O ŁĄCE

Otóż Grażyna Szapołowska oświadczyła podobno, że życie zaczyna się po sześćdziesiątce. Mało tego – mama Roberta Lewandowskiego też to potwierdziła i na dodatek się zakochała! Jak głosi mądrość ludowa – co dwie baby (mówią), to nie jedna. I skoro po sześćdziesiątce, to mam jeszcze trochę czasu (i poszłam się położyć na kanapie).

Wczoraj była u nas dość miła burza i deszcz – na szczęście, bo już się wszyscy topiliśmy jak świeczka od upału. Takie temperatury to ja lubię w Madrycie, kiedy od rana mogę zaparkować na winie w miłym, chłodnym barze. Niby nic nie stoi na przeszkodzie, aby u siebie w domu się napić wina o ósmej rano, ale jakoś tak się krępuję. Nie wiem dlaczego. 

Ale za to zakwitła mi łąka przed płotem. Jest to mój autorski pomysł, bo NIEKTÓRZY by najchętniej co drugi dzień golili każdy trawnik na wysokości dwóch centymetrów. Na początku wyglądała jak zwój chwastów, ale pewnego dnia cały bałagan zaczął kwitnąć i zrobiła się naprawdę piękna.

Trochę tylko mamy nadreprezentację widma niebieskiego i fioletowego, a nie wzeszły maki (a powinny) i mało jest rumianków. Ale i tak mi się podoba i już. Patrzę i się odstresowuję.

A po hiszpańsku łąka to „prado”. 

Kolejny raz okazało się, że skleroza nie jest taka zła – znalazłam kilka ładnych letnich kiecek, o których zapomniałam. A nawet jeden akt notarialny, ale to już zupełnie inna historia.

O TYM, ŻE PRZETRWAŁAM

Przez ostatnie prawie dwa tygodnie skupiałam się na PRZEŻYCIU kolejnego dnia.

Albowiem N. mnie zostawił samą jak psa (chociaż po prawdzie z psem) i wybujał ciężko pracować do Galicji. DO GALICJI. Hiszpańskiej Galicji, żeby to było jasne. I naprawdę codziennie miałam go ochotę UDUSIĆ sznurkiem do snopowiązałek, jak mi przysyłał zdjęcia – głównie z knajp, z biało – niebieskimi talerzami w celtyckie wzory. Popłakałam się tylko raz (kiedy był ten upalny dzień przed burzą, a Szczypawka nie mogła sobie znaleźć miejsca, a ja już nie wiedziałam jak jej pomóc – i mata chłodząca, i mokra ścierka, i nic nie dawało rady).

A w najdłuższy dzień roku rozdeptałam ślimaka. 

To chyba nie jest dobra wróżba.

Idę poszukać w internetach, jak odzyskać ZEN. Miałam ochotę szukać raczej w obszarze „najlepsze sposoby na pozbycie się zwłok”, ale to zwalczyłam. No dobra – przyznam się, tak naprawdę to odkryłam że Cortefiel wysyła do Polski i zamówiłam sobie dwie koszule z cieniutkiej bawełny i morderstwo chwilowo rozeszło się po kościach. CHWILOWO, zaznaczam. Nic nie jest wykute w kamieniu, tak?

Lato się zaczęło, a ja w czarnej dupie.

O SKARPETCE I TYM, JAK SOBIE NAGRABIŁAM

Pożyczyłam Zebrze na wyjazd walizki – kabinówki, bo jechali całą rodziną i nie mieli tyle sztuk. Po powrocie walizek wyciągam z jednej SKARPETKĘ, wyraźnie męską, więc informuję ją, że habeas corpus delicti i co ona na to. A ona na to, że dostała te walizki ze skarpetką i ze skarpetką oddaje! No faktycznie, po bliższym zapoznaniu ze skarpetką wydaje się być znajoma (wcześniej nie sprawdzałam zbyt dokładnie, bo jestem dobrze wychowana i nie zaglądam w zęby cudzym skarpetkom). No dobra – jak nasza, to przyjmuję ją do domu z otwartymi ramionami, jak młodego Amisza po tym rumpel… cośtam. Ale jeszcze się zapytałam Zebry, czy przynajmniej zabrali ją na wycieczkę? A ona, że NIE! Zostawili w domu na półce. Bez sensu. Mogli zabrać i robić jej zdjęcia w różnych ciekawych miejscach, jak krasnalowi Amelii. 

