O KOLORZE POMIDORA

Niebieskie pomidory wyglądają tak:

Na żywo oczywiście inaczej, bo oświetlenie plus zdjęcie przekłamują barwy, dla lepszego wyobrażenia tu na tle próbnika kolorów:

Podobno bardzo smaczne, nasz przyjaciel z Galicji już je jadł.

A styczeń wygląda tak:

Okulary słoneczne i stoliki na zewnątrz – czy to jest sprawiedliwe, ja się pytam? Nie, nie jest – to zwykły skandal i ja poproszę z kierownikiem.

Nominalnie jednakowoż jest zima, więc można kupić pieczone kasztany (i jabłka w krwistoczerwonym karmelu, ale się nie odważyłam, bo miałam wizję jak mi zęby utkną w tej polewie i trzeba będzie jechać do szpitala z jabłkiem w pysku):

Są przepyszne, mają posmak ziemniaka z ogniska i oldskulowo brudzą palce.

Najpiękniejszy pomnik w Madrycie:

A propos pomników, ODKRYŁAM że niedźwiedź – symbol miasta musi być kobietą! Albowiem wyraźnie widać, że…

…ma cellulitis na udach. No a nie? I moim zdaniem, kształt dupki ma całkiem damski:

A w hotelu postawili nam taką samopodlewającą półkę na kwiaty, N. ją obmacywał kilka razy dziennie. W akwariach na górze jest woda, która ścieka rurkami na półki, wyłożone taką mechatą wykładziną, która jest wilgotna. I na niej stoją doniczki z dziurami od spodu. Fenomenalny pomysł, tylko skąd wytrzasnąć taki zestaw?

Podsumowując – było bardzo fajnie, jak zwykle.

O TYM, CO SIĘ UDAŁO, A CO NIE

Nie było nas niecałe cztery dni. Wracamy – pies upasiony jak prosiątko. Przez cztery dni! Nie spodziewałam się, że to możliwe – wychodzi na to, że jamniki mają szybszy przyrost masy, niż brojlery. Podobno to dlatego, że Szczypawka zjadała swoją michę i resztki z miski Mufki (psina mojej ciotki) – trudno mi w te „resztki” uwierzyć, chyba że Mufka ma anoreksję. Bardzo jest z siebie zadowolona i na pytanie „No i kto ma teraz grubą dupkę?” odpowiada „TY!”. I poniekąd ma rację.

Wylot był z przygodami, bo zapowiedzieli opóźnienie o kwadrans, a akurat siedzieliśmy przy oknie z widokiem na samolot i panowie dłubali mu przy przednim kole. Nie wyglądało mi to na kwadrans i miałam rację – zmieniali koło godzinę, a może i coś innego naprawiali, bo naszło się z siedem osób plus pilot, który wisiał z okna w kabinie. Trochę miałam wizję lądowania w pianie, jak u Almodovara, jak się tak szamotali z podnośnikem i w ogóle. W każdym razie wylecieliśmy z godzinnym opóźnieniem i UWAGA – dolecieliśmy o czasie. O CZASIE! Znaczy co – poleciał na skróty? Nic z tego nie rozumiem; w każdym razie z pana kapitana szatan nie kogut, tyle powiem.

Na miejscu bardzo dużo chodziliśmy – doszłam do wniosku, że tam musi być mniejsza grawitacja, bo jakoś przyjemnie się chodzi. Rano było chłodnawo, ale w okolicach dziesiątej – jedenastej (wcześniej prawie nikt nie wychodzi, OPRÓCZ mojego męża, który najchętniej już od siódmej by latał, nawet jak jest ciemno) wychodziło słońce i wszyscy zaczynali się rozbierać. Niby jedenaście stopni, a stoliki na zewnątrz wszystkie zajęte i ludzie zrzucali kurtki. W ogóle miało być – jedziemy w martwym sezonie, zobaczysz, nikogo nie będzie. HA HA HA – na ulicach absolutnie dzikie tłumy, w sklepach wyprzedaże, a do najlepszych knajp nie było się jak wepchnąć. Dorsza w Casa Revuelta udało się nam zjeść tylko raz, mając do dyspozycji jakieś 3,5 centymetra kwadratowego i tylko jedną rękę (w sumie na nasze cztery) do obsługi kieliszków i dorsza. Co za dziwny naród – zamiast kupić sobie po najtańszym piwie z Biedronki, siedzieć w domu i patrzeć spode łba, to wszyscy po chodzą po knajpach, piją wino i rozmawiają.

