O ODWIEDZINACH KRÓLEWSKIEGO MIASTA

Drogi Pamiętniku, w Madrycie byłam – w IDEALNYM momencie, bo już się szykowałam zwariować od tego wiatru i komisji sejmowych. Potrzebowałam jakichś pozytywnych bodźców i wuala, miałam trzy dni TAKICH BODŹCÓW, że wczoraj po powrocie odebraliśmy Mangustę i padłam jak kawka. I nawet nic mi się nie śniło, ale to DOBRZE, bo miałam taki sen…

Dobra, może po kolei: bo doszliśmy do wniosku, że trzeba zażyć kultury, bo nie można tylko w kółko chodzić po barach. I w trzy dni zrobiliśmy dwa muzea: Królowej Zofii i Narodowe Muzeum Archeologiczne. 

Do Zofii staliśmy czterdzieści minut w kolejce – i to w piątek, nie w weekend! – bo rzucili Picassa („Picasso 1906 – punkt zwrotny”). Już po samym Picassie miałam łeb jak balon, a przecież jeszcze stała ekspozycja – Guernica, Dali, Miro, koń na rowerze (czy też rower na koniu) i mój ulubiony obraz Angeles Santos „Un mundo”. Jest fascynujący, a za każdym razem kiedy tam jesteśmy przed obrazem siedzi wycieczka dzieciaków ze szkoły i mają wykład – I TYM RAZEM OCZYWIŚCIE TEŻ. W ogóle wycieczek wczesnoszkolnych było od cholery, mają taki system, że sadzają ich na podłodze przed obrazem i nauczyciel czy przewodnik tłumaczy, zadaje pytania i doprawdy, powiedzenie „cicho jak w muzeum” nie odnosi się do muzeum Królowej Zofii. Nie mam nic przeciwko temu, a nawet wprost przeciwnie, bo od tego jest sztuka, żeby o niej dyskutować, ale czy zawsze muszą siedzieć akurat przed „Un mundo”? Widocznie mają w podręczniku i będzie na klasówce.

Niestety, nie znaleźliśmy starego filmu o tym, jak panowie w cylindrach w towarzystwie szympansa nalewają sobie wino do kieliszków; nadal leci „Pies andaluzyjski” oraz inny stary film o zażywnym jegomościu i jego żonie, jak spacerują po ogrodzie, jedzą jeżowce i – oczywiście – piją wino. Wyszłam z muzeum z migreną i powidokami i tej nocy śniło mi się, że N. przyniósł do domu świński łeb i ustawił go w przezroczystej misie na stole. A świnia otworzyła oczy i się na nas patrzyła. 

Muzeum archeologiczne miało być tak na półtorej godziny – ale gdzie tam. Jest OGROMNE i ma taką ekspozycję  do oglądania, z repliką jaskimi Altamira włącznie (i to za 3 euro od osoby, to jest aż nieprzyzwoite), że znowu spędziliśmy tam dobrych kilka godzin. Ja trochę utknęłam w starożytnym Egipcie i N. musiał mnie wywlekać spomiędzy mumii, żebym obejrzała najważniejszy eksponat – Damę z Elche. I warto było – jest piękna, dziwna, niepodobna do żadnej innej. 

Wyszliśmy z muzeum dokładnie wtedy, kiedy mijała je demonstracja, zmierzająca w naszą stronę i niewykluczone, że załapaliśmy się na materiał w serwisach informacyjnych, jak idziemy na czele pochodu wrzeszczącego „Palestyna vive!”. A dookoła dziesiątki policyjnych samochodów, a nad głową trzy helikoptery (policyjne i telewizyjne – to jest bardzo, ale to bardzo szkodliwe dla klimatu, chciałam zauważyć). N. mnie szturchał i mówił „Tylko nie bierz do ręki żadnej flagi ani transparentu!”, a ja go prosiłam, żebyśmy może spróbowali jakoś czmychnąć w bok – w końcu się udało, na szczęście, bo już byłam bardzo zmęczona – ja się nie nadaję do uprawiania polityki, a tym bardziej bezpośrednich demonstracji ulicznych. 