A poza tym to mieliśmy spotkanie klasowe z liceum (nie napiszę, ile lat po maturze, bo mi się słabo robi na samą myśl). No i cóż – dziewczyny się zmieniły bardzo mało, raczej każdą bym poznała na ulicy, natomiast panowie… Statystycznie ubyło im włosów, a przybyło kubatury – czyli per saldo jednak jakaś tam równowaga. Było sporo śmiechu i używek, ale najlepsze, że rano w dzień spotkania dotarło do mnie, co to za data. 

– Czy my dziś nie mamy rocznicy ślubu? – pytam się N. bardzo delikatnie, żeby go nie spłoszyć.

– Oooo, PAMIĘTAŁAŚ!

No więc on bardzo dobrze pamiętał i cierpliwie czekał, kiedy się zorientuję (żeby mnie opierdolić, oczywiście – bo on wiedział od razu, jak mu powiedziałam o planowanym spotkaniu, jakieś dwa miesiące temu). I zorientowałam się – w dzień imprezy! No przecież mówiłam, że o wszystkim ostatnio zapominam. O jego imieninach kilka dni wcześniej też zapomniałam i teraz jestem na indeksie i cały czas słyszę przytyki. W związku z tym, żeby nie przegiąć, to wróciłam do domu skandalicznie wcześnie, o jedenastej wieczorem, kiedy to wydarzenia dopiero zaczynały rozkwitać. No nic, mają wpaść koleżanki i opowiedzieć co było fajnego, ale raczej chyba wszyscy wrócili do domów w jednym kawałku, więc jakichś znaczących skandali raczej nie było. Czyli w sumie ominął mnie większy kac (chociaż i tak miałam, leciutkiego).

Więc teraz stąpam po cienkim szkle, żeby nie popełnić kolejnej fopy; najgorzej, że nawet porządnej awantury nie mogę zrobić, dopóki się nasz bilans karmiczny nieco nie wyrówna. No po prostu coś okropnego.

Z wiadomości bieżących: „Rosja. Myśliwy znaleziony martwy. Przygniótł go niedźwiedź, którego zastrzelił” – o, i takie wiadomości lubię (a tę to nawet podwójnie). Tak się powinny kończyć polowania, nawet na przepiórki.

O KARMIE ŚLIMACZANEJ

Susza się zamieniła miejscami z łaźnią parową. Dobrze, że jest ciepło i dobrze, że pada – tylko kurde pranie mi nie schnie od tej wilgoci. U nas nie może być nic pośrodku – zawsze albo przegięcie w jedną, albo w drugą stronę. Ale i tak kocham czerwiec i jego najdłuższe dni w roku; maj jest fajny, ale dla mnie to czerwiec jest królewiczem z bajki.

Jedyny minus tej sytuacji? Ciągle rozdeptuję ślimaki. Staram się patrzeć pod nogi, ale jak wychodzę ze Szczypawką pierwszy raz rano, to jestem bez szkieł i ten ślimak musiałby być wielkości… no, Szczypawki, żebym go zauważyła. Staram się chodzić tylko po kostce, nie zbaczać na trawnik, bo takie CHRUP!!!! pod crocsem oznacza, że będę miała spaprany dzień pełen wyrzutów sumienia i wewnętrznych przemyśleń. Uprzedzając zjadliwe komentarze –  TAK, złamałam się i kupiłam crocsy, mimo że przysięgałam że NIGDY tego nie zrobię (ach, ta moja konsekwencja). Są idealne do ogródka, ale i tak w życiu bym ich nie kupiła, gdyby jakiś SZATAN marketingu nie wymyślił, żeby zrobić model w stokrotki. No co mogę powiedzieć na swoją obronę – wzory w stokrotki działają na mnie prawie tak, jak Snoopy. 

