O INAUGURACJI SEZONU GRZEWCZEGO

 

Od wczoraj grzejemy (zapisać: początek sezonu grzewczego – 29 września – i teraz tak do połowy maja!… Widać, jak mi zęby rosną?). Jesteśmy z piecem na etapie wzajemnego obwąchiwania się i ostrożnej wymiany uprzejmości – na razie ugrzał, co miał ugrzać, bez zbędnej dyskusji; kaloryfery były ciepłe, podłoga ciepła – co oczywiście o niczym nie świadczy, bo jego poprzednik też się przyczajał i robił nam PARTY NIESPODZIANKĘ i NOCLEG W LODOWYM HOTELU znienacka przy minus 30 stopniach. Więc nie chwalę dnia przed zachodem słońca i przed zobaczeniem, w co wskoczyłam.

Jedno, co mnie zachwyca – mam gorąca wodę CAŁĄ DOBĘ. Nie letnią, tylko gorącą, i nie okienko rano i wieczorem, tylko CAŁY CZAS. Jak w jakimś hotelu (i to nie w każdym)! I mogę brać prysznic dowolnie długo, bez przerażającej wizji opadającego poziomu paliwa w zbiorniku i kalkulacji, czy jak nam się olej skończy w środę, to pan Janusz z panem Zenkiem będą mieli wolną cysternę, żeby podjechać i zatankować, bo im się nie opłaca wozić takiej drobnicy i tera wożą palywo, pan zadzwoni jakoś za tydzień (no dobra, w GazGrodzie nie było takich akcji, kierowcy byli super mili i podjeżdżali nawet po godzinach swojej pracy, ale u innego dostawcy – lokalnego biznesmena  – to nawet pani żona właściciela potrafiła człowieka opierdolić OSOBIŚCIE, jak miała zły dzień, a klient akurat jej dupę zawracał jakimś zamówieniem).

Zbadałam rynek kocyków z rękawami i tak – ten oryginalny, snuggie, po pierwsze ma dość DZIWNY niebieski kolor (ale kolor bym przebolała – tym bardziej, że taki właśnie snuggie ma Tina Fey w „30 Rock”), tylko że jest z takiego cienkiego, gładkiego polaru, do którego NATYCHMIAST przyczepią się wszystkie kłaki moje i Szczypawki. Ja bym wolała taki gruby, kudłaty polar. No i ten kocyk okrywa PRZÓD, a co z plecami?… To już chyba zostanę przy genialnej polarowej bluzie od teściowej (tak! Od teściowej – co roku na Gwiazdkę proszę ja o flanelową piżamkę i daje mi te piżamki PRZEŚLICZNE, z mięciutkiej flanelki, a w tym roku dostałam trzyczęściowa – z polarową bluzą w komplecie), na flanelowej podszewce. Zmarźluny czują temat?… Ciepełko polaru PLUS flanela od spodu – czyli dotykamy bawełny. Po prostu RAJ.

Do koców elektrycznych nie jestem do końca przekonana. Może mam uraz z dzieciństwa po radzieckiej poduszce elektrycznej, a jak herbatka się rozleje i mnie skopie? Nie, dzięki – jakoś opękamy ze Szczypawką sezon na kanapie unplugged.

Nic to, jak mawiał Mały Rycerz – jeszcze tydzień z ogonkiem i będzie kilka dni na doładowanie akumulatorów słonecznych (z tym, że wziął i wyleciał w powietrze) (Mały Rycerz).

 

O TYM, ZE WSZYSTKO MNIE DENERWUJE W TAKIE ZIMNO

 

„Wyniosłem z garażu największego pająka, jakiego w życiu widziałem” – powitał mnie w niedzielę rano N. W wiaderku wyniósł; na słoik był za duży. Poprzedniego dnia osobiście piznęłam przez całą chałupę psią miską, w której siedział kątnik. Na lanczyk zajrzał!… Oraz cos mnie użarło w szyję. Nie komar, po komarze są inne bąble.

W przeciwieństwie do niektórych, nie przepadam za jesienią.

I np. dynia nie jest dla mnie argumentem. Dynia wygląda ładnie, ale smakuje NICZYM. Większość potraw z dyni byłaby tak samo smaczna, albo i lepsza, gdyby ze składników usunąć dynię. Jedynym smacznym elementem dyni są pestki.