Najgorsze jest to, że nie mieliśmy siły, żeby odwiedzić wszystkie ulubione knajpy (albo próbowaliśmy, ale był TAKI TŁOK, że nie udało się nam wejść), a na dodatek odkryliśmy kilka nowych super świetnych. W dłuższej perspektywie grozi to przeszczepem wątroby. 

I tam już jest wiosna, kwitną migdałowce i drzewka owocowe, kwiaty na rabatach, a ludzie siedzą przy stolikach na zewnątrz, piją piwo i BARDZO GŁOŚNO rozmawiają (żeby nie powiedzieć wprost, że się drą – matko kochana, dlaczego oni się tak drą wszędzie i zawsze). I padało tylko jednego dnia. I mieliśmy na liczniku po kilkanaście kilometrów dziennie, a nawet nie byliśmy w Retiro.

W sklepach widziałam piękne ozdobne zeszyty zatytułowane „Gratitude journal” – w sensie, żeby prowadzić dziennik wdzięczności? Czyli co, bullet journal są już passe? Znowu nie nadążam za tym światem zupełnie.

W prezencie przywiozłam sobie silikonowe foremki do gotowania jajek w koszulce, bo ja – jak wiemy – lubię praktyczne upominki.

A problem z kogutem rozwiązał się sam, gdyż wziął i ZAPLEŚNIAŁ. No wiecie co.

O DYLEMACIE ZWIĄZANYM Z KOGUTEM

Otóż dostałam od N. koguta. Na szczęście nie zwierzę (żywe ani martwe), tylko wyrób piekarniczy z Kazimierza Dolnego. Przywiózł mi i mówi „Masz, zjedz sobie” i ja mam teraz zgryzotę podwójnej natury. Po pierwsze, to jest jednak SPORO węglowodanów, a ja i tak za dużo ich zjadam. No lubię, nic na to nie poradzę – śniadanie bez fajnego pieczywa to jest jakaś aberracja. Wiem, że teraz wszyscy keto, ale jak zwykle jestem sto lat za ostatnim Kłapouchym i jem niemodne pieczywo. Z tym, że tego koguta jest jednak ZA DUŻO i co, zjem kawałek i będzie mnie później straszył taki kadłubek? W ogóle to z której strony zacząć? Intuicja mi podpowiada, że od ogona. Albo od łap (on ma łapy w ogóle?…) (sprawdziłam – ma coś w rodzaju jednej dużej STOPY).

Po drugie – takiego koguta mieliśmy w PRL-u w kuchni, ususzonego, wisiał on na ścianie wśród ceramiki Włocławek. W związku z czym mam obciążenia związane z dziedzictwem kulturowym – kogut mi się nie jawi KULINARNIE. W dodatku on kiedyś był z chlebowego ciasta, ciężkiego, i ładnie wysychał (i nieźle się prezentował przez długi czas). A teraz to jest jakaś dziwna bułka, w ogóle nie wiem, czy wyschnie i się nie rozleci. I co ja mam teraz zrobić?

No powiadam państwu – N. jak wymyśli upominek z podróży, to klękajcie narody. 

Przestało wiać i jest ciepło i nawet czasem pokaże się słońce, ale oczywiście ja się NIE DAM NABRAĆ na tanie sztuczki – wiem, że to tylko takie drażnienie się z człowiekiem i obywatelem i zaraz znowu przywali mrozem i innym świństwem. W dodatku dwa dni temu pod wieczór NAGLE zrobiło mi się strasznie gorąco; myślę sobie, albo znowu mam covid i temperaturę, albo atak klimakterium – w każdym razie jest okropnie i zaraz zwariuję. Ale kiedy okazało się, że N. ma identyczne objawy i spojrzeliśmy na termostat – nooo, już wiadomo, o co chodzi. OCZYWIŚCIE – PIEC. Nie wiadomo dlaczego doszedł do wniosku, że skoro ociepliło się na zewnątrz, to on też musi zadziałać – i w kwadrans podniósł temperaturę w chałupie o dwa stopnie. Okazało się, że dwa stopnie to jest CHOLERNIE DUŻO i o mało nie dostaliśmy zawału z przegrzania. Moim zdaniem, ta cholerna podstępna menda chciała nas usmażyć i prawie mu się udało. Czy ktoś już zrobił odcinek true crime o ludziach prześladowanych przez piece? 

