O PIOSENCE GANGSTERA I ROSNĄCEJ KOLEJCE

Informuję uprzejmie, że skarpetka nie odnalazła się. 

Moje koleżanki jednak są osobami wyposażonymi w o wiele większe niż ja zasoby optymizmu i entuzjazmu, bo podejmują POSTANOWIENIA na ten rok. Nowy rok, nowa ja, wiecie, te klimaty. Znam siebie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nie ma to sensu i nawet jeśli coś mi wyjdzie, to niechcący i przypadkiem, a nie dlatego, że ZAPLANOWAŁAM. Więc nie, nie przyłączam się do akcji, kurde faja.

Natomiast byłam u INNEGO fryzjera. Niestety, terminy u mojej fryzjerki pobukowane na tygodnie naprzód, w dodatku godziny zupełnie nie dla mnie, więc skoczyłam na główkę do salonu blisko biura. Trochę mnie koleżanki straszyły, a jedna to nawet powiedziała, że fryzjera i ginekologa to się powinno mieć NA CAŁE ŻYCIE. No to nie wyszło mi ani z jednym (jedną), ani z drugim (drugą). I zapisałam się i poszłam na lekko ugiętych nogach.

Wbrew pozorom nie wyszłam ani opitolona na jeża, ani ufarbowana na fioletowo, ale nawet dość zadowolona, tylko że… Po pierwsze – fotele do mycia głowy są z MASAŻEM. I nie tym takim statycznym co jeździ wałek po plecach, tylko podnosi się podnóżek i cały fotel się TRZĘSIE – miałam skojarzenia z traktorem (chociaż nigdy na traktorze nie siedziałam). Po drugie – pani fryzjerka robiła mi masaż głowy, a ja się zastanawiałam, jak jej kulturalnie powiedzieć, że nie znoszę dotykania przez obcych. Chyba dało się to wyczuć, bo długo się nade mną nie pastwiła, ale skomentowała, że BARDZO spięta głowa (na głowie są mięśnie? Może to od zaciskania szczęk taka była spięta).

N. wczoraj przeczytał w internetach, jaka była ulubiona piosenka Bajmu gangstera Pershinga, którą kazał sobie w lokalach puszczać na okrągło. I też ją sobie puścił i stwierdził, że słabizna. Faktycznie, jakieś pomiaukiwanie dochodziło z jego komputera do mojego kąta – gdybym była gangsterem, to bym postawiła na jakiś mocniejszy kawałek, z lepszym rytmem i melodią. Albo przynajmniej coś z klasycznego rocka. Chociaż może za bardzo idealizuję gangsterów, chłopaki z „Rodziny Soprano” nie mieli najlepszego gustu, delikatnie mówiąc. Ale Bajmu raczej by nie słuchali, mam nadzieję.

Większość czasu zajmuje mi ostatnio rozmyślanie, komu najchętniej dałabym w mordę – kolejka jest coraz dłuższa, a w czołówce następują przetasowania, w zależności od tego co danego dnia to towarzystwo odpierdoli. A wolałabym myśleć o czymś przyjemnym, ale przecież się nie da.

O TYM, CZEGO SIĘ SPODZIEWAĆ PO NOWYM ROKU

W Sylwestra zaraz po północy N. rozlał dość szeroko spory kielon czerwonego wina. Podobno to dobra wróżba – no, oby. Zobaczy się. Na razie skarpetka mi zginęła w praniu. 

Dzień po Nowym Roku obejrzałam „Solaris” Tarkowskiego – nie wiem, co mnie naszło, ale nie żałuję. W odróżnieniu od tej nowej jest bardzo wierna oryginałowi, no i wzruszająca scenografia – za stację orbitalną robi coś a la ciepłownia z czasów PRL-u. Podobno Lemowi się nie podobała, ciekawe, co by powiedział na wersję z Clooneyem. No chyba, że mu się nie podobało, że Chris nosi siatkowe podkoszulki – trochę to było masakryczne, astronauta na stacji orbitalnej w siatkowym podkoszulku. Za to Harey miała słabość do szydełkowej dzianiny, dość ładnej.

No i skończyłam już dwie książki: „Anomalię” i „Mistrzynię”. „Anomalia” bardzo mi się podobała, mimo że większość zadanych pytań pozostawia bez odpowiedzi. Nie szkodzi – dobrze się czyta i zostaje w głowie. A „Mistrzyni”… barwna, interesująca, ale z przykrością donoszę, że chwilami moim zdaniem trochę się ociera o grafomanię. Chociaż ja przecież lubię książki Gretkowskiej i jej styl, ale tu mi jakoś nie brzmiało. 

