O TYM, ŻE JEDNAK GŁUPI MA SZCZĘŚCIE

No więc NIE NERKI.

O rozmiarze mojej desperacji niech świadczy fakt, że POSZŁAM DO LEKARZA. No – na USG, bo w końcu bez przesady, nic inwazyjnego nie wchodzi w grę, ale POSZŁAM. Wysmarował mnie galaretą od mostka do bioder i okazało się, ze nerki mam czyściutkie jak niemowlę. A co się nałykałam ziołowych proszków i opiłam wody, to na zdrowie, taki detoks noworoczny. Zresztą może miałam jakąś miniinfekcję pęcherza, ale ją ubiłam. Podobno takie objawy daje kręgosłup w odcinku lędźwiowym. A zwyrodnienie kręgosłupa to teraz ma KAŻDY.

Najbardziej zazdrosny jest N., który podsłuchiwał pod drzwiami i wyrwał mi z ręki opis USG, jak wychodziłam i teraz mi jadowicie wypomina. Bo na dodatek mam czyściutką wątrobę i woreczek żółciowy. HA HA HA – potrójne frytki z McDonalda i grzyby w śmietanie SILWUPLE! Oraz okazało się, że jego teoria jakoby zaszkodziła mi herbata w ilości 20 kubków dziennie nie sprawdziła się. Ale chyba najbardziej zazdrości mi tej wątroby.

No cóż, po prostu sprawdza się stare dobre przysłowie o tym, że jak człowiek po czterdziestce budzi się rano i nic go nie boli, to znaczy że nie żyje. Oraz – zrozumiałam hipochondryków, że WIERZĄ w to że chorują. Jak sobie wkręciłam te nerki, to miałam wszystkie objawy za wyjątkiem ostrej kolki (na szczęście!).

Całe szczęście, bo nie mogę już patrzeć na wodę z żurawiną. Czas wrócić do żywych, do mocnej herbaty i do niusów w internetach, bo mam zaległości (ostatnio zawiesiłam się na informacji, że nie istnieje coś takiego jak dziecięce porażenie mózgowe, to tylko Żydzi zamieniają dzieci w szpitalach) (aaaa! i jeszcze jak jedna pani zmieliła w młynku choinkę świąteczną i teraz ją ZJADA po trochu).

Gdybym lubiła wódkę, to bym z tej ulgi wypiła całą flaszkę i spadła pod stół, jak słowo daję. Z winiem nie ma odpowiedniego efektu.

 

PS. No i odetchnęłam, że moje torebki są bezpieczne. Jeszcze przez jakiś czas.

PSPS. A, i jeszcze że żółwie potrafią oddychać tyłkiem.

 

O LOSIE, LOSIE

No i tak. Chwilami wydaje mi się, że już jestem zdrowa, a chwilami że umieram i żeby tylko ta zdzira, z którą ożeni się mój mąż po moim zgonie, nie dotykała moich torebek.

A najlepsze, że jak się nałykam nospy i przestaje mnie boleć, to zaczynam się zastanawiać – NA CO ja narzekałam, kiedy nic mnie nie bolało? Czego się czepiałam, o co mi w ogóle chodziło? Gdybym tylko mogła, to kopnęłabym w dupę siebie z wtedy – głupią babę, która nie wie jakie ma luksusowe życie.

Chociaż najbardziej w tym tygodniu bolał mnie ZUS (na nowe konta! Chciałabym żeby cały Sejm dostał świerzbu). A jeszcze żeby było weselej, jak rano wyjeżdżaliśmy do biura, to czekałam w samochodzie ze Szczypawką na N., który zamykał chałupę. Załączył alarm, zatrzasnął garaż, podchodzi do samochodu wyluzowanym krokiem i oznajmia:

– A klucze zostały w środku.

KLUCZE. DO. DOMU. ZOSTAŁY. W. DOMU. POZAMYKANYM. Z. ZAŁĄCZONYM. ALARMEM.