Oraz udało mi się obejrzeć całe 30 minut polskiego filmu „Ziarno prawdy”; nie piznęłam płytą przez chałupę jak psią miską z pająkiem tylko dlatego, że to płyta Hanki. Niestety, nie jestem odbiorcą polskiego kina; tam jest tylko dwóch aktorów, którzy GRAJĄ – pan Więckiewicz i pan Trela. Reszta jest na poziomie teatrzyku licealnego i to wystruganego z drewna (od dawna podejrzewam, że współczesne polskie szkoły aktorskie maja bliskie powiązania z Lasami Państwowymi). Nie dość, że mówią przez zęby i bez dykcji, to tradycyjnie jest wspaniały dźwięk, jak z beczki z kiszonymi ogórkami.

Wytrzymałam pół godziny i poczłapałam po „Ojca chrzestnego” na uspokojenie.

Miałam poruszyć temat pani dziennikarki, która boryka się z systemem nie goląc pach, ale chyba szkoda moich deficytowych zasobów energii na takie zagadnienia.

W środę w nocy trzy stopnie. Wyć mi się chcę. I wyłabym, ale Szczypawka się przestraszy. Kocyk z rękawami muszę sobie kupić PILNIE.

 

O TYM, ŻE Z TĄ KARMĄ TO CHYBA COŚ NIE TEN

 

Miałam taki plan, że ten drań (piec – chodzi mi o stary piec) postoi na podwórku, a ja z kuchennego okna, popijając herbatkę, będę patrzyła jak pada na niego zimny jesienny deszcz. Od czasu do czasu rzucę w niego skorupką jajka albo innym odpadkiem. Czasem walnę młotkiem, przechodząc obok. Na Halloween nalejemy mu do środka nafty i podpalimy, a jak już mi się znudzi, zadzwonimy po serwis odwożący stare graty na wysypisko, MWAAAAAAA HA HAHA HAAAAA!…

I co? I NIE STAŁ NAWET PRZEZ TYDZIEŃ! Ustawiła się do niego kolejka jak do nastolatki z największymi cyckami na szkolnej zabawie! Telefon się urywał, a ludzie zostawiali swoje CV ze zdjęciem i rekomendacjami. W końcu N. oddał potwora jednej rodzinie z naszej okolicznej wsi.

Trochę jestem załamana, bo – gdzie ta osławiona karma? GDZIE? Za wszystko co nam zafundował, powinien w niego co najmniej rąbnąć meteoryt. A tu proszę – dostał nowy, cieplutki dom przy miłej rodzinie, z dziećmi, psami i kurami. Czy to jest sprawiedliwe? W dodatku uważam, że N. popełnił błąd, że nie oddał go komuś mieszkającemu BARDZO DALEKO, żeby zminimalizować prawdopodobieństwo, że zimą odwiedzi nas WŚCIEKŁY TŁUM z widłami i pochodniami, podziękować za piec.

Ale może ja nie wiem wszystkiego; może np. ta miła rodzina trzyma pod podłogą w piwnicy kilku wychudzonych autostopowiczów, a pan domu przybija im rączki i nóżki do listewek i w sobotę sadza dzieci na kanapie i robi im TEATRZYK KUKIEŁKOWY. I może właśnie ten piec należy im się jak przysłowiowemu psu przysłowiowa zupa.

Życie jest skomplikowane.

Kupiłam taramosalatę w Lidlu (no niestety; wiem, że wiele razy przysięgałam, że już nigdy żadnego gotowca, ale… taramosalata!…) i teraz ciekawe, przez ile dni będzie mnie brzuch bolał.

O REZOLUTNYM PIESKU

 

szczypi5

– Cześć! Mam na imię Szczypawka i najbardziej lubię ośmiornicę, sery, surową wołowinę i wodę z ogrodu z miski dla ptaszków, najlepiej taką kilkudniową – czyli wszystko, po czym mam później sraczkę. Paniusia mówi czasem, że jestem podobna do Audrey Hepburn, a znowu przy innych okazjach, że jedzie mi z paszczy. Niczego się nie boję i najchętniej sprałabym dupę wszystkim kotom na świecie.

