O TYM, ŻE STYCZEŃ SRYCZEŃ

Wspaniała pogoda od wczoraj – moja ulubiona. W ogóle przepadam za zimą (jak wszyscy wiedzą), a jeszcze odwilż z gołoledzią to po prostu wisienka na samym środku tortu. Nie lubię tortu – wisienka na środku porcji frytek. 

(Pani z Kanady robiła ciasto z wiśniami maraschino, podobno najlepsze na świecie; na moje oko wyglądało trochę jak keks, a ja nie przepadam za keksem, ale nie lubię go z powodu bakalii, a tu zamiast bakalii są wiśnie) (wszystko jedno – ŻADNEGO CIASTA NIE BĘDZIE, bo jestem gruba!).

(A poza ciastem zrobiła jeszcze przekąski – do rozpuszczonej czekolady wsypała słone paluszki, precelki i chipsy ziemniaczane. Solone. Wymieszała i rozłożyła do papilotek babeczkowych. No nie mówiłam, że wariatka? Ale fajna).

Nawet Mangusta się wczoraj ślizgała, więc chodziła powolutku i ostrożnie. Dziś też. A ona ma napęd 4 na 4, to co ja mam powiedzieć? Zwłaszcza w nocy albo rano, bez szkieł kontaktowych?

Dużo znajomych dostało już do skrzynki pocztowej książeczkę o tym, co robić, jak przyjdzie koniec świata. A ja nie! Widocznie od razu spisali mnie na straty, jako osobę w społeczeństwie do niczego nie nadającą się.  Ewentualnie zostałam wylosowana, że w razie czego ze mnie będzie gulasz (w gardle wam stanę!).

Dlaczego nie jestem niedźwiedziem? Nosiłabym naturalne futro w modnym kolorze, ludzie by się mnie bali, nie musiałabym się martwić obwodem w biodrach ani odchudzać i przesypiałabym ten CAŁY SYF.

Ptaszki nie chcą jeść kulek. Wszyscy wrzucają zdjęcia kulek OBLEPIONYCH ptaszkami; szwagier ma raniuszki! A u mnie – zero zainteresowania. Karmnik ten sam, jak co roku – co robię źle, drogie Bravo?

Na Netflixie rzucili następny sezon Samców Alfa i „Tajemnicę siedmiu zegarów” z Helenką w obsadzie – przynajmniej tyle dobrego. 

O PUDEŁKACH I REZOLUCJI

Człowiek (ja) to czasem ma śmiałe plany i wyobrażenia i na przykład postanowiłam mieć porządek w lodówce. W tym celu zaopatrzyliśmy się w praktyczne i ładne pojemniki do przechowywania, szklane i plastikowe, z pokrywkami na klik albo zakręcanymi, wieczko z suwakiem, żeby był dostęp powietrza. I w ogóle.

W efekcie mamy:

– bałagan w lodówce mniej więcej podobny, tylko dodatkowo musimy upchać jedno – dwa pudełka z czymś w środku, oraz

– dodatkowy bałagan w szafce, gdzie są wszystkie pojemniki, bo jak zaczęliśmy je kupować, to się zrobiła niezła kolekcja.

Plus dodatkowe atrakcje, kiedy szuka się pokrywki do konkretnego pudełka, pokrywek w tym rozmiarze jest niby pięć, ale ŻADNA nie pasuje. Albo jak szukam szklanego pojemnika na masło, on jest zakleszczony w plastikowym pojemniku i próba rozdzielenia ich to jak rozszczepienie atomu (tylko Nobla za to nie przyznają). Albo owszem, wkładamy do pudełek różne rzeczy, po czym zapominamy i wyjmujemy po dwóch tygodniach (a tam nowy szczep penicyliny). 

Porządek jest przereklamowany.

Chaos jest o wiele bardziej praktyczny.

Ale za to wymyśliłam postanowienie noworoczne, z gatunku REALISTYCZNYCH, nie żadne schudnąć, chodzić na siłownię i basen, no nie – szanujmy się. Otóż uwaga: Zamierzam odchudzić swoją torbę, która o mało nie wyrwała mi ramienia ze stawu na ostatnim wyjeździe. NIE WIEM, co ja w niej mam takiego – ale moja codzienna torba do pracy waży tyle, co worek cementu. A nawet nie mam w niej kombinerek czy młotka! A zdarzało się (pożyczałam koleżance, a później zapomniałam wyjąć). Wyłożę stół grubą folią i w gumowych rękawicach wywalę z niej wszystko i zinwentaryzuję. I zobaczę, czy NAPRAWDĘ muszę to ze sobą włóczyć – chyba jednak niekoniecznie, skoro nawet nie wiem, co tam mam, bo nie zaglądam. 