Po wielu latach nareszcie udało nam się pójść nad rzekę. Bo Madryt leży nad rzeką! Rzeka zimą ma jakieś 5 centymetrów głębokości – kaczki próbują pływać, ale zawadzają nogami i się obijają o kamienie. Latem wysycha prawie całkiem. No ale ma piękne paseo wzdłuż brzegu, mnóstwo ludzi tam spaceruje, biega i wyprowadza psy w ciepłych ubrankach. Nie wiem, w co te psy by ubierali, gdyby przyjechali do nas – chyba w potrójny styropian i wełnę mineralną.

Oraz aktualnym hitem na targowiskach są niebieskie pomidory. To znaczy dla mnie one maja kolor naszej czerwonej cebuli, czyli raczej fiolet, ale specjaliści się upierają że to nuta indygo i nazywają się tomates mar azul. Jak mi się uda spotkać mojego męża, który po przyjeździe dostał pracowo – wyjazdowej wścieklizny, a ma w telefonie zdjęcie wyż. wym. pomidorów, to zamieszczę zdjęcie na dowód.

Jak teraz patrzę na butelkę wina, to dostaje gęsiej skóry – co oznacza, że wyjazd był bardzo udany.

Za to wróciliśmy w sam środek gołoledzi i żałoby.

O NAGIEJ RESTAURACJI

Siedzę sobie spowita w polarowe bluzy i grube skarpetki i otóż czytam, że zamknięta została restauracja gdzie można było zjeść posiłek nago. Z powodu braku chętnych. Bardzo interesujący pomysł, tym bardziej że restauracja nie była gdzieś na tropikalnej wyspie przy plaży, gdzie wystarczyło zrzucić pareo, tylko w Paryżu, czyli klimatycznie jak u nas. Już sobie wyobrażam, jak idę tam na lancz – samo wyłuskanie się z ciuchów w styczniu by mi zajęło jakiś kwadrans, a drugie tyle ubranie się po jedzeniu. Ale abstrahując od wszystkich technikaliów – czy ktoś mi może wyjaśnić, CO jest atrakcyjnego w siedzeniu przy stole w knajpie na golasa? No nie, zdecydowanie nie jestem targetem nagich restauracji, jak również lodowych hoteli. 

Nie mogę sprawdzać w internecie najnowszych wiadomości, bo nie została mi już ani jedna skórka przy paznokciach do obgryzienia. I chyba nie ja jedna się stresuję, albowiem zaglądam N. przez ramię (wiadomo – kochać i kontrolować), a on na ekranie komputera ma…

Nie, nie gołe baby, nie tindera i nie fotka peel. Ale nie wiem, czy nie gorzej.

MA PASJANSA!!!!!!

I go układa. Ja w nerwach, bo nie wiem czy dzwonić po karetkę, czy po egzorcystę, natomiast on spokojnie twierdzi, że raz na dwadzieścia lat ma prawo poukładać sobie pasjansa i żeby się od niego odczepić z łaski swojej. Więc na razie zaniechałam działań doraźnych, ale obserwuję – tym bardziej, że kilka dni temu wieczorem zerwał się z krzesła, stwierdził że MUSI KUPIĆ CYRKIEL i wybiegł z domu. Wrócił za pół godziny faktycznie z cyrklem, ale cholera go wie – może wcześniej kazał kochance kupić cyrkiel, żeby mieć alibi? Naprawdę bardzo skomplikowane jest to wszystko.

A z seriali to oglądam serial nad seriale, tak cudowny że chce mi się płakać, że to tylko dwa sezony krótkich odcinków, bo każdy z nich to drogocenny kamień. A raczej naszyjnik z drogocennych kamieni – „Green wing”, za który dziękuję stokrotnie Zuzance. Wiem, że wszyscy dawno widzieli – ja dopiero teraz (za to widziałam późniejsze „Episodes” – duża część obsady jest z „Green wing”, a „Episodes” są dobre, ale nie tak odjechane). Oczywiście kocham się w Macu, który wygląda jak normandzki rycerz, ale Sue White też jest wspaniała (i bardzo zgrabna!).

No nic. Jak mnie szlag nie trafi przez ten mróz i śnieg, to w ten weekend obchodzimy Sylwestra.

O POGODZIE OBRZYDLIWEJ

Po pierwsze – jest zimno i bynajmniej nie jestem przepełniona miłością do świata, o nie.

