O PEWNYM PORANKU I DOBROBYCIE

Wczoraj, okolice szóstej rano. N. już dokądś śmignął (mówi, że do roboty – za rękę go nie złapałam, więc nie potwierdzam ani nie zaprzeczam), a ja mam dzień opieki nad domem. A zatem chodzę na czworakach z puszką sprayu przeciwko mrówkom i pryskam te miejsca przy listwach, z których mogą wyłazić. Otwarte okna i drzwi na taras, ale i tak śmierdzi. I tak sobie chodzę (chodzenie na czworakach podobno odciąża kręgosłup i jest bardzo zdrowe jako takie), pryskam, aż tu nagle wpada ptak i zaczyna krążyć po chałupie.

Usiadłam na podłodze i patrzę – trochę mi się od tego smrodu w głowie kręci i do końca nie wiem, czy ten ptak faktycznie WLECIAŁ, czy ja już mam halucynacje. Ptak pofruwał dookoła żyrandola, zdefekował się na parapecie i wyleciał drzwiami tarasowymi. Kupa została, namacalnie, a nawet musiałam ją wycierać – więc chyba był prawdziwy. Może przyleciał na śniadanie, a tu NIC NIEGOTOWE i się obraził.

Ma ktoś fajniejsze poranki?

Dziś już nie jest tak fajnie, bo siedzę w biurze i wkurwiam się na komputer, który się co piętnaście minut aktualizuje i aktywnie z premedytacją przeszkadza mi w graniu w cukierki na fejsbuku.

Dzisiejszy Superekspres proponuje rozrywkę jak za starych dobrych czasów: „Poćwiartowali ojca i utopili w bagnie” oraz „Nie zabiłem go, przyniosłem mu nawet jego odciętą nogę”.

A w Biedronce mają sprzedawać urządzenie do robienia waty cukrowej. BOŻE!… Co ja bym swojego czasu dała, żeby móc sobie robić watę cukrową codziennie W DOMU!… Tym dzisiejszym dzieciom się w dupach przewraca z dobrobytu, a one tego w ogóle nie doceniają. W OGÓLE.

 

O TYM, ZE ROŚNIE MÓJ PODZIW DLA TWÓRCÓW Z USA

Skończyły się negocjacje i kupuję proszek na mrówki. Starałam się po dobroci, zostawiałam im lukrowany pierniczek, żeby sobie go obrabiały i odczepiły się od szafki z cukrem i miodem – ale nie, nieee – daj palec, to upierdzielą ci rękę i pobiorą organy do transplantacji. TAK DALEJ BYĆ NIE MOŻE. Mam do mrówek wiele sympatii i szacunku, ale NIE W MOJEJ HERBACIE.

No.

A dwunasty odcinek Good Fight znokautował mnie jedną z ostatnich scen, gdzie zostało zaprezentowane zdjęcie Melanii Trump z gołą dupą. Oficjalnie, jako dowód na sali sądowej. Oni są po prostu WSPANIALI w komentowaniu rzeczywistości (newsy które ogląda Diane i dochodzi do wniosku, że świat zwariował) i nie wyobrażam sobie innego kraju, w którym w serialu pokazaliby goły tyłek aktualnej Pierwszej Damy. Tak po prostu. No błagam, wyobrażacie to sobie U NAS?… (Nie, żebym miała ochotę obejrzeć, NIE NIE NIE!…).

(A sędzia mianowany przez Trumpa, który nie umiał sobie poradzić z suwakiem?… Kocham ich).

A wczoraj padał u nas grad jak czereśnie. Na szczęście nie połamał żadnych kwiatków i było dość widowiskowo. Lubię burze, ale na przyszłość gradowi dziękujemy.

 

O ŚLUBIE, POZIOMCE I KOLEJNEJ NIECHCIANEJ POBUDCE

Dziś pobudka była o 4.35 – jak słowo daję, Szczypawka, zobaczysz – kupię ci śpiworek ZASUWANY Z ZEWNĄTRZ. O tej godzinie to pańcia się kiedyś (dawno, dawno temu, co prawda, i może ze trzy razy, ale JEDNAK) kładła spać!