O CEBULI, PREZENTACH I STALKUJĄCYM WODECKIM

 

Weekend zaczął się od wysłania N. do lokalnego sklepiku po cebulę, ponieważ musiałam zrobić karmelizowaną cebulę do hamburgerów na sobotę, a w koszyku leżały tylko cztery sztuki. Do czterech cebul to nawet nie ma co z łóżka wstawać – trzeba tego towaru nakroić wiadro, żeby wyszedł nieduży słoik pysznej, bursztynowej karmelizowanej cebulki (w tym miejscu moja wątroba trzasnęła drzwiami i wyszła).

Poszedł, wrócił i mówi, że w sklepie stanowił zjawisko o charakterze społecznym, ponieważ wszyscy w kolejce przed nim, a i po nim, kupowali wyłącznie piwo.

– A ja jak ten odmieniec – piwo i cebulę.

(Mógł poinstruować zebranych, że cebula to dlatego, że żona się wścieka jak poczuje alkohol i dlatego kupuje coś do przegryzienia i odświeżenia oddechu – coś jak sorbet cytrynowy pomiędzy potrawami na oczyszczenie kubków smakowych, prawda).

Wyszła pyszna. A cały dom jechał cebulą dwie doby (i żyli długo i szczęśliwie, po udanym przeszczepie wątroby).

I chciałam powiedzieć, że wspaniale jest mieć przyjaciół, którzy nas tak dobrze znają, rozumieją, i AKCEPTUJĄ nasze prywatne pierdolce, ponieważ wtedy dostaje się absolutnie fantastyczne prezenty urodzinowe. Oto zestaw prawdziwych rarytasów:

gifts

– lalka voodoo (z napisem EX LOVER, bo innych nie było, ale napis można zmienić, bo ja osobiście do żadnego EX nic nie mam – coś się wykombinuje, spokojna głowa) (i dołożę szpilek, hue hue hue);

– SERUM Z WĘŻA – how cool is that?… (to dlatego na całym świecie zabrakło surowicy przeciwko jadowi – po prostu Hanka wydoiła wszystkie węże na prezent dla mnie!);

– oraz srebrny jamniczek, który jest po prostu najzwyczajniej simply the best, jak Tina Turner.

(Dostałam jeszcze kalendarz na 2016 rok ze złotymi myślami Beaty Pawlikowskiej, ale o tym INNYM RAZEM, bo nie będę psuła miłego nastroju; poza tym to oczywiście taki wyrafinowany ŻART, ha ha) (już ja się odpowiednio zemszczę).

Czy ja już wspominałam, że prześladuje mnie Wodecki? Może nie tyle osobiście, co jego piosenka o tym, że oddaje kwiaty bo jest żonaatyyyy – od tygodnia się wszystkim skarżę, że ciągle to słyszę i już nawet N. zaczyna to podśpiewywać – ładna piosenka, ale co za dużo, to wiadomo – cholery można dostać. I co? Dziś wstajemy o piątej rano, N. włącza Trójkę, a tam co? ŻONATY WODECKI. No naprawdę!…

O GWIAZDACH – FUTBOLU I NIE TYLKO

 

No więc.

Agnieszka Fitkau – Perepeczko zniechęciła się do młodszych kochanków. Dopiero teraz?… Ja w ogóle jestem nieprzekonana do instytucji kochanka jako takiego (po co to komu?… Nie dość, że z mężem się człowiek użera, to jeszcze drugiego sobie na łeb brać? W dodatku obcego chłopa – jakieś to w ogóle jest raczej mało higieniczne), to jeszcze MŁODSZY?… Masakra jakaś. Fu, nie wyobrażam sobie.

Mourinho znowu zrobił awanturę – podobno o to , że lekarka mu zdjęła z boiska okrwawionego zawodnika, a był ważny mecz i jemu ten zawodnik był potrzebny. Więc ją wywalił. Mourinho mnie fascynuje, odkąd zaczęłam z N. wyjeżdzać do Hiszpanii i tam w sportowych dziennikach, dzień w dzień, były kilkustronicowe rozważania na temat awantur Mourinho, którego w końcu zaczęli podczas meczów zamykać w takim szklanym akwarium bez wody. W ogóle mnie interesuje, na czym polega praca takiego Mourinho – przychodzi na zakład, odbija kartę i co? Co konkretnie ROBI? Znajomy mówi, że SIEDZI I MYŚLI. O futbolu. A N. dodał, że jeszcze robi budżet drużyny na sezon i np. wychodzi mu, że na ten sezon potrzebuje 350 milionów euro. Z grubsza. Czyli w sumie niezła fucha (robiłam w życiu niejeden budżet i to jest niezła zabawa – gorzej z wykonaniem). Tylko nudna (no błagam, piłka nożna?… Ziewam, pisząc te dwa słowa).