O. Takie mam postanowienie. I czas do końca grudnia, hehe.

Muszę przetestować KSeF, chociaż coraz więcej czytam i słyszę opinii, że to jebnie. 

Ale, jak to mówią – lost causes are the only ones worth fighting for – i nie wymyślił tego Churchill, tylko jakiś poeta. Tylko czy aby na pewno miał na myśli KSeF? Tego oczywiście się nie dowiemy.

O KANADYJSKICH SŁODYCZACH

Różne rzeczy się wydarzały na imprezach, ale wyciąganie ogórków z butelki przez szyjkę było pierwszy raz.

Zawsze proszę N., żeby – jak się towarzystwo rozkręci – nie wywlekał różnych dziwnych rzeczy, on mi obiecuje, że absolutnie nie, a później i tak wywleka. No i wczoraj w samym środku dobrej zabawy (czytaj – wszyscy półleżeli na krzesłach wzdęci z przejedzenia i nie mieli siły nawet na plotki) przywlókł z garażu WIELKĄ plastikową butlę, pełną kiszonych ogórków – dostał od sąsiada za nasionka pomidorów z Hiszpanii. Tak się w naszych stronach kisi większe ilości ogórków – w plastikowych butlach, a kiedy nadejdzie ich pora, to się obcina górę butelki i wyjada ze środka. Ale nie, nie – to by było ZA PROSTE, więc ogórki były wyciągane z butelki przez szyjkę, przy pomocy zgiętego druta i zdolności manualnych. Super zabawa, polecam – o wiele fajniejsza gra towarzyska, niż np. mierzenie ciśnienia.

Oglądam teraz na fejsie panią z Kanady, która robi dekadenckie kanadyjskie ciastka i ciasta. Zachęcił mnie filmik, na którym robiła tradycyjne świąteczne ciasteczka, bez których nie ma świąt w Nowej Funlandii, a nazywały się przecudnie „Moose Farts”. Najczęściej jest to duża blacha czegoś trzywarstwowego, które później ona kroi w kwadraty – czasem pieczone, czasem nie. Używa potwornych ilości wiórków kokosowych, cukru pudru i lubi niektóre składniki odmierzać sercem („measure with your heart”), szczególnie czekoladowe chipsy czy esencję waniliową. No i dobra, ja nie jem ciast, zwłaszcza takich kilkuwarstwowych, nie lubię kokosa ani czekolady, ale pooglądać można – ona jest bardzo fajna. Ale jeden przepis jest zadziwiający – a w dodatku bardzo słynny, bo to są „Nanaimo bars”, podobno najpopularniejsze kwadraty w całej Kanadzie. Bez pieczenia, ale spód jest z surowym jajkiem (niby wymieszanie z rozpuszczonym masłem ma je unieszkodliwić w zakresie rozwoju bakterii, ale no ja nie wiem), natomiast środkowa warstwa jest jeszcze dziwniejsza. Masło ubite z ogromną ilością cukru i budyniem waniliowym w proszku – takim surowym, z torebki. Czy ja się mylę, czy w budyniu jest mąka typu skrobia? Pewnie się człowiek tym nie otruje, ale wydaje mi się, że to dość dziwne zestawienie. A cała Kanada się tym podobno obżera. 

To ja jednak pozostanę przy syropie klonowym, jeśli mam wybierać spośród kanadyjskich słodyczy. Najlepiej z jogurtem greckim (pysznie i kosmopolitycznie).

No nie, chwilowo na jakiekolwiek słodycze SZLABAN – czuję się jak ludzik Michelina (Bibendum, nie ten nowy atletyczny); niby się nie obżerałam jakoś bardzo, ale czuję, że przytyłam WSZĘDZIE, nie mam jak wyjść z Mangustą na spacer (zapada się w śniegu po same oczy) i mam już dosyć tej zimy (chociaż zaczęła się jakiś tydzień temu). 

A w ogóle najchętniej nie jadłabym ze dwa tygodnie, ale N. się domaga. FACECI.

