Wspaniała pogoda od wczoraj – moja ulubiona. W ogóle przepadam za zimą (jak wszyscy wiedzą), a jeszcze odwilż z gołoledzią to po prostu wisienka na samym środku tortu. Nie lubię tortu – wisienka na środku porcji frytek.
(Pani z Kanady robiła ciasto z wiśniami maraschino, podobno najlepsze na świecie; na moje oko wyglądało trochę jak keks, a ja nie przepadam za keksem, ale nie lubię go z powodu bakalii, a tu zamiast bakalii są wiśnie) (wszystko jedno – ŻADNEGO CIASTA NIE BĘDZIE, bo jestem gruba!).
(A poza ciastem zrobiła jeszcze przekąski – do rozpuszczonej czekolady wsypała słone paluszki, precelki i chipsy ziemniaczane. Solone. Wymieszała i rozłożyła do papilotek babeczkowych. No nie mówiłam, że wariatka? Ale fajna).
Nawet Mangusta się wczoraj ślizgała, więc chodziła powolutku i ostrożnie. Dziś też. A ona ma napęd 4 na 4, to co ja mam powiedzieć? Zwłaszcza w nocy albo rano, bez szkieł kontaktowych?
Dużo znajomych dostało już do skrzynki pocztowej książeczkę o tym, co robić, jak przyjdzie koniec świata. A ja nie! Widocznie od razu spisali mnie na straty, jako osobę w społeczeństwie do niczego nie nadającą się. Ewentualnie zostałam wylosowana, że w razie czego ze mnie będzie gulasz (w gardle wam stanę!).
Dlaczego nie jestem niedźwiedziem? Nosiłabym naturalne futro w modnym kolorze, ludzie by się mnie bali, nie musiałabym się martwić obwodem w biodrach ani odchudzać i przesypiałabym ten CAŁY SYF.
Ptaszki nie chcą jeść kulek. Wszyscy wrzucają zdjęcia kulek OBLEPIONYCH ptaszkami; szwagier ma raniuszki! A u mnie – zero zainteresowania. Karmnik ten sam, jak co roku – co robię źle, drogie Bravo?
Na Netflixie rzucili następny sezon Samców Alfa i „Tajemnicę siedmiu zegarów” z Helenką w obsadzie – przynajmniej tyle dobrego.