O PSIEJ DEMOLCE OTAZ O TYM, ŻE NIKT NIE WIE, JAK WOMBATY TO ROBIĄ

 

No dobrze. Umówmy się, że COŚ WISIAŁO W POWIETRZU – człowiek sobie potrzebuje racjonalizować takie rzeczy (na przykład, jak obudzi się rano z zabłoconymi stopami, okrwawionym nożem w ręku i stoma tysiącami dolarów pod poduszką). Może to był wpływ Księżyca, spotęgowany równonocą. A może UFO testowało jakieś poddźwięki. Dobra.

Mój mąż chwilowo prowadzi ożywioną korespondencję w sprawie pękniętej siekiery – na razie kazali mu wysyłać zdjęcia. Dla równowagi połamał dziś dwukilogramowy młotek. Obiecałam mu, że jeszcze jedno narzędzie i wyjeżdża z domu na plan kolejnej części THORA, bo nie nastarczymy z tą metaloplastyką.

A mój pieseczek zrobił dziś hejzel w zoologicznym (określenie „hejzel” napotkałam po raz pierwszy w życiu na blogu Pierwszej i zakochałam się w nim całkowicie). Kupowaliśmy pieskowi paszę, a piesek tymczasem langsam, langsam przemieścił się w okolicę regału z przekąskami i WYWALIŁ NA PÓŁ SKLEPU koszyk z kurzymi udkami na patykach i kawałkami czegoś suszonego (najprawdopodobniej bycza pyta, pyszna i zdrowa). I nie, że złapała jedno i z tym uciekła, nie. Zgarnęła PIĘĆ udek i kawałek tego suszonego (domniemanej pyty). Pewnie powinnam była zrobić awanturę, jak mamuśki w marketach, że DLACZEGO TOWAR JEST NA POZIOMIE OCZU I ŁATWO DOSTĘPNY, ale jestem mało asertywna i zapłaciłam. Jedenaście złotych. JEDENAŚCIE ZŁOTYCH!… Szczypawka ma zapowiedziane, że posadzę ją w Międzyborowie na peronie z kapelutem na datki położonym na ziemi i niech ZBIERA na swoje fanaberie, jak nie umie się zachować. (Wiecie, psu trudno jest potrącić z kieszonkowego) (a za jedenaście złotych to jest prawie jedna trzecia piżamy ze Snoopym w Lidlu!).

Z informacji niezbędnych człowiekowi współczesnemu w egzystencji pozyskałam ostatnio taką, iż kupa wombata ma kształt sześcianików i nikt nie wie, jak one to robią. A to spryciule!…

O GOSPODARSKIM BAKCYLU I DZIWNEJ STRATEGII BONDA

 

Najsamprzód mrówki zeżarły mi babeczkę do koszyczka. A wysypałam im trochę cukru – to nie, tym wysypanym wzgardziły, musiała być babeczka. Może wśród mrówek też jest popularna teoria, że kradzione nie tuczy (a mrówka nie może przytyć, bo ma egzoszkielet). Na szczęście, mój Zaradny, Przewidujący i Perspektywicznie Myślący Mąż kupił mazurek, więc koniec końców było w koszyczku ciasto.

Później jedliśmy gęś, którą upiekł Szwagier. Szwagra, podobnie jak N. i wielu innych w naszej osadzie, dopadł bakcyl im. Bogumiła Niechcica. Opętani taką chorobą dostają świra na punkcie prowadzenia gospodarstwa domowego – budują wędzarnie, pieką chleby, robią piwo, dojrzewają sery, hodują warzywa nieskalane chemią i Monsanto (nie przyjdzie im tylko do głowy, żeby posprzątać np. w szufladzie z gaciami; albo w sumie – w jakiejkolwiek szufladzie). Ja mam wrodzoną odporność na tego bakcyla, więc obserwuję to szaleństwo przez okno, pogryzając coś z dużą ilością E, kupione gotowe w Biedronce. Nie no, schabik wyszedł N. nawet niezły, cztery dni go wędził w zimnym dymie i wyszło coś jak polędwica łososiowa, tylko o wyraźniejszym smaku. A jak się zabrał za rąbanie drzewa, to pękła mu siekiera. Jeszcze nie słyszałam, żeby komuś PĘKŁA SIEKIERA – trzonek połamany to tak, ale SIEKIERA pęknięta?…