Po drugie – prawie znalazłam coś, co miało dostarczać mi energii i wyprowadzić na człowieka, zamiast na sfilcowane ścierwo pod kocem, a mianowicie musujący plusz cośtam. Po rozpuszczeniu kolor koktajlu z żab, ale smak znośny i naprawdę miałam wrażenie, że działa – no, może nie od razu przemiana z leniwca w diabła tasmańskiego, ale powiedzmy w ichneumona wężojada. I tak sobie żyłam w małym obłoczku sukcesu aż do minionego piątku, kiedy to po powrocie z biura na chwileczkę usiadłam na kanapie, sprawdzić coś w telefonie. I obudziłam się godzinę później. To tyle w kwestii dostarczania energii przez tabletki musujące.

Po trzecie – z interesujących informacji – podobno większość patomorfologów zaświadcza, iż pijacy i alkoholicy mają śliczne, czyściutkie żyły bez żadnych złogów, jak noworodek. W temacie innych organów już nie są tak entuzjastyczni, ale tę analizę SWOT każdy musi zrobić dla siebie sam. Pozostawiam do przemyślenia.

Po czwarte – Netflix podetknął mi całkiem niezły serial o pani, która znienacka zadźgała nożem na plaży obcego mężczyznę. W zasadzie od razu miałam gotowe rozwiązanie zagadki, no bo tak: pracują razem w rodzinnej firmie teścia, mieszkają w domu obok i codziennie jedzą razem kolację, bo teściowa gotuje i lubi, żeby tak. Czy to nie jest wystarczający motyw do dźgania nożem kogo popadnie? Niestety detektyw (zmęczony i z problemami osobistymi, oczywiście) nie poprowadził śledztwa w tym kierunku, trochę jestem zawiedziona.

Głowa mnie boli od tej pogody i już.

O KOLEJNYM POCZĄTKU

A u nas na wsi, o dziwo, strzelali w tym roku mało i krótko. Nie no, OCZYWIŚCIE że fajerwerki o północy zostały odpalone, jak nie ma hałasu to nie ma zabawy, ale popukali jakieś pięć – siedem minut i spokój. W porównaniu z poprzednimi latami, kiedy grzmocili prawie godzinę i szału już dostawałam, było dość ulgowo.

Co prawda, następnego dnia tu i ówdzie doszli do wniosku, że mają niedosyt – zdenerwowałam się, otworzyłam okno i wrzeszczę „NO CO ZA DEBIL ZNOWU STRZELA!” i patrzę, jak N. robi ostrzegawcze miny i macha rękami. Okazało się, że to nasz sąsiad z naprzeciwka (z którym dwa dni wcześniej pili wódkę, że niby dwa bratanki). A co mnie to obchodzi – jak chce strzelać, to niech wie, co inni na ten temat myślą. 

Wczoraj przez całe popołudnie było mi niedobrze – naprawdę nie wiem od czego, bo nic nieświeżego nie zeżarłam (kłania się wrodzone lenistwo, dzięki czemu nie mieliśmy lodówki zawalonej resztkami po świętach, a wręcz poszłam do ciotki wyprosić słoik poświątecznej kapustki). Może to przez piękny noworoczny prezent od rządu dla wyborców, a mianowicie projekt ustawy stanowiący, że raz dać żonie w mordę to nie grzech (ale raz na ile – na rok? – dopytywał się N.). Nic dziwnego, że nawet Bałtyk dostał cofki (a co dopiero ja, marny robaczek). 

Przeczytałam Gretkowską „Poetka i książę” – jak się ktoś spodziewa krwistej sensacji na miarę listów do Przybory, to od razu mówię, że jej nie ma. Jest studium tamtych czasów, codzienności w Maisons – Lafitte i środowiska emigranckiego w Londynie (raczej niepochlebne). Co mnie u Gretkowskiej denerwuje, to dialogi – ona ma świetne obserwacje i skojarzenia, dosadny język, ale dialogi jak z wypracowania dyslektyka w piątej klasie. A teraz czekam na paczkę z Tezeusza… no dobra, już się przyznam – macie pojęcie, że w całej kolekcji Agaty Christie NIE MIAŁAM „Zabójstwa Rogera Ackroyda”? Ale wstyd. Ale już to nadrobiłam i do mnie jedzie – nie mogę się doczekać (czytałam, ale dawno temu i nic już nie pamiętam na szczęście).  