Natomiast chwilowo najdłuższe dni w roku służą mi do ślęczenia nad… HBO rzuciło „Nip / Tuck” – o matko, O MATKO ja ja ten serial UWIELBIAŁAM – wyleczył mnie z chęci zrobienia liposukcji (mam nadzieję, że dożywotnio) i w ogóle był taki niesamowity i nowoczesny, i łamał tabu i w OGÓLE. No więc natychmiast się na niego rzuciłam i kurde, to nadal jest fascynujący, świetny serial – ale nie mogę się nadziwić, jak bardzo zmienił się świat (kurde, to już prawie dwadzieścia lat od premiery! KIEDY to zleciało?). Taki drobiazg, że prawie w każdym odcinku osoby poddające się operacjom plastycznym na życzenie przedstawiane są (delikatnie mówiąc) jako psychicznie niestabilne i mające problemy ze sobą. W porównaniu z dzisiejszym światem, gdzie pompują się gdzie tylko mogą już szesnastolatki, a osoby bez poprawek krawieckich po trzydziestce to chyba niedługo będą pokazywane w Muzeum Historii Naturalnej (a tam – wielkie halo, bo mama Julii chce sobie zrobić lifting). Albo stosunek do osób nieheteronormatywnych – dziś Liz po jednej rozmowie z Christianem wytoczyłaby mu taki proces o mobbing, że w ramach odszkodowania przejęłaby całą klinikę i jego zarobki na dwadzieścia lat naprzód. Że nie wspomnę już o słodkiej Sophii Lopez (która/y jest przecież patologiem u Brendy Johnson, bardzo fajnym zresztą – jak to patolodzy). Takie drobiazgi jak organiczna żywność jako coś super nowego to już tylko dodatkowe smaczki. W każdym razie – w kilku obszarach okno Overtona się znacząco przesunęło, czasem na lepsze, a czasem to nie wiem, czy faktycznie na lepsze (no – producenci silikonu nie narzekają). Christian by się załamał, że teraz botoks WE WSZYSTKO można sobie zafundować na każdym rogu, przy okazji zakupów w warzywniaku (organicznym oczywiście).

Znowu burzę zapowiadają. A kiedyś – jak jeszcze byłam niewinnom panienkom w domu przy rodzicach i kupowało się mleko w woreczkach – czyli dość wczesny paleozoik to był – jak przyszła burza, to mleko się zsiadło. W tych woreczkach. Teraz oczywiście nie mam w domu mleka, więc nie mogę powtórzyć eksperymentu, zresztą to dzisiejsze mleko chyba w ogóle się nie zsiada, więc burza mu niestraszna. Ale skoro mleko kiśnie, to ciekawe, czy np. ogórki małosolne można zrobić w GODZINĘ, nastawiając je przed samą burzą? 

A skoro będzie burza, to znowu wyjdą ślimaki. Czyli muszę uważać, żeby nie pogarszać mojego bilansu karmicznego (który i tak nie jest rewelacyjny, obawiam się, niestety).

O ZIELENINIE W ZASADZIE

Oczywiście, że ŻRĘ, za kogo mnie macie w ogóle. Tym bardziej, że jest młoda kapusta i kalafiory, i ziemniaczki z kefirem (przepraszam wegan) (a właśnie – zjadłam Grycana lody wegańskie, truskawkowe, i ja przepraszam, ale nie; sto razy wolę sorbet). Ale nie czuję jesieni, bo dni są długie; natomiast czuję owszem wkurw, że ciągle w tym zimnie piec się odpala – to już będzie chyba ósmy miesiąc ogrzewania. Naprawdę szlag może człowieka trafić na myśl o tych cholernych rachunkach. I nawet już nie wspomnę o kieckach i sandałkach, na które ciągle jest za zimno, ech.