Następnie oglądaliśmy najnowszego Bonda. N. rozczarowany, bo podobno Bond za mało biegał, za mało się ścigał i było za mało wybuchów. No nie wiem, mnie się podobał o wiele bardziej, niż odcinek z Kurylenko – tylko piosenka słaba, oraz… Umówmy się – można przyjąć założenie, że Bond ma nieograniczony budżet. I w ramach tego budżetu jak oni trafiają z dziewczynami dla Bonda?… No powiedziałabym, PONIŻEJ PRZECIĘTNEJ. No dobra, czasem się trafi diament w stylu Bo Derek, Grace Jones, Halle Berry czy Eve Green. Ale w tym najnowszym?… No, Monika Belucci. Ale Monika Belucci to już jest bardziej SYMBOL, niż cokolwiek innego. Tak, tak, każda kobieta w jej wieku chciałaby… itd. Ale ta druga też jakaś taka miałka (i nie mówię tu o super piękności, bo np. Eve Green też nie jest klasyczną pięknością, a na ekranie nie można od niej oderwać oczu). W dodatku każą jej nosić BEZNADZIEJNE ubrania. Wręcz oszpecające kiecki (ta biało niebieska na pustyni? Co to ma być w ogóle? Cycki w niej wyglądają, jakby miały rozbieżnego zeza).

Moi Avengersi lepsi (co nawet N. przyznał) (ale co, utopili Hulka? HALO? Ja się tak nie bawię!).

A później już nie było miło, bo pojechaliśmy do teściów. Na dzień dobry zostałam powitana tekstem, że skoro nie byłam u spowiedzi, to jestem islamistką (rozumiem, że to z założenia miała być obelga, tylko nie wiem – dla mnie? Dla islamistów?…). Później już było tylko lepiej, nasi znajomi to złodzieje, ja jestem chora i tym podobne perełki z ust wyspowiadanych katolików przy wielkanocnym stole. Więc wstałam i wyszłam. Jak u Kate Atkinson – wzięłam psa i poszłam.

Może i tym razem powinnam, jak zwykle, skupić wzrok na jakimś elemencie meblościanki, nabrać wody w usta, myśleć o czymś innym i przetrzymać całą wizytę metodą trzech małpek. Ale za dużo jest na świecie zła i podłości z powodu obojętności. Niereagowania. No to wyszłam. Tyle mogłam zrobić.

Na osłodę mam jeszcze piaskową babkę – zebrę. No i czas zajrzeć, co u Boscha, bo pewnie się chłopak stęsknił.

O MRÓWKACH, CO WIOSNĘ PRZYNOSZĄ

 

Tymczasem może wreszcie będzie wiosna – mrówki mi do kuchni wlazły.

– WALCZ Z NIMI! – powiedział N.

Natomiast ja nie chcę z nimi walczyć. Ja nie chcę z NIKIM walczyć, ponieważ jestem pacyfistką (choć z zamiłowania w głębi duszy – seryjnym mordercą, ale tylko tych osób, które sobie na to zasłużyły, a to zupełnie co innego). Pokręcą się kilka dni i sobie pójdą. A jak zeżrą jakąś czekoladę, to tylko z pożytkiem dla nas i przepustowości naszych arterii.

Inna sprawa, że jakoś mniej się brzydzę mrówek, niż innych robali. Wydaje mi się, że to są czyste stworzonka (zwierzyłam się z tego Zebrze, która do dziś się ze mnie nabija – „O tak! Czyściutkie stworzonka, taka mrówka pęknie, a kupy nie zrobi”) i TEGO SIĘ TRZYMAM – zwłaszcza jak otwieram szafkę i widzę mrówki tańcujące po słoiku z miodem. Wdech, wydech.

