O SNOOPYM I SERIALACH

Powitajmy sezon popękanej skóry na rękach – ledwo przez kilka dni było na minusie, i to niewiele, a ja już mam łapy jak stary krokodyl. Na dodatek Wszechświat, chyba żeby mnie ukarać za narzekactwo – w sensie, żebym nareszcie miała na co narzekać – zesłał plagę muszek owocówek. OBŁOK MAGELLANA złożony z muszek owocówek. Gdyby ktoś miał pomysł, jak ich się pozbyć w pokojowy sposób, to chętnie wysłucham. Na razie stawiam słoiczki z wodą z octem, ale niechętnie, bo dosyć już tej przemocy na świecie; z drugiej strony – muszki owocówki w herbacie i na pieczywie to już jest przekroczenie pewnej granicy. No i tak się miotam.

Z dobrych wiadomości: Snoopy poleciał dookoła Księżyca w misji Artemis 1 jako zero gravity indicator – SpaceX woził w tym celu cekinowego dinozaura. To miło, tym bardziej, że w H&M są śliczne bluzy ze Snoopym, a w Intimissimi piżamy. Oczywiście, NIC NIE SUGERUJĘ, tylko po prostu zamieszczam taką informację – tym bardziej, że zbliża się Gwiazdka, a Snoopy jest BARDZO Gwiazdkowy. Wielogwiazdkowy, lepszy od koniaku czy tokaju – w końcu poleciał do gwiazd, a koniak nie! (No chyba, że o czymś nie wiem).

Po raz kolejny okazało się, że BARDZO opłaca się mieć sklerozę. Na przykład – sprzątałam jedną szafkę i znalazłam śliczne sweterki, jeden nawet z metką! Puchaty, z alpaką w składzie i we wzór cable knit. Ile tam przeleżał, zapomniany – Buka raczy wiedzieć. A w innej szafce odkryłam przepiękny pisak pędzelkowy Kuretake, który mi N. przywiózł z Japonii, a ja go oczywiście włożyłam do szafki, żeby nie zgubić. No i nie zgubiłam! 

Moje koleżanki zachwycone, że rzucili „BIały lotos”, drugi sezon, a ja obejrzałam pierwszy sezon i nie rozumiem, gdzie ta błyskotliwa satyra. Wszyscy są owszem, wkurwiający, ale poza tym zupełnie przeciętni i bez polotu. Za to trzeci sezon „Już nie żyjesz”, na który czekałam z utęsknieniem… zaczęłam oglądać, ale wyłączyłam. Po Christinie widać prawdziwą chorobę i naprawdę, dodatkowe wpierdolenie raka do akcji nie jest fair wobec widza, tym bardziej w listopadzie. Nie jest. Nie dam rady tego pociągnąć.

Natomiast serial z kobietą – petardą w roli głównej, rozgrywający się w czasie rzeczywistym, ma chyba zakontraktowanych kilka sezonów do przodu, bo rozwija się bardzo dynamicznie. Owszem, mam chwilami refleksję #cojaczytam oraz #mojeoczy, ale… No. 

O TYM, ŻE MI WSTYD

A więc, Drogi Pamiętniku, po pierwsze – urwałam taśmę od żaluzji. To znaczy ona już dawno się wytarła w jednym miejscu, ale to MOJE pociągnięcie spowodowało kolaps funkcji falowej. A po drugie chciałam zauważyć, że słomka ptysiowa TO DZIEŁO SZATANA. Człowiek się poczęstuje jedną, a za chwilę pół opakowania zjedzone nie wiadomo kiedy! No coś okropnego.