Moją okolicę opanowało ogrodnictwo – na przykład, jeden sąsiad rozdaje sadzonki pomidorów i twierdzi, że to odmiana HISZPAŃSKI KARZEŁ. No więc oczywiście od razu mam przed oczami Velazqueza. Drugi z kolei zagaduje do N. „Panie sąsiedzie, czy ja mogę te pana pokrzywy wziąć?” – a pokrzywy mamy bardzo zacne, jak młode baobaby. Sąsiad twierdzi, że trzyma je w beczce z wodą żeby zgniły i podlewa tym pomidory, które to UWIELBIAJĄ (ba – gnojówka z pokrzywy palce lizać!). Ja z kolei widziałam patent ze skórkami bananów – żeby je potrzymać w wodzie dzień – dwa i tym podlewać (tylko nie wiem, czy hiszpański karzeł lubi banany). 

W tym zielonym szaleństwie wyświetliła mi się reklama idealnej roślinki dla mnie – nie ma korzeni, nie potrzebuje doniczki, w zasadzie niczego nie potrzebuje, wystarczy jej że wisi na sznurku i żywi się powietrzem. I w dodatku nazywa się OPLĄTWA – prawda, że pięknie? Więc gdybym kiedyś planowała przygarnąć roślinkę, to tylko oplątwę. Ale na razie nie planuję, bo zielenina uprawiana przez N. mnie osacza ze wszystkich stron i wylewa się z doniczek.

Z seriali to przypomniałam sobie o „Jak zdrówko?” („Getting On”) na HBO – nie widziałam trzeciego sezonu. To jest ukryty klejnot, ten serial – aż nie do wiary, że amerykański, i to z jaką obsadą! Tylko szkoda, że taki krótki, ale te najlepsze zawsze są za krótkie. Na zmianę płaczę ze wzruszenia i ze śmiechu (albo i naraz), a środowisko naukowe jest pokazane TAK PIĘKNIE, że każdy kto kiedykolwiek się przynajmniej otarł o jakikolwiek instytut naukowy na pewno to doceni. 

A na Netflixie wsiąkłam w… dobra, przyznam się, chociaż w ogóle nie wiem jakim cudem przyszło mi do głowy, żeby to odpalić! „Pracujące mamy” – w końcu ani ze mnie mama, ani karierowiczka i jak sam tytuł wskazuje, powinnam się trzymać na odległość kija od szczotki. A, już wiem! Bo to kanadyjski serial, a ja uwielbiam kanadyjskie klimaty i aktorów. No kurde, przez pierwszy sezon miałam ochotę porąbać siekierą na kawałki wszystkie bohaterki pierwszoplanowe oraz drugoplanowe, o jak bardzo – zaczęłabym od matki długowłosej brunetki. Natomiast od drugiego sezonu jakoś tak NADAL mam je ochotę porąbać, ale się wciągnęłam, kurde. Marzę o tym, żeby ktoś zrobił crossover episode „Pracujące mamy” i „Chłopaki z baraków” (no co, mogłyby pojechać na weekend do trailer parku).

Z informacji codziennej urzekła mnie ta o katechetce, sprawdzającej dzieciom kanapki w piątek i nakazującej wyrzucić te z wędliną. Oczywiście baba powinna być wykąpana w beczce w której gniją pokrzywy, żeby sobie przemyślała wpierdalanie się ludziom w kanapki (i w zasadzie w cokolwiek), ale jest też druga strona medalu – sklepowe wędliny u nas są niejadalne, śmierdzą i mają w składzie nie wiadomo co. Więc w sumie to nawet mogła wyświadczać tym dzieciom przysługę (chociaż i tak bym ją dała do beczki z pokrzywami, prewencyjnie – kiedyś byłam pacyfistką, ale od jakiegoś czasu mi przeszło – nauczyłam się, że z pewną grupą ludzi kontakt na poziomie dyskusji czy jakichś argumentów słownych nie wchodzi w grę, toteż albo całkowite unikanie, albo beczka z pokrzywami bo nie będę sobie ryja strzępić).