O JAMNIKACH I ODPOWIEDNIM DOBORZE SŁÓW

Ech, ponuro się zaczęły te święta, a piernik wyszedł suchy. Oetkera, z paczki, a każą dodać całą dużą kostkę masła – kętrzyński zdecydowanie lepszy.

U Zebry na Wigilii – jak zwykle, chaos z biegającym stadem jamników, którym w tym roku udało się zeżreć śledzia w śmietanie z jabłuszkiem. A kilka dni przed świętami były na przechowaniu u Zebry mamy i zeżarły pół worka karmy. Moja ciotka zadzwoniła do mnie cała we łzach, wystraszona, czy ich nie rozerwie: „Słuchaj, ledwo chodzą, ciągną brzuchy po ziemi i wyglądają jak książę Lubomirski Lanckoroński!”. Na szczęście jamniki są wytrzymałe, rozciągliwe i szybko trawią.

No i rozpakowałam piękny prezent, który sama sobie upatrzyłam i zamówiłam z Bimba y Lola – bransoletkę z robalami (mam słabość do biżuterii z owadami). Hmmm, na obrazkach w internecie wydawała się trochę MNIEJSZA, a tu jak ją wyciągnęłam, to Zebra dostała ataku śmiechu i stwierdziła „No wiesz, taka jest DYSKRETNA”. Owszem, bardzo dyskretna – ważkę mam do połowy przedramienia, a jeden chrabąszcz jest wielkości pięciozłotówki. Ale co tam, na lato będzie jak znalazł.

Po Wigilii spakowałam sałatkę śledziową (z buraczkami, mój popisowy numer) i pojechaliśmy nad morze. Gdzie niby było na plusie, ale na plaży łeb urywało, pierwszego dnia morze gdzieś odpłynęło, a następnego – przypłynęło z powrotem i to tak, że zalało pół plaży i pomost do wiatraka. Mangusta darła się na wszystkich na promenadzie, no i tak sobie sielsko spędzaliśmy czas. 

Oczywiście, wszędzie stoją stragany z fajerwerkami (tfu), a wieczorami słychać petardy, bo przecież morze, plaża i świąteczne światełka to za mało atrakcji dla suwerena, koniecznie potrzeba jeszcze huku i smrodu. No i jednego wieczoru panowie zaczęli rzucać petardy pod naszymi oknami, a na dodatek pod zaparkowane samochody. N. się poderwał i wyleciał na balkon w takim tempie, że nie zdążyłam go powstrzymać ani zapytać, co zamierza zrobić, i za chwilę słyszę:

– Szybciutko stąd wypierdalajcie.

Nawet specjalnie nie podniósł głosu. Ale najwyraźniej zastosował właściwy dobór słów, bo nie było już ani jednej petardy więcej. W zasadzie to byłam z niego bardzo dumna.

Na szczęście udało nam się wrócić przed śnieżycą, chociaż na jednym przystanku na A2 myślałam, że wiatr porwie mi Mangustę z trawnika. 

Dobrze, że mam śliczny, nowy, ciepły kocyk na Sylwestra i nowy odcinek Ricky’ego Gervaisa. Życzę wszystkim niekwaśnego szampana dziś wieczorem i żeby ten Nowy Rok się postarał i był dla nas miły. 

(A ten śnieg niech już przestanie padać, bo Mangusta nie chce wychodzić).

O TYM, ŻE GRUDZIEŃ TO MENDA

Kupiliśmy mandarynki, pojechaliśmy zaszczepić Mangustę do paszportu. Uprałam psie posłanka, pojechałam do biura popłacić rachunki. Po południu koleżanka przysłała linka do nekrologu mojej kuzynki. 

Jakby mi kredens na głowę spadł. Chodziłyśmy do klasy w podstawówce, bawiłyśmy się u babci. Ona była wysoka i przebojowa, a ja – niska, cicha i nieśmiała. W dorosłym życiu miałyśmy osobne kręgi znajomych. A teraz idę na jej pogrzeb. 

Musiałam dostosować harmonogram przygotowań do świąt. Piernik – pogrzeb – ryba po grecku.

Nieustająco nienawidzę grudnia.