Obudziłam się w nocy przerażona – śniło mi się, że wystawiłam faktury i nie zmieniłam na nich roku! No nie no, ludzie – tak dalej być nie może. Czy w tym roku może WRESZCIE dostanę kontakt do miłego uczciwego handlarza psychotropami? Bo inaczej czarno to widzę.

O ŚPIĄCZCE I CHURCHILLU

W zasadzie na koniec roku to przyszłam się pożegnać, ponieważ od czterech dni boli mnie łeb, mam światłowstręt i na okrągło śpię. Czyli oczywiście zdiagnozowałam sobie encephalitis lethargica, tylko trudno będzie u mnie stwierdzić katatonię. Bo zazwyczaj niewiele się ruszam, więc jak tu przyjąć punkt odniesienia – od kiedy to choroba, a kiedy stan normalny?

A skąd miałabym podłapać wirusa? Oczywiście OD DZIECKA. Wiadomo, że najgorsze wirusy roznoszą dzieci, na ich ciepłych, wilgotnych łapkach zachodzą wszelkie zjadliwe mutacje i właściwie zamiast produkować broń biologiczną, powinno się zapraszać na występy do przedszkola. Dwa kółeczka „My jesteśmy krasnoludki” i po krzyku, każdy komandos padnie. 

Film o Churchillu widzieliśmy – bardzo mi się podobał. Gary Oldman (którego uwielbiam) tylko na pierwszy rzut oka nie do poznania pod charakteryzacją, a Kristin Scott Thomas za młoda (ona ma taką arystokratyczną urodę zatrzymaną w czasie); rzeczywiście sporo patosu, ale takie były czasy. No i miałam nadzieję na trochę więcej Churchilla w Churchillu, jak jedna ze scen, kiedy siedział w swoim loo i zadzwonił ktoś z Parlamentu – „Powiedzcie mu, że jestem na zamkniętym posiedzeniu i  mogę się zajmować tylko jednym gównem naraz”. NIe wiem kiedy minęły dwie godziny, jak dla mnie – mógłby mieć drugą część albo niech zrobią serial (ale koniecznie z Gary Oldmanem). 

A co do dzisiaj, to nawet N. się martwił, jak my wytrzymamy do północy. Piżamę elegancką mam już naszykowaną. Wszystkiego naj i jak najmniej strzelających o północy idiotów życzę.

O ZAJĘCIACH ŚWIĄTECZNYCH

Nie jest źle. Nie jest źle – wcale mnie nie odrzuca ani od kapusty, ani od śledzików, pierożka mojej siostry albo grzyba w cieście chętnie bym niezobowiązująco wciągnęła, jak też kawałek piernika. Nie mam wrażenia, jakobym się zderzyła z pociągiem towarowym pełnym kapusty i grzybów, a moja wątroba nawet nie zaczęła się pakować do podręcznego nesesera…

No chyba że moja diagnoza jest błędna i to wszystko oznacza, że właśnie jest BARDZO ŹLE, znikąd nadziei, puściły mi wszelkie hamulce i teraz zażrę się na śmierć, aż wybuchnę. To również jest możliwe. Nie wykluczam żadnej hipotezy.

A propos wybuchania – w święta uprawialiśmy głownie jedzenie i kinematografię i po pierwsze, z kultowych filmów christmasowych zaliczyliśmy „Szklaną pułapkę 2”. Tak właśnie. W plebiscycie John McClane kontra „Love Actually” wybieram McClane’a i wybuchające samoloty. Z różnych powodów, ale tu przynajmniej mam pewność, że nikt się nie przespał z kościstą wydrą.

Następnie był grany Tomek Cruise w „Mission Impossible: Fallout”. O dziwo, Tomek pozwolił sobie się nieco zestarzeć, odwrotnie niż Krzysztof Ibisz. Ponadto grał Alec Baldwin i za każdym razem jak się pojawiał czekałam, że powie cos śmiesznego albo przynajmniej zacznie udawać Trumpa – niestety, nie zrobił ani jednego, ani drugiego, a szkoda, bo jest świetny. Co do akcji… Cruise znowu dziwnie biega (tym razem po Paryżu), jedni ludzie udają innych i zdzierają gumowe maski, a prawie wszyscy biorący udział w akcji zostają zaczipowani, a poza tym – nuda, nuda, pościgi, detonatory, zaginione bomby i strzelaniny. Jest na horyzoncie nadzieja, że Cruise przestanie robić kolejne Misje?