Jeśli chodzi o japońskie i koreańskie filmiki kulinarne, to chyba dotarłam do końca internetu – a mianowicie, w jednym filmiku pan mieszał te przezroczyste ryżowe kluski ŁOPATĄ W WANNIE. Jak to zobaczyłam, to doszłam do wniosku, że WYSTARCZY – enough is enough. Czas sobie zrobić przerwę. Koniec z koreańskim jedzeniem do odwołania.

O TYM, CO TAM AKTUALNIE

Drogi Pamiętniczku, ostatni tydzień nie obfitował co prawda w jakieś galopujące dramaty – i bardzo dobrze, ja lubię, jak jest nudno – ale mimo wszystko coś niecoś się jednak działo. Przykładowe zagadnienia wybrane zgodnie z niejasnymi kryteriami i preferencjami osobistymi:

1) Są ludzie – dorośli, pełnoletni – którzy oglądają Eurowizję na serio i traktują w kategoriach PRZYJEMNOŚCI. I potrafią powiedzieć, kto śpiewał w poprzednich Eurowizjach, podczas gdy moja wiedza skończyła się w okolicach Abby (o pardą, wiem że jeszcze były Edyta Górniak i Conchita Wurst). No cóż, umówmy się, że nasze gruczoły przyjemności zlokalizowane są po prostu w zupełnie innych miejscach – moje np. nie docierają do obszaru festiwali lub aquaparków i już. 

2) W sobotę, chyba przez ten wiatr, wypadł z gniazda jeden szpaczy nielot. MIał szczęście, że natrafił na N., który natychmiast zorganizował drabinę i mnie i z powrotem go w tym gnieździe umieścił (z przygodami oczywiście – mianowicie jego brat się wystraszył i wyfrunął i też go trzeba było ścigać po trawniku i wtykać z powrotem). Chyba się udało go ponownie zainstalować, bo drą się zupełnie tak samo, jak przed wypadkiem.

3) Wszyscy oszaleli z sadzeniem kwiatków, a moja ciotka upolowała coś przepięknego – stokrotkę afrykańską w kolorze pomarańczowo – ceglastym. Zachwyciły mnie i też chciałam sobie kupić takie do doniczek, ale okazało się, że w nasyconych kolorach już nikt z lokalnych kwiaciarzy nie ma – zostały im resztki i to jakieś blade. I ja się pytam, dlaczego mi nikt mi o nich nie powiedział wcześniej! Uwielbiam stokrotki, rumianki i margerytki i normalnie w przyszłym roku obsadzę nimi wszystkie doniczki, jeśli tylko zdążę je dorwać. Ciekawe, czy zimują (u mnie na przykład mini goździki w doniczkach przeżyły już trzecią zimę – są nie do ruszenia, mają mnóstwo pączków i właśnie zaczynają kwitnąć; takie zawzięte – kiedyś bym powiedziała, że są jak ruskie wojsko, ale jak wiemy przenośnia ta straciła na aktualności).

4) Podobno na Netflixie jest bardzo dobry szwajcarski serial z życia wyższych sfer – coś jak „Moda na sukces”, tylko rozgrywa się w kręgach hodowców krów. Nie powiem, czuję się zaintrygowana i chyba obejrzę!