„The Crown” nowego jeszcze nie zaczęłam, ponieważ na HBO wsiąkłam w zupełnie niereklamowany serial „Miasto na wzgórzu” z Kevinem Baconem, którego uwielbiam, i on jest prześwietny. Stylizowany na lata 90-te, ale jakoś tak nie całkiem, bo niby te ciuchy i fryzury były wtedy okropne, a jednak panie wyglądają bardzo dobrze. I klimat taki dość noir, więc mimo że wojny gangów, które zazwyczaj mało mnie ruszają, to oderwać się nie mogę. Królowa stoi chwilowo w kolejce, za co bardzo przepraszam, ale mam tylko jedną parę oczu (a mogłam się urodzić pająkiem). 

Natomiast chciałam się przyznać do czegoś bardzo, BARDZO okropnego i sama nie wiem, bo aż się wstydzę, ale to moja najnowsza guilty pleasure. Wiem, że źle robię, ale nie mogę się powstrzymać – to jest tak jak się kiedyś miało strupa na kolanie i mama mówiła „NIE RUSZ TEGO”, ale i tak się skubało. No więc… codziennie sprawdzam, co tam nowego wymyśliła Paulina Smaszcz odnośnie byłego męża i jego nowej miłości, Kasi. Pani Paulina ogłosiła się kiedyś „kobietą petardą” i to jest takie smutne i prawdziwe – dużo hałasu i nieprzyjemnego zapachu. Chociaż akurat w tej jatce to nie stoję po NICZYJEJ stronie, bo tamtych dwoje to dla mnie wyjątkowo oślizgłe towarzystwo. I jestem z siebie mało dumna, ale w człowieku są jakieś takie atawizmy – kiedyś się chodziło oglądać egzekucje albo chociaż publiczną chłostę, a teraz na pocieszenie zostały wynurzenia byłych żon na Pudelku.

Having said that – jest mi BARDZO WSTYD i obiecuję nad sobą pracować – wrócić do kwarków i wykładów Feynmana. Na swoją obronę mam tylko tyle, że to LISTOPAD – a w listopadzie króluje beznadzieja; może stąd ta nagła zapaść moralno – intelektualna. Jeszcze raz przepraszam. Mam nadzieję, że mi się nie pogłębi, nie założę sobie konta na Instagramie i nie zacznę obserwować influencerek, bo wtedy to już tylko humanitarny odstrzał.

Listopad ssie, a ja nie mam prezentów gwiazdkowych W OGÓLE.

O TYM, CZY PIES URAŻA

W pierwszych słowach mojego listu chciałam zaznaczyć, że Kanionek jak to ma w zwyczaju słusznie prawi: jak JA w listopadzie nie narzekam na pogodę, to koniec świata jest prawdopodobnie TUŻ ZA ROGIEM. Byliśmy nad morzem w weekend i pogoda jak na Teneryfie, a nawet lepsza, bo jak ostatnio byłam na Teneryfie to potwornie zmokłam. Ludzie w swetrach, zamiast opatuleni pikowanymi płaszczami jak maskotka MIchelina, stoliki na zewnątrz pozajmowane, kwiaty kwitną. No owszem, było kilka stoisk z gluhwein, ale żeby przy nich stały kolejki, to nie. Więc zjadłam gofra (i dorsza) i wypatrywałam symptomów nadchodzącej apokalipsy.

A N. to tak się zrelaksował, że cały wieczór stał na balkonie i robił zdjęcia Księżycowi. Bardzo ładne, muszę przyznać, prawie widać ślady butów Armstronga i porzucone aparaty Hasselblada.

A teraz będzie kontrowersyjnie. Nie, nie o tym, że kobiety nie chcą dzieci, bo wolą pić alkohol (czy też – jak to w pięknej polszczyźnie zawarł zbawca narodu polskiego – „dają w szyję”).

