DOZYLAM DO TEGO PIATKU JEDNAK

Slonko swieci, deszczyk pada,
Czarownica dzieci zjada.
Deszczyk pada, slonko swieci,
Czarownica zjada dzieci!

A ja zaraz wyjde i ZJEM tego pana, który przez caly dzien wierci wiertarka gdzies nad moja glowa. ZEZRE GO RAZEM Z WIERTARKA.

Nie wiem dlaczego, ale N. od moich imienin caly czas ma wrazenie, ze jeszcze nie kupil mi prezentu, w związku z czym od poniedziałku codziennie kupujemy mi gdzies jakis prezent na imieniny. Nie wytrącam go z tego amoku (no chyba bym musiała na łeb upaść!), wczoraj kupil mi zamszowa kurtke, a dzis, tak sobie mysle, ze chyba będziemy PRZECHODZILI PRZYPADKIEM obok sklepu z Mini Morrisami i może znowu ZAPOMNI :).

Chryste Panie, mam nadzieje, ze nie oznacza to, ze ma 16-letnią kochanke z cyckami jak piłki do koszykówki…

UWAGA – SĄ WYRAZY – NIE DLA WRAŻLIWYCH!

Ja panie prezesie wstaje o godzinie szósta za piętnaście, przyjeżdżam do pracy, sniadanie zjem po drodze, wchodze do biura, ide na spotkanie i jest czternasta.

Nie wiem, do kurwy nędzy, gdzie mi się ten czas podziewa.

Jedno oko mam jakies takie nie bardzo. Poszlam do apteki po jakies krople czy cos, ale nadęta pani mnie sprowadzila na ziemie, ze KROPLE TYLKO NA RECEPTE. Czyli, nie wystarczy ze zapłacę producentowi kropel, musze dodatkowo zapłacić panu doktorowi, żeby mi te krople preskrypcjonowal. Niech się zatem opieka medyczna ugryzie w dupę: czasu nie mam w ogole, a oko mam drugie, jakby co.

Proponuje także, żeby rownolegle z opieka medyczna te same czynności wykonali moi reprezentanci w zgromadzeniu narodowym, którzy, nie ustając w wysilkach wymyślania, jak by tu szarego obywatela skroić, czepili sie abonamentu TV za POSIADANIE odbiornika. Abstrahując od faktu, ILE jestem sklonna zapłacić, żebym NIE MUSIAŁA oglądać tej radosnej zgrai Szymal, Terentiewow i Dowborow, oraz nie kończącej się orgii benefisow, festiwali i innych śpiewogier – jak oni zamierzaja sprawdzic, czy ja ten odbiornik mam, jeśli na moim budynku nie wisi żadna antena (I WISIEC NIE BĘDZIE!!!!!!!!!)? Mam wpuszczac do mieszkania każdego zakapiora, który dojdzie do wniosku, ze oto ON SPRAWDZA TELEWIZORY? Chyba już ich dokumentnie pojebało wszystkich ze szczętem, może cos dosypują do zarcia w tej sejmowej restauracji albo serwowali golonke z nieprzebadanej trzody?… Ile razy można placic za niewatpliwa przyjemność oglądania KRZYŻAKÓW, na przykład? Bo mi się wydaje, ze KRZYŻACY, PANCERNI czy SAMI SWOI to już się Telewizji zamortyzowali, i to tak w okolicy lat 70-tych. A za ubieranie prezenterów prognozy pogody przez firmę Henry Lloyd można zapłacić z tej kasy za reklame nowej generacji pieluszek, które pomieszcza nawet do trzech kilogramow rzadkiej kupki.