A później obejrzałam „Anihilację” na Netflixie – całkiem niezłe SF z Natalie Portman. Podobało mi się, że wreszcie w kinie akcji poszedł na zwiad patrol złożony z pięciu bab. I nawet nie od razu się pokłóciły! A zakończenie miało ręce i nogi, chociaż bałam się, że pojadą metafizyką, ale nawet nie. Za to bardzo podobał mi się początkowy dialog Leny / Natalii z mężem, który nagle i niespodziewanie odnalazł się po roku (PO ROKU!) nieobecności. Ona do niego – gdzie byłeś, co robiłeś, jak dotarłeś do domu? A on – NIE PAMIĘTAM, TO NIEISTOTNE.

Od razu mnie kupili tym dialogiem – zupełnie jakbym ze swoim starym rozmawiała. On też nigdy nie pamięta gdzie był, jak wpada w czarną dziurę na kilka godzin, bo to przecież NIEISTOTNE. I to jest dopiero mission impossible, dogadać się z takimi, a nie tam – pluton. Pluton to każdy głupi znajdzie.

No i jesteśmy od rana w biurze i przyglądam się tej kupie na biurku, na którą odkładałam wszystko z komentarzem „A TO PO ŚWIĘTACH”. No i jest po świętach i kupa oczekuje, że KTOŚ się nią zajmie. Ratunku.

O AWARYJNYM SERNIKU

No więc w wigilijny poranek zepsuła mi się tortownica.

Chociaż w zasadzie ona już poprzednim razem była popsuta i wypadało denko, ale owinęłam folią i jakoś to było. Ale teraz już w ogóle ten klips na obręczy nie chciał się zamknąć, więc spędziłam uroczych kilka chwil wyciągając wszystkie możliwe foremki i naczynia żaroodporne i z linijką obliczając ich pole, żeby było zbliżone do tortownicy. No i sernik w tym roku będzie prostokątny.

Matko jedyna!… Prostokątny sernik i nieumyte okna!  Choinki też nie mamy, tylko jemiołę. Pierwsze lepsze koło gospodyń domowych by mnie wyekspediowało ze wsi na wozie z gnojem – mam nadzieję, że Mikołaj i Dzieciątko nie są aż tak przywiązani do detali. 

I w tym duchu życzę wszystkim, żeby nie przejmując się nieistotnymi pierdołami spędzili miło Święta – bez nerwów, bez polityki, z bliskimi, górą prezentów i pysznego jedzenia, w towarzystwie merdających ogonów. 

Buzi w noski!

O TYM, CO KOMU NA ŚWIĘTA

Co włączę radio, to leci reklama litorsalu na kaca – musującego i zapewniającego natychmiastową ulgę. Chyba agencja reklamowa ma sprecyzowany pogląd na to, jak będą wyglądać święta w sporej grupie rodzin w naszym pięknym kraju. (Nie chodzę na pasterkę, ale słyszałam że można się tam całkiem za darmo upić samym zapachem powietrza w kościele).

Na Netflixie rzucili „Akademię policyjną”! Przysięgam, że nie dalej jak dwa tygodnie temu gadałam z N., że ciekawe jak by się po latach oglądało Akademię (trochę dlatego, że oglądam sobie niezobowiązująco „Closer” i lubię tego starego drania Provenzę). I proszę – jak na zamówienie! Oni chyba nas NAPRAWDĘ podsłuchują. 

Natomiast podobno zaostrza się konflikt pomiędzy Kate i Megan. Komu kibicujecie? Ja oczywiście Kate. A skoro już jesteśmy w tych kręgach, to królowa Hiszpanii Letycja (też rozwódka i też był skandal, jak syn króla się z nią żenił, ale wyszła na ludzi) ostatnio nosi kiecki swojej teściowej sprzed ponad trzydziestu lat. Już przy trzech okazjach pokazała się w sukienkach królowej Sofii – no nie powiem, bardzo odważny projekt. Bardzo. Ale również bardzo w duchu najnowszych trendów zero waste i recyklingu. No i wiadomo, że naprawdę piękne kobiety mogą sobie na wiele pozwolić, jeśli chodzi o ciuchy; i że warto inwestować w klasykę i jakość.

A kolega N. wyznał, że nigdy nie jadł śledzia z jabłkiem. NIe słyszał w ogóle o takim sposobie na śledzia. JAK TO MOŻLIWE? Ludzie nigdy nie przestaną mnie zadziwiać.