Jeszcze nie zdążyłam złapać się za serce, jednocześnie intensywnie planując włamanie do własnego domu, żeby narobić jak najmniej szkód (przez komin???) – N. z miną Houdiniego wyciągnął ze schowka w samochodzie ZAPASOWY komplet. W eleganckim etui. Nie wiem, jakim cudem tam były, bo zwykle są dobrze schowane w szufladce w przedpokoju, żeby nie zginęły. On chyba chce mi skrócić męki i zabić mnie szybko a humanitarnie, bo taki zawał serca nawet jak boli, to zaraz traci się przytomność i nie sponiewiera tak, jak nerki.

Zawsze powtarzałam, że człowiek niepotrzebnie ma w sobie tyle bebechów. Najlepiej byłoby być stułbią. Albo amebą. Słyszał ktoś o niezadowolonej amebie?

O TYM, CZYM SIĘ ZAJMOWAŁAM PRZEZ OSTATNIE TRZY DNI

O panie, ale się rok zaczął, no więc podejrzewałam te nieszczęsne winogrona, następnie jajnik, że mnie szarpie…

A TO NERKI.

W sumie nie wiem, czemu się dziwię, bo u mnie w rodzinie z nerkami były problemy z obu stron. Szklanka z fitolizyną wjeżdżała na stół tak samo regularnie, jak herbata z ciastem, więc tyle dobrego, że wiedziałam po co N. wysłać do apteki.

(A po drodze jeszcze zdiagnozowałam sobie zapalenie uchyłków, perforację jelita, guza trzustki i półpaśca, bo w pewnym momencie skóra zaczęła mnie boleć. Jak człowiek kiedyś żył bez seriali medycznych, to ja nawet nie).

No więc żrę fitolizynę, rowatinex i nospę (jakie to szczęście, że zrobili fitolizynę w tabletkach, dawniej była tylko w paście, dość ohydnej w smaku, jak to ziółka) i – nie da się ukryć – sikam jak opętana. Najgorzej, że nie mogę się położyć i odespać, jak normalne chore zwierzę, przez to cholerne sikanie. Nawet sens życia przestał mnie martwić chwilowo, a raczej jego brak, bo ciągle chce mi się siusiu. I czuję się usunięta z życia publicznego, bo jak tu brać udział w aktualnej debacie – Lewandowska czy Stochowa – jak się w kółko lata do łazienki? Ech.

No dobra, z tym życiem publicznym to żartowałam – wiadomo, że nawet zdrowa i cała na biało niechętnie wychodzę z nory. Ale z sikaniem niestety nie.

A najgorsze, że N. się uparł, że to na pewno przez herbatę i powiedział, że jak TYLKO ZOBACZY, że piję herbatę, to mnie zleje. Już naprawdę wiecie co, żebym przynajmniej przez wódkę i narkotyki podupadła na zdrowiu, ale nie, kurwa nie – PRZEZ HERBATĘ. Wszystko przez to, że prawie przez całą podstawówkę matka mnie czesała w dwa warkocze – taki image się ciągnie za człowiekiem przez całe życie. Nie zróbcie tego swoim dzieciom!…

PS. W związku z powtarzającymi się sugestiami informuję, że TAK, MAM JUŻ TE SZTYBLETY z wyhaftowanym jamnikiem (po pół jamnika na każdym bucie). W wersji zielonej. I bardzo, bardzo proszę mnie nie informować o kolejnych butach z jamnikami, bo w końcu stary mnie wyrzuci z domu, a jest dość chłodno, a mnie bolą nerki. Z góry dziękuję.

 

O WREDNYCH WINOGRONACH

Nie żaden gluten, tylko oskarżam jednak winogrona. Żakiuz! Bolały mnie jelita trzy dni i N. też. Już się martwiłam, że trzeba będzie pożyczać trokar od naszego kochanego weterynarza i zrobić z tym porządek. Nie wiem, czy faktycznie były niedojrzałe i sztucznie podpędzone w dojrzewalni, czy zwyczajnie złośliwe. W każdym razie przez dwa dni jadłam tylko przypalone tosty (o, jak mnie zdenerwował ten odcinek Black Mirror, w którym pretensjonalna baba odsyła tosty, bo są LECIUTKO przybrązowione, bo ona jada tylko całkiem jasne – po co robić tosta, jak nie jest cały brązowy i o aromacie węgla? Taki jasny to nawet porządnie nie chrzęści – ludzie nie wiedzą, co dobre).