No dobra, jest drugi sezon „Samców alfa” oraz w najnowszym odcinku Detektywa sprawy przybrały nieco lepszy obrót – to znaczy, nie dla wszystkich bohaterów (ale nie będę spojlować), ale przynajmniej jest nadzieja, że zabójcą nie okażą się duchy przodków albo prehistoryczne gronkowce, zmartwychwstałe spod lodowca. Chociaż oczywiście nie mówmy hop.

Jestem gruba i mam wielki tyłek. Zebra mówi, żebym wzięła dupę w troki i zaczęła uprawiać jakiś sport, bo będzie nieszczęście. No dobrze, ale moje ciało bardzo źle reaguje na jakikolwiek sport. I co teraz? 

O TYM, ŻE JAK WIEJE, TO JA SIĘ NIE NADAJĘ

Wieje od czterech dni. Za chwilę zabraknie mi solpadeiny. Chociaż jest nadzieja, że po prostu zwariuję, zanim zabraknie, i w ten sposób problem się rozwiąże – bo większość problemów ma tendencję do samorozwiązywania się, jeśli im się pozwoli. Jak sobie pomyślę o bohaterkach powieści w stylu „Wichrowe wzgórza”, gdzie im ciągle wiało na wrzosowiskach, to one i tak były zaskakująco stabilne emocjonalne. Ciekawe, od czego sfiksowała żona pana Rochestera (oprócz sprowadzania do domu nieletnich, niewinnych guwernantek o sarnich oczach oczywiście). 

Z wydarzeń bieżących – Mangusta nie chce jeść śniadań, woli kolację. Próbowałam ją przestawić, bo przecież całe życie wtłaczają człowiekowi do głowy, że śniadanie to podstawa (jakoś w Hiszpanii nie podstawa) – ale efekt jest taki, że z głodu wylizuje podłogę w kuchni i gryzie nogi krzeseł. No nie, ja te krzesła lubię, więc kolacja została podana. No i nie wiem co robić – przez tyle lat przyzwyczaiłam się, że mokry nosek prowadził mnie od samego rana do miseczki, a obecny mokry nosek o poranku jeździ po podłodze na gumowej kurze, mając wyrąbane na jedzenie. Oczywiście czuję, że to wszystko przez błędy wychowawcze, jakie popełniłam. Może jej się zmieni – ja w dzieciństwie też nienawidziłam śniadań, ale głównie dlatego, że wciskali mi mleko (aż dostałam gęsiej skóry na samo wspomnienie).

Tak się jakoś zdarzyło, iż w sobotę miałam kaca, ponieważ w piątek spotkałam się z koleżankami w nowej lokalnej restauracji (bardzo fajna), a moja partnerka od czerwonego wina przyjechała SAMOCHODEM i nie piła. A siłą rozpędu wina zostało zamówione tyle co zawsze, czyli na dwie osoby, a wypiłam je sama minus pół kieliszka. No nie byłam w najlepszej formie w sobotę od rana, nie będę ukrywać, i na poprawienie nastroju zabrałam się za biografię Żuławskiego. Którą wciągnęłam w trzy dni, bo jest napisana świetnie, no i o bardzo interesującym człowieku. Chociaż napisać o nim, że był trudny, to zdecydowanie za mało powiedziane

Ja mam do Żuławskiego sentyment przez „Szamankę”. Film miał premierę, kiedy kończyłam studia i nie wiem z jakiego powodu uważałam, że wszystko co ciekawe już mi się w życiu przytrafiło i nic więcej mnie nie czeka. Nosiłam się egzystencjalnie, czułam się wyalienowaną jednostką we Wszechświecie i na „Szamankę” poszłam do kina sama. To chyba jedyny film, na jakim byłam sama w kinie. I pamiętam, że mi się wtedy podobała – to znaczy, była okropna, ale właśnie tego potrzebowałam; ciekawe, jak by dziś na mnie podziałała. Może się skuszę i obejrzę. Na dodatek po lekturze biografii mam ogromną ochotę na film z Adjani i ośmiornicą.

A najnowszy odcinek Detektywa nie rozwija się fabularnie w pożądanym kierunku – wprost przeciwnie, powiedziałabym. Bardzo polubiłam obie panie detektyw, tylko niech one przestaną być takie UDUCHOWIONE, bardzo proszę. A u Agi Rojek też śmierć na stacji polarnej – tylko na Antarktydzie. To idę posłuchać.

