O – BRAZKI (NIE Z WYSTAWY)

 

Też mam do pięknej Madery sentyment, chociaż klimatycznie wolę Wyspy Kanaryjskie (ciepełko! upałek!), bo mi się miło kojarzy: dziesięć lat temu byliśmy tam króciutko, akurat wtedy, kiedy Polska wchodziła do Unii. Lecąc na Maderę staliśmy do okienka „Non-EU Citizen”, a z powrotem już do „EU Citizen”. Młodsza wtedy byłam i jeszcze nie taka cyniczna i pamiętam, że dość się wzruszyłam z tego powodu. Trochę mniej byłam wzruszona, jak N. mi kazał zostawić piękną, wielką, oplecioną trzciną pięciolitrową flachę po winie, które zrobiliśmy ze znajomymi na balkonie z powyższej okazji dołączania ojczyzny do Europy. Uparłam się, że pustą butlę zabiorę do domu i prawie z płaczem ją w końcu zostawiłam.

Zresztą, jak tu nie kochać miejsca, w którym się rano w piżamie wychodzi na taras i jest tak:

mdr_3(Nie, żebym miała coś przeciwko polskiej wiośnie i roślinności. Ale no… czasem palma i oliwka człowiekowi poprawiają nastrój).

Gdzie nie spojrzeć, tam jest bajecznie kolorowo, na przykład – maderyjskie czapeczki z, nie bójmy się tego słowa, kutasikami:

mdr_2

 

Na targu w Funchal możemy sobie obejrzeć kwiaty, owoce i ryby – uprzedzałam, że espada nie porywa urodą:

mdr_5

Ale nadrabia smakiem, przysięgam. Zresztą – mogło być gorzej, takie coś na przykład tam leżało – CO TO W OGOLE JEST? Suszone nietoperze?

mdr_6

 

Jeść chodziliśmy na uliczkę Santa Maria, zaczyna się zaraz za targiem i jest na niej a) knajpa przy knajpie oraz b) każde drzwi inaczej ozdobione. Podobno przez artystów. No, niektóre sama bym tak pomalowała, albo i lepiej, ale na przykład te były dość poruszające:

mdr_9

 

Jakiś Mitoraj – amator się trafił. Zrobiłam jeszcze Małego Księcia:

mdr_10

 

W tych tradycyjnych knajpach dla miejscowych nie podają espady z bananem, bo to podobno nowomodny wynalazek. Ja tam nie jestem miłośniczką mięs czy ryb na słodko, ale akurat to mi smakowało bez pudła. Espada com banana w całej krasie:

mdr_7

 

Pyszny jest ten ich chlebek – podpłomyk, bolo do caco, który przynoszą na przystawkę z czosnkowym masełkiem. Na targu w Santana kupiliśmy taki jeden pełnowymiarowy i się nim obżeraliśmy:

mdr_8(Tak, na zdjęciu rękaw kurtki przeciwdeszczowej. Tak, padało.)

Ale najlepszą espadę dawali w barze o nazwie O Jaquet – na samym początku Santa Maria, zaraz za targiem. Malutka dziura na kilka stolików, miejscowi w środku, a espada na oliwie z czosneczkiem i odrobiną winegretu albo białego wina, tak dla złamania smaku. A już naj- najlepszy był barman – kelner – właściciel: sobowtór tego, który w „Love Actually” mówi do Colina Firtha, że Aurelia to jego najlepsza kelnerka! Serio, zastanawiałam się, czy by nie wziąć autografu na wszelki wypadek.

No i uwaga, z dumą prezentuję – oto moja levada:

mdr_1Słoneczko było bardzo ładne, ale w komplecie cholernie lodowaty, przenikliwy wiatr. W końcu to dość wysoko było.

A tu koledzy espady, czyli banany – jeszcze są malutkie, nawet nie zgubiły kwiatka:

mdr_4

 

Zdjęcia takie sobie, bo z telefonu, N. ma piękne, ale to trzeba zgrać i obrobić, a ja dopiero na drugim praniu jestem, a w dodatku mam plagę muszek owocówek, które od wczoraj opierniczyły prawie całą cytrynę. I tu zachowywać równowagę wewnętrzną w takiej sytuacji! Ale Madera bardzo. Bardzo, bardzo. Lubię wyspy.