No więc, N. kupił Szczypawce miskę Bolesławca. Nie wiedziałam, że oni robią miski dla psów i pierwszy raz je zobaczyliśmy, no i oczywiście pancio natychmiast taką miskę kupił. I mam nadzieję, że nikogo to nie URAŻA – bo ostatnio przeczytałam na forum, że jedna pani spotkała psa w centrum handlowym i ten pies siedział w kawiarni na fotelu obok pana i ją to URAŻA. Bo tego psa to jeszcze by przeżyła, w sensie obecności w centrum handlowym, ale na tym fotelu to już nie. Obawiam się, że mój pies nie dość, że śpi w łóżku i chodzi z nami po kawiarniach, restauracjach i do notariusza, owszem – siada na krześle (a raczej leży, jeśli wygodne – bo jak nie, to u mnie na kolanach), to teraz jeszcze je z flagowej polskiej ceramiki. Jeśli ktoś się czuje URAŻONY, to możemy podyskutować – ale niezbyt długo, bo z cierpliwością ostatnio u mnie nie najlepiej. 

No i wróciliśmy do domu i przywitała nas temperatura 70 stopni Celsjusza w sypialni. Aż się zatoczyłam, jak weszłam.

Dawno żadnej afery z piecem nie było.

O ZJAWISKACH POGODOWYCH

Dzisiejsza noc była naprawdę piękna, ciepła i gwiaździsta. Informacje te powzięłam metodą wielokrotnej obserwacji osobistej, PONIEWAŻ co pół godziny wychodziłam ze Szczypawką. A to dlatego, że MÓJ MĄŻ stwierdził, że Szczypawce na pewno się ZNUDZIŁ ten pasztecik, po którym nie boli ją brzuch i nie ma sraczki i ogólnie dobrze go trawi, ale to monotonnie tak jeść ciągle to samo i może ma ochotę na coś innego – i w związku z tym zafundował jej ODMIANĘ w postaci puszki. 

No i nie było monotonnie. O NIE.

Biedna psina krążyła przez pół nocy po trawnikach, a za nią pańcia – zombie z latarką, a o czwartej rano wetknęłam jej do gardła pół nospy. W trakcie tych wycieczek wizualizowałam sobie, jak będę cięła zamordowanego N. nożycami do drobiu – na kawałki, które zmieszczą się do torebek do zamrażarki. A później te torebki poroznoszę po okolicy i pochowam w różnych miejscach i ogłoszę w internecie scavenger hunt. I kto znajdzie i przyniesie najwięcej kawałków, to dostanie JEGO GŁOWĘ na pamiątkę. Tylko zanim go zamorduję, to musi mi naostrzyć te nożyce do drobiu, bo to jest jednak kawał roboty i tępymi nie dam rady.

No i od rana huczy mi w głowie i widzę na fioletowo. 

Przeczytałam ostatnio takie zdanie o kwarkach: „Kwarki są cząstkami uwięzionymi i nie występują jako cząstki swobodne”. I teraz bardzo mi żal kwarków, bo one na dodatek są pozlepiane po trzy, a może wcale nie lubią? Może chciałyby pobyć same, ale nie mogą, bo materia Wszechświata tego nie przewidziała. 

Oraz – od kilku dni widuję wiszącego za oknem Ulricha, ale nie ma Grubasi. Proszę, powiedzcie mi, że Ulrich jej NIE ZEŻARŁ, tylko zwyczajnie ona sobie gdzieś poszła w jakieś inne miejsce! A swoją drogą, pajęczyn jest tyle, że boję się wyjść nawet na taras. 

W ogóle jest tak piękna pogoda, że to aż PODEJRZANE.

O PRZEBIMBANYM WEEKENDZIE

Zebry jamniczki zeżarły jej ogórki. Oraz bułki – znalazły, ukradły i zeżarły, ale bułki to akurat zrozumiałe. ALE OGÓRKI? Jakie psy jedzą surowe ogórki? 

Ciężki weekend był, ciężki, mieliśmy małe spotkanie w zasadzie chyba biznesowe? Bo N. z jednym kolegą omawiali możliwości wykorzystania CO2 w produkcji różnych rzeczy. Na przykład alkoholu. Niestety za każdym razem wychodziło im za dużo tlenu, a za mało węgla – a może odwrotnie, nie pamiętam już. W każdym razie efekty były nie za bardzo spektakularne, a następnego dnia bolała mnie głowa od tej wiedzy, no bo przecież nie od wina. Bo ROZSĄDNE KOBIETY wiedzą, ile wina mogą wypić, żeby nie bolała głowa – PRAWDA?