Ponieważ lepiej mieć skromne oczekiwania, żeby nie narazić się na rozczarowanie, to ja bym chciała, żeby w bieżącym 2022 roku przyszedł taki dzień, że wstaję rano, włączam internet, czytam pierwsze wiadomości i NIE KLNĘ. Prawda, że to już by było coś? 

Na razie śnieg zaczął padać, no i Polski Ład wszedł, więc klnę dość straszliwie.

PS. Ostatnio jak sikałyśmy ze Szczypawką, to po trawnikach na ulicy spacerowały CZTERY kury – Thelma, Louise i kolejne dwie koleżanki; na razie nie mam pomysłu, jak je ochrzcić.

O TRZECIEJ DAWCE I ŻYCZENIA

Siedzę sobie z gorącym jajem pod pachą, jako że rok postanowiłam zakończyć trzecią dawką, i sobie czytam co zdrożeje od jutra (oprócz tego, że WSZYSTKO – to co najbardziej): prąd, gaz, woda i wino. No. To mamy jasność.

W punkcie szczepień jak siedziałam po zastrzyku, to wszedł pan z propozycją, że on się zaszczepi. Z tym, że nie miał ze sobą dokumentów (zapomniał), nie pamiętał swojego PESEL-u oraz niestety nie miał również przy sobie telefonu, gdzie można by go rozszyfrować po SMS-ie który podobno dostał. Pani koordynatorka (podziwiam ją szczerze, NAPRAWDĘ chciała temu facetowi pomóc) zadała pytanie ostatniej szansy – CZY PAMIĘTA PAN przynajmniej DATĘ poprzedniej dawki? To jak pan się u nas szczepił to jakoś znajdziemy. Na co pan:

– Daty to nie. Ale CIEPŁO BYŁO.

Codziennie to powtarzam, że nie mogłabym świadczyć usług dla ludności. Po jednym dniu bym się nadawała do bioutylizacji lub / oraz długiej odsiadki za morderstwo w afekcie (jedno lub więcej).

Na Gwiazdkę sobie kupi… znaczy MIKOŁAJ mi przyniósł długą haftowaną koszulę z Zary. Na zdjęciach modelka ją miała tak poniżej kolan, jakoś mi się zapomniało, że te modelki mają po metr osiemdziesiąt i więcej. I na mnie koszula wypada DO KOSTEK i wyglądam w niej jak Demis Roussos! Chociaż, tak między nami – czy to źle? Fajny był z niego herbatnik, a i koszula sama w sobie jest bardzo ładna. 

Kochani, niech ten 2021 będzie odbiciem od dna i w przyszłym roku niech już tylko się poprawia. Bardzo proszę, bo już całkiem oszaleję. Z poważaniem – 

Dwugarbny Wuj Pylo (nieszczęście w rodzinie).

O ZIMNICY NA ŚWIĘTA I PIESTORAŁCE

Powiem tylko tyle, że Wigilia z pięcioma psami, w tym dwie roczne jamniczki napędzane energią atomową, to jest wyzwanie. Trzeba się liczyć z tym, że w każdej sekundzie na talerzu może się pojawić długi nos i jeszcze dłuższy różowy jęzorek. Przy czym oczywiście te łobuzice są takie słodkie, że człowiek się czuje wyróżniony, że właśnie jemu się pchają na kolana (Heca kładzie łapy na ramionach i się przytula – można się rozsypać z miłości). 

Sernik wyszedł, prezenty udane, tylko MRÓZ nie wiem po co i komu potrzebny. Proszę coś z tym zrobić w tej chwili!

PS. TAK, JUŻ WIEM, że Andrus napisał „Piestorałkę” o jamniku w Betlejem, jakieś pół miliona osób mi o tym doniosło. 

PSPS. Składam wszystkim świąteczne życzenia, żeby przyszły rok był już bez zarazy (FDA dopuściła pierwszy lek na Covid) – i tej w powietrzu, i tej pozostałej. Bez buziaczków, bo to niehigieniczne (nigdy nie przepadałam za obcałowywaniem się i proszę, na moje wyszło – chociaż wolałabym, żeby w innych okolicznościach).

O SERNIKU – CIĄG DALSZY

No więc z tym sernikiem to grubsza impreza jest.