5) Naleśniki ze zwykłej mąki są lepsze, niż ze specjalnej mąki na naleśniki, bo ta druga zbija się w grudy. Moja koleżanka jest zdania, że wydziwiają z tymi mąkami i prawdopodobnie ma rację. A jeszcze a propos mąki i wyrobów z niej – pasjami oglądam japońskie i koreańskie filmiki o gotowaniu i pieczeniu, nie mogę się od nich oderwać. No i numer polega na tym, że w japońskich piekarniach do wyrabiania chleba czy ciasta drożdżowego wlewają do tych wielkich mikserów LODOWATĄ wodę. Czasem nawet z kostkami lodu. Nie jak u nas, że najpierw ciepłe mleko czy woda z cukrem, żeby drożdże ruszyły, nie – na etapie wyrabiania ciasta ma być lodowata. Bardzo ciekawe.

6) Od tych zmian pogody ciągle mnie łeb boli. 

7) Truskawki przenawożone, ale za to młoda kapusta przepyszna.

To chyba tyle (plus wkurw na rząd, ale to nieustająco i nie ma się co powtarzać). Kusi mnie ten serial o hodowcach krów.

O TYM, CO KOMU DOLEGA

W głębi mojego czarnego serca muszę przyznać, że lubię nasz polski maj. Wszystko kwitnie, pachnie. W dwóch miejscach w ogródku mamy małe szpaczki, a po okolicznych łąkach chodzą bociany. A po łazience chodzi pralka (nie tylko w maju, niestety).

A Szczypawka ma proteus mirabilis. To znaczy – ona cała jest absolutnie mirabilis, ale w tym przypadku chodzi konkretnie o psi pęcherz moczowy i bakterię gram ujemną, urzęsioną. Dobrze, że coś mnie tknęło żeby złapać ten mocz (chodzenie za psem z dużą łyżką do mieszania w garnku i pojemnikiem na mocz – niedoceniana rozrywka) i proszę, wyszedł posiew jak ta lala. Więc na razie nie wisi nad nami widmo karmy z much (nie ukrywam, że trochę mi ulżyło). Nie wiem co prawda, czemu objawami zakażonego pęcherza u niej jest sraczka, no ale jest i handluj z tym.

Pozostając w temacie.

W zeszłym tygodniu przez dwa dni miałam zatkane uszy – takie fest zatkane, jak przy lądowaniu, i słyszałam jakbym miała na głowie wiadro. No ogólnie niefajnie, ale na szczęście przeszło mi po tylenolu. No i już z odetkanymi uszami słucham sobie w sobotę, jak N. rozmawia z naszymi przyjaciółmi z Galicji. Którzy – TAK SIĘ SKŁADA – że od razu po wyjeździe z nami zachorowali na COVID! Obydwoje. Równiutko od razu tego dnia, kiedy wrócili. No i słyszę że mówią, że już im lepiej, chociaż jeszcze nie wrócił im całkiem smak i zapach, a M. miała przez tydzień ZATKANE USZY.

No to mnie pocieszyli, doprawdy. Można mieć covid z jednym jedynym symptomem? Kurde faja.

Wyszła biografia Peggy Guggenheim, trzeba by zamówić. No chyba że ogłuchnę, to wtedy będę miała inne zmartwienia na głowie, niż romanse Peggy z cudzymi mężami. 

O TYM, JAK POTRAFI DZIAŁAĆ MÓZG

Normalnie na bieżąco zapominam jakieś 95% rzeczy, o ile ich natychmiast nie zrobię albo nie zapiszę. Bez zapasu karteczek post it jestem jak zaginiona cywilizacja.

ALE – potrafię się obudzić w środku nocy, ponieważ mój mózg właśnie sobie przypomniał, że jak dwa tygodnie temu przepakowywałam się z jednej torebki do drugiej, to w tej pierwszej zostawiłam DŁUGOPIS w bocznej kieszonce. I środek nocy dwa tygodnie później to jest znakomity moment, żeby mi to uświadomić i żebym poszła wyjąć ten długopis, bo on się tam – nie wiem – czuje samotny? Bo nie, że go potrzebuję – mam trzysta pięćdziesiąt tysięcy długopisów, z czego jakieś osiemdziesiąt cztery w aktualnie używanej torebce.