Matko, jaki mam horoskop na dziś. Sturlałam się z krzesła:

„MIŁOŚĆ: W miłości trudno cokolwiek przewidywać”.

A to ci dopiero. Jak w tym dowcipie, co przychodzi facet do jasnowidza:

– Puk, puk.

– Kto tam?

– To ja pierdolę takiego jasnowidza.

Info prywatne dla Wampi: Droga Wampi, oczywiście kupiłam tę koszulkę w Szczypawki, jest prześliczna. I jeszcze jedną, w psie łapki. Bardzo miła, mięciutka bawełna. GDYBY SIĘ JESZCZE OCIEPLIŁO i można by je nosić bez swetrzysk na wierzchu, to już w ogóle wypas.

(Słownik chce mi poprawić „swetrzysk” na „smętarzyk” – no NIE WYDAJE MI SIĘ!…)

OKNA UMYTE?…

U mnie nie  🙂

 

O BARDZO SMUTNYM DNIU PRZED ŚWIĘTAMI

 

Co za dzień wczoraj, i to kiedy – przed samymi Świętami, kiedy wszyscy o przepisach na babki i mazurki, a tu taki dramat.

O lotnisku to była bardzo zła wiadomość, ale jak usłyszałam o stacji Maalbek, to usiadłam. Na Maalbeek wysiada do roboty większość zatrudnionych w instytucjach unijnych, na pewno ci z Agri i na pewno moja koleżanka. Z którą razem okrywałyśmy Brukselę jeszcze przed 2000 rokiem i już wtedy wsiadałyśmy i wysiadałyśmy na stacji Maalbeek.

Co to były za wycieczki – na screening prawodawstwa przed negocjacjami unijnymi, wyjeżdżała zwykle spora grupa, ale ja się najlepiej bawiłam z I. Może dlatego, że obie mamy urodziny tego samego dnia. Wysiadałyśmy na (nieszczęsnym) lotnisku, całym obwieszonym plakatami o tym, że „Brussels – heart of Europe”, no i na jednym z tych plakatów były świnie. Nie jakieś wdzięczne, różowe prosiątka, tylko wielkie, szare, zwisłouche wieprze. Jak myśmy się śmiały z tych wieprzy w heart of Europe!…

Zachwycone byłyśmy komisyjną stołówką, w której podawali naprawdę dobre jedzenie i desery, były stoiska z makaronem, grillem, sałatkami, ale oczywiście najważniejsza, NAJWAŻNIEJSZA była gablota z buteleczkami wina. Takimi samolot czy Ikea size. Wydawało nam się, że trafiłyśmy do RAJU – wino w robocie, w godzinach pracy!… Oczywiście, że ZAWSZE brałyśmy po buteleczce – i nie tylko my, że tak mało dyskretnie zauważę;  z tego zapewne powodu popołudniowe sesje  były bardzo surrealistyczne i ciągnęły się w nieskończoność. Niektórzy spali w słuchawkach, ale nie będę ich tu wymieniała z nazwiska.

Parę razy udało nam się urwać na zakupy – oczywiście, jak człowiek nie ma pieniędzy, to podoba mu się WSZYSTKO; raz w jednym sklepie, piętnaście minut przed zamknięciem, wydałam wszystkie diety na sweter z jagnięcej wełny z futrzanym kołnierzem (sztuczne futro, OCZYWIŚCIE). Był to mój ukochany sweter przez wiele lat, zdobył dla mnie mnóstwo komplementów i w końcu zeżarły go mole.