Dawno dawno temu byliśmy w Kraju Basków – w Zarautz i San Sebastian. Głównie włóczyliśmy się po knajpach i jedliśmy, wiadomo – tam się nie można oderwać od jedzenia, a zwłaszcza od pintxos. No i w San Sebastian poszliśmy na obiad do restauracyjki, którą wybrał N. Do dziś pamiętam grzyby i karczochy które zamówiłam, bo to było po prostu zjawisko prawie pozaziemskie – zwłaszcza karczochy, bo grzyby się nauczyłam robić podobne (z surowym żółtkiem, jak tatar). 

Na tym lunchu byliśmy dość wcześnie, ludzi było mało i cały czas wyłaził do nas z kuchni SZEF. Młody, miły, przyniósł na dzień dobry talerz fikuśnych przystawek w prezencie (rożki z serkiem i anchois! Też pamiętam do dziś), piętnaście razy był zapytać czy nam smakuje, a na do widzenia wręczył nam DVD z filmikami – przepisami na swoje przystawki i dwa ciasta. Sernik i tarta z jabłkiem. 

I teraz N., jak mu powiedziałam o baskijskim serniku i pokazałam w internetach, kazał mi znaleźć to DVD. Szukałam dwa dni, ale znalazłam i niosę mu dumna jak pies wyżeł zastrzeloną kaczkę, a on mi podsuwa pod nos, żebym przeczytała nazwę restauracji, w której byliśmy. Nazywała się La Vina – tak, TA La Vina, ojczyzna sernika. I JA TE SERNIKI PAMIĘTAM – całe półki obstawione formami z przypalonym ciastem i jeszcze kilka na kredensie w sali restauracyjnej. A ten miły szef, który do nas wybiegał z kuchni, nazywa się Santiago Rivera i jest TATUSIEM tego sernika, który nagle zrobił oszałamiającą karierę.

No więc chyba kwestię sernika mamy jakby rozstrzygniętą.

I tak, zgadzam się, że to co sprzedają w wiaderkach to nie jest żaden TWARÓG, tylko jakaś woda z gipsem dla niepoznaki podlana serwatką. Kilka razy robiłam sernik na twarogu z wiaderka i ani razu nie wyszedł smaczny, nawet na tym niby najlepszym z Wielunia. 

Zatem ahoj przygodo. Jak mi się ZNOWU tortownica rozwali po pierwszym użyciu, to nie wiem, chyba w końcu zwariuję albo kogoś porąbię na kawałki. Mam już kilkoro kandydatów.

O BYCIU SKLASYFIKOWANĄ ORAZ CHŁOPAKACH

W tym tygodniu dowiedziałam się z internetów, że mam syndrom TATT (tired all the time). Nie powiem, poczułam się podbudowana, że nauka zajęła się mną jak jakimiś zagrożonymi wyginięciem płazami w puszczy amazońskiej. Z tym, że posiadacze / ofiary TATT wcale nie są zagrożeni wyginięciem, a wręcz jest ich (nas!) coraz więcej. Przeczytałam symptomy i mam wszystkie, jak w pysk dał: brak energii, senność przez cały dzień, brak motywacji do działania, zaburzenia koncentracji, trudności w wykonywaniu codziennych czynności, depresyjne nastroje bez powodu. (Z tym, że chyba w naszym kraju trudno mówić o BRAKU POWODU do bycia przygnębionym czy zestresowanym, prawda? Te chuje przy władzy ciężko pracują, żebyśmy MIELI POWODY, codziennie nowe). Niestety, oprócz ładnej nazwy i sklasyfikowania problemu nie znalazłam pomysłów na to, jak z tym walczyć. No dobrze – wyspać się, ograniczyć stres. Haha. Stres ograniczyć. No to sobie pożartowaliśmy.

Z ciekawszych wydarzeń, to jedna z jamniczek Zebry zjadła jej szarlotkę, upieczoną dla dziecka do szkoły. To znaczy nie całą – głównie jabłka, bo trafił się taki egzemplarz psiny, co bardzo lubi owoce (najbardziej kradzione, bo wiadomo – kradzione nie tuczy) (chyba powinnam zacząć kraść produkty spożywcze, bo mam wrażenie że tyję ostatnio nawet od wody gazowanej).