O LECZENIU BARKU I PREZENTACH

Jeśli chodzi o świąteczny nastrój w tym roku, to tak:

Zaczęło się prezentem dla siostrzenicy na urodziny (tak, ma urodziny przed samymi świętami i trzeba szukać nie jednego prezentu, a dwóch – osiwieć można). Po wielu prośbach, groźbach i szantażach łaskawie zaakceptowała taką jedną bluzę. Lecę z tą bluzą w zębach, żeby dziecko przymierzyło, dziecko mierzy i co się okazuje? Że ta bluza to jest na mnie, a nie na nią. Ciepła, szara (lubię szary), z grafiką typu manga – a na dodatek S-ka, no więc trochę jestem podbudowana, ale jednak trochę w PANICE, bo bilans prezentów się nie zgadza i muszę kombinować na ostatnią chwilę! 

No dobrze, na szczęście okazało się, że pożądany jest zestaw kosmetyków Rituals (ja w podstawówce miałam dezodorant Limara i maść na trądzik! Zestaw kosmetyków, pffff).

Następnie o mój poziom adrenaliny postanowiły zadbać Polskie Sieci Energetyczne, jak zrobiłam sobie we wtorek home office z zaplanowanym praniem koców i psich posłanek i o godzinie jedenastej odłączyli mi prąd. I podali w aplikacji, że wróci o 13.30 – wściekła byłam oczywiście, bo nie zdążyłam sobie nawet zrobić herbaty. Do godziny 13.30 klęłam, ale umiarkowanie, natomiast prąd nie wrócił, a PGE zmieniło komunikat – przywrócenie zasilania o 18.45. W drugiej połowie grudnia, kiedy ciemno się robi o 15.00, a w domu wszystko na prąd! N. wrócił i napalił w kominku i naprawdę, gdybym miała stare kalosze albo oponę, tobym wrzuciła do ognia w proteście obywatelskim. A gdybym miała więcej siły, to byłabym w wieczornych wiadomościach jako „Potargana kobieta porąbała siekierą siedzibę PGE w Żyrardowie”. Ale z siłami witalnymi u mnie nie najlepiej, zimą zwłaszcza.

I tu wkracza moja ciotka, która w końcu ODKRYŁA tabletki na szczęście! I mówi, żebym sobie też kupiła, bo są bez recepty i nazywają się fosydyna. Powiedziała, że bierze od kilku dni, zaczęła mieć lepszy humor i przestały ją boleć biodra. 

A właśnie, bo mnie bolał ten bark i to dość mocno, w stylu – założenie swetra czy kurtki wymagało specjalnych pozycji, żeby sięgnąć do rękawa. I uleczyło mnie pójście do fryzjerki i leżenie z głową w myjce! Przysięgam, jak musiałam powisieć tak z godzinę z naciągniętą szyją (don’t ask – bardzo skomplikowane rozjaśnianie, cztery miski różnych tonerów), to od razu mi częściowo przeszło, a za dwa dni było jak ręką odjął. Gdzieś czytałam, że kiedyś na bóle kręgosłupa kazali wieszać za głowę w futrynie drzwiowej (a skaleczenia opatrywać spleśniałym chlebem z pajęczyną). No ale wiecie – BARDZO DZIWNE, ale pomogło! Teraz już wiem, co robić (telefon do R. „Słuchaj, bo plecy mnie napieprzają, mogę przyjść godzinę powisieć u ciebie na myjce?”). 

A HBO zdjęło serial o Durrellach. 

To tylko ugruntowuje moje zdanie o streamingach, które są niegodne zaufania, wrzucają szmirę, w dodatku wszystkie taką samą, a fajnych, niszowych filmów czy seriali nie ma nigdzie albo znikają po kilku miesiącach. I nawet nie mogę sobie przekląć na tę okoliczność, bo przekroczyłam wszystkie normy przez ten cholerny prąd i będę mocno zdziwiona, jak Mikołaj coś mi w tym roku przyniesie.

(Oprócz tego, co sama sobie kupiłam, naturalnie).

A mój telefon pokazuje, że idą mrozy na święta! No naprawdę, muszę sobie kupić te piguły na poprawę nastroju.