Wieczorami kotwiczyłyśmy w jakichś miłych lokalach, pamiętam pubik „Drug Opera” z winem w bardzo przyjemnych dzbanuszkach (tylko za małych!). Raz nam zniknął Grand Place w podejrzanych okolicznościach, I. później mówiła, że to dlatego, że szłyśmy za drogowskazami, zamiast kierować się SERCEM i iść na azymut. Już nigdy później nie było tak fajnie w Brukseli, jak wtedy na screeningach. Chociaż mnie się nie podobało aż tak, żeby tam wyjechać i mieszkać – I. owszem, założyła tam rodzinę. Jak przyjeżdżałam na konferencje czy grupy robocze, to się spotykałyśmy. Kiedyś rechotałyśmy, bo przed Parlamentem Europejskim zrobiono wystawę biodiversity – w roli biodiversity wystąpił osioł i pijawki. Innym razem był upał czterdziestostopniowy, obcasy nam się zapadały w asfalt i musiałyśmy uważać, żeby nie zgubić butów – i polazłyśmy na kurczaka curry. Po tym obiadku byłam kompletnie oblepiona całkowicie mokrą bluzką. A niby curry jest dobre na upał.

Wczoraj I. wyszła ze stacji Maalbeek kilka minut przed wybuchem, poczuła wstrząs, jak wchodziła do biura. Zdążyła uciec do domu i na facebooku zdawała relację, że są cali i zdrowi, ale że na stacji ktoś musiał wiedzieć, bo żebrak był w innym miejscu, niż zwykle. I że coś nam odebrano.

Dajcie spokój.

O WILCZYCH DOŁACH, ŻURKU I PRZESADZIE

 

W ogóle nie ogarnia mnie świąteczny nastrój. W ogóle. Mam wilcze doły, a moja rodzina zamiast mnie pocieszać, to się licytuje, kogo bardziej boli pół głowy albo nie może się podnieść z krzesła, bo mu kręgosłup najprawdopodobniej PĘKŁ. I to wzdłuż.

Tylko mój mąż nie ma żadnych wątpliwości, żadnych spadków nastroju, na nic się nie skarży, tylko biega z piłą, rąbie drzewo i wędzi boczek, szczęśliwy jak kolonia ostryg. Jak ja mu tego zazdroszczę!… Szkoda, że nie mogę się do niego podpiąć takimi kablami jak do akumulatora i trochę podładować tą jego niespożytą energią.

Zorganizowałam świąteczny żurek metodą „na wnuczkę”. To jest – kupiłam babci „Bodo i jego burzliwe romanse” i jakoś tak mimochodem wplotłam temat żurku, czy by nie ugotowała. Babcia że owszem, by ugotowała. Więc chociaż żurek będzie.

A że nie lubię mazurków ani bakalii, a drożdżowego się boję, to wymyśliłam, że zrobię piszinger (po naszemu w domu się mówiło po prostu – wafle). Moja mama miała MISTRZOWSKI przepis na przekładane wafle, którego oczywiście nie pamiętam, ale chyba znalazłam zbliżony – taki z dosypywanym mlekiem w proszku (w ogóle nie wiedziałam, w którym miejscu w sklepie leży mleko w proszku!). Ale w żadnym przepisie nie ma sekretnego sposobu na podrasowanie smaku, polegającego na tym, że dwa najniższe wafle się przekłada kwaskową marmoladą.

No i właśnie się zorientowałam, że kurwa, zapomniałam kupić marmoladę.

A ten śnieg dziś z rana to już była PRZESADA.

O OBRAŻONYM PSIE, MENTALNOŚCI LUDZKIEJ I SERIALU

 

No więc chwilowo na stanie odnotowuję jednego (1) ciężko obrażonego psa. Z powodu małej operacji fryzjersko – kosmetycznej w okolicach derriere pies się nie odzywa, odwraca tyłem, nie reaguje na swoje imię, stwierdza naruszenie godności osobistej, odmawia współpracy i nie wiem, co teraz będę musiała zrobić, żeby ją przebłagać. Przeprosić za naruszenie Kwiatu Jej Sekretu. Chyba – cytując Psie Sucharki – przynieść do psiej budy na porcelanowym półmisku Rosenthala kulę z nadpsutego mięsa z tłuszczem. Bardzo, bardzo dużą.