O RACHUNKU ZA TELEFON W ZASADZIE

Szczeniaczek Mangusta całą noc chorował(a) po tabletce na odrobaczenie – jestem dziś zwierzoczłekoupiór. A na dodatek nad Polską mają się zderzyć dwa cyklony, no po prostu fantastyczne wiadomości od rana. Jak tylko zaczyna wiać, to od razu u nas na wsi prąd wyłączają (najfajniej było ostatnio w przeddzień Wigilii, jak wszyscy z sernikami w piecykach i kompotem na kuchence).

Co poza tym. Otóż mam coraz większy tyłek i nic z tego nie wynika. Oraz właśnie dostałam SMS, że zapomniałam zapłacić za telefon. Mam ochotę im odpowiedzieć, że ja i tak nie lubię rozmawiać przez telefon, więc niech się odczepią.

Powieść rozwija się w kierunku, jaki przewidziałam – facet z Tindera okazał się być oszustem, poligamistą i naciągaczem. OJEJ, NAPRAWDĘ? A przecież taki był miły na pierwszej randce i „dzień dobry” mówił sąsiadom. I miał być przystojnym milionerem, bo przecież wszyscy przystojni milionerzy szukają prawdziwej miłości w internecie (wśród starszych od nich, bogatych babek). No i teraz się będą na nim MŚCIĆ. No zobaczymy, zobaczymy.

Natomiast chyba niestety przesadziłam z badaniami na temat filmików o wyciskaniu pryszczy, bo włączam sobie jujuba żeby zdegustować kolejny odcinek Agi Rojek albo jakąś japońską piekarnię (o, jak mnie to wycisza! Praca w piekarni musi być satysfakcjonująca; ciężka, ale fajna), a tam… A TAM… w polecanych…  rzuca się na mnie wrośnięty paznokieć! Fuuuu, jakie to było okropne. Mam za swoje – nie drążyć turpistycznych kanałów, przyjąć do wiadomości, że jeden człowiek jest w stanie najgorszy syf wrzucić na jutuba, a drugi – obejrzeć i po prostu żyć dalej swoim życiem. Z japońską piekarnią w tle.

A czwarty sezon Detektywa rozwija się bardzo pięknie. Tylko żeby było tak, jak Jodie Foster powiedziała do tej pięknej detektyw z Alaski – żadne duchy ani żadne siły nadprzyrodzone, ktoś to zrobił i my go znajdziemy. Trzymam ją za słowo. Mają złapać jakiegoś złodupca i żeby się nie okazało, że to jakiś prastary zarazek co się roztopił i wściekł albo duchy przodków. W ogóle to dlaczego ludzie osiedlają się w miejscach, gdzie przez pół roku jest noc (i to zimowa noc, z mrozami, śniegiem i wieczną zmarzliną)? Wiadomo, że to się nie może dobrze skończyć.

I znowu jedna dwunasta roku już za nami. AAAAAA!… I to jest dopiero STRASZNE. 

Dobra, zapłacę za ten telefon, niech będzie moja krzywda.

PS. W jajkach od tak zwanej baby zaczynają się pojawiać podwójne żółtka. To oczywiście oznaka nadchodzącej wiosny, prawda? PRAWDA? Niech mi nikt nie pisze, że to dlatego, że kury mają załamanie nerwowe i depresję zimową!…

O TYGODNIU STRACHÓW

Miałam okropny tydzień. Okropny.

N. wywiało na CAŁY TYDZIEŃ do Japonii, służbowo, biedaczek był TAK ZAPRACOWANY, że dał radę zadzwonić tylko 3 razy, z czego dwa z lotniska („Nie uwierzysz, mają tu kandyzowane kraby! To jest coś najohydniejszego, co w życiu jedliśmy”), a tak to przysyłał mi zdjęcia jedzenia. Dobra – NO TRUDNO, wszyscy wiemy, jacy są faceci kiedy się zerwą ze smyczy. Ważne, że przysyłał zdjęcia jedzenia, a nie gejsz albo ślicznych Japoneczek w szkolnych mundurkach – tylko tempury albo surowej ryby.