A dziś czytam, że plantator truskawek spod Kielc jest oskarżony o zabójstwo osiemnastu osób. A nie mówiłam? Na owoce trzeba uważać. Gluten jest moim przyjacielem, tak samo jak masło (ogólnie tłuszcz) i wino. A surowe owoce to podstępne skurwysyny.

Natomiast oglądam fantastyczny serial na Netflixie – „Modliszka”. Kryminalny, ale francuski. Bohaterką wokół której wszystko się kręci jest kobieta, która zamordowała ośmiu facetów, którzy ogólnie rzecz biorąc byli NIEMILI (przemoc domowa, kazirodztwo, takie typy), przyznała się do tego i od dwudziestu pięciu lat siedzi w więzieniu. No i pokazali, jak ona w tym więzieniu siedzi. Ludzie, ja chcę do więzienia!

Izolatka, telewizor, internet, czajnik elektryczny, jakieś książki tez leżały, tapczanik, biureczko. Ona zadbana, w świetnych ciuchach, dobrze obcięte włosy… Jako, że to francuskie więzienie, więc podejrzewam, że żarcie dostaje dość atrakcyjne (chociaż sosy mają przyciężkawe). Naprawdę, nic tylko jechać do Francji, trochę pomordować i człowiek jest ustawiony do końca życia. A żeby przysłużyć się przy okazji społeczeństwu, to proponuję wybierać na ofiary polityków – prawdopodobieństwo trafienia na uczciwego człowieka wśród polityków jest tak mikre, że w zasadzie pomijalne.

Czyli do zapamiętania na przyszłość: winogrona spożywać wyłącznie po kwarantannie w dębowych beczkach. Inaczej niejadalne.

 

PS. We frazach z wyszukiwarki prowadzących na nowego bloga (starego, ale w nowym miejscu) pojawiły się „gołe dupy”. No to chyba już całkiem jesteśmy w domu.

 

O ESPUMISANIE I WIDELCACH

– Wiele espumisanów później… –

No dobra, żarty żartami – ale ile może człowieka boleć CAŁY PRZEWÓD bynajmniej pokarmowy, skoro tak naprawdę przeżarłam się tylko w Wigilię? No dobrze, spożyłam później kawałek indyka, który składał się w 40% z indyka oraz 60% klarowanego masła, bo własnoręcznie go piekłam i taki indyk mi najbardziej smakuje. A w Sylwestra zjadłam tylko dwanaście winogronek i kawałek sera pleśniowego na zagrychę po surowiźnie – może faktycznie, pleśniowe sery o północy nie są najlepszym pomysłem, ale bez przesady!

Wszyscy wczoraj się zataczali ze śmiechu – o przepraszam, z entuzjazmu – nad „Koroną królów” (to ilu tam królów przypada na jedną koronę – reglamentacja jakaś jest?) – słyszałam, że opływa w poliestry i znakomite dialogi, a nawet podobno była jedna goła damska dupa i jedna PRAWIE. Natomiast mnie zafrapował inny nius, z podkarpacia: otóż jeden pan poszedł do burdelu (nazywajmy rzeczy po imieniu), miał zastrzeżenia do usługi i chciał zwrotu forsy, co tak zdenerwowało panie profesjonalistki, że wbiły mu w penisa trzy plastikowe widelce.

JAK? Jak one to zrobiły, ja się pytam???

Przecież plastikowym widelcem nie da się czasem udziabać sernika, jak trafi się taki bardziej zwięzły  (a jak jeszcze ma polewę, to już w ogóle). Może, MOŻE przy dużych nakładach dobrej woli, wielu próbach i dobrym kącie natarcia da się plastikowy widelec wbić w parówkę. Ale nie taką w prawdziwym flaku. I TRZY? Musiały mieć idealną synchronizację. Ludzie, co się na tym świecie dzieje. A ja się martwię, że już nic nowego mnie nie czeka – niepotrzebnie, niepotrzebnie.