Narzekałam ostatnio na nudny spam – no więc najpierw dostałam mailing „Komputer Dla Seniora” i ciśnienie mi się trochę podniosło – ale to akurat pozytywnie, bo z natury rzeczy mam niskie. A później zaczęłam dostawać maile od Jaguara, Mercedesa Benz i Range Rovera. Ho ho – myślę sobie – ktoś sprzedał moje dane do jakiejś luksusowej rozsyłkowni. Oczywiście kompletnie nie trafili w segment (ja = segment), ale poczułam się taka wiecie. No Jaguar do mnie napisał. Każdy by się czuł połechtany, nes pa? 

A poza tym co? Można zrobić galicyjską empanadę z tuńczykiem na cieście francuskim i to jest dla mnie ODKRYCIE – i wychodzi całkiem smaczna. Oraz podobno Wielki Wybuch mógł być białą dziurą. Bardzo interesująca teoria, ale i tak przez pół niedzieli na kacu oglądałam „Trawkę”. Nancy Botwina to kompres na ból istnienia.

O NIEUDANYM KOLORZE

Mailing od Mango: „Szykujemy się na śnieg i mróz!” – super. Naprawdę super, chłopaki – to mnie podnieśliście na duchu. Na razie pogoda zadziwiająco ładna, odpukać w niemalowane. TAK, WIEM, że ten dobrobyt za chwilę się skończy – aż tak głupia nie jestem.

Apropos niemalowane: poszłam w końcu do fryzjera. Nie chodzę na rzęsy, na paznokcie, no ale te włosy od czasu do czasu trzeba, żeby nie wyglądać już całkiem jak Nell z buszu. No i kurde cały zakład pogrążony był w dyskusji o tuszach do rzęs (i tak nieźle, poprzednim razem na tapecie były pogrzeby) i co? I KOLOR MI NIE WYSZEDŁ. Fryzjerka zostawiła za mały odrost, jest jakoś tak za jasno i w ogóle wyglądam jak zza krzaka. Dowodem niech będzie fakt, że jak wróciłam do biura, to pan ochroniarz mnie NIE POZNAŁ i pyta, do którego lokalu! (Do tego najweselszego, panie Staszku). 

No i tak siedzę od kilku dni i się sobie nie podobam.

Mam nadzieję, że toner się zacznie wymywać i przynajmniej trochę wrócę do old self. 

Z innych ciekawostek (tjaaa), to przeglądam stare pamiętniki – jako przyszłość narodu byłam OKROPNA; najchętniej sama bym siebie udusiła albo przymusowo zresocjalizowała. „Na statystyce dziś było nudno. Mam dosyć życia” albo „Nie mam szczęścia, a do mężczyzn to już w ogóle”. Ponadto połowę studiów przesiedziałam w Hadesie! Państwo łożyło na moje wykształcenie, a ja zrywałam się z drugiej połowy zajęć (albo całych) i siedziałam w Hadesie, grałam w bilard, jadłam słone paluszki i piłam kawę albo O ZGROZO ALKOHOL (pod stolikiem). I nawet w Bibliotece Narodowej myślałam tylko o podrywaniu. Naprawdę, to jakiś cud, że nie skończyłam pod mostem.

Oglądam na HBO „L – word: Generation Q” – Beth, Shane i Alice wyglądają przepięknie, nic się nie zmieniły, albo na lepsze. Ale fabularnie jest delikatnie mówiąc cienki jak nieudany barszcz. Jednak oryginał miał o wiele fajniejszy klimat. 

PS. O pobycie w Zakopanem: „Góry jak góry, bez przesady”.