W weekend wszyscy żyli Royal Weddingiem. Pamiętam że oglądałam poprzedni – wszystko dlatego, że byłam w pracy (w pracy – to oni brali ślub w dzień powszedni?) i akurat musiałam podpisać jakieś siedemset tysięcy stron oferty przetargowej, więc jako tło włączyłam sobie ten cały ŚLUB. Najlepiej pamiętam Camillę, na temat której leciały komentarze że chyba jest zawiana, i faktycznie dziwnie się kołysała w kościelnej ławce i potykała idąc. No trudno, z wiekiem coraz bardziej lubię Camillę, a coraz mniej Dianę (histeryczkę). A z przetargu nic nie wyszło i patrząc wstecz i mając w pamięci, z kim startowaliśmy, mogę tylko westchnąć – i Bogu dzięki.

A na temat ŚLUBU SNL zrobił znakomity skecz – książę Harry („Prince Harry Markle”) oprowadza po swoim weselu. Przy czym najlepsze jest to, że oni ten skecz wypuścili KILKA GODZIN po prawdziwym weselu, a wszyscy aktorzy są w idealnie skopiowanych kostiumach! To się nazywa profesjonalizm.

N. szaleje ogrodniczo (jak to dobrze, że on ma do tego żyłkę, bo z moim talentem do zasuszania nawet najbardziej odpornych kaktusów mielibyśmy uroczy ogródek jak z filmu „MARSJANIN”) (minus ziemniaki, oczywiście), natomiast kupił w sobotę dość niepokojące poziomki. Ładne, ale chyba MUTANTY – żeby poziomki były takie olbrzymie?…

Oho, wyszła nowa książka Elizabeth Strout. I chyba kupię „Prawdziwą historię” – na podstawie której Polański zrobił film (z Eve Green!), bo mam jedną książkę tej de Vigan i bardzo mi się podobała. Bo skończyłam Komedę i znowu nie mam co czytać. To znaczy został mi jeszcze tylko „Koniec śmierci”, ale to jest lektura, która wymaga stu procent uwagi – uważam trylogię Cixin Liu za rewelację na miarę Diuny i cyklu Endera. Nawet Hyperion się nie umywa.

Czy są jakieś tabletki nasenne dla psów? A konkretnie – dla nadpobudliwych porannie jamników.

PS. Aaaaaa, bo bym ZAPOMNIAŁA – przeczytałam świetny kawałek na temat odchudzania – w skrócie chodzi o to, że aby schudnąć i zrzucić tłuszcz, trzeba JEŚĆ TŁUSZCZ. Takie porady to ja lubię i cenię. Gdzie moje masło!

PSPS. Odsypia teraz, mały potwór.

 

 

O FRYZJERZE I OGLĄDANIU PORANKA

A któż to był u fryzjera?

Rzucała mi z wanny spojrzenia na zmianę błagalne („Zabierz mnie stąd i uciekajmy!”), zmiękczające („Ja bym ci nigdy czegoś takiego nie zrobiła. NIGDY”) oraz pogróżki („Poczekaj, w domu się policzymy”). Trochę się jeszcze nie odzywa, ale przynajmniej przestała się drapać i przynosić z każdego siusiu do domu zielnik polski na podwoziu. Aha, i ma takie słodkie wałeczki tłuszczu na dupie i bioderkach! Już niestety nie da się tego przykryć grubym futrem.

SZCZYPAWKA, ODCHUDZAMY SIĘ! (Od jutra, OK? Dziś ma padać i rozwalili nam drogę i chodnik, jeszcze wpadniemy do jakiegoś wykopu i zaleją nas betonem).

„The Good Fight” drugi sezon znajduję naprawdę niezłym, aczkolwiek w jedenastym odcinku Diane zapisuje się na Aikido, co mnie lekko załamało, nie ukrywam. DIANE! I ty Brutusie?… Mam nadzieję, że to taki chwilowy kaprys i szok związany z brutalnymi wydarzeniami wokół niej i że zaraz się wypisze i przywróci homeostazę. A na końcu odcinka prawie się popłakałam (ze śmiechu też).

Dziś o 5.25 byłam już po śniadaniu (DLA PSA) i po kawie (DLA N.). Droga Redakcjo, jak przestawić psu budzik, bo co prawda wiosenne poranki są piękne i tak dalej, ale wezmę i zwariuję.

