od nowa za rok. Albo za pół.

Oczywiście można jeszcze dojeżdżać pociągiem, ale właśnie zamknęli na trzy lata linię, którą oddali po remoncie półtora roku temu.

A było zostać, a nie teraz jęczeć. Ale co ze Szczypawką? Zapadałaby się w piachu.

Fue1

Jak nie ma piachu, to nadal jest pięknie i księżycowo.

Fue2

Naprawdę uwielbiam ten krajobraz. A najlepsze, że tam grasują stada kóz. STADA. Po kilkadziesiąt sztuk. I co one jedzą, ja się pytam? Bo co one piją, to się nawet nie pytam, bo tam po prostu nie ma wody. Czyli nie piją. Może żyją słońcem, jak Stachurski?

Jeśli o mnie chodzi, to słońce słońcem, ale jedzenie jest zbyt pyszne, żeby sobie odpuszczać. Mam natomiast taką refleksję – czytałam kiedyś wywiad z panią Beatą Tyszkiewicz, która opowiadała, jak w domu musiała się nauczyć jeść gruszkę nożem i widelcem na talerzyku, bo tego się wymaga od eleganckiej kobiety w świecie. Gruszkę nożem i widelcem – no, może. Ale ja na przykład nie widzę możliwości, żeby zjeść nożem i widelcem TO:

Fue3

Albo TO:

Fue4

To jest – można próbować (i skończyć obiad w okolicach Bożego Narodzenia). Ale po co, skoro łapami smakuje o wiele lepiej? I za to też kocham Hiszpanię – tam się nikt nie dziwi rękoczynom w restauracjach, także tych eleganckich. No szynki na pewno nie je się sztućcami!

Fue5

„Misiu, misiu, zobacz, jakie tu mają duże ananasy!”

Fue6

Nawet nie chce mi się myśleć, kiedy następnym razem założę sandałki, bo się popłaczę. I tak mi niewiele brakuje (wczoraj płaciłam ZUS-y i podatki, więc to chyba ZROZUMIAŁE, że nie jestem w balowym nastroju).

Na otarcie łez i kataru (N. już smarcze) jest nowy sezon „American Horror Story” – bardzo nieźle się zaczyna, chociaż ze starej obsady na razie jest tylko Sarah Paulson i ten chłopak. Ale jest wspaniała niania do dziecka. Dwa pierwsze odcinki – pyszne, żeby tylko nie zrobili takiego krwawego salcesonu, jak z poprzednim sezonem.

O TYM, ŻE ZIMNO I DÓŁ

 

Człowiek wraca opalony, zadowolony, wyszczuplony przez dietę śródziemnomorską (naprawdę, słusznie ta dieta jest na liście dziedzictwa niematerialnego UNESCO) – i bach, na powitanie chlasta go na lotnisku wicher o temperaturze pięciu stopni, a następnie pies ma przez całą noc sraczkę.

W tamtą stronę lecieliśmy z wesołą wycieczką zorganizowaną, która już w samolocie ciągnęła drinki ręcznie robione z kokakoli i wódki nabytej na lotnisku (przy czym kokakola w plastikowych butelkach w miarę trwania lotu robiła się coraz bardziej przezroczysta) oraz wybuchł mi w kosmetyczce olejek z brokatem. Na szczęście nie przesiąkł na ciuchy. Pierwsze minuty wakacji spędziłam zatem klnąc i wycierając wszystko z tłustego złotego nalotu, a w tym czasie N. zajął mi całe miejsce w szafie (trzy wieszaki mi zostawił!). Wracaliśmy również z wesołą wycieczką, która znowu przez całą drogę doiła wolnocłowe procenty. Szacunek i podziw dla tych młodych ludzi, mnie na samą myśl o porannym kacu skręcała się wątroba  i ogólnie wszystko.

Poza olejkiem nic przykrego się nie wydarzyło (no dobra, jeden kac jednego dnia, ale to dlatego że dali nam niedobre wino w „Gildzie”) i teraz wyglądam przez okno i chce mi się wyć. Coś mi się wydaje, że sandałki to ja sobie mogę już darować w tym roku.

Chyba na ukojenie bólu i tęsknoty zażyję pod język kawałek szynki iberico. Bo co mi zostało (pranie mi zostało, o!).