W każdym razie – ujmując delikatnie, nie spało mi się najlepiej. Ciągle coś skrobało, stukało, a Mangusta natychmiast stawała na baczność i się darła. A pierwszej nocy chciała mnie wyciągnąć na siusiu o trzeciej nad ranem, więc miałyśmy długą rozmowę o tym, że parcia boi się duchów, a trzecia w nocy jest najgorsza. I posłuchała mnie, bo od tamtej pory już budziła mnie o czwartej (kochana psina, chociaż jeszcze narwana).  Wniosek z tego taki, że z psem się człowiek dogada, a z facetem – NIE! (A tym bardziej z mężem – NIGDY nie słucha, co do niego mówię. Nigdy).

Dobrze, że przynajmniej jednego wieczoru wpadły koleżanki mnie pocieszyć (i to z całą torbą pysznego, niezdrowego żarcia), bobym zapomniała ludzkiego języka i porozumiewała się przy pomocy syczenia i tupania. A tak to przynajmniej się trochę obrobiło dupy temu i owemu (ale za mało, za mało – niestety wszystkie mamy mgłę mózgową i ciągle zapominamy, kogo miałyśmy oplotkować – straszne to jest).

Ale co było w tym wszystkim najtrudniejsze, to że NIE MOGŁAM obejrzeć pierwszego odcinka nowej serii „True Detective” z Jodie Foster. Bardzo mnie ciągnęło, ale to BARDZO, ale doszłam do wniosku, że jak tam będą jakieś mroczne klimaty i w ogóle zjawiska nadprzyrodzone, to koniec, już w ogóle nie zasnę i osiwieję. I czekałam z tym odcinkiem i powiem tak – DOBRZE, że poczekałam. No przecież bym nawet na minutę oka nie zmrużyła ani nie wyszła z psem siusiu po zmroku. Było WSZYSTKO, czego się zwykle boję w takich produkcjach, a nawet więcej. Czy tylko ja mam skojarzenia z wyprawą Diatłowa? Natomiast oprócz strachów serial ma niesamowity klimat, obsadę i bohaterów – taki „Przystanek Alaska” w wersji thriller. (No i po dwóch odcinkach wychodzi mi, że wszyscy tam już spali ze wszystkimi, no ale – jak powiedział jeden z bohaterów – jak przez pół roku jest noc, to wszyscy się nudzą, nawet zmarli).

I teraz czekaj, człowieku, na kolejne odcinki. Sadyści zwyrodniali z HBO.

No dobra, to już się przyznam: kupiłam i czytam książkę Jane Fallon, w sumie dlatego, że to jest partnerka Ricky’ega Gervaisa i chciałam się przekonać, dlaczego te jej książki się sprzedają jak szalone. Dobrze się czyta, historia dotyczy 49-latki po rozwodzie, która szuka (oczywiście) szczęścia w serwisach randkowych, z tym, że wkleiła nie swoje zdjęcie, tylko ładniejszej siostry. Miło poczytać, że w tym wieku szpiegowanie na fejsie i pajęczyna intryg w serwisach społecznościowych mają się dobrze. Zobaczymy, co dalej. Natomiast w żadnym wypadku nie grozi mi utożsamienie się z bohaterką, ponieważ ona prawie codziennie chodzi na siłownię i do spa. Pfff, siłownia i spa!…

O POSTĘPIE W PROJEKCIE I REGULACJI TEMPERATURY

W styczniu to ja nie promieniuję inteligencją. Ani optymizmem. Niczym w zasadzie nie promieniuję; nawet w najlepszych warunkach pogodowych nie jestem zbyt wyrywna, a co dopiero w takiej obrzydliwie ponurej scenografii. 

Śniło mi się, że zbieram psie zabawki z podłogi i to był sen jednocześnie retrospektywny, jak i proroczy, ponieważ codziennie po dwadzieścia siedem razy zbieram rozwłóczone po podłodze psie zabawki. Nawet nie, żeby wprowadzić jakiś tam porządek (kogo ja chcę oszukać), tylko żeby po prostu się nie potknąć i nie zabić. Bo chciałabym oszczędzić młodemu, energicznemu szczeniaczkowi widoku ludzkiego trupa – po co jej taka trauma? 