No i czytam tego Miłoszewskiego, bardzo fajny pomysł i naprawdę dobrze pisze, ale super wciągające kawałki są przeplatane takimi jakimiś, że mam wrażenie jakbym szorowała dupą po piasku. Taki trochę nierówny jest. Ale tych dobrych kawałków jest więcej.

A z postanowień noworocznych to przewinęło mi się cichutko „A może byśmy zrobili remont łazienki?”, po czym go sobie wyobraziłam… Nie ma takiej usługi, żeby uśpić człowieka i obudzić po remoncie?

 

O WIESZANIU ZASŁON

W tym roku byłam bardzo precyzyjna, jeśli chodzi o list do Mikołaja i zażyczyłam sobie zasłon z pięknego, nowego żyrardowskiego lnu.

Podobno to jest specjalna zmiękczana tkanina, której nie trzeba prasować. Uhm, zobaczymy. Każdy, kto prasował len wie, jakie to fascynujące przeżycie.

W każdym razie – po świętach pojechaliśmy do Świnoujścia je powiesić. No więc po pierwsze – nie byliśmy w stanie nic jeść, żadnych zwyczajowych specjałów. Ani pieczonego kurczaka, ani kotletów rybnych, ani domowych pączków, które pachniały na całą uliczkę przy Placu Słowiańskim, a mój zszargany organizm ostrzegał „Nawet mi się nie waż SPOJRZEĆ w tamtym kierunku!”. No i tak.

Po drugie – doszłam do wniosku, że gdybym na stałe mieszkała w Świnoujściu, to bym była bardzo szczupła od ciągłych spacerów po plaży oraz miałabym skórę praczki od leżenia w wannie. Robiłam sobie pianę pod sufit, a N. pokazywał Szczypawce, jak pańcia już całkiem sfiksowała oraz odmówił używania żelu do kąpieli z murumuru, gdyż nie miał do niego zaufania. Niestety, w piątek na plaży oberwałam zimnym i mokrym wiatrem w pysk – okazało się, że nie zawsze jest tak romantycznie jak byśmy chcieli, z tym chudnięciem to też nie do końca wiadomo, no i postanowiliśmy wracać, skoro zasłony już wisiały.

Wstąpiliśmy pospacerować do małych, niemieckich miasteczek (N. chciał zrobić zakupy w lokalnym sklepie wędkarskim, ale był zamknięty, bo godziny otwarcia to 10 – 12.30 oraz 14 – 17). Chodziliśmy i zachwycaliśmy się, jak tam wszystko jest wysprzątane i wypieszczone, malutkie domki zadbane, odnowione, trawa przycięta, uliczki uporządkowane. Miejskie parkingi, żeby nie wjeżdżać samochodami do części nadmorskiej. Po czym przejeżdża się granicę i od razu wita nas słowiańska fantazja bazarowych bud, dobudówek do pięknych willi z tego co akurat było pod ręką, burdelu na podwórkach i samochodów stojących wszędzie na ukos i jeden na drugim. A i tak Świnoujście pod tym względem nie jest najgorsze i mnóstwo się zmieniło na lepsze. Ech.

Szczypawka zawierała mnóstwo znajomości na swoim spacerniaku dookoła skwerku, natomiast okazało się, że w naszej klatce mieszkają jeszcze dwa psy: spory owczarek i gładka ruda sunia, coś jak posokowiec, ale z większą głową, prześliczna. Niestety, zdaniem Szczypawki przebywały tam bezprawnie, ponieważ cały budynek jest JEJ i winda też jest JEJ. Potrafiła się drzeć w pustej windzie, bo czuła, że jechał nią jakiś inny pies BEZ JEJ POZWOLENIA, a przy spotkaniu z owczarkiem chciała go zjeść. Będąc rozmiaru jego głowy. Biedny owczarek patrzył na nas zdezorientowany, o co chodzi temu kudłatemu wrzeszczącemu stworzeniu, które podskakuje koło jego kostek. Próbowaliśmy wytłumaczyć jamnikowi istotę wspólnoty mieszkaniowej i jej prawne aspekty, ale ze średnim efektem.

Więc wróciliśmy.