I tak oto działa mój mózg ostatnio. Chociaż może nie powinnam narzekać, dopóki pamiętam jak się nazywam i żeby rano wstać, umyć zęby i się ubrać.

Na jutro zapowiadają pogodowy armageddon – w końcu już chyba od pięciu dni było ładnie i ciepło, więc WYSTARCZY, bo się ludziom w dupach poprzewraca z dobrobytu. A Szczypawka znowu ma dolegliwości sraczkowo – jelitowe, więc jestem zmartwiona, zła i niewyspana. 

Normalnie bym komuś urżnęła łeb na poprawę humoru. Jak słucham tych podcastów kryminalnych, to mnóstwo, NAPRAWDĘ mnóstwo ludzi znika bez śladu i nigdy się nie udaje odnaleźć ich ciał, więc dlaczego by nie spróbować, hę?

O MAJÓWECZCE

No więc byliśmy przez kilka dni w uroczym domku nad jeziorem w okolicy zgoła mało turystycznej, a mimo to na brzegu jeziora było pełno śmieci. Czyli naśmiecili miejscowi, sami sobie -człowiek to jest jednak przedziwna istota (N. mówi, że w Czechach jest pozornie bezsensowny system opłat za śmieci – płaci się tym mniej, im więcej śmieci się wyrzuca). N. zachowywał się skandalicznie podczas gier towarzyskich, a w każdej knajpie pakował mi do torby saszetki z cukrem (nie wiem po co, bo w chatce mieliśmy pełno cukru).

A w ogóle wyjazd zaczął się naprawdę wspaniale, bo N. przez trzy dni pakował delikatesy do zabrania – sardynki, tuńczyka, marynaty w słoikach – po czym CAŁE WIELKIE PUDŁO z zawartością ZOSTAŁO W GARAŻU. I zamiast wytwornie zakąszać wino kanapeczkami z pasztetem z sardynek, to mieliśmy w menu kiełbasę. Może dlatego był taki drażliwy przez cały wyjazd.

Po kilku czarujących wieczorach i kilku awanturach (już nie wspomnę o N., ale np. pokłóciliśmy się o majonez – czy z całego jajka, czy tylko z żółtka) wróciliśmy do domu, a tam:

– gmina bardzo przeprasza, ale do końca tygodnia przewidziano planowe wyłączenia wody na cały dzień, oraz

– przyszła ekipa stawiać płot, na który upadły drzewa podczas huraganu.

Więc popołudniami ja jestem wściekła, bo nie ma wody; Szczypawka jest wściekła, bo chodzą po JEJ OGRÓDKU jakieś typy, którym ona nie udzieliła zezwolenia, a teraz musi sikać w ich obecności. N. głównie nie ma, bo ma dużo różnych spraw, ale jak jest – to jest wściekły, bo mu panowie od ogrodzenia połamali winogrono i rozjechali trawnik.

I znowu PGE przysłało mi taryfę z nowymi cenami energii. Mam wrażenie, że co dwa tygodnie ostatnio przysyłają.

Zna ktoś może nazwę naukową takiej fobii, że człowiek się boi zostawić w hotelu albo wynajętym domku używaną bieliznę? Bo zawsze po powrocie bardzo nerwowo liczę gacie i skarpetki i oblewam się zimnym potem na myśl, że tam zostały/a i ktoś je ZNAJDZIE. (W jednym hotelu w Brukseli koleżanka znalazła brudne majtki W SEJFIE i wszystkich zapraszała, żeby je sobie obejrzeli).

A wczoraj wieczorem myślałam, że będę miała atak serca, bo jakoś tak zrobiło mi się duszno i nie mogłam oddychać… ale okazało się, że to przez „Reamde” opierające się na moim mostku. Przesunęłam, podparłam kołdrą i zawał sam przeszedł.