O CIASTECZKACH, JEREMIM I KRECIE

Siedzę sobie, piję herbatę i oglądam przepisy na ciasteczka świąteczne, których NA PEWNO nie upiekę. Nie po to tyle lat wyrabiam sobie markę lenia patentowego i abnegata, żeby teraz się wygłupiać z CIASTECZKAMI – co to, to nie! Piernik z paczki będzie, jak co roku – najbliżej ciasteczek byłam, jak któregoś razu masę na piernik ciepnęłam do papilotek i wyszły piernikowe babeczki na imprezę. A o herbacie wyskoczył mi artykuł, że mam przez nią zgagę, niskie żelazo i mnie wysusza. Matko jedyna, wszystkie przyjemności muszą człowiekowi zohydzić – zróbmy coś z tymi naukowcami, niech się zajmą czymś pożytecznym, na przykład kopaniem rowów albo myciem okien dla ludności przed świętami!

Co do dekorowania domu, to:

– prawdziwa choinka się sypie i ogólnie jestem przeciwna rąbaniu drzewek;

– sztuczna choinka jest sztuczna;

– choinkę w doniczce mieliśmy raz, po czym została zasadzona w ogródku, owszem – przyjęła się i w efekcie mamy STUMETROWY ŚWIERK, który nam się rozpanoszył na działce;

– od światełek mam migreny, a od migających to już w ogóle masakra (serio – one nadają na jakiejś wyjątkowo dla mnie szkodliwej częstotliwości – widocznie jestem jak ten niedostrojony wieloryb, co się nie może dogadać z innymi wielorybami i szkodzą mi światełka świąteczne, ktore wszyscy generalnie UWIELBIAJĄ);

– ubieram jemiołę w bombki i łańcuchy, bo jest pasożytem i mi jej nie żal. 

Natomiast.

Czytam biografię Jeremiego Przybory. 

Na początku lekko mnie denerwowało, że w biografii jest szczegółowy życiorys każdego, z kim się Jeremi zetknął. Dlatego jest taka gruba. Ale niech tam, ja lubię grube książki.

A później Jeremi dorósł i obrósł babami. ALE TO JAK! W życiu bym nie przypuszczała, że ten elegancki, dystyngowany pan w szarym garniturze był takim babiarzem. Miał trzy żony, które zdradzał z tyloma kochankami, że to jest aż nieprawdopodobne, kiedy on miał czas na cokolwiek, ze spaniem włącznie? Większość jego uroczych damsko – męskich pioseneczek jest właściwie autobiograficzna, jak się okazało (spoiler: w wannie często kąpała się Barbara Wrzesińska, bardzo wtedy młodziutka). Nie, że ja tu chcę jakoś moralizować czy potępiać – absolutnie nie, tylko kompletnie mi się nie zgrywa muszka ze szczerbinką, że się tak wyrażę. Chociaż, jak się tak zastanowić – czy to takie dziwne, że kobiety dały się podrywać facetowi, który był czarujący i szarmancki? Aczkolwiek podobno kompletnie nieogarnięty życiowo i potrafił się wracać do domu po klucze po kilka razy. 

W ogródku mamy kreta, który dostał ksywę Faraon. Można się domyślić, dlaczego – widziałam już w życiu niejeden kręci kopiec, ale ten się wyjątkowo postarał: góry ziemi sięgają mi do KOLAN. Nie wiem, czy wywalił je sam, czy z kumplami, ale takich budowli jeszcze nie mieliśmy, sąsiedzi przychodzą pooglądać i głowami kręcą z niedowierzania, a Mangusta na nie szczeka. No kret – Faraon na sterydach. Nie chcę go martwić, ale N. na widok kolejnych piramid na równiutkim (kiedyś równiutkim, znaczy się) trawniku zieje ogniem z pyska i szuka na Allegro podziemnych narzędzi tortur. 

Gdzieś czytałam, żeby krecikowi wkładać w kopiec śledzia i wtedy on sobie pójdzie, bo nie przepada. Akurat nadchodzi sezon na śledzia, to może faktycznie go poczęstuję (ta metoda brzmi najbardziej pokojowo, a ja mam naprawdę dość konfliktów zbrojnych).

Pytanie na koniec: Skoro kurczaki są smaczne, to czy dinozaury były przepyszne? 

O CHOINCE I KSIĄŻCE

Na własne oczy widziałam, jak w sobotę pani kupowała choinkę – ścięte drzewko. Szóstego grudnia – co z takiego drzewka zostanie do świąt? Raczej nic innego, jak wyschnięte, sypiące igłami zombie; nie mówiąc już o tym, że zdąży się znudzić. Nie rozumiem tego pędu do świątecznego ozdabiania wszystkiego co się da jak najwcześniej – najlepiej od razu 2 listopada, zaraz po zapaleniu znicza. Co to za magia świąt, która trwa kwartał? 