W kwestii Projektu 2024 (ciasto drożdżowe, przypomnę) dojrzałam do decyzji strategicznej

(bo z projektami to jest tak, że najpierw człowiek musi sobie poukładać w głowie i to jest najcięższa robota, a później już z górki. Na przykład pakowanie – 95% pakowania odbywa się w głowie, a pozostałe 5% to przekładanie z szafy do walizki)

…i ta decyzja strategiczna brzmi – SUCHE DROŻDŻE. Bo ze świeżych to trzeba robić rozczyn, co całą operację robi dwa razy bardziej skomplikowaną i w ogóle. Poza tym, tez świeżymi drożdżami miałam kontakt w wieku nastoletnim, kiedy to się robiło taką papkę z cukrem i to niby miało pomóc na problematyczną cerę. Guzik pomogło, tyle powiem. Ale muszę przyznać, że o ile w młodości tłusta cera jest po prostu KOSZMAREM (może teraz mniejszym, bo są koreańskie toniki i w ogóle), to w wieku zaawansowanym się przydaje. Reasumując – suche drożdże. Tak. 

No i obejrzałam „Barbie” (wiem, wiem, wszyscy już dawno). W kwestii ideologicznej trochę to zamotane, ale bawiłam się świetnie. Ryan fantastyczny, ale to, jaka Margot Robbie jest piękna, to jest po prostu NIEPRZYZWOITE. 

A po ostatnich doniesieniach medialnych N. zabrał mnie do garażu, wskazał palcem na małą plastikową skrzyneczkę na ścianie i powiedział „Zobacz, jak chcesz żeby było w domu cieplej, to wciskasz plus, a jak chłodniej – to minus”. Wzruszyłam się doprawdy, że tak się przejął i w ogóle mu nie powiedziałam, że raczej bym się domyśliła, bo mam podobne w żelazku. I że przecież w kwestii ogrzewania zawsze mogę zadzwonić do Belwederu, bo oni zdaje się tym się ostatnio zajmują.

O ZIMNIE I POSTANOWIENIU

Zimno się zrobiło NIEWYBACZALNIE i obrzydliwie, aż mi Mangusty żal i nawet przygotowałam wiadro z mopem, a ona właśnie życzy sobie WYCHODZIĆ na toaletę. Jak pada deszcz – nie, ale mróz ze śniegiem jest OK. Na krótko, ale wychodzi, a najlepsze jak chodzi po własnych śladach po śniegu, jak Indianin. 

Co nie zmienia faktu, że ja jestem przeciwna takim temperaturom i zła na przodków, że osiedlili się w takim klimacie. Pewnie nawet nie wiedzieli, że są inne możliwości – nieuki jedne.

Przez cały weekend N. się nade mną znęcał psychicznie. Znalazł koperty ze starymi zdjęciami, wyciągał je i podsuwał mi z komentarzem „A pamiętasz, jaka kiedyś byłaś SZCZUPLUTKA?”. No po prostu CO ZA ŚWINIA, to nie mam słów! W dodatku – byłam, OWSZEM – BYŁAM, zgrabna jak nie wiem co i to chyba oczywiste, że wstydziłam się wtedy rozebrać na plaży. Teraz z taką figurą chodziłabym na golasa dwadzieścia cztery godziny na dobę.

(To taka figura retoryczna – oczywiście, że bym nie chodziła, bo to jakoś nie w moim stylu, a już na pewno nie zimą i nie przy takich temperaturach, jak teraz).

Podsumowując – naprawdę mnie wkurwił i to porządnie; gdybym go zamordowała np. nożem albo ciężką kryształową salaterką, to każdy sąd by mnie uniewinnił, KAŻDY. I legalny, i ten podrabiany pisowski, i rejonowy, i najwyższy z najwyższych. 

Cały czas jest dość wczesny początek roku – nie mam wątpliwości, że to się za chwilę zmieni, ten czas tak zapierdala, że za kilka dni znowu będziemy szukać prezentów gwiazdkowych i uzgadniać, kto przynosi jakie śledzie. Ale PÓKI CO jest pierwsza dekada stycznia i tak sobie myślę, że może bym coś postanowiła na ten rok, tylko żeby to było realistyczne i miało ręce i nogi.