Refleksji ogólnoludzkich i politycznych nie chce mi się wygłaszać, bo ograniczam przeklinanie (nie wiem, ile wytrzymam – pewnie niedługo). Dobrze, że przyszła ta paczka z cieniami do oczu (N. spytał, co jest w paczce, to mu powiedziałam, że środki antydepresyjne) – pomalowałam sobie nimi palce i jakoś poszło, ale nie bez ubytków w nastroju (dwa dni, kilkadziesiąt telefonów i maili oraz cztery osoby są potrzebne, żeby uruchomić zablokowane konto pocztowe – po dobroci było to zresztą CAŁKOWICIE NIEMOŻLIWE, a po opierdolu jakoś się udało w kwadrans – nienawidzę takiej mentalności u ludzi).

Słońce było, ale już zaszło. Jego mać.

Za to odkryłam świetny serial, BBC kręcony na Islandii: „Trapped”. Ludzki kadłubek bez kończyn i głowy wyłowiony przez załogę kutra, małe islandzkie miasteczko całkowicie odcięte od świata przez pogodę, do portu przybija prom z dziwnym kapitanem i załogą oraz przemytnikiem ludzi na pokładzie… Bardzo zacnie się zapowiada. Tylko niech nie pokazują lutefiska – dla mnie najgorszy, najbardziej przerażający w serialach skandynawskich i okołobiegunowych jest LUTEFISK. Obym nigdy nie musiała go powąchać na żywo (o jedzeniu nawet nie wspomnę)!…

PS. Aaaaa, no i jest nowy sezon „Boscha”!

O TYM, ŻE TAKA POGODA JEST NIEMORALNA I NIEETYCZNA

 

No i co? CO TO MA BYĆ, ja się pytam? Co wyjrzę przez okno, to mam ochotę wyciągnąć moje nowe prześliczne sandałki i się nimi okładać po głowie. Odmawiam funkcjonowania w takich warunkach. Po prostu. Proszę mnie uśpić farmakologicznie i obudzić, jak będzie plus dwadzieścia.

Wczoraj N. chciał nieco ożywić nasz związek jak wracaliśmy z roboty; ja jak zwykle niemrawo przysypiałam na przednim siedzeniu, a on w pewnym momencie mówi:

– To będzie rekordowy bak. Przejechaliśmy na nim już sześćset piętnaście kilometrów.

Przyjęłam do wiadomości i jedziemy dalej.

– I zobacz, jeszcze pokazuje zasięg dwa kilometry.

Nadal jedziemy, za oknami buro, a ja nieco przysypiam.

– A stacja benzynowa jest za jakieś trzy z kawałkiem…

 

No i tu się przebudziłam. A nawet już otwierałam paszczę, żeby wygłosić wykład o nieodpowiedzialności, braku perspektywicznego myślenia oraz żeby NAWET NIE SPRÓBOWAŁ mi kazać pchać samochodu, nie ma mowy. Zasięg spadł do jednego kilometra, ale jakoś się doturlaliśmy do stacji i ciągle ten jeden kilometr się wyświetlał. Widocznie mają więcej takich kierowców, jak N. i jest to przemyślany mechanizm, żeby ostatni kilometr zasięgu miał odpowiedni zapas.

A później zaczął padać śnieg i WSZYSTKO MI OPADŁO, a to co opadło mi wcześniej, opadło jeszcze niżej.

Ponieważ totalnie i absolutnie nie chce mi się NIC i NIC nie zamierzam, to może powiem, że zabrałam do samolotu na wyjazd „Tajemnicę domu Helclów” i czytało mi się bardzo przyjemnie. To jest – bardzo podobało mi się tło historyczne, ze wszystkimi szczegółami i smaczkami, niejednokrotnie pikantnymi. Sama intryga kryminalna – już nieco mniej, a zakończenie to chyba ciut na siłę. Natomiast Kraków z tamtych czasów – paluszki lizać.

Zaczęłam „Zachwyt i rozpacz. Wspomnienia o Wisławie Szymborskiej” – no, tam to dopiero wszyscy opowiadają o sobie!… Bez rewelacji. Pani Wisławy w tym jak wyciągu z wątroby kaczki w homeopatycznych kulkach, reszta – popisy własne.

Idę się nażreć igliwia, wczołgać pod kanapę i przeegzystować do ocieplenia.