 

O ZIMNIE W UPALNY DZIEŃ I NAJLEPSZYCH PROSZKACH ŚWIATA

Wszyscy się w weekend opalali, a ja w najgrubszym swetrze trzęsłam się z zimna. Oczywiście podejrzewam klimatyzację, którą N. mimo moich sprzeciwów puszcza w samochodzie na cały zycher, a mi ona śmierdzi trupem. Albo krążenie mi wysiadło już całkiem. A teraz jeszcze czytam, że koniec przedwczesnego lata i idzie ochłodzenie.

Tak więc trzęsłam się i czytałam drugą część „Trupiej farmy” i nie jestem całkowicie usatysfakcjonowana (jak ta pani w „Przyjaciołach”, która zjadła batonik). Po pierwsze, jest za mało nowych spraw, a na dodatek niektóre podzielone są na kilka rozdziałów. Po drugie, jakoś mniej jest technicznych detali i szczegółowych opisów ich pracy. Z całej książki najlepiej zapamiętałam dwie informacje: że za gałkami ocznymi mamy tłuszcz oraz że larwy muchy plujki potrafią zjeść do 18 kilogramów tkanki miękkiej na dobę. Dobrze, że ja nie mam takich możliwości, bo przy powrocie z Hiszpanii musiałabym kupować dwa miejsca w samolocie.

A w ogóle to najlepszy wejście weekendowe miała moja ciotka, piastująca zaszczytne stanowisko mojej MATKI CHRZESTNEJ. Otóż w Biedronce przy kasach wyjęła z torebki blister Xanaxu, zaczęła nim wymachiwać i poinformowała mnie (i przy okazji kasjerów, i ludzi w dwóch równoległych kolejkach), że to są NAJLEPSZE PROSZKI na świecie, nie ma lepszych, nic człowieka nie jest w stanie po nich zdenerwować, a świat jest piękny (różowy, beżowy).

Oczywiście. Dlatego szary obywatel nie może ich sobie kupić.

O, jaki piękny nagłówek w Superekspresie: „Makabra! Mordował gotował zapychał rury trupami”. Nareszcie coś ciekawego, a nie tylko w kółko Doda i Rozenek.

 

O DZISIEJSZEJ POBUDCE, TRENDACH I POKRZYWIE

Uroczo się dzień zaczął – najpierw piesek zarządził pobudkę za dwadzieścia piąta (ostatnio N. wstawał o czarujących porach typu czwarta dziesięć i najwyraźniej Szczypawce przestawił się zegar biologiczny, a zwłaszcza kulinarny – nie ma jak śniadanko przed piątą rano), a następnie ganiałam po sypialni ze słoikiem łapiąc wielkiego WIDLICHA. Doprawdy.

No właśnie, ja też z tymi TRENDAMI mam jak nie przymierzając zarazek epidemii, co przyszedł na imprezę jak już wynaleźli szczepionkę: wszyscy już dawno, a ja się dopiero dowiaduję. Na przykład z tą cebulą z krajów śródziemnomorskich – wszyscy OD DAWNA wożą, a mnie dopiero koleżanka podpuściła (gdyby nie to, dalej bym żyła w błogiej, bezcebulowej nieświadomości). Identycznie mam z np. konturowaniem twarzy – nagle z dnia na dzień wszyscy to POTRAFIĄ i swobodnie konturują na co dzień i w ogóle. Znam swoje możliwości i o ile cebulę mogę przywieźć, to do konturowania nawet się nie przymierzam.

Wyczytałam, że maj jest najlepszym miesiącem na pokrzywę – teraz podobno są najsmaczniejsze. NAJSMACZNIEJSZE. Powiedziałam o tym N. (nawet kilka razy), ale jakoś nie był szczególnie zainteresowany. Gdybym mu ugotowała z boczkiem, to by zjadł. W zasadzie to większość rzeczy by zjadł, gdybym mu ugotowała z boczkiem. Kto degustował tegoroczną pokrzywę?

Jaka piękna pogoda, to nawet JA nie mam się do czego przyczepić. No dobra (he, he – JA się nie mam do czego przyczepić?…) – mogłoby trochę deszczu spaść, bo jak wczoraj posiedziałam na tarasie, to byłam cała w żółtych pyłkach, zmywałam je nawet z soczewek (a okna to już NAWET NIE WSPOMNĘ, jak wyglądają). No więc deszczyk by się przydał. W dodatku na Netflixie rzucili znakomity serial – „Safe”. Brytyjski, ale z Dexterem, mężem Kalindy i panią detektyw z „Case histories”. Mniam, mniam oraz mniam.