I wymyśliłam, że zrobię CIASTO DROŻDŻOWE. Nigdy nie robiłam, bo drożdży się troszkę boję, a koleżanka się ze mnie nabija, że to prościzna i każdy potrafi. No więc w tym roku się tego PODEJMĘ.

Być może okaże się, że to kolejna moja kulinarna klątwa – jak pieczone ziemniaki albo żurek. Bo przypomnę, że nigdy nie udało mi się upiec ziemniaków w piecyku do miękkości (ile czasu bym nie piekła – zawsze są twarde i surowe) oraz zrobić żurku od podstaw. Próbowałam kilka razy, trzymałam się przepisu co do literki, kropeczki i znaków przestankowych – i kończyło się garem brei o smaku ścierki do podłogi, który lądował w sedesie, a żurek się robiło z torebki (bo N. jak na złość UWIELBIA żurek i mógłby jeść codziennie). Szkoda, że nie mam przepisu mojej babci, która robiła WYBITNE ciasto drożdżowe – ale babcia wszystkie przepisy miała w rękach i oku, nigdy nic nie odmierzała. 

Więc mam postanowienie na nadchodzący rok. Pewnie nie stanie się to w styczniu, może nawet nie w lutym, ale STAY TUNED. 

Podsumowanie i wnioski: Jestem gruba. 

O WYRAFINOWANIU I WIELBŁĄDACH

N. dostał życzenia noworoczne od kolegi „Salud, dinero y amor”. No i wszystko pięknie, tylko ten amor nieco mnie zaniepokoił, bo to kolega z pracy jest. Już ja im dam, amora w robocie!

Byliśmy z Mangustą nad morzem (poprzednim razem byłam ze Szczypawką i wszystko mi się przypominało; cały czas tęsknię za kruszynką). Prowadzając na smyczy małego jamnika człowiek się czuje jak ochroniarz i rzecznik prasowy Grace Kelly, co najmniej. Uśmiechy, okrzyki zachwytu i obowiązkowe „ILE MA?” (a to zależy: kalorii? w biuście? na koncie?). No ale żeby nie zachowywać się jak burak pastewny odpowiadałam grzecznie, że sześć miesięcy. Najgorzej jak mówili do Mangusty po niemiecku, a ja ani w ząb. Jeden pan niemiecki emeryt pokazał mi pokaźną część zasobu zdjęć na swoim telefonie (niektóre z psem, ale nie wszystkie), ale finalnie nie wiem, o co mu chodziło, bo żona go odciągnęła.

A w Wigilię jedna psina Zebry się dość spektakularnie porzygała (możliwe, że po hydroksyzynie – to długa historia). Zdecydowałam, że to jest wróżba OBFITOŚCI na nadchodzący rok, bo to najbardziej optymistyczne, co mi przyszło na myśl.

W prezencie od Mikołaja dostałam biała koszulę z wierszami Szymborskiej i książkę o Witkacym i jego babach (już ją kończę – trochę chaotyczna, ale fajna). A od koleżanki – zestaw szminek w różnych odcieniach czerwieni, bo ona nas od jakiegoś czasu nawraca na WYRAFINOWANY look. Nie wiem, czy ze mną jej się uda – da radę być wyrafinowanym i nie potrafić się uczesać?… I tyłek mam za duży. Ech.

No to trzymajmy się w tym Nowym Roku. Oby wasze wielbłądy były zdrowe i tłuste!

O SERNIKU I ZASADACH

W tym roku znowu zrobiłam sernik baskijski. Głównie dlatego, że robi się w piętnaście minut – chociaż owszem, również dla smaku. Skarmelizowany, przypalony wierzch i najzwyklejszy sernik w środku, bez żadnych fanaberii, bez spodu, dodatków, pianek, owoców, RODZYNEK (tfu!) i tym podobnych drobnoustrojów. 

Przed świętami wymieniłyśmy opinię z koleżanką, która też baskijski, ale ma inny przepis. W którym nie ma mąki. W moim jest mąka – w ilości homeopatycznej, dosłownie łyżka stołowa na kilogram twarogu. Nie wiem, jakie ta mąka ma znaczenie, ale Santiago Rivera – autor i ojciec TEGO SERNIKA – sypie tę łyżkę, czyli chyba czemuś ona służy. A masa z mąką czy bez jest tak samo rzadka, jak jogurt – za pierwszym razem byłam pewna, że kałuża wyjdzie, a nie sernik – a jednak się ścina. Podsumowując – uparłam się przy wersji z mąką.