O TYM, CO I GDZIE NA MNIE CZEKAŁO PO POWROCIE

 

Chyba widać, że wróciłam (dziewiętnaście stopni i leje). Już jak człowiek ma do czegoś talent, to ma i nie da się nic z tym zrobić. Gdyby się nie trzeba było szczepić i bać pasożytów, co wchodzą nogą i wychodzą okiem, to bym wyjechała do Afryki i wkrótce można by sadzić ryz na Saharze.

Wyjazd nam się zaczął z hukiem, bo mąż mi spuchł na lotnisku. W ciągu trzech sekund nagle wyrosło mu jajo z boku szczęki, za uchem. Jako wierny odbiorca seriali medycznych natychmiast zdiagnozowałam białaczkę, raka ślinianki, świnkę i toczeń – tylko jakoś nigdy nie słyszałam, żeby objawy pojawiły się w trzy sekundy. Ponieważ jajo zeszło po dwóch dniach po posmarowaniu fenistilem, to chyba jednak było ugryzienie jakiegoś mikrookurwieńca w stylu meszka czy ten taki minipajączek, tyle, że przy węźle chłonnym. Zawsze jakaś atrakcja musi być, zawsze.

A lecieliśmy w tamtą stronę z tak uroczym kapitanem, że w życiu jeszcze na takiego nie trafiłam. Gadał do pasażerów co chwilę, uczył przeliczać prędkość w węzłach na kilometry na godzinę (razy dwa minus piętnaście procent), a przy schodzeniu do lądowania uraczył wszystkich informacją, że lotnisko na Maderze należy do dziesięciu najniebezpieczniejszych lotnisk świata. Ale niech się państwo nie przejmują – i wylądował jak piórko. Jechaliśmy później pod tym lotniskiem. POD, bo pół pasa jest na wielkich słupach w głąb oceanu i kończy się przepaścią.

Pięknie jest Maderze. Nawet, jeśli pół wyspy to chwilowo plac budowy. Bardzo dużo się buduje, między innymi z powodu powodzi cztery lata temu, która zmiotła część dróg i całe nabrzeże w Funchal. Ta część wyspy, która nie jest placem budowy, jest przepięknym ogrodem albo plantacją bananów. Roślinki, które u nas można kupić w doniczce i trzymać na parapecie, tam mają po kilka – kilkanaście metrów, panoszą się i kwitną jak wściekłe. Zaliczyliśmy zjazd saniami z Monte, targ w Funachal, przejażdżkę kolejką Teleferico i uwaga, levadę. Levady to takie wędrówki wzdłuż kanałów, którymi płynie woda, są o różnej trudności. Niektóre levady zajmują cały dzień i trzeba mieć prawie himalajskie ubranie i buciory – na Maderze szybko robi się sakramencko wysoko i sakramencko zimno, w pięć minut jest się znad oceanu na np. 1400 metrach. Nasza levada była do przejścia w dwadzieścia minut i spotkaliśmy trzy krowy, ale HELOŁ, tak? Zaliczyłam levadę! A nie tylko wino w barze, jak zazwyczaj.

I codziennie jadłam na obiad rybę espadę. I nie znudziła mi się. Jest prze-pysz-na. Wygląda raczej dość paskudnie, ale jest znakomita. Bardzo mi smakowała z duszonymi bananami, ale na oliwie z czosnkiem też. Normalnie teraz nie wiem, czy przypadkiem nie wolę espady od lenguado. To bardzo poważny temat, w galicyjskim barze wywołałby dyskusję na wiele godzin z machaniem rękami, pokrzykiwaniem i trzaskaniem drzwiami. Z tym, że mogę sobie woleć – espadę łowi się tylko na Maderze i w Japonii, więc pewnie nieprędko znowu na nią trafię.

Bym wrzuciła jakieś zdjęcie, ale najpierw pranie wrzucę, i to nie na bloga, a dopiero po pracy. Mogłam wczoraj wrzucić, ale skupiłam się na szukaniu pająków w strategicznych miejscach, bo miałam sen, że wracamy A TAM w całej chałupie gąszcz pajęczyn i czarnych wdów!… No i co? OCZYWIŚCIE, że jeden siedział pod prysznicem i na mnie czyhał.

O FACECIE NA DACHU

 

Burza z soboty na niedzielę – bdb. Spałam jak dziecko pułku kanonierów. Uwielbiam.