O PODŁADOWANIU BATERII

Wróciłam z raju. Z RAJU! Wszystko, ale to wszystko było doskonałe – pogoda, woda w oceanie, jedzenie, krajobraz. Wszystko. Nawet kalima mi nie przeszkadzała (oj tam, po prostu trochę gorsza widoczność). Przez cały tydzień ANI RAZU nie bolała mnie głowa – nawet (ekhem) rano, po lekkiej balandze na mieście. Wychodziłam na miasto, zamiast kłaść się spać przed dwudziestą pierwszą! W SANDAŁKACH! Dobra, bo się popłaczę. Wspaniały tydzień.

To może tylko napomknę o ostatnim wieczorze, kiedy to wystroiłam się w piękną kolorową kieckę, przedefilowałam głównym deptakiem, po czym zasiadliśmy na pierwszym winie, jakoś tak zaczęłam skubać rękaw i nagle dotarło do mnie, że ZAŁOŻYŁAM SUKIENKĘ NA LEWĄ STRONĘ. I przeszłam w niej przez pół miasta. Od razu się oczywiście przebrałam w łazience, po czym dotarło do mnie, że niepotrzebnie się zdenerwowałam, bo wszyscy się gapią na mecz Barcelona – Celta. I koleżanki mnie pocieszyły zdalnie, że w sumie może, MOŻE gdybym szła tym deptakiem np. goła albo na rękach, albo goła ORAZ na rękach – to ktoś by zwrócił uwagę. 

Zresztą – Kanary są pod tym względem cudowne, naprawdę nikt się na nikogo nie gapi. W życiu nie miałam stresu, żeby się rozebrać na plaży albo chodzić po mieście bez makijażu i czuć się dobrze (albo iść na obiad potargana, w piachu i soli prosto z plaży). Ludzie chodzą w czym i jak im wygodnie i #nikogo – wszyscy wrzucają na luz – i to bez środków farmakologicznych! (No dobra, tu i ówdzie czuć maryśkę, ale będę się upierała, że to jednak przez szeroko pojęte warunki klimatyczne, tak?).

Zakupiłam sobie pierwszego dnia spray przeciwsłoneczny z karotenem, bo obiecywał efekt ładnej opalenizny. Uhm, drugiego dnia po południu przejrzałam się w lustrze i wrzasnęłam, gdyż byłam koloru dyni. Co prawda dynie jesienią są bardzo na topie, ale no nie, JEDNAK NIE, ja jestem typ chłodne lato, nie do twarzy mi w ciepłych kolorach. Zapodałam zatem kolejny spray, tym razy z witaminą E i arbuzem. W efekcie jak tylko wlazłam do oceanu się wykąpać, to zlatywały się ryby i krążyły dookoła mnie. Przysięgam, ustawiały się w kółeczko i robiły sobie rybią karuzelę. Kiedyś miałam jeszcze lepszy hardkor, jak smarowałam się kokosowym Palmersem z połyskiem i dostały takiego amoku, że zaczęły mnie skubać pyszczkami – ten arbuzowy też dosyć im przypadł do gustu, ale przynajmniej bez gęboczynów. No nic, kąpałam się w towarzystwie ryb – lepsze to, niż być w kolorze dyni.

A później trzeba było wracać i wróciliśmy, nawet o czasie, i samolot wylądował i trzymali nas w zamkniętym, dusznym samolocie CZTERDZIEŚCI MINUT, bo czekaliśmy na SCHODY. Nie było czym oddychać, wszyscy się wachlowali ulotkami o bezpieczeństwie na pokładzie, dzieciary się darły jak obdzierane ze skóry, bo centralne lotnisko przez czterdzieści minut szukało schodów, którymi można wyjść z samolotu! W końcu przyjechały – chyba pożyczyli z lotniska w Katowicach. To jest takie cudowne w naszym kraju, ten poziom usług. Nie potrafią puścić pociągu o czasie albo podstawić schodów, ale koniecznie chcą budować CPK. Nie będę przeklinać tylko dlatego, że a) mam resztki dobrego nastroju i nie chcę go sobie popsuć, oraz b) zwykłe przekleństwa na obecnie rządzących się zdewaluowały, a nic nowego nie przyszło mi chwilowo do głowy. Ale spoko, wymyślę coś na dniach, jestem o to spokojna (przyszła podwyżka czynszów do wrześniowej podwyżki czynszów w związku z podwyżką kosztów ogrzewania z sieci miejskiej).