Oraz rozczulił mnie niedawny komunikat NASA: „Stolec pochodzący z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej jest spalany w atmosferze ziemskiej. Wygląda jak spadająca gwiazda”. Ale czy spełnia życzenia? Bo skąd człowiek ma wiedzieć, co spadło?… Naprawdę, świat jest pełen pułapek.

A tak z bliższych geograficznie wydarzeń, to wykąpałam wczoraj Szczypawkę, bo śmierdziała olejem opałowym tak, jakby przy sprzątaniu kotłowni ktoś się pomylił i użył jej zamiast mopa. Teraz ślicznie pachnie, jest puchata i urocza i lekko mnie nienawidzi.

Natomiast okazało się wczoraj, że BYĆ MOŻE uda nam się kopsnąć na wakacje na początku października, w tym celu N. zadzwonił do biura podróży, a pani się załamała „Państwo ZNOWU w to samo miejsce?…”. No nie wiem, co w tym takiego dziwnego – ja tam jestem zdania, że jak się znajdzie dobre miejsce, to trzeba się go trzymać.

Nie mam co czytać (tj. zamówiłam nową Anne Tyler, ale przyślą dopiero po 23 września).

O TYM, DLACZEGO NIENAWIDZĘ ELEKTROWNI I ŻE ZAMIENIŁ STRYJEK

 

Ciepła woda objawiła się wczoraj o 22.47 – jeszcze sześć minut, a chyba bym eksplodowała.

To chyba oczywiste, że jeśli przychodzą fachowcy zainstalować i uruchomić piec, na co czekaliśmy pół roku (specjalne podziękowania dla gazowni), to WŁAŚNIE TEGO AKURAT DNIA, a nie innego, nasz cudowny zakład energetyczny ma PLANOWE WYŁĄCZENIE PRĄDU? Od 8 do 17? I chłopaki zamiast od rana, to mogli instalować i uruchamiać od siedemnastej.

To tyle, jeśli chodzi o zbiegi okoliczności.

Pomarańczowy drań, który napsuł mi przez te wszystkie lata tyle krwi i nerwów, stoi wywleczony przed garażem i wygląda jak bardzo zły i podły starszy kuzyn Wallyego.  Wczoraj jeszcze marzyłam o tym, że obleję go benzyną i podpalę, ale podobno to niewiele da, bo on jest cały z metalu i ceramiki. Więc po prostu chwilę się popali, pośmierdzi i nic więcej. Czy jest może w internecie jakaś strona dla zboczeńców… to znaczy, ludzi o określonej orientacji, którzy lubią uprawiać perwersyjny, wyuzdany seks z  dużymi, metalowymi urządzeniami? Na pewno jest, w internecie jest WSZYSTKO. Bo miałabym dla nich propozycję.

(I nie, że od razu tak kocham ten nowy, że niby zrobił ciepłą wodę i już go uwielbiam – o nie, kochasiu, już ja was znam, drani; pożyjemy, zobaczymy. Pogadamy po pierwszych mrozach.)

A na urodziny upiekłam sobie przepyszny tort:

brthcake

Przepis: ciasto francuskie, niebieski ser, gruszka. Bardzo przyjemne zestawienie.

I mam taką refleksję: jeśli na tarasie coś wydaje odgłosy, jakby łuskało suchy słonecznik, to nigdy, przenigdy nie podchodzimy i nie przyglądamy się TEMU. ODWRACAMY SIĘ I ODCHODZIMY od źródła dźwięku! Ponieważ okazuje się, że odgłosy identyczne z łuskaniem suchego słonecznika wydaje pająk, brutalnie wpieprzając muchę. Od wczoraj żałuję, że to wiem.

O TYM, ŻE POSTANOWIŁAM NIE NARZEKAĆ

 

No więc, Drogi Pamiętniku, z gośćmi to u nas jest tak, że zawsze po wizycie zostaje mi więcej jedzenia i alkoholu netto, niż przygotowałam. Chyba nikt we mnie nie wierzy kulinarnie, bo przynoszą swoją wałówkę (moja szkolna koleżanka, jak się umówiłyśmy na robienie pizzy, to przyszła nawet z własną mąką, takie ma o mnie mniemanie! Ale wybaczam jej, bo znamy się od urodzenia albo i wcześniej). Chyba na przyszłość muszę założyć na drzwiach bramki wykrywające artykuły spożywcze.