O TYM, ŻE NIE MOGŁAM SIĘ ZEBRAĆ DO CIĄGU DALSZEGO

 

Dajcie spokój, wciągnęła mnie i przykryła bura szmata beznadziei, i żeby tak od razu po przyjeździe? Kiedyś mi wystarczało entuzjazmu przynajmniej na kilka dni, a teraz o. Nawet ptaszki mnie denerwują – czego one tak drą mordy? Nie widzą, jaka jest pogoda? A te pitolą, jakby było plus dwadzieścia co najmniej. Aż sobie musiałam kupić cienie do oczu, żeby trochę ruszyć z miejsca.

Tfu.

Ale wracając do.

Ostatni wieczór w Madrycie to był maraton, bo kilku znajomych N. chciało się umówić i z każdym trzeba było wypić co najmniej dwa wina. Wróciliśmy zatem do hotelu po pierwszej w nocy, dość wytarmoszeni. Ale najlepsze było to, że w jednym z barów na naszej stałej trasie wita się z nami rozgłośnie jakiś facet z buldogiem (tak, psy wchodzą do barów i restauracji). Okazało się – barman z innego z naszych stałych punktów, dziś ma wolne, więc pije na mieście (no bo co w wolny dzień miałby robić barman, prawda). Przedstawił nam psa (Moki) i rozmawiali z N. o życiu. I tak się zastanawiam, czy to aby na pewno dobrze, że tak nas pamięta. Z jednej strony, oni mają niesamowitą pamięć i w barze potrafią witać człowieka jak starego znajomego mimo, że jest się dopiero drugi raz, a poprzednio było dwieście innych osób. Ale to co innego, a spotkanie na neutralnym gruncie w sytuacji towarzyskiej to co innego. Nie wiem, czy jesteśmy aż tak ROZPOZNAWALNI, czy raczej że trochę za dużo się po tych barach szlajamy jednak.

To tyle dywagacji filozoficznych, a teraz będzie materiał graficzny, który jak wiadomo mówi więcej niż tysiąc słów i dobrze, bo coś mi się dziś we łbie kręci.

Ladies and gentlemen! Migas – czyli najlepsze, co można zrobić z czerstwiejącego chleba.

Bas_8

A jelita koźlątek, przygotowane do przyrządzenia wyglądają następująco:

Bas_1

A żeby nie było, że znowu żarcie i żarcie, to teraz podłoga w Muzeum Forum Cezara Augusta. Ja mam trochę fetysz podłogowy, nawet nie chodzi o to, żeby była jakaś skomplikowana mozaika, ale tu miałam po prostu ochotę uklęknąć i ją polizać.

Bas_2

No czy nie piękna?… A brzegi wykończone tak:

Bas_3

Takie światełka rzucał witraż w romańskim klasztorze w Huesca, w którym są groby królów Aragonii (i tablica informacyjna z ich podpisami, no nie wiem, jednego udało się nauczyć ledwo tyle, żeby robił cztery pętelki. Ale może za to był na przykład bardzo przystojny.)

Bas_4

A fasada Guggenheima w Bilbao odbija światło nawet wtedy, kiedy go nie ma. Ta blacha jset srebrna – osobiście ją dłubałam palcem, bo w środku można podejść do samej ściany i macać. Macałam. Jest srebrna. A świeci się na złoto.

Bas_5

Po muzeum poszliśmy na bilboański specjał, czyli tortille z kaszanką. Jest przepyszna i zamierzamy taką skombinować z naszą kaszanką.

Bas_6

I jeszcze jajko w Gure Toki.

Bas_7

A dziś co?… Przez okno się nie chce wyjrzeć, bo człowiekiem rzuca o ścianę. Dobrze, że mięciutkie kocyki były w Biedronce, to zaraz się ze Szczypawką nim owiniemy jak te koźlęce jelita. Ech.

O BASKIJSKIEJ WYCIECZCE

 

Drogi Pamiętniku, dziwię się, że nie urosły mi dwa garby – jeden od obżerania się pintxos, a drugi od spożytego wina. Oraz skrzela od deszczu. Ale by była jazda, pokazywaliby mnie jak Atrakcję z Piwnicy pod Baranami.