Na zakończenie podzielę się dobrą radą, która ostatnio szczególnie mi się spodobała:

„Bądź miła, uśmiechaj się i nie obnażaj w miejscach publicznych”.

Amen to that.

 

O PAMIĄTCE Z WYPRAWY

A jeszcze nie wspomniałam, co przywieźliśmy fajnego – otóż CEBULĘ. Przed wyjazdem koleżanka zagadnęła, czy mogłabym jej coś przywieźć z Hiszpanii – ja pytam co – a ona CEBULĘ. Tę taką wielką, kruchą i soczystą, bo ona ma takie życiowe motto, że jeśli chodzi o cebulę to nie jest jej wszystko jedno. W związku z powyższym dzień przed wyjazdem N. biegał po supermarkecie i mierzył oraz macał cebule (mężczyźni powinni mieć misję, zauważyłam – jak mają misję, to znacznie lepiej funkcjonują, niech to będzie nawet duża cebula). Przywieźliśmy cztery, ale jedną kolektywnie pożarliśmy w sobotę na parten gardy. Z pomidorami. Rzeczywiście – krucha, soczysta i smaczna.

(A ja wylałam pół butelki wódki do zamrażarki – w naszym kraju to już chyba podpada pod lincz! Włożyłam otóż na leżąco niedokręconą butelkę i tak sobie pół flaszki wyciurkało, zanim zauważyłam, że się leje. Plusy są takie, że mam zdezynfekowaną zamrażarkę, jak ktoś by sobie obciął palec albo inną kończynę to mam gdzie przechowywać, oraz – NIEKTÓRYM to wyszło na dobre, że te pół butelki się wylało. Nie będę pokazywać palcem, ale JUŻ ONI WIEDZĄ, o kim mówię! No).

Skubnęłam tych „Zagubionych w kosmosie” i no nie wiem. Na pierwszy rzut oka faktycznie nie jest to bardzo kiszka, aczkolwiek dużo dzieci i młodzieży i trochę „Domek na prerii” czy inna Sabrina, nastoletnia czarownica. Kino familijne, znaczy się. No zobaczymy, na razie najbardziej podoba mi się Parker Posey i uratowana kura (kura uratowana ze statku kosmicznego? No dobrze, niech zgadnę – ta kura wszystkich ocali).

Panowie od budowy ronda trzymają sprzęt budowlany na działce u sąsiada naprzeciwko. Już pomijam, że Szczypawka ma time of her life – codziennie rano ich wita, a wieczorem żegna darciem paszczy, a ja… Ja wieczorami mam taką ochotę, taką OGROMNĄ ochotę, żeby odpalić koparkę na krótko i pojechać nią w świat, na wycieczkę, a może i po drodze coś zdemolować (coś sensownego oczywiście, na przykład jakieś ministerstwo).

 

O TYM ŻE ZMARZŁAM, MARZNĘ NADAL, A JEZUS ŻYJE

Wiadomo, że jak ja dokądś wyjeżdżam, to zwykle napotykam następujące okoliczności: a) jest zimno i / lub pada, b) jest jakaś grubsza afera.

Ad. a) – było tak zimno, że tubylcy nosili pikowane kurtki, kożuchy i zimowe buty. No dobra, pierwszego dnia w Santiago de Compostela mieliśmy piękną pogodę i całe, CAŁE czternaście stopni, ale później już nie. Włącznie z lodem na szybach samochodu pierwszego maja. I padało też dosyć konkretnie. Znowu wszyscy nam powtarzali „Este no es normal” – litości; za każdym razem to słyszę.

Ad. b) – trafiliśmy akurat na festiwal zespołów gaitowych – to taka mniejsza kobza, o wyższym dźwięku niż nasza, zasuwają na nich ludowe piosenki w towarzyszeniu bębenków, tamburynów i czym tam kto lubi hałasować. W barach było zatem MILIARD osób, nie było gdzie wcisnąć wykałaczki, i nagle ten MILIARD osób musi zrobić miejsce dla bandy gaiteiros, która wpadała do knajpy, dawała koncert i szli dalej. A po jakimś czasie wpadali następni. Coś pomiędzy czyśćcem, domem wariatów i karnawałem w Rio (ale w  kożuchu). Coś wspaniałego i niedrogo. Następnego dnia można było te gaity, bębenki i inne instrumenty kupić na jarmarku. Ale strasznie lało, więc kupiliśmy tylko noże.