A w nocy zginęła nam Szczypawka. Budzę się i robię delikatny rekonesans – nie ma psa. Na kołdrze nie ma, pod kołdrą – nie ma. Macam, bo może wlazła w poszewkę (jamniki lubią) – nie ma. Rozglądam się po sypialni – drzwi zamknięte, psa nie ma! Budzę N., co akurat tej nocy NIE BYŁO PROSTE (na koniec był grany rum z kolą w postaci rozchodniaczków – dobrze, że w końcu zabrakło kokakoli, bo już były braterskie uściski, poklepywanie, zapewnianie, że Polak Hiszpan dwa bratanki i nie szkodzi, że właśnie nam spraliście tyłek w koszykówkę, i ogólnie zapanował chlupoczący, przyjacielski nastrój). No więc ja go szturcham, że PIES GDZIEŚ WYPAROWAŁ z zamkniętej sypialni, on niemrawo coś bulgocze – ja już prawie mam zawał, wołam Szczypawkę… A tu spod poduszki wyłania się mały, czarny, potargany i zaspany łepek – o co kurna chodzi i czego się drą po nocy i nie dają psu spać?…

Wlazła pod poduszkę za naszymi głowami, przy samym wezgłowiu, w poprzek łóżka (bo jamniki muszą w poprzek, tak już mają), wyciągnęła się jak wąż i zniknęła. Jak leży na kołdrze, to potrafi zająć trzy czwarte łóżka, a teraz nagle zamieniła się w mały, niewyczuwalny wałeczek za naszymi głowami. I tak oto pies zupełnie dosłownie wszedł nam na głowy.

A dziś jest trochę okropny dzień, chociaż w sumie to już się tak nie przejmuję jak kiedyś, tylko że dziś na dodatek przychodzą panowie zainstalować nam piec (ha! kto jeszcze dostał na urodziny NOWY PIEC?) i prognoza jest taka, że nie będzie ciepłej wody przez dwa dni, jak wszystko dobrze pójdzie. Bo jak gorzej pójdzie, to nie wiadomo, kiedy znowu będzie. Prawie, PRAWIE mam motylki w żołądku (chociaż może to od tych tartaletek z kozim serem i karmelizowaną cebulą, hmmm). Tymczasem weszłam w przepiękną, żarówiaście różową kieckę od Adolfo Domingueza, co do której już nie miałam złudzeń ani nadziei, że kiedyś w nią wlezę i nawet oddałam Zebrze, ale ona mi wczoraj odniosła i wua la! Dobra na mnie. Więc nie narzekam. (Ale jak tej wody nie będzie dłużej, niż trzy dni, to ZACZNĘ narzekać).

To idę sobie kupić przepiękny pierścionek na urodziny – N. dostaje rybiego oka na widok moich kolejnych drogocennych pierścionków z kolorowymi oczkami, bo okazjonalnie farbują mi palce na zielono, a od jednego dostałam nawet malowniczego parcha na całej dłoni (no, ten trochę przesadził; już go nie noszę). Zamiast się cieszyć, że nie zbieram np. suszonych ludzkich główek.

O TYM, ZE NIEUCHRONNIE ZBLIŻA SIĘ SEZON ZWANY "DO DUPY"

 

Hm, pomyślmy co u mnie. Chyba doprawdy nic nowego. Gości mamy w sobotę. Hiszpańskich współpracowników N. Dowiedziałam się o tym dość przypadkowo – jak zwykle zresztą, bo mechanizm jest taki: N. zwykle impulsywnie i pod wpływem nastroju chwili zaprasza gości. Później nic mi nie mówi, nie wiem dlaczego. Boi się? Ale czego – przecież nie opierdalam go za to jakoś spektakularnie – tyle co zwykle. Więc nie wiem, na co on liczy nie mówiąc mi – że nie zauważę, jak przyjadą?…

W każdym razie muszę dziś wieczorem przypilnować, żeby wyjął ośmiornicę do rozmrożenia.