A na dodatek gdzies zginęły strusie. W jednej z opcji drogi do domu przejeżdżamy obok fermy strusi, gdzie drzewiej hasały strusie (a nawet jeden SŁOŃ) (jeśli wierzyć Leonowi) (on tez ma wade wzroku, ale w druga strone, wiec sama nie wiem), A OD JAKIEGOS CZASU TYCH STRUSI W OGOLE NIE MA! Zostala się sama ferma i przyczepa z napisem „SPRZEDAŻ JAJ”. Za to kilka kilometrow dalej pojawil się przy drodze złowieszczy, ohydny, domowej roboty szyld „MIĘSO STRUSIE”… Az mnie dreszcz przeszedl…

Biedne strusie… Mam nadzieje, ze przynajmniej pingwiny są niejadalne…

DRUGA KOSMICZNA

Czasu nie mam, rany jeża, jak ja kosmicznie nie mam czasu w ogole na nic.

Lojalnie uprzedzam, ze kolejna teczka z napisem KORESPONDENCJA PRZYCHODZACA pizgne w okno, jak nic.

W klimatyzacji za moimi plecami cos się przelewa i bulgoce. Stawiam na flaki Aliena (i nie poprawiaj mi, ty DEBILNY WORDZIE, ALIENA na ALINĘ, w zyciu nie widziałam głupszego programu, jak slowo daje).

Moje zdanie na temat pogody: Yyyyy… Poprosze, z prazona cebulka.

Dobra, but seriously, folks: facet od ogórków małosolnych u nas na bazarze okazal się lokalnym Indianinem i twierdzi, ze sierpień będzie bardzo cieply i suchy, a w ogole lato do polowy października w tym roku (Jezu, zjadłabym ogorka od niego, nie wiem jak mu pogoda wychodzi, ale ogorki BEZBŁĘDNIE) (tak naprawde, to zjadłabym COKOLWIEK).

Lustereczko, lustereczko, natychmiast chce być piekna, leniwa ksiezniczka albo przynajmniej niedźwiedziem!…

LATO, LATO, LATO WSZEDZIE :)

Z uwagi na fakt, iż moja delegacja była niedlugą, to udalo mi się wykonac tylko dwa numery.

Pierwszym było pojscie na kolacje (no dobrze! I NA WINO! Zadowoleni?…) z kolezanka udzielajaca się od jakiegos czasu w służbie tych ichnich kapitalistow. Było bardzo sympatycznie, dawno się nie widziałyśmy („Ty sobie wyobrazasz? Pierwszy dzien w pracy i staff meeting PO FRANCUSKU! A ja z francuskiego rozumiem żemapel i liczebniki! I to nie wszystkie!” – o, jakze rozumiem jej bol, rowniez wykonałam podobny numer na początku mej kariery, kiedy to po 4 lekcjach francuskiego doszlam do wniosku, ze na wykładzie o przejsciu systemu bankowego na EURO słuchawki z tłumaczeniem są mi NIEPOTRZEBNE – spędziłam bardzo mile i abstrakcyjne półtorej godziny), obie byłyśmy glodne, wiec zamówiłyśmy CO?

No – CO zamówiłyśmy do jedzenia tego upalnego wieczora, kiedy to wszedzie rozpuszczal się asfalt, a o wysiedzeniu przy stolikach na zewnatrz knajp nie moglo być mowy, bo upal rozsmarowywal człowieka na krzesle?…

TAK!
Zamówiłyśmy kurczaka curry z frytkami.
Piekne filety w ostrym sosie curry z pysznymi, wielkimi, świeżutkimi, domowymi pommes frites, wszystko gorące jak samo piekło z szatanami i ich naczelnikiem, Belzebubem.

W sumie, nie powinnam od tego utyc, bo w trakcie jedzenia wypociłam wszystkie zjedzone kalorie, co do jednej, a może nawet troche wiecej.

A dzis rano to już tylko przewróciłam na siebie stojak z kaszmirowymi szalami na lotnisku w Tie Racku, O WIELKIE MI CO. Nawet nie upadl i nie narobil huku w ogole.

Nic nie poradze na to, ze bardzo lubie kurczaka curry.

UPAL ZGODNIE Z ZAPOWIEDZIA :)

Bardzo prosze, Moi Drodzy – specjalnie dla Was UPAŁ 🙂
Prosze, czestujcie sie, ja nie jestem skąiradlo, starczy dla wszystkich.
(Kto narzeka, ma w pędzel).