O tematyce bieżącej wolę nie myśleć i nie wypowiadać się, bo mnie prawdziwy szlag trafi i nie dokończę tego „Reamde”.

O SAMOLOCIE I BUTACH – ZGODNIE Z ZAMÓWIENIEM

No jak to, skąd wiedziałam że samolot leciał prosto na nas? Wyjrzałam przez okienko i LECIAŁ PROSTO NA NAS. W kierunku naszego samolotu (znaczy, Ryan Air samolotu oczywiście, ja tam tylko podnajęłam miejsce). Ale nie tak jak na filmie „Top Gun”, tylko wolniej, spoko. Nie wystraszyłam się, chociaż może powinnam. No i zanurkował pod nami, a N. powiedział „Patrz, patrz!” i wylał na mnie wino. Tak to się odbyło. 

Też uważam, że z terminem trafiliśmy jak świni siodło, bo nerwówę teraz bym przypłaciła wylewem, jak nic. I tak od rana do wieczora przeklinam, jak tylko zerknę do serwisów informacyjnych, a jeszcze jak bym siedziała na gorącym kartoflu z wykupionymi biletami, po dwóch latach prohibicji, to… Nie, nie chce mi się nawet myśleć na ten temat. 

Co do butów, to w sumie ostatnie kupiłam chyba w zeszłym roku zimą – botki – i okazały się WEGAŃSKIE. Są ładne i wygodne, a na dodatek mogę je zjeść z czystym sumieniem. A, no i jeszcze włochate kapcie w Sinsay – chyba również wegańskie, bo sam plastik (czy plastik jest wegański?). Też fajne, bo śmieszne i ciepłe, ale raczej ich nie zjem, bo się zakrztuszę futerkiem.

Doczytałam o tej pokrzywie morskiej, która po polsku okazała się ukwiałem – to ten krzaczek, w którym siedział Nemo – a rzeczony ukwiał jest ZWIERZĘCIEM. Byłam przekonana, że jem krokiety z morskiego szpinaku, a to było zwierzątko!… Co prawda zielone i o smaku szpinaku, ale jednak. Jak to trzeba uważać na każdym kroku i nie ufać hiszpańskiej terminologii!

A propos terminologii, to właśnie mamy z koleżankami na tapecie rzeczownik „szpieżka”. Ja wiem, że teraz everybody feminatywy i ewolucja języka, ale „szpieżka”? Jak już koniecznie, to nie lepsza „szpiegini”? Poza tym chciałam zauważyć, że znowu nasi przodkowie (i przodkinie) spieprzyli (i spieprzyły) sprawę – nie dość, że klimatycznie mamy w plecy, geopolitycznie mamy w plecy (między Rosją a NIemcami, kurde faja), to jeszcze językowo! A wystarczyłoby, żeby w języku były przedrostki i byłby el szpieg, la szpieg i po problemie. A nie, że się trzeba gimnastykować. 

Z seriali to znalazłam na HBO brytyjski „Zaufaj mi” (fajny, ale potwornie się denerwuję!) no i oczywiście „Julia” – o Julii Child, niby amerykański, ale Julię gra ta urocza, duża brytyjska aktorka z „Happy Valley” (też bdb serial i chyba był na Netflixie, ale zniknął? Dlaczego Netflix wywala dobre seriale i zostawia same beznadziejne?) (no dobra, Russian Doll wrzucił drugi sezon, ten był akurat dobry).

A w ogóle to niby zimno, ale na Szczypawki posłaniu znalazłam wczoraj osę – na szczęście niemrawą, ale stres był. 

Czy ktoś może ma sprawdzoną stronę internetową, na której można zamówić rzucenie klątwy? Bo znalazłam jedną, ale klątwa pięć stów za (chyba) jedną osobę, to przecież zbankrutuję.