Od rana próbuję jakoś nadać strukturę chaosowi, który wydawało mi się że trzymałam za mordę, ale podczas tygodniowej nieobecności wymknął się spod kontroli i lekko rozpasał. Na razie zrobiłam dwa prania i zinwentaryzowałam pająki – są oba. Uff, bo już się martwiłam, że z braku towarzystwa przeprowadzą się do sąsiadów.

O POTRZEBIE REKUPERACJI

Mam chyba jakiś kryzys tożsamości, bo spodobały mi się w Calzedonii leginsy w panterkę. Co dalej, drogie Bravo?

Stan pająków na oknie kuchennym, na szczęście od zewnątrz: jeden krzyżak (oczywiście dostał na imię Ulrich) oraz jedna taka z okrągłym, wypukłym odwłokiem – więc nazywa się Grubasia. Lubię na nie patrzeć, jak siedzą w pajęczynie – trochę mniej, jak coś ZŁAPIĄ. Wtedy się robi nieco mniej miło, a bardziej makabrycznie. Jak mawiał Woody Allen – świat to jedna wielka restauracja, niestety. Raz Ulrich złapał ćmę, która kilka minut wcześniej siedziała na szybie i zdążyłam ją polubić. Bardzo nad tym ubolewałam, a na dodatek jeszcze N. mi wytykał, że ta przemoc dzieje się za moim przyzwoleniem. W sumie – trochę tak, bo nie pozwoliłam usunąć pajęczyn z okna. 

Sąsiedzi okoliczni rozpoczęli sezon grzewczy i jak powąchałam dziś dym, to obstawiam, że napalone było skunksami. 

Przez pogodę i to wszystko było mi ostatnio smutno i tak jakoś. Dramatycznie potrzebuję słońca.

PS. Eli Gold wpadł tylko na występy gościnne w jednym odcinku?… Ja chcę jeszcze!

O SZUKANIU OKULARÓW

No i NASA walnęła DART-em w asteroidę i odtrąbili sukces. Ponieważ jestem fatalistką i zawsze spodziewam się najgorszego, więc i tym razem mam obawy, czy można ot tak sobie pierdolnąć bezkarnie w asteroidę i nie nastąpi jakaś gwiezdna zemsta. Zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni (podpowiedź – na pewno nie dinozaury).

Jeśli ktoś się jeszcze zastanawia, co rządzi życiem – los, przypadek, siła wyższa – to chciałabym donieść, że moim życiem aktualnie rządzą FACECI OD PIECÓW. Wszystkie plany trzeba dostosować do FACETA OD PIECA i jego wąskiego okna czasowego, jakie jest w stanie nam poświęcić (nie za darmo oczywiście, o nie). Z jednym N. się zamknął w garażu w godzinach wieczornych, dostarczał mu gorącą wodę i chichotali jak para nastolatek, a na koniec tej szalonej przygody pokazali sobie w telefonach zdjęcia suk. Mam na myśli psy rasy żeńskiej. 