No i jak co roku mierzę się z wyzwaniem pod tytułem – SERNIK NA ŚWIĘTA. Jak ja bym chciała mieć przepis na sernik mojej babci, taki NAJZWYKLEJSZY (chociaż moja babcia, tytan pracy i huragan kuchenny, najczęściej robiła sernik z kratką, co do którego nie mam złudzeń, że bym umiała zrobić). Niestety, moja babcia miała wszystko w ręku i w oku, żadne tam wagi kuchenne i dziesięć gramów – większość smaków odeszła razem z Nią i jest nie do odtworzenia, na przykład najlepszy na świecie pasztet. No więc w tym roku robię sernik baskijski i zobaczymy, co będzie – wygląda jak dla mnie uszyty, bo bez spodu, bez bakalii, bez kąpieli wodnej i z czterech składników. Lekko mnie przeraża ta rzadka masa, ale w końcu jeśli ściął mi się flan, czyli jajka rozbełtane z mlekiem, to może i ser się zsiądzie. Nie wiem czy nie pogrąży mnie tortownica, bo we wszystkich przepisach jest fi dwadzieścia pięć, a ja mam dwadzieścia sześć! Gdzie jest Unia Europejska, kiedy jej potrzebujemy (do standaryzacji średnicy tortownic)? 

No i tak. Intelektualnie stać mnie chwilowo tylko na „Chłopaków z baraków”, więc raczymy się tym arcydziełem. Bardzo pozytywny serial w tym sensie, że się lubi wszystkich bohaterów – w odróżnieniu od takiej np. „Sukcesji”, gdzie każdego z osobna mam ochotę zamordować tłuczkiem do mięsa. A negatywnych uczuć mam ostatnio w nadmiarze, zatem wybieram „Chłopaków”. Kropka.

O MGLE I ZLOŚLIWYM KRUPNICZKU

Mgła jest od dwóch dni jak u Kinga, a Aliexpress przysłał mi maila:

„ANNA, zasługujesz na to! Najlepsze z kategorii: części zamienne”

No proszę, już nawet Chińczycy wiedzą, że rozpaczliwie potrzebuję części zamiennych. Coraz lepsze te algorytmy, a jakie uprzejme – co prawda jesteś złomem, Anna, ale zasługujesz na NAJLEPSZE części zamienne. 

Poza tym normalnie – skoro grudzień, to chujnia, patatajnia i tym podobne. N. tak zaganiany, że widuję go sporadycznie przy stole – przełyka jedzenie jak w konkursach jedzenia na czas i jeszcze żując wstaje i leci dalej. A mnie wszystko wypada z rąk i z głowy. O mały włos paczka z jedzeniem dla Szczypawki by wróciła do nadawcy, co mi się jak dotąd nie zdarzyło NIGDY.

A Thelma i Louise, czyli dwie kury buntowniczki, dziś rano przegnały owczarka niemieckiego, który sobie wyszedł pozwiedzać okolicę, ale szybko wrócił do siebie z podkulonym ogonem. W dodatku na odległość – nie było żadnej walki ani nic – pies je zobaczył, skulił się, chwilę postał i popatrzył, zrobił w tył zwrot i zwiał do domu. W końcu, jak by nie patrzeć, kury to potomkowie dinozaurów – te dwie agregatki zachowują się jakby o tym dobrze wiedziały. Jak dwa małe T-Rexy.

I znowu zrobiłam krupniczek, i znowu wyszedł mi mocno ścięty, a raczej po prostu twardy. Ja bym wolała, żeby sernik był ścięty, a krupniczek płynny, a te mendy złośliwie wychodzą na odwrót i co zrobisz? No nic nie zrobisz. W związku z powyższym udaję się na kanapę, wkurwiać się na pandemię i oglądać „Lobstera” (jest na Netflixie, dlaczego nie wiedziałam, że „Lobster” jest na Netflixie?), bo w taką pogodę to nic innego nie ma sensu.

O TYM, ŻE JEŚLI MAMY GRUDZIEŃ, TO…

No wspaniała pogoda, codziennie łeb mi pęka. Wczoraj na pogrzebie

(bo oczywiście jeśli mamy grudzień, to nadciąga pogrzeb. Od dwunastu lat grudzień kojarzy mi się wyłącznie z pogrzebami i proszę, prawie co roku się sprawdza. Wczoraj pochowaliśmy osobę z rodziny zmarłą na COVID, niestety niezaszczepioną)

wiał taki wiatr, że ciskało zniczami z okolicznych pomników. Połowa obecnych na cmentarzu miała maseczki, i to prawidłowo założone – nie wiem, jak w kościele, bo nie wchodziłam. Weszłam natomiast w czarne spodnie, które miałam na sobie na pogrzebie dwa lata temu. Uważam, że po dwóch latach pandemii, rozlewania się na kanapie jak Jabba the Hutt i jedzenia dziwnych rzeczy (wczoraj – chrupki nietoperki z Lidla) – to spory sukces.