Pogoda się oczywiście poprawiła teraz, jak wyjeżdżamy. CIESZYCIE SIĘ?… Dwadzieścia osiem stopni w weekend!… Na Maderze, dokąd się udajemy – w porywach do dwudziestu jeden. Nie no, ja naprawdę mam jakieś osobnicze problemy meteorologiczne. N. już nawet na mnie wsiadł, ze ROBIĘ TO SPECJALNIE. A ja naprawdę nic już nie robię specjalnie, a najmniej zimną pogodę.

Muszę zasunąć żaluzje w oknie w biurze, bo aktualnie widzę faceta na dachu kościoła i robi mi się słabo, a z moim niewydolnym krążeniem powinnam unikać takich wzruszeń. Poza tym, strasznie mnie kusi, żeby wziąć papierową torebkę, nadmuchać, wychylić się przez okno i zrobić BUM! Ale nie wiem, czy spadnięty z dachu facet ma poczucie humoru. Może nie mieć. O, trzech następnych facetów. Zasuwam te żaluzje, to się robi zbyt kuszące.

 

O POLICZKACH NICOLE KIDMAN

 

Od jakiegoś czasu coraz rzadziej wchodzę na Pudla, bo coraz mniej opisanych celebrytów kojarzę, ale dziś wchodzę i… CZY TA NICOLE KIDMAN OSZALAŁA? Co ona sobie zrobiła w twarz? Bo wygląda, jakby schowała sobie w poliki cały obiad, żeby go później wypluć (wiem co mówię, gdyż jest to mój stary numer z przedszkola, opanowany do perfekcji – najgorzej było kurna z zupą, zupy się tak nie dało przechować). Ewentualnie – jak Priscilla Presley, która się kiedyś naszprycowała zużytym olejem silnikowym. Nigdy tego nie zrozumiem. Te nijakie się wszystkie pompują i robią sobie karpia i cycki, żeby przez pięć minut zaistnieć, ale taka piękna kobieta jak Nicole? Po co jej to było?…

A w korku mijaliśmy dziś furgonetkę z napisem „El Grzesio – Mistrz Glazurnik”. I ciężarówkę pełną ketchupów Rybaka (najlepszych na świecie). A tak w ogóle to mi zimno i ciągle ziewam, bardzo melancholijna ta wiosna. Za tydzień ma być ciepło, bo mam kilka par fajnych sandałków i one strasznie piszczą, żeby już je wyprowadzić na spacer (sandałki z neoprenu! niestety nie oparłam im się, N. mnie zabije).

„Those Who Kill” bardzo smakowity, ale już mi się skończył. Teraz „Szetlandy” i „Wera”.

 

PS. Żeby wszystko było jasne – chwilowo moim ulubionym celebrytą jest jeż Norman z jednym zębem.

O PSZCZOŁACH I SMOKU

 

Dalej opłakuję stokrotki (it’s my trawnik and I cry if I want to), a poza tym, JAK CO MIESIĄC, zrobilam dziewięć (9) przelewów do ZUS-u i poczułam, że potrzebuję świeżego trupa, zaraz, natychmiast. Bo wybuchnę. Zatem weszłam w now serial, Hanka poleca – „Those Who Kill”. Z Chloe Sevigny. Chloe jest bardzo w porządku. A mordercom stokrotek niech zgniją paznokcie. A autorom spotów wyborczych do Parlamentu Europejskiego niech zgniją i odpadną genitalia – co oni sobie myślą, puszczając TAKIE COŚ w eter? A) że i tak nikt tego nie słucha, B) że ludzie słuchają, ale nie zwracają uwagi na to, co oni tam pierdolą, czy C) nic nie myślą, bo nie mają czym?… Trupa, szybko. Bo mi ciśnienie skacze.

A i tak przecież czytam książkę o cmentarzach Londynu – fascynująca, zaczęłam wczoraj kartkować i obudziłam się na 113 stronie (epidemie cholery w przeludnionym mieście, złodzieje zwłok). Wszystko tam jest ciekawe, ale jeden zwyczaj, związany ze śmiercią mnie zaciekawił bardzo: kiedy ktoś z domowników umrze, trzeba iść powiedzieć o tym pszczołom („telling the bees”). Gdyby się nie powiedziało, to pszczoły wyniosą się z uli i mogą już nigdy nie wrócić. Niesamowite.