A w Mikołajki moje koleżanki pokłóciły się z moim mężem o Wenus z Willendorfu. Na nich można zawsze liczyć. 

Czy mogę jeszcze na chwileczkę wrócić do tematu „dziwne i czasem dość obrzydliwe rzeczy spożywcze widziane w sklepach”? Bo przypomniało mi się, że widziałam w Mercadonie białka jajek w plastikowej, na oko półlitrowej butelce. Tak – białka jajek w butelce. I to w Mercadonie! Gdzie podobno tylko świeżo i lokalnie i nawet szynkę kroją na oczach klienta (no dobra, przesadziłam trochę – na stole kroją). Nie dość, że wygląda to kontrowersyjnie apetycznie, to na dodatek zastanawiam się, gdzie się podziały żółtka od tych jajek. Pewnie w jakichś niemożliwie słodkich ciasteczkach i deserach typu tocino de cielo. Chyba jestem przeciwna – jajko to jajko, powinno być w skorupce, a nie w butelce. No i w komplecie (chociaż żółtek może być więcej niż jedno i to jest OK, ale nie na odwrót).

Czytam naprawdę fajną i relaksującą książkę. Autorką jest Nina Stibbe, którą znam z książki „Love, Nina”, na podstawie której zrobili serial z Helenką B.- C., bardzo fajny. Nina przyjeżdża do Londynu na studia, mieszka i pracuje jako niania u dość ekscentrycznej pani redaktor, Mary Kay, i wszędzie chodzi boso (to było trochę przerażające). To właściwie zapiski codziennych wydarzeń i rozmów, naprawdę fajne. „Went to London, took the dog” to właściwie bardzo podobna forma, tylko że Nina teraz ma sześćdziesiąt lat, dwoje dzieci, psa i wraca do Londynu po latach – wynajmuje pokój u koleżanki po fachu, Deborah Moggah, która ma fioła na punkcie podlewania ogrodu. Bardzo mi się podoba życie, jakie prowadzi – uczęszcza na spotkania literackie i artystyczne, przesiaduje w kawiarni swojego byłego wychowanka, spotyka się z dawnymi i nowymi znajomymi (jest Mary Kay, ale i wiele innych, a nawet ich teściowe!). Właściwie to nie miałabym nic przeciwko takiemu życiu, z zastrzeżeniem, że nie jestem pisarką i nie mieszkam w Londynie. Chociaż Londyn już nie jest taki uroczy, co stwierdza wiele osób, w tym Ricky Gervais (jego reklamy w metrze – „Witamy w Londynie – nie zapomnij kamizelki kuloodpornej”). 

I na zakończenie cytat: „If your cup is only half full, you probably need a different bra”. Nie z książki, tylko z internetu – ale bardzo trafny, moim zdaniem.

O GALICJI, KOLEJKACH I BOLĄCYM BARKU

Udało nam się oszukać pierwszy tegoroczny śnieg, z czego się bardzo cieszę – pojechaliśmy do Galicji. Zawieźć pierniki na święta, suszone grzyby i oczywiście przynęty wędkarskie, bo bez tego ani rusz. Na początku trochę padało (nawet bardziej niż trochę), ale i tak się chodziło na wino wieczorami, N. gadał ze wszystkimi swoimi znajomymi i chyba w żadnym barze nie udało nam się zapłacić. A nie – w jednym przy moście w Furelos, bo poszliśmy tam sami ukradkiem (i tyłem, żeby zmylić ewentualną pogoń).

Pierwszego dnia pojechaliśmy zobaczyć wodospad – faktycznie piękny, ale jedzie się do niego żwirową drogą przez las i – jak wspominałam – dość mocno padało. Wodospad huczał, zrobiliśmy piękne zdjęcia, po czym samochód zabuksował i zawiśliśmy w przydrożnym rowie. Nowiutkim samochodem prosto z wypożyczalni! Co chwilę padało, a za jedyne schronienie mieliśmy stary, kamienny, opuszczony młyn przy wodospadzie – coś wspaniałego. „Tak się zaczynają wszystkie horrory” – stwierdził N. i miał rację. Na szczęście przyjechał pan z lawetą z ościennej miejscowości i nic nas w tym młynie nie zjadło, ale nasłuchałam się wodospadu za wszystkie czasy. 