Jak zwykle strasznie dużo żarliśmy, no bo co tu robić w taką pogodę. Bywało ciężko, bo wieczorne wyjście na wino zaczyna się w okolicach 21.30 – tak ze 3 – 4 kieliszki na mieście, każdy w innym barze i z czymś innym do jedzenia, a później wraca się do domu COŚ PRZEGRYŹĆ. Wcale się nie dziwię, że miewałam później sny w stylu – premier Szydło na plaży nad Bałtykiem, w (jednoczęściowym) kostiumie kąpielowym. A to i tak jeden z lżejszych.

Zwykle na stół wjeżdżały sery i przyjaciel N. któregoś razu zaczyna opowiadać: „A jeden mój znajomy…” – na co jego żona zaczyna się OKROPNIE drzeć, żeby takich rzeczy nie mówił przyzwoitym ludziom, w dodatku przy jedzeniu! Ale on ciągnie dalej – otóż, jeden z jego znajomych zaproszony do nich do domu poczęstował się po obiedzie serem. Z tym, że poczęstował się tym serem PAZNOKCIEM. Bo miał jeden paznokieć taki długi i sobie nim dziobał ser i się delektował. Po tej akcji żona naszego przyjaciela stwierdziła, że jest wyjątkową świnią, nigdy więcej nie usiądzie z nim przy stole, nie chce go znać ani nawet na niego patrzeć. I tak oto rozpadają się piękne męskie przyjaźnie – przez babskie fochy.

Z Galicji pojechaliśmy do Zamory; po drodze mijaliśmy wielki napis na billboardzie „JESUS VIVE”. Potwierdzam, że to prawda w przypadku przynajmniej dwóch Jesusów – jeszcze poprzedniego dnia jeden nalewał mi wino, a drugi podawał flaki w barze. Zamora bardzo piękna i elegancka, a N. z przyjacielem spożywali kogucie grzebienie (w sosie). Bardzo naturalistyczne, nie żadne pokrojone ani nic, normalnie jakby ktoś poobcinał je biednym kogutom nożyczkami i udusił. Nie dałam rady tego specjału skosztować, ale sos bardzo smaczny.

Przez jeden dzień byliśmy w Madrycie i tu niby się ociepliło do osiemnastu stopni, ale Hiszpanie nadal paradowali w zimowych kurtkach i kozakach. Więc może oni po porostu tak lubią – mają mało dni w roku żeby się ciepło ubrać i korzystają z każdej nadarzającej się okazji. N. kupił bilet na loterię – zawsze kupuje, chociaż chyba nigdy nic nie wygraliśmy. Zapytałam kiedy będzie wiadomo czy coś wygrał i ile, na co on:

– Jak któregoś dnia ZNIKNĘ, to znaczy że wygraliśmy.

Później się oczywiście tłumaczył, że ZUPEŁNIE NIE TO miał na myśli, tylko że po prostu ze szczęścia uda się do baru (w Galicji) oblać wygraną i przecież WIEM, gdzie go szukać, ale i tak czuję się lekko obrażona. Może nie aż tak jak przy serze paznokciem, niemniej jednak.

Natomiast chciałam zauważyć, że przez cały tydzień trzęsąc się w polarze i kurtce oglądałam na fejsbuku zdjęcia z majówki w Polsce – głównie pikników, oszronionych drinków i topniejących z upału lodów. I wróciłam wczoraj i co? JEST MI ZIMNO. Gdzie to się wszystko podziało? HĘ?????

PS. Aha, w rozmowach z Hiszpanami cały czas powracał temat – licytacja, politycy którego kraju są bardziej nienormalni. My – że nasi, oni – że ichni, a na dodatek mają króla (a teraz nawet dwóch i pytali, czy nie chcielibyśmy jednego). W zasadzie nie wiem, czy się tym cieszyć, czy martwić – że każdy naród musi dźwigać swój polityczny tobołek pełen szaleńców, złodziei, mafii i czy już naprawdę nigdy nie będzie inaczej?… Ech.