Ale skąd mi się wziął sen, w którym musiałam zabić smoka pałeczkami do chińszczyzny, to przysięgam, nie mam pojęcia. (W przeciwieństwie do całego świata, nie czytam i nie oglądam Gry o tron, bo ziewam z nudów – cycki cycki cycki fujarka cycki SMOK cycki fujarka cycki cycki fujarka SMOK… – ile można). Oczywiście, że nie zabiłam, ręka by mi uschła, gdybym ją podniosła na smoka, nawet we śnie.

O MORDERCACH TRAWNIKÓW

 

Trochę od wczoraj siedzę i ryczę, bo N. się zwąchał z facetem z furgonetką i będą kładli siatkę pod trawnikiem (mimo, że kreciki się jednak wystraszyły tego olejku lawendowego i od tamtego czasu nic nie wykopały, ale nie, on musi rozwiązać problem RADYKALNIE, jak zwykle). Co oznacza, że cały trawnik będzie zniszczony. Co oznacza, że wytłuką wszystkie moje śliczne stokrotki. Więc siedzę i opłakuję stokrotki. Wiadomo, że koleś z furgonetką to NIC DOBREGO, bo co drugi to psychopata, zboczeniec i seryjny morderca. A nawet masowy morderca stokrotek.

(Może trochę sobie płaczę a conto piątkowego pogrzebu, bo było dużo eleganckich ludzi i nie bardzo pasowało publicznie się ślimaczyć i puszczać czarne zacieki z tuszu do rzęs, a dobrego człowieka zawsze żal. Poza tym zamarzłam w kościele jak włoszczyzna Hortexu).

Przeczytałam, że chińskim nastolatkom z depresją psychologowie każą wyprowadzać na spacer kapustę na smyczy. Bo kapusta nie szczeka i się nie szarpie, a poprawia humor. Mi też kapusta potrafi czasem poprawić humor, ale nie na smyczy, tylko na talerzu. Ale fakt, że nastolatki muszą wszystko robić na odwrót i po swojemu, a chińskie nastolatki to już w ogóle.

Oglądam sobie „Fringe” i zachwycam się zawsze super gładko uprasowanymi koszulami Anny Torv, nawet jak ją budzą w środku nocy i ma być na miejscu za piętnaście minut. I jest, w koszuli wyprasowanej na blachę. Uwierzę, że ludzie mogą odbierać mózgiem krótkofalówkę albo powodować awarie energetyczne, ale żeby mieć wyprasowaną koszulę o trzeciej w nocy?… NIEMOŻLIWE.

O BAKTERIACH W LAKIERZE

 

Kupiłam wczoraj „Jane Austen i jej racjonalne romanse” i się nią zaciągam po kilka kartek. Jane Austen była jedną z ośmiorga dzieci pastorostwa Austen, siódmą z kolei. Po urodzeniu pastorowa, której się plątała szóstka pod nogami „Postąpiła z małą Jane tak samo, jak postępowała dotychczas z kolejnymi niemowlętami – wkrótce po urodzeniu oddała ją ‚na odchów’ do mamki w wiosce, u farmera. Taki ‚odchów’ trwał około roku i dziecko wracało do domu silne i zdrowe”.

Czyli prawie to samo, co ja postuluję, z tą różnicą, że ja bym wysyłała do szkoły z internatem i dziecko wraca do domu silne i zdrowe w wieku lat 19, w wyprasowanym mundurku i wypastowanych butach, całuje mamę w rękę, zna się na winie i potrafi robić bezbłędnie wszystkie klasyczne drinki, włączywszy rodzaj szklanki, w jakich należy je zaserwować. Lub kieliszka.

„Z całej ósemki tylko George okazał się niezdolny do normalnego życia – obciążony od urodzenia nieuleczalną chorobą, został oddany pod opiekę farmerskiej rodziny w niezbyt odległej od Stevento wsi Monk Shereborne, gdzie przebywał do śmierci. Dożył sędziwego wieku, musiał więc być otoczony należytą opieką”. (A tu z kolei trochę – brrr, ale czasy były straszne, ośmioro dzieci, żadnych zmywarek, solpadeiny ani forum, żeby ponarzekać z koleżankami, po tygodniu czegoś takiego to mnie, związaną prześcieradłami, wywieźliby na farmę. O ile jakaś by mnie wzięła. Może farma muflonów?).