Jednakowoż nie urosły. Może trochę szkoda.

W tamtą stronę dostaliśmy w samolocie każde swój rząd. I to nie, że prosiliśmy – kiosk do odprawy nam dał po dwóch stronach przejścia i nie chciał inaczej. Lecieliśmy jak nie przymierzając jakieś VIP-y.

Z lotniska pomknęliśmy prosto do Saragossy. Bardzo ładne miasto, eleganckie i widać, że bogate. Mają aż dwie katedry, zabytki z czasów Cezara Augusta i ogromny, przepiękny placo – deptak z podcieniami z jednej strony, prowadzącymi do miejskiego targu, też pięknego. Hotel mieliśmy drzwi w drzwi z Forum Cezara Augusta.

Co mnie jednak interesowało bardziej, to – nie ukrywam – zona del vino y tapas, ponieważ musiałam wreszcie spróbować migas. Migas to świetny sposób na wykorzystanie czerstwego chleba – lekko namoczony i pokruszony się przypieka z różnymi dodatkami. Ja oczywiście wybrałam z chistorrą, ale są i na słodko, z czekoladą, pomarańczą czy winogronami. Są PYSZNE. Jedną porcją najedliśmy się we dwójkę jak nadziewane prosiaki (o właśnie! one przypominają nadzienie), znakomite pod wino. Były również inne przysmaki pięknego regionu Aragonia, na przykład zwijane koźlęce jelita.

Następnego dnia wyjechaliśmy do Pampeluny, po drodze zahaczając o Huesca. To taki mały kurorcik z lotniskiem, gdzie się przylatuje, żeby jechać dalej na narty w  dzikie Pireneje. Starówka nieduża, akurat do przespacerowania, z romańskim klasztorem i gotycką katedrą. Po jakże wyczerpującym zwiedzaniu udaliśmy się do dzielnicy z barami, gdzie N. natychmiast namierzył lokal z gwiazdką Michelina. Wchodzi się z ulicy, siada przy barze i wybiera tapasy z menu – za trzy tapasy i dwa wina zapłaciliśmy 25 euro. Były, trzeba przyznać, naprawdę smaczne, chociaż proste – żadnego wędzenia kawioru z kapłona w aromacie cedru. Ja na przykład miałam jajko na karmelizowanej papryce z chrupkami z fioletowego ziemniaka, w dodatku leżało na plasterkach jakiejś białej, tłustej, ale pysznej w smaku ryby. Poprosiłam N., żeby zapytał, co to za ryba, bo bardzo smaczna. Poczekał drań aż skończę wyżerać wszystko z rondelka, żeby mi zakomunikować:

– Ta rybka, wiesz? To było świńskie podgardle.

No proszę. Znakomite.

W Pampelunie dopadł nas deszcz, ale jeszcze taki, z którym zwykła składana parasolka w miarę sobie radziła. To już północne miasto – z tego ich charakterystycznego kamienia, brukowane wąskie uliczki w górę i w dół; przeszliśmy drogą pędzenia tych biednych byków – to musi być niezła jazda, przypilnować żeby te byki się nie rozlazły po całym mieście i poszły na zakręcie w dobrą stronę. Jak oni tam jeszcze dodatkowo mieszczą gapiów, to nie wiem. Za to mają przepiękną katedrę, no i jedzenie – to Navarra, czyli jesteśmy już u Basków. W dodatku w Navarra robi się znakomite różowe wino, chociaż w Bilbao jeden barman się z nami pokłóci, że różowa rioja jest lepsza.

Po drodze do Bilbao zawadziliśmy jeszcze o Haro – to jest bardzo, ale to bardzo eleganckie miasteczko, otoczone winnicami, do którego przyjeżdża się zwiedzać bodegi (kilkanaście w obrębie miasta i pewnie drugie tyle dookoła), pić wino i oczywiście OBŻERAĆ SIĘ w barach i restauracjach, stłoczonych dookoła centralnego placu. Haro to jest stolica Rioja Alta. Bo nie wystarczy, że wino jest z Rioja – prawdziwy koneser jeszcze umie rozróżnić Rioja Alta, Rioja Baja i Rioja Alavesa. Ja osobiście to jak ten pijak w monopolowym – wszystko pyszne, ale rzeczywiście wino jakie podali nam w barach – znakomite.