Więc oczywiście, jak to było do przewidzenia – ZAPOMNIAŁAM o tej mące. Przypomniało mi się po kilku minutach od wstawienia tortownicy do piecyka. Nawet nie zdążyła się ugrzać – wiem o tym, bo ją wywlokłam, posypałam łyżką mąki i wybrzechtałam rózgą (do jajek, nie od Mikołaja). Prawdopodobnie było to zupełnie bez sensu, ale w życiu trzeba mieć ZASADY. I się ich trzymać. 

I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć opowieść wigilijną i życzyć Wesołych Świąt, a jak kto nie obchodzi – to też niech mu będzie wesoło i się nie struje grzybami z pierogów. No chyba, żeby się trafiły halucynogenne (mówi się, że u nas nie rosną, ale znam takich, co mają zdanie odrębne w tym przedmiocie). I dużo, dużo prezentów! (A znacie to – przychodzi facet do lekarza i mówi „Panie doktorze, niech mi pan przepisze jakieś tabletki na chciwość, tylko dużo, dużo!”). 

A jak się ktoś zacznie przy stole kłócić o politykę, to go oblać kompotem.

Czego sobie i Państwu życzę.

O TYM, ZE NARESZCIE SIĘ RUSZYŁO

Wczoraj był bardzo, ale to bardzo satysfakcjonujący dzień. Siedziałam przyklejona do komputera, skakałam po serwisach informacyjnych i rechotałam bardzo niechrześcijańsko, no bo chrześcijanie nie pragną flekowania oprawców. A ja owszem, więc miód satysfakcji zalewał moje czarne serduszko. Z tego wszystkiego zbyt długo nie wychodziłam z Mangustą, więc psina z nudów i rozpaczy zjadła aloes z doniczki. No ale przecież podobno aloes jest bardzo zdrowy.

Przeczytałam ostatnio artykuł o pani doktor, która prowadzi bardzo popularny na jutubie kanał, na którym transmituje wyciskanie pryszczy. Po obowiązkowym WTF oraz „Co jest nie tak z tym światem – zaznacz na obrazku” oczywiście kliknęłam, bo może to jakaś przenośnia albo coś. To nie była przenośnia. Filmiki z wyciskaniem pryszczy maja MILIONY wyświetleń. Mało tego – jest MNÓSTWO takich kanałów i to w dodatku specjalizujących się – pryszcze, wągry, cysty, trądzik… I na każdym z nich setki filmików. Moja pierwsza reakcja to było oczywiście – I don’t want to live on this planet anymore. Ale po głębszym zastanowieniu – co bym wolała oglądać? TVPIs czy wyciskanie wagrów? No oczywiście, że wyciskanie wągrów. Czyli znowu wychodzi na to, że wszystko jest relatywne i liczy się kontekst.

Pozostając w tej atmosferze – podobno na wybiegach lansowany jest trend fryzjerski na przyszły rok pod nazwą ”brudne włosy”. Maja być oklapnięte, ulizane i z połyskiem (w domyśle – tłuste). No proszę, pani poseł Beata Kempa okazała się trendsetterką – co prawda niechcący, ale jednak. Ale nie będę krytykować, ponieważ zdarza mi się taki look, nie ukrywam. Zwłaszcza w fazie cyklu „życie nie ma sensu, a moje zwłaszcza, i kamieni kupa” – w końcu ogląda mnie tylko pies, to po co marnować wodę i zanieczyszczać kulę ziemską detergentami.

Trochę zamiast tak zwanej magii świąt mamy w tym roku aurę rodem z Kill Billa – ale to dobrze. Pierwszy raz od wielu, wielu lat nie jestem przygnębiona i zdołowana.

PS. „1670” – są fajne teksty, są dłużyzny, są żarty przewidywalne ale są i zaskakujące – generalnie to pierwszy polski serial od NIE PAMIĘTAM KIEDY, który oglądam bez gęsiej skórki zażenowania. Ale jeśli chodzi o humor, to zostałam rozłożona na łopatki przez „Niebezpiecznych dżentelmenów”. Czapki z głów i mogę sypać kwiatki przed scenarzystą i reżyserem.