Z innej beczki – rzucili nowe lakiery do paznokci na rynek. Mi osobiście przypominają kultury bakterii pod mikroskopem. Gdyby to był posiew moczu, to kilka osób powinno mieć zbadaną prostatę na cito, nes pa?

O SERKU, MUMIACH I ZIMNIE

 

Jaki dobry mi się trafił serek na śniadanie, z pieprzem i cytryną – bardzo mniam. (Jesteście z tej frakcji, co idzie do pracy z gotowym, wcześniej przygotowanym posiłkiem w lanczboxie, zbilansowanym kalorycznie zgodnie z piramidą żywieniową i Pięcioma Przemianami? Czy – tak jak ja – łapiecie jakiś nabiał w najbliższym spożywczaku?).

Mam taką refleksję, że jak mąż jedzie w delegację i zostawia człowieka (w tym przypadku kobietę) samego na noc, to jak się wieczorem przez dwie godziny ogląda zdjęcia z meksykańskiego muzeum mumii w Guanajuato, to później jest naprawdę słabo z zaśnięciem. A powidoki mumii nie pomagają, kiedy w nocy trzeba wstać do łazienki. O nie, nie pomagają.

„Fargo” w wersji serial – baaaardzo dobre. Bardzo. Bilbo Baggins z obitą gębą to nic przy Addison Montgomery w roli lekko przeterminowanej, ale nadal przekonanej o swoich walorach striptizerki. Nadal bardzo giętkiej, jak sama zapewnia.

Czy ciepło w tym roku to już było i się skończyło? Bo mam tak zgrabiałe i zesztywniałe z zimna łapy, ze mogłabym nimi spulchniać ziemię pod różami, zamiast narzędzia zwanego wdzięcznie „pazurki”.

O MAŁYM, MACIUPKIM KACULKU

 

Nie no, ja rzucam takie filozoficzne tematy jak jajko przenoszone tyłkiem, a te o przylepce!… (czasem moja prababcia mówiła „dupka”, ale piętkę też znam tylko z literatury).

Głowa mnie boli GDYŻ PADA DESZCZ, prawda, wcale nie dlatego że wczoraj byliśmy na przyjęciu – tego się nie da inaczej nazwać. Ja nie wiem, gdzie i u kogo są te imprezy nowoczesne, co to chipsy, coca cola i słone paluszki – jakoś nigdy na taką nie mogę trafić, za to zawsze, ale to ZAWSZE na uginający się stół. Na dodatek do pieczywa podane było mięciutkie masełko, ułożone w filuterną piramidkę, co N. mi wypomina od samego rana, bo u nas masło w lodówce i zawsze zimne.

Stół stołem, ale gospodarz puścił koncert Madonny, który trzeba było wyłączyć, ponieważ MÓJ MĄŻ JAK ZAHIPNOTYZOWANY NIE MÓGŁ ODERWAĆ OCZU OD TYŁKA MADONNY. Nie reagował na bodźce (z wyjątkiem nalanego kieliszka wódki), tylko się gapił na jej tyłek! A już jak wyszła w takim czarnym gorsecie i kabaretkach, to prawie zapomniał oddychać! Nie wiem, czy się załamać, czy cieszyć, że leci na starsze panie. A tyłka nie ma rewelacyjnego, o nie, trochę jej obwisa, mimo, że miała przy tym gorsecie takie fikuśne poddupne szeleczki. Bez tych szeleczek to spokojnie ładnych kilka jajek by przeniosła (stwierdziłyśmy złośliwie, że mendel, co oczywiście było małostkowe z naszej strony). Na wniosek większości nastąpiła zmiana repertuaru, bo niestety dupa Madonny wpływała negatywnie na towarzyską dynamikę przy stole.

No i tak. Nie wiem, skąd nagle u moich koleżanek prawie dorosłe córki, z którymi można pogadać i się powygłupiać, tylko że odnoszę wrażenie, że TROCHĘ SIĘ Z NAS ŚMIEJĄ pod nosem. Zwłaszcza, kiedy padają propozycje, że kupię w końcu te mikrofony do Singstara i wtedy pokażemy, jak się powinno Abbę śpiewać. Albo jak gospodyni nagle zaczyna wyciągać wszystkie zdjęcia pod hasłem „A pamiętacie mojego męża, kiedy wyglądał JAK POR?”. Czujecie to?… Jesteśmy „ci walnięci starzy”, z których się młodzież śmieje. Kiedy to się stało?… A w sumie… Niech się śmieją, śmiech to zdrowie. Madonna ma 60 lat i lata z gołą dupą w kabaretkach, więc najwyraźniej w dzisiejszych czasach wiek jest kwestią umowną.