A mnie nie ma do piatku, kiedy to bynajmniej wroce. A moze aczkolwiek (ulubione slowa przedstawicieli do spraw sprzedazy kart kredytowych i polis ubezpieczeniowych: aczkolwiek i bynajmniej).

PS. „Ewa i złoty kot” – niezla, smieszna taka.

HAAHAHAHA! UPAL I MOJE NA WIERZCHU!

Nie znosze zakupow. Nie cierpie.
Matka rodzona wywlokła mnie wczoraj, żeby kupic mi na imieniny KOSTIUM („jaktywygladaszjaktasierotacoludziesobiepomyslaniemozesztakdalejchodzicubrana JEDZIEMY PO KOSTIUM”). Kostium toleruje jedynie ze spodniami. No i tak to spędziłam czarowne przedpołudnie tłukąc się po przymierzalniach (NIENAWIDZE przymierzac!), gdzie pomiedzy ściąganiem i zakladaniem kolejnych par spodni rozpaczałam „Boze, Boze, jaki mam wstrętny wielki tylek!”, po czym większość spodni jednak mi z tego tylka zjeżdżała, wiec ja nie wiem, na kogo to szyte, na mamuty?… Nie zdecydowałam się na biele i ecru z kolekcji letnich, bo wziawszy pod uwage kroj spodni, nawet najzgrabniejsza kobieta (pod warunkiem, ze jest mamutem) wyglądałaby w tym jak przedwojenny radziecki marynarz.

Kiedy wreszcie znalazłyśmy spodnie, które nie zjechaly mi z tylka, i kiedy założyłam do nich zakiet, i kiedy moja matka zakrzyknęła „PIEKNIE!” i kiedy odwróciłam się do lustra… To postanowiłam, ze pierwsza rzecza, jaka wykonam, po wyjsciu ze sklepu w tym stroju, będzie rzucenie się z mostu Siekierkowskiego. Zestaw był z lnobawelny w kolorze szarym, z czyms w rodzaju czarnych lampasow, a zakiet, w krory oblekła mnie moja rodzona matka, MIAŁ PODUSZKI NA RAMIONACH, przysiegam!… Do pelnego zestawu brakowalo mi jeszcze tylko cylinderka, dlugiej na metr fifki z dymiaca cygaretka i ochrypłego basowego glosiku. I czerwonego goździka w klapie.

Ucieklam stamtąd dzikim pędem (bez zakupu, naturalnie) i z rozpaczy poszlam przymierzyc wieczorowa suknie w Simple. Srebrzystoszara rura w rozmiarze 34 byla dopasowana od dolu do wysokości zeber… a dalej pozostawiala wiele do zyczenia, czy raczej – JA pozostawiałam w niej wiele pustego miejsca – na oko, żeby leżała, powinnam wypełnić gors tak ze dwoma surowymi kurczakami.

A zakupy były udane, bo kupiłam sobie musujące tabletki do kapieli w Yves Rocher i wypróbowałam jeżynową. Nad wyraz niezle 🙂

FYNF

Wychodzi baca z rana na hale i drze się: „Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Jakie pikne ranoooooo, slonecko swieci HEJ! Dzien cudny!” – a echo na to, z przyzwyczajenia: „Mać… mać… mać…”.

No to ja mam jak to echo: MAĆ! MAĆ! Od rana.

Uchlastalam się kartka papieru w palec.
Dostalam pismo podpisane „Z poważaniem”, chociaż przysiegam, ze wyglada to jak „Z przerażeniem” – im bardziej się przygladam, tym wyraźniej widze w podpisie przerażenie.
Przysięgłam sobie, ze zamiast kawy rozpuszczalnej będę pila zielona herbate, konsekwentnie jestem w trakcie 3 filizanki lurowatego jacobsa, bo robie sobie slaba, żeby nie bylo ze CALKIEM nie dotrzymuje postanowien.
Nic mi się nie chce.
Za oknem piekny listopadowy wieczor.

Mać.