Noc sylwestrowa zapowiada się znakomicie – mam ciepłą piżamę i herbatę, Netflixa, a nawet książkę (Miłoszewskiego „Jak zawsze”, podobno niezła). Tylko żeby przez pomyłkę nie usiąść na pilocie i nie włączyć telewizji, bo co prawda lubię horrory, ale nie aż takie.

Robicie postanowienia noworoczne czy się nie wygłupiacie?

 

O ZDECHŁYM WIELORYBIE

Zamieniłam się w wyrzucone na brzeg zwłoki wieloryba, z każdą godziną coraz bardziej wzdęte. Zgodnie ze świąteczną logiką dziś od rana dopycham wzdętego wieloryba własnoręcznie upieczonym piernikiem. Oczywiście z pudełka, no bo w końcu bez przesady – Oetkera, bo nigdzie nie mogłam dostać kętrzyńskiego. A polewa z rozpuszczonej czekolady – nie zachwyciła mnie. Wolę taką gotowaną z kakao, chociaż nigdy nie twardnieje, ale w smaku jest o wiele lepsza. Ciekawe, czy wybuchnę.

Troszkę lekusieńko mam kaca, albowiem wczoraj spędziliśmy uroczy wieczór przy jemiole i horrorze. Jak widać, jemioła (bo choinek mi szkoda, a jemioła to pasożyt – jak np. rząd) była przystrojona w czerwone ozdoby, w tym czerwone wino, w związku z czym lekko mnie we łbie dziś od rana łupie, a w nocy N. musiał ganiać do lodówki po cocacolę.

A na horrorze („Annabelle”) ani przez moment się nie bałam, albo to wino mnie tak rozochociło, bo głównie komentowałam i pokrzykiwałam „Zeżryj jąąą!” albo „No dobrze, ale to jest dopiero pół gospodyni, a gdzie druga połowa?” (no nie lubię dziur w scenariuszu!), albo on sam z siebie nie jest mocno straszny. Na „Obecności” naprawdę solidnie się bałam, a tu? Phi. Baby w ZUS-ie są straszniejsze.

Jeśli chodzi o Szczypawkę, to była tak miła i zapozowała w mojej nowej etoli (z prawdziwych polimerów). I naturalnie o wiele jej ładniej, niż mnie.

Prawda, że wygląda jak gwiazda kina niemego? Podczas gdy ja najwyżej jak rozczochrana gwiazda kina eksperymentalnego. Mocno eksperymentalnego.

No dobrze, czas na bardzo dużo mocnej herbaty, bo inaczej naprawdę mnie rozerwie. Już się lekko pruję na szwie.

 

O TYM, ŻE MAMY LEPIEJ NIŻ HISZPANIE

A teraz wyobraźcie sobie, że po tym ganianiu dookoła własnego ogona, po godzinach spędzonych w kuchni, po opłatku i grzybowej (u kogo grzybowa, u kogo barszczyk?) nie ma prezentów. NIE. MA. PREZENTÓW.

W Hiszpanii prezenty daje się dopiero na Trzech Króli (w sumie jest to dość logiczne, bo Trzej Królowie przybyli z darami, ale niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego dopiero szóstego stycznia, skoro stoją w szopce? Kurierowi się wielbłąd popsuł?). Więc u nich świąteczna gonitwa nie kończy się z pierwszą gwiazdką, bo po trzech dniach jedzenia wszyscy lecą do sklepów po prezenty oraz po losy na noworoczną loterię. I słowo daję, nasze kolejki po karpie czy makowce TO JEST NIC w porównaniu z kolejkami do loterii. Z tym, ze tam się nie biją, bo są porozstawiane barierki i pilnuje Guardia Civil.

Więc jak im zazdroszczę raczej wszystkiego – klimatu, jedzenia, wina, tapas barów i ogólnie podejścia do życia – tak przynajmniej z prezentami my mamy lepiej. Może nie jest to dużo, ale zawsze coś. Że nie musimy po świętach zaczynać kolejnego maratonu zakupów.

A zatem życzę wszystkim pięknych prezentów i zasłużonego odpoczynku.

No i Coca – Coli, bo co to za święta bez Coca – Coli, ale to już zupełnie inna historia.