Ale miło mieć kaca w taką pogodę, jak dziś, bo gdyby było piękne słońce, to by się człowiekowi przypętały jakieś wyrzuty sumienia albo co.

O JAJKU I BARISTACH

 

Książka o pijących mamusiach czyta się lepiej, niż przypuszczałam. Jakie tam one pijące, zresztą. Spotykają się na drinka w barze w piątek. Praktycznie abstynentki. Ale wyczytałam dwie rzeczy, obok których nie mogę przejść tak całkiem obojętnie:

– narratorka ma powracający koszmarny sen o tym, że zjada swoje szkła kontaktowe; z bogatej gamy koszmarnych snów, jakie mnie nawiedzają regularnie albo jednorazowo, nigdy, PRZENIGDY nie przewinął mi się wątek jedzenia szkieł kontaktowych. Owszem, czasem mam sen, że nie założyłam szkieł i nic nie widzę, albo że idę spać w jakimś hotelu, a nie mam pudełka na kontakty. Ale zjadanie? Aż mnie zazdrość lekko dziabnęła.

– narratorka z koleżanką wspominają panieńskie imprezy, na których rzeczona koleżanka w ramach zakładu przenosiła z jednego krzesła na drugie jajko. Tyłkiem. Przenosiła jajko używając wyłącznie tyłka. Chyba pół godziny nad tym rozmyślałam (surowe? ugotowane? i nie zgniotła? w ubraniu? w sukience? w spodniach wykluczone, chyba że w legginsach, ale sukienka chyba tylko dzianinowa, bo przecież satyna… ). Nie, ja się stanowczo muszę przerzucić na podręczniki do filozofii albo astrofizyki, bo babskie powieści mi nie służą (a może powinnam poćwiczyć z tym jajkiem? może na początku na balkonowych fotelikach? w dresie? a może któraś z moich koleżanek ma namiary na dobrego psychiatrę?).

Wczoraj kupiliśmy cudowny chleb, okrągły, z grubą skórą (uwielbiam), posypany mąką… po czym N. wieczorem odkroił sobie przylepkę i zeżarł. O MAŁO MNIE SZLAG NIE TRAFIŁ, bo zawsze, ZAWSZE przylepka należy do mnie. Wizualizowałam sobie tę przylepkę z poranną jajecznicą, a on ją normalnie wziął i zjadł! NA MOICH OCZACH! I jeszcze powiedział, że jestem psychiczna, bo to jest okrągły chleb i ukroi mi rano przylepkę z innej strony. Oooo, mój panie, tak to my się nie będziemy bawić. Przylepka jest tylko jedna (no dobra, dwie, ale ta pierwsza, oryginalna – tylko jedna). Jeśli on myśli, że teraz nie będę mu wypominać tej przylepki przez jakiś rok, to się sakramencko myli.

A z seriali prawniczych – tylko brytyjski „Silk”. Wszyscy amerykańscy twardziele odpadają przy Marcie Costello. Martha biega po sądzie z aktami spakowanymi do torby w kratę na kółkach, wszyscy prawnicy na rozprawie muszą mieć na głowie tego rozjechanego skunksa (przepięknie to wygląda) i w ogóle rozprawa jest bardziej na luzie. W brytyjskim sądzie można trzymać ręce w kieszeniach podczas przesłuchania? I świadek (czy tam oskarżony), i prawnicy? I można sobie przerywać, wtrącać i przysrywać (w tym – sędziemu). I kłaść się na tym drewnianym bufecie. Ale skunksy na głowach rządzą. W ogóle przez pierwsze trzy odcinki (miałam bez napisów) zastanawiałam się, o co im chodzi z tymi kolesiami od parzenia kawy. Cały czas było coś o baristach. Nie miałam pojęcia, że bariści są tak ważni w brytyjskim sądownictwie. Dopóki się nie kapnęłam, że oni mówią BARRISTER, nie barista.

Ale to jajko… Zaintrygowana jestem.