Z bardziej pozytywnych informacji: Kura sąsiada ma koleżankę! Namówiła jeszcze jedną kurę ze stada i chodzą teraz we dwie, chociaż ta pierwsza jednak odważniej (np. druga kura nie zapuszcza się w okolice ronda ani nie łazi środkiem drogi, tylko między drzewami i po trawnikach). Bardzo im kibicuję i oczywiście nazwałam je Thelma i Louise. 

A w Bonito jest trzecia część czeskich kryminałów pani Ivy Prohazkovej, które uwielbiam ze względu na ich czeskość oraz inspektora Mariana. Inspektor Marian niby jest dobrotliwym zagubionym misiem, ale romansuje z żonatymi babami, a na dodatek uwielbia rohliki – ja też uwielbiam czeskie rohliki i ostatnio nawet kazałam N. je sobie przywieźć w charakterze suwenira z Czech. I przywiózł całą torbę, nawet takie ciemne, z kminkiem. „Zagraj mi na drogę” się nazywa, tylko nie wiem czy go sobie wręczyć na Mikołajki, czy dopiero pod choinkę. (Tylko co to za imię dla inspektora – Marian; może w języku czeskim ono inaczej wybrzmiewa, ale czy oczekiwalibyście po jakimś MARIANIE, że rozwiąże komplikowaną sprawę kryminalną? Albo chociaż krzyżówkę w „Przekroju”?).

Chciałam w tym roku zerwać z piżamką pod choinkę, no bo ILE MOŻNA MIEĆ PIŻAM??? Ale oczywiście w handlu pracują źli ludzie, którzy wiedzą, jak złamać nawet bardzo odpornych psychicznie, a co dopiero taką galaretę jak ja – i zaatakowali mnie z flanki reklamami piżam ZE SNOOPYM. I tu oczywiście poległam i piżama ze Snoopym it is, znowu. Chociaż byłam twarda i wprowadziłam regułę – Snoopy tylko w komplecie z Woodstokiem. Nie ma Woodstoka – nie zobaczycie moich pieniędzy. 

Nagłówek z ulubionego forum: „Mój chłopak kąpie się z żółwiem”. Biedny żółw.

O EKSPERCIE OD KARPI

Oho, zaczyna się – „Ekspert o cenach karpia”.

Taki ekspert od cen karpia to musi mieć klawe życie. Przez cały rok siedzi sobie przy biurku, nikt go nie niepokoi, bębni palcami o blat oraz układa pasjansa. Pod koniec listopada i na początku grudnia udziali kilku wywiadów („O pani kochana, w tym roku drogo, za tuszkę drogo i za dzwonko też drogo”) i znowu ma na rok spokój. Umiał się ustawić po prostu. Ciekawe, jaką ścieżkę kariery trzeba mieć, żeby zostać ekspertem od cen karpia. I czy go media ściągają do telewizji i radiów śniadaniowych, żeby się wypowiadał na inne tematy – na przykład pokoju na Bliskim Wschodzie albo czy Julia Wieniawa powiększyła usta.

Chociaż w sumie co ja się będę czepiać biednego eksperta od karpi, jak we własnej rodzinie mam prezentowe szaleństwo od dobrych paru tygodni. Bo prezenty najlepiej kupić w listopadzie, taka prawda. Później są braki w rozmiarówce, wyczyszczone najlepsze zestawy LEGO i kurierzy nie nadążają z dostawami. Moja siostrzenica na przykład wybierała LEGO tyle czasu, że podejrzewałam, że czeka na opinię Kongresu USA, który musi się zebrać i odbyć debatę. I wszyscy twierdzą, że najtrudniejszy w kwestii prezentów jest MÓJ MĄŻ. Pfff, jakbym nie wiedziała.

A ja to sobie kupię na Gwiazdkę nową książkę Gretkowskiej, tę o Ćwierczakiewiczowej. Zawsze mnie fascynowała, a jej książki kucharskie to była jedna z moich ulubionych lektur (z gatunku science fiction wszakże). Na razie czytam „W samym środku zimy” Isabel Allende, z którą mam od lat skomplikowany związek – bardzo lubię jej książki autobiograficzne, a te awanturniczo – polityczno – historyczne – nie za koniecznie. Ale ta się dzieje współcześnie, więc się skusiłam i na razie nie żałuję, chociaż oczywiście natychmiast czytelnik zostaje opleciony mackami zagmatwanych losów bohaterów, bo przecież u Allende NIC nie może być po prostu. 