No i niestety złamałam się i zaczęłam oglądać najnowszy (podobno ostatni?) sezon „Good Fight”. chociaż miałam poczekać na wszystkie odcinki. Prawie za każdym razem, jak Diane się odzywa, to przechodzą mnie dreszcze, bo ona mówi DOKŁADNIE TO CO JA MYŚLĘ. Na przykład u Rogera Sterlinga w gabinecie: „Chyba mój świat wymknął się spod kontroli. Kiedyś wierzyłam w postęp. W to, że ludzie uczą się na błędach. Że może być lepiej”. Albo „Wszystko wydaje się tymczasowe. Wystarczy że mrugnę i wszystko zniknie” – nie wiem, skąd twórcy tego arcydzieła to wiedzą, ale chyba podsłuchali moje sny i myśli. Od jakiegoś czasu żyję, jakbym brodziła w głębokiej wodzie. Widocznie nie tylko ja – tylko nie wiem, czy jest się z czego cieszyć.

A horoskop któregoś dnia powiedział do mnie „Na dodatek Kosmos puści do ciebie oczko i stanie się coś miłego”. No więc, drogi Kosmosie – czekam, żebyś puścił do mnie oczko – tylko proszę, nie w rajstopach. A właśnie – szukałam okularów słonecznych, a znalazłam rajstopy w lamparta. Naprawdę nie mam pojęcia, co sobie myślałam kupując je. Widocznie jedna z moich licznych osobowości alternatywnych przejęła wtedy stery (ja i rajstopy w lamparta!). 

Czy ktoś mógłby powiedzieć coś fajnego i / lub pozytywnego?… 

PS. Dostałam na maila ofertę kalendarza adwentowego od Yves Rocher; koleżanka donosi, że w Action też już są kalendarze adwentowe – dla psów. Gdyby jeszcze miało mi co opadać, toby mi opadło.

O TYM, ŻE TRZEBA IŚĆ DALEJ

OK, zgodnie z popular demand punkt 9 zostaje niniejszym rozszerzony o koty.

No więc dobrze, trzeba się jakoś pozbierać i brnąć dalej. Cieszyć się, że mieścimy się w dżinsy i moda jest tej jesieni łaskawa, bo na topie są poncha. A nie ma jak fajne, ciepłe, włochate poncho. Chociaż poza ponchami to świat mnie niestety rozczarowuje – na przykład, kupiłam niebieski domestos, który okazał się ZIELONY. Albo – przez całe lato prognozy pogody zapowiadały długie lato w tym roku oraz BARDZO CIEPŁY WRZESIEŃ. I co? Gdzie on jest, ja się pytam? 

Jak swego czasu zauważył Churchill – „Wszystko zmierza ku katastrofie i upadkowi. Jestem zaciekawiony, przygotowany i zadowolony”. No, ja zdecydowanie nie jestem zadowolona – tak się składa, że niestety nie jestem Churchillem, nie dam rady wypić tyle whisky, co on. Ani przygotowana. Może trochę zaciekawiona, ale na zasadzie „Co te kurwy grube jeszcze wymyślą?” (na przykład – dziś od rana już dwa razy wyłączali prąd; jak nic testują na mnie nadchodzące realia; jestem o mały, bardzo mały kroczek od znalezienia w garażu naprawdę dużej siekiery i jak zazwyczaj nie jestem konfrontacyjna, tak tym razem chyba w końcu BĘDĘ).

Przeczytałam w internetach, że ślimaki potrafią przespać trzy lata duszkiem, jeśli pogoda im nie odpowiada. Czy ja mogę dokonać stosownego zgłoszenia ZAP – 3 na okoliczność zmiany danych osobowych, konkretnie – poczułam, że niniejszym większościowym udziałowcem mojej tożsamości zostały ślimaki. I chciałabym spać niezakłóconym snem, dopóki pogoda mi nie zacznie odpowiadać. Tylko żeby mi nikt w tym czasie nie zawracał dupy rachunkami, spisywaniem liczników, podatkami (które trzeba płacić co trzy dni, tyle ich się narobiło) – proszę mnie odhaczyć JAKO ŚLIMAKA i przyznać mi stosowne przywileje. I to szybciutko, bo coraz ohydniej się robi.

Śniło mi się, że jadłam pieczone kasztany i to był piękny sen.