Po Haro to już było Bilbao i PRAWDZIWY deszcz. Parasolka zdechła i musieliśmy nabyć drugą, miejscowej produkcji, baskijskiej firmy. Lało całe trzy dni, nie bez przerwy, ale jak trochę przestawało, to tylko po to, żeby za chwilę lunąć z podwójną i potrójną mocą. Ale ponieważ widocznie taka pogoda utrzymuje się tam od setek lat, to mają GENIALNY wynalazek: Plaza Nueva, całkowicie otoczona szerokimi podcieniami, w których jest bar przy barze, w sumie kilkadziesiąt. I nawet najgorszy deszcz im niestraszny! Przyjechaliśmy w sobotę po południu i CZEGOŚ TAKIEGO jeszcze nie widziałam – podobno BIlbao ma jakieś pół miliona mieszkańców. Przysięgam, WSZYSTKICH spotkaliśmy w tych barach. W zwykłą marcową sobotę, w ohydną pogodę – w każdym barze i przed barem były dzikie tłumy. I to zarówno na Plaza Nueva, tym zadaszonym, jak i na uliczkach starówki. Od dzieci w wózkach po babcie i dziadków – wszyscy z kieliszkami, szklaneczkami i pinxosami, przy kontuarach albo na ulicy. Same bary – Michelin na Michelinie, człowiek wchodzi i mdleje na widok wystawy pintxos. Wyglądają obłędnie, a smakują jeszcze lepiej. Najwięcej zeżarliśmy w kultowym Gure Toki (większośc nazw jest baskijska, a euskera brzmi dla mnie jak skrzyżowanie japońskiego z węgierskim) (raz się pomyliłam w bankomacie i wybrałam euskera – bardzo było śmiesznie). N. oczywiście musiał zjeść ich najsłynniejsze jajko na ziemniaczkach z grzybami, serwowane w charakterystycznej przechylonej szklance. Ale mieli np. morcille przekładaną kozim serem. W życiu bym nie wpadła na połączenie kaszanki i koziego sera – wyśmienite. Albo empanada z kaczką i do tego konfitura z figi. Ale to wszystko udało nam się spróbować dopiero w następne dni, bo w sobotę to tylko łapanie ponad głowami ludzi kieliszka z baru i wykałaczki wszystko jedno z czym – taki był niesamowity tłok. Matko jedyna.

Z drugiej strony – to niesamowicie fajnie, że oni tak wychodzą, bo to byli głównie miejscowi, całymi rodzinami. Co tam się dzieje, jak nadchodzi sezon turystyczny – to ja wolę nie myśleć.

W poniedziałek dla odmiany zaczął napierniczać deszcz z gradem, na szczęście w momencie, jak już dobiegaliśmy do Guggenheima. Jestem zachwycona muzeum – i budynkiem, i kolekcją. Wspominałam już, że oczywiście nie rozumiem sztuki współczesnej w tym sensie, żeby umieć wyjaśnić przekaz, zrozumieć przesłanie na wszystkich poziomach – ale bardzo mi się podoba. Robią na mnie wrażenie wielkie pająki, gigantyczne stalowe labirynty czy „Sto pięćdziesiąt kolorowych Marylin” Warhola. Że nie wspomnę o samej fasadzie – nie było słońca, ani przez moment, czarne chmury i deszczysko, a ona odbijała złote światło. Po prostu coś niesamowitego.

W następnym odcinku: czy to dobrze, że barman nam się kłania oraz zdjęcie pewnej podłogi. Na wyraźne życzenie może być też zdjęcie koźlęcych flaków, bo teraz muszę uzupełnić niedobory herbaty w organizmie. A raczej – spróbować wypłukać herbatą wino.