 

O TYM, KTO CHCIAŁ MNIE ZABIĆ PRZED SAMYMI ŚWIĘTAMI

Tak wyszło, że mąż. I pies. Ale mąż najpierw.

Otóż postanowił wyciąć mi jeden ze swoich ulubionych numerów pod tytułem „Jadę w delegację na cały dzień i nagle zapadam w czarną dziurę i nie odbieram telefonu”. Tak właśnie było – wyjechał o trzeciej rano, warunki pogodowe wiadomo, jakie były, a po entuzjastycznym komunikacie „Już skończyliśmy spotkania i wracamy!” przepadł, zniknął i przestał odbierać telefon – a on ZAWSZE odbiera telefon, od każdej jednej łachudry, która do niego dzwoni. Czasem przez całą drogę do domu nie mam się kiedy do niego odezwać, bo odbiera telefon za telefonem, włącznie z ankieterami („Ale do jakiego stopnia jest pan zadowolony z powyższej usługi banku?”). Z każdą minutą miałam coraz bardziej wyraźną wizję samochodu w rowie, do góry kołami, i dwóch facetów, z których ŻADEN nie może dosięgnąć telefonu, bo wiszą głowami w dół, unieruchomieni pasami i poduszkami. ALBO I GORZEJ. Wiadomo, jak w takich wypadkach pracuje wyobraźnia.

Oddzwonił po półtorej godziny – ale DZWONIŁAŚ? Bo miałem telefon w kieszeni, wyciszony! (Nigdy nie wycisza). Ale dlaczego tak bluźnisz, przecież co mi się mogło stać? (No kurwa, POMYŚLMY co się może stać na polskich drogach, z zapowiadanymi zamieciami śnieżnymi, kierowcy który nie śpi od trzeciej rano – bo ja sobie zdążyłam wyobrazić WSZYSTKO po kolei). Kochanie nie klnij, już zaraz jestem, pa.

Jeszcze serce moje nie zdążyło odzyskać normalnego rytmu, kiedy wczoraj dołożył swoje pieseczek. Wychodziliśmy z biura, objuczeni tobołami, zwłaszcza ja – no bo wczesny Mikołaj przyszedł, a wiadomo że jak ktoś był grzeczny, to dostanie dużo prezentów. No i wchodzimy do holu z windą, do której przed momentem ktoś wsiadł i drzwi się zaczynają zamykać i co robi Szczypawka? Zaczyna szczekać i wypruwa do windy, a jest na automatycznej smyczy której nie zdążyłam zastopować, bo oprócz smyczy targam mnóstwo rzeczy. Więc pies na sznurku jest w windzie, ja nie zdążę dobiegnąć, a drzwi się zamykają! Nie wiem, jakim cudem zdążyłam pociągnąć za sznurek i wywlokłam Szczypawkę z windy – wyjechała tyłem, nie przerywając szczekania oczywiście.

Całą drogę do domu przewijały mi się przed oczami sceny z kiepskich filmów, kiedy to w podobnych okolicznościach z pieska zostaje w kabinie mokra plama. W dodatku dotarło do mnie, że z punktu widzenia tych państwa w windzie to musiało być BARDZO ZABAWNE – wpada za nimi jazgoczący kudłaty jamnik w sweterkowej kamizelce i wyjeżdża tyłem. Naprawdę śmieszne.

Więc jak przy Wigilijnym stole nagle osunę się z krzesła martwa (bo czytałam, że zawał może nie być od razu, tylko po kilku dniach od bodźca) albo jeszcze lepiej – jak padnę nosem w talerz zupy grzybowej i puszczę kilka baniek, ale dosłownie kilka – to żeby było wiadomo, komu dziękować.

(Chociaż może ten świat po prostu jest coraz mniej przyjazny dla ludzi mojego pokolenia – byłam na urodzinach u chrześnicy i Szwagier z obłędem w oku mówił o gadającym pluszowym pingwinie „On się sam wykluł z jaja! Czujesz, walił dziobem od środka i SAM SIĘ WYKLUŁ!”. Coraz trudniej nadążyć za tym wszystkim).