A dziś o wpół do piątej rano padał śnieg z deszczem i w ogóle pachnie śniegiem. Nie cierpię śniegu, ale lubię ten zapach szarego, zimnego powietrza – szkoda, że nie ma takich świec zapachowych. Bo niestety ale świece zapachowe wszystkie pachną tak samo, chociaż obiecują HO HO, JAKIE CUDA – zawsze się kończy dusznym słodkim przyprawowym smrodkiem. Najładniej pachniały PRL-owskie szyszki do kąpieli, których od lat ani widu, ani słychu. Pewnie były radioaktywne albo z azbestem, ale pachniały bezbłędnie. Ech.

O POTWORNYM SERIALU I BUŁKACH

Nad morzem byliśmy. Szczypawka dość zachwycona, bo na plaży leżały połacie fermentujących i naturalnie mocno smrodliwych wodorostów, więc się nimi zachwycała, a na dodatek – prawie za każdym razem jak wychodziła na spacerek na sikupę, to jakiś pies się w niej zakochiwał! No muszę powiedzieć, że jestem pełna podziwu – w końcu dziewczyna ma już swoje lata, a tu proszę, opędzić się od wielbicieli nie mogła. Mały potargany DEMON SEKSU (psiego).

Natomiast N. zawiedziony, bo w ogóle nie było wędkarzy i nie mógł odbyć swoich tradycyjnych wędkarskich pogawędek (uwielbiam te rozmowy: „I jak, bierze?” – „Panie, a kto w tym kraju nie bierze” i tym podobne). I chyba z tego niespełnienia urządził mi taki wieczór, że nadal nie mogę się pozbierać.

Stwierdził, że jak już jesteśmy na wczasach, to on będzie oglądał serial i wybrał sobie na HBO „Na wodach północy”. No dobrze, jak chce, niech ma. Zaczęło się obiecująco – prostytucja w brudnych, ciemnych portowych uliczkach XIX – wiecznej Anglii, alkohol, mordobicie, więcej alkoholu, w sumie cały czas ciemno; niedomyci wielorybnicy i jeden lekarz – narkoman. No i tak się akcja niespiesznie posuwała do przodu, w końcu statek wpłynął na zamarznięte wody i załoga zeszła do szalup i popłynęła POLOWAĆ NA FOKI.

OŻESZ KURWA MAĆ, o mało się nie zwymiotowałam i nie dostałam wylewu. No nie, ja wiem że to fikcja, ale NIE, nie dałam rady. Mogę oglądać jak mordują i ćwiartują ludzi, w zasadzie niechby ich nawet siekali ręcznie na małe kawałeczki, ale nie foki! I to by było na tyle, jeśli chodzi o serial „Na wodach północy”. Seans się zakończył w trzech czwartych pierwszego odcinka i nie przewiduję powrotu. Nawet gdyby zdobył wszystkie nagrody świata. 

Pozostając w temacie nadmorskim, to N. kupił w lokalnej piekarni bułki które się nazywają MONTOWE. Pierwszy raz w życiu spotkałam się z bułką montową – tak, już sprawdziłam w internetach i jestem mądra i wiem, co to znaczy, ale w moich okolicach nikt tak bułek nie nazywał. W ogóle z bułkami jest wielkie geograficzne zamieszanie, bo np. dlaczego bułka dupka nazywa się poznańska? A N. z kolei na bułkę wrocławską (znaną także jako bułka – weka) mówi ANGIELKA. A niezależnie od nazwy, smaczną bułkę coraz trudniej jest kupić – większość to puste w środku skorupy; te montowe były bardzo dobre.

Czytam „Ukochane równanie profesora”, urocza książka, więc żeby nie było za pięknie, to na zmianę z „Pięć. Nieopowiedziane historie kobiet zamordowanych przez Kubę Rozpruwacza”. Ta z kolei jest o wiele bardziej brutalna, ale nie z powodu morderstw (które są w książce pominięte), tylko z powodu opisów ówczesnej rzeczywistości. Umówmy się – życie większości ludzi w wiktoriańskiej Anglii to nie był taniec po płatkach róż. 

No i pogoda się zrobiła listopadowa, ale okej – dopóki nie ma mrozu, to niech sobie pada.