A tak bardziej ogólnie to jednak trochę mnie wkurwia to krótkie ostrzyżenie, zwłaszcza kosmyki dookoła twarzy – są za krótkie, żeby je złapać w gumkę czy koczek, opadają mi na oczy i doprowadzają do lekkiego szału bitewnego. Jeden raz w życiu miałam grzywkę – w wieku lat czterech, sama ją sobie zresztą obcięłam. Ale z tego co pamiętam, wtedy o wiele bardziej wkurwiona była moja matka. Nie wiem, czemu, w końcu to nie jej włosy wchodziły do oczu.

Wspaniale. Niecały tydzień temu się ochłodziło, a już mi ręce pękają z zimna. I ponura jestem jak zapomniany od lat słoik kiszonych ogórków w piwnicy (taki, co ogórki już dostały białego nalotu, a zalewa niebieskawej poświaty). W dodatku jesteśmy w samym środku bardzo interesującego eksperymentu gazowniczego – kto będzie pierwszy: gazownia z licznikiem czy jesień z przymrozkami (a gaz zakładamy, przypomnę, od marca). Tyle emocji!… Muszę sobie kupić pół kilo masła na uspokojenie. I wiaderko klarowanego.

 

O TYM, CO WOLNO ROBIĆ PODCZAS WOJNY NUKLEARNEJ

 

Zapadłam się w sobie z tego zimna jak purchawka. Stara purchawka, którą notabene jestem i nie ma co udawać, że nie. Howgh.

Z życia starej purchawki: w dalszej rodzinie N. skandal obyczajowy – niedawno poślubiona panna właśnie z płaczem i trzymiesięcznym niemowlęciem zwiała z domu teściów, gdzie po ślubie zamieszkała z mężem. Rodzina męża bardzo zdziwiona, o co jej chodzi – przecież jest jedzenie w lodówce!

To są oczywiście moje ulubione klimaty z forum – wolne pół godzinki, kubek herbaty i wąteczki „Ratunku pomóżcie co robić chyba rozwód! Po ślubie ZAMIESZKALIŚMY U TEŚCIOWEJ…”. Takie wątki idą w dziesiątki i setki, a rady w każdym z nich są takie same – WYPROWADŹCIE SIĘ. Chcecie pozostać małżeństwem – wyprowadźcie się ZARAZ JUTRO. Ciekawe, co mnie mogłoby zmusić, żebym zamieszkała z teściami? Chyba całkowity paraliż czterokończynowy połączony z utratą świadomości. Nie, nawet nie chcę ZACZĄĆ sobie tego wyobrażać. Mało tego – z moją Mamą też bym nie zamieszkała. No – może w wariancie – ona zajmuje pokój we wschodnim, a ja w zachodnim skrzydle Downton Abbey. Chociaż i tak od razu by się zaczęło „Która to godzina, a ty jeszcze śpisz” – „Mamo, ale SOBOTA” – „No właśnie! Sobota i trzeba wstać i sprzątać!” – aaaaaa!…

Nie wiem, co te panny sobie wyobrażają, wprowadzając się do matek swoich mężów – że co rano będą schodzić w peniuarze do kuchni, zwabione aromatem kawy i świeżych bułeczek, i śpiewać na dwa głosy z teściową Duet Kwiatów z „Lakme”? To się chyba bierze z jakiegoś deficytu adrenaliny w życiu. Albo wyobraźni (całkowitego). Już widzę, jak teściowa w swoim własnym – zaznaczam – domu bezkonfliktowo usuwa się w cień i ROBI MIEJSCE  dla młodszej kobiety, nowej pani domu. Błagam. Tak, zwłaszcza matki facetów są takie łagodne i spolegliwe. Jak wkurwiona Godzilla.

Ja wiem, że każdy musi się uczyć na własnych błędach. Ale ten jeden można sobie darować i skorzystać z uniwersalnej prawdy obiegowej, która brzmi – jeśli to nie wojna nuklearna, to nie mieszkamy z teściową. I / lub teściem. Bo jeśli to wojna nuklearna, to w zasadzie już wszystko jedno, i tak czeka nas biegunka i białaczka (a propos wojna nuklearna – kiedy drugi sezon „Manhattanu”? Bo tęsknię).

Piec nam dziś przywożą. Gazowy. Cieszyłabym się, że nasza olejowa Odyseja dobiega końca, ale niestety ZBYT DOBRZE WIEM, do czego te łobuzy są zdolne.