A fejsbuk właśnie zaproponował mi artykuł „The Mysterious Condition of Exploding Head Syndrome” – skąd oni wiedzą??? (Nie no bez jaj, muszę dożyć Gwiazdki, takie ładne prezenty sobie kupiłam).

 

O TYM, ŻE KOCHAM FORA INTERNETOWE

Na Moim Ulubionym Forum polecam wątek – perełkę „Najdziwniejsza wizyta”. Cały jest świetny, ale ta chyba najlepsza:

„To ja pamiętam jedną taką kolędę u nas. Mąż specjalnie wrócił wcześniej bo nie był na dwóch poprzednich. Wchodzi ksiądz. Szybka modlitwa koperta i już go nie ma. Wyraźnie mu się spieszyło. Nawet nie usiadł. My trochę zdziwieni. Mąż stwierdził że następnym razem to on z pracy dla takich 3 minut wracał nie będzie. Co się okazało? Jak tylko się skończyła kolęda w parafii ten ksiądz zwiał z całą gotówką z kopert. Zjawił się z powrotem jak mu się kasa skończyła. Przyjęto go i przebaczono w innej parafii. Po czym po kilku miesiącach zrobił to samo. Potem córka znajomej wypatrzyła go w internecie. Z partnerem prowadzi zakład fryzjerski.”

Uwielbiam takie opowieści – ze stopniowaniem napięcia, puentą i happy endem. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie (ciekawe, czy można się było np. wyspowiadać przy myciu głowy).

Z kolei w innym wątku przeczytałam, że ludzie piją gorące mleko z miodem i masłem ot, tak – rekreacyjnie. BO LUBIĄ. Bo odpowiada im smak. Matko Boska! Mleko z miodem i masłem to była jedna z NAJGORSZYCH tortur mojego dzieciństwa. Nie dość, że na sam zapach mleka od zawsze miałam odruch wymiotny, to oczywiście jako dziecko anemiczne i lekko fioletowe, dostawałam codziennie wieczorem kubeczek mleczka NA ZDROWIE. Takiego prawdziwego mleka, ze wsi, prosto od krowy. No więc już to było straszne – w moim przypadku przysłowie o niepłakaniu nad rozlanym mlekiem nie ma zastosowania, bo ja bym się bardzo cieszyła, gdyby to cholerstwo się rozlało. Ja ryczałam nad mlekiem w kubku. Ale prawdziwy horror zaczynał się, kiedy byłam przeziębiona i zaczynałam kasłać (czyli przez jakieś 85% mojego dzieciństwa) – KŁI KŁI KŁI! Mleko Z MIODEM i łychą masła. No, tu to już rzygałam dość konkretnie. Jakie to było ohydne, to nie mam słów; język mi się cofał do samego żołądka. I te łypiące oka tłuszczu na mlecznym kożuchu!… (Dlaczego uparcie poili mnie mlekiem, kiedy ja uparcie po nim rzygałam – tego doprawdy nie rozumiem; pewnie pani pediatra kazała, głucha i ślepa małpa w okularach jak denka szklanek, która w dodatku co tydzień zapisywała mi nową flaszkę ampicyliny w zawiesinie, po której – a jakże – rzygałam).

I teraz sobie czytam „O, jak dziś chłodno, chyba zrobię sobie kubeczek pyszniutkiego mleczka z miodem i masłem!” – „Masz rację, ja też, ja też!” – AAAAAAA!… Jak słowo daję, chyba wolałabym zjeść pudełko pasty BHP do czyszczenia rąk. I to tej do cięższych zabrudzeń.

Natomiast chciałabym się zwrócić z apelem o wrzucanie ciekawostek dla Kanionka, bo Kanionek jest jakby ojcem chrzestnym tej strony (tylko bez wąsów, no i nie ujmując Marlonowi Brando – figurę ma lepszą). Proszę bardzo, z dzisiejszego Superexpressu: „Jak pieścić żeby piszczała” (jeśli mogę coś wtrącić od siebie – chyba najprościej kupić gumowego kurczaka z piszczałką, koszt około dziewięciu złotych, ale na bazarku przy Saskiej pan opuszcza na osiem).