Codziennie rano do śniadania leciały w telewizorze wiadomości o skorumpowanych politykach, więc trochę się czułam jak w domu. Zwiedzaliśmy piękne Santiago i Lugo i obżerałam się nieprzyzwoicie – jak to w Galicji. A na koniec tygodnia wróciliśmy do Madrytu…

Przed wyjazdem N. powiedział „Ale wiesz, że wtedy będzie Czarny Piątek?” – a ja mu na to, że wiem, ale spoko, nie będzie tak źle, bo teraz się wszystko kupuje w internecie i kto w ogóle jeszcze chodzi do normalnych sklepów.

Odpowiedź brzmi: WSZYSCY. Wszyscy!!!! Wszyscy naraz w całym Madrycie i ściągnęli rodziny i znajomych. Ulicami nie dało się przejść. N. na zmianę mówił „Musimy trafić na prąd, który będzie szedł w naszym kierunku” albo robił za Gladiatora: „IDŹ ZA MNĄ! Tylko blisko, żeby się korytarz nie zamknął!”. Przed niektórymi sklepami stały kilkudziesięciometrowe kolejki do wejścia – nazwy sklepów nic mi nie mówiły, a stała głównie młodzież, czyli dobrze im tak, znowu jakieś fiu bździu wymyślili. Chociaż najdłuższe kolejki, i to od samego rana, stały przed loteriami.

Dobrze, że samolot mieliśmy z samego rana, bo moglibyśmy się nie dopchać na lotnisko. Mam objawy PTSD po tych tłumach i kolejkach i zepsułam sobie bark od noszenia torby na lewym ramieniu (nie umiem inaczej – boli mnie strasznie; czy to słynny menopauzalny zamrożony bark?). Na lotnisko wiózł nas (znowu Teslą) uroczy gaduła, na dodatek magik, bo na światłach pokazywał nam sztuczki. Zawiózł nas przez dzielnicę rozrywki, gdzie o siódmej rano właśnie wysypywała się z nocnych klubów młodzież, żeby sobie relaksacyjnie zwymiotować po przebalowanej nocy oraz żeby zostać spisanym przez policję. Czasem (właściwie to często) się cieszę, że już nie jestem młoda i tak nie muszę (plus te kolejki do sklepów!). 

I jak zwykle po podróży –  najlepiej się śpi we własnym łóżku, z własnym psem. i skorumpowanych polityków też mam swoich, lokalnych, nie muszę szukać po zagranicach (swoją drogą to intrygujące, jak oni wszyscy są jednakowi i powinni siedzieć w pierdlu od razu po wpisaniu na listy wyborcze – po co tracić czas na długie i kosztowne procesy sądowe?).

A na pożegnalnej kolacji zeżarłam sama prawie całą tartę ze szpinakiem. Jest mi strasznie wstyd (i prawie nie spałam w nocy), ale była przepyszna. 

Droga Redakcjo, co ja mam zrobić z tym barkiem? Idę szukać voltarenu.

O ZASKAKIWANIU

Podobno w związkach chodzi o to, żeby zawsze się zaskakiwać.

N. jest w tym lepszy – ja nie potrafię być taka spektakularna. Na przykład – dwa dni temu kupił ziele angielskie W PROSZKU. 

Nawet nie wiedziałam, że jest ziele angielskie w proszku! Niby do czego się go dodaje? Przecież chodzi o to, żeby wyławiać kulki. Porcja zupy albo bigosu z kulką ziela angielskiego to trochę jak bonus na loterii. 

Moja siostrzenica nie udziela jednoznacznych odpowiedzi w zakresie prezentu na gwiazdkę. Szwagier mówi „Znajdź dla niej coś jak dla pięćdziesięciolatki”. HALO? Nie wiem, co konkretnie miał na myśli – aktualnie z koleżankami przeglądamy cekinowe sukienki na nadchodzący sezon świąteczno – sylwestrowy. I spodnie z cekinami. A jedna przysyła linka do ślicznych ciepłych czapeczek z różnymi ciekawymi napisami, na przykład „Nie zesraj się”. Albo „Pizga złem”. Aż szkoda, że nie lubię nosić czapek, bo strasznie mi się włosy elektryzują.

A poza tym zimno się zrobiło i nie mam dobrego humoru.