O KOLORZE CZŁOWIEKA

Od samego rana zatłukłam widliszka w sypialni i nie jest mi z tym komfortowo. Czy one muszą WŁAZIĆ? Nie może każdy pokojowo spędzać czasu u siebie? Niedobrze mi.

W dodatku, jak co roku o tej porze, jestem trochę załamana moją karnacją. Wiadomo, że człowiek w swej cielesnej powłoce występuje w wielu kolorach, niektóre fajniejsze od innych, a mnie się trafił kolor tasiemca. Albo wypławka. Białe tło z sinymi żyłami. Zwłaszcza na początku sezony, jak założę coś lżejszego i odsłonię więcej skóry, to wyglądam jak Morlok, który właśnie wyłonił się z głębokich podziemi. W dodatku w sobotę poszłyśmy na wino z koleżankami i jedna przychodzi w jakiejś letniej kreacji, cała OPALONA. Normalnie w kolorze toffi. Zazdrość mi się nieco ulała, na co ona zdradziła mi sekret swojego wyglądu:

– Wiesz, jak mam chwilę i czytam książkę, to wychodzę z domu na taras, NA LEŻAK. Mówię ci, spróbuj kiedyś!

Phi. Na leżaku, też mi sposób. Może faktycznie, że trochę za bardzo się INDOROWA zrobiłam ostatnimi czasy i jakbym tak wyszła… No ale na leżaku to znowu mnie robale obsiądą, i tak w kółko Macieju (lub dookoła Wojtek).

Burze mają być. Niech będą, bo strasznie sucho.

O TYM, ŻE POGODA ŁADNA, A JA MIĘKNĘ

 

Po czym poznać, że wiosna już pełną gębą?

Ano po tym, że jak się wysunie nos z domu, to słychać „bzzzz, bzzzz”, zaraz coś na człowieku siada, a z wielkiej sympatii użarło mnie w policzek i wyglądam niesymetrycznie. Oraz swędzi.

Nie, nie narzekam – BROŃ BOŻE żeby nie było, że narzekam! Nareszcie jest ciepło, ale no kurczę. pod względem robactwa to trafiliśmy tak sobie. No, nie aż tak tragicznie, jak Australia – gdzie pająki są wielkości talerza, a robale potrafią porwać psa i zjeść – ale np. na Kanarach nie ma robali, a za to jest wino i ocean. Ja bym się zamieniła!

Przez chwilę mieliśmy lokalny skandal, bo odpady zielone odbierają nie dość, że tylko raz na miesiąc, to po zimie dopiero w maju! I to pod koniec maja. Prawie u wszystkich już od kwietnia stały wory ze skoszoną trawą, która, jak by tu delikatnie powiedzieć, po kilku dniach w takim worku śmierdzi po prostu PRZEPOTWORNIE. Ja mam nadzieję, że z tym zawijaniem w folię zielonego dla zwierząt to jest jakaś inna technologia i one nie jedzą takiego śmierdzącego paskudztwa! W dzień zbierania odpadów nasza boczna uliczka prawie została zablokowana przez wielkie, cuchnące, czarne pakunki – naprawdę, jakbym miała się pozbyć trupa, to by było idealne rozwiązanie. Ta trawa tak śmierdziała, że żadne zwłoki by się przez to nie przebiły. Aż żałuję, że nikogo nie zabiłam, bo taka okazja dopiero za rok! (Chyba, że będzie awantura w gminie i w przyszłym roku wcześniej zbiorą zielone).

Oraz uwaga, jest nowy brytyjski serial kryminalny. Nazywa się „Marcella” i kocham go od pierwszego wejrzenia, bo główną rolę gra Anna Friel – ta prześliczna z „Pushing Daisies”. Trochę mnie na początku skołowało, bo ma taki mocny, brytyjski akcent, a w Stokrotkach mówiła inaczej, ale to ona i nadal jest bardzo ładna. Tylko oczywiście napompowała sobie czymś górną wargę. (Po co baby sobie wstrzykują coś w górną wargę, żeby robił się taki daszek? Półeczka antygilowa?). No więc, jakaś swołocz mordowała kobiety 10 lat temu i Marcella go łapała, ale nie złapała, a teraz znowu zaczął. I ona znowu go łapie. W międzyczasie mąż się od niej wyprowadził (of kors, do kochanki, no bo jak), a żeby było jeszcze fajniej – od czasu do czasu dostaje ataków SZAŁU i nie pamięta, co wtedy robiła. Mogłaby nawet kogoś zabić (i schować w worku ze zgniłą trawą). Szkoda, że tylko osiem odcinków.

Jest tak ładnie, że nawet nie mam serca wrzeszczeć na N., jak włącza piłę. Miętka się robię na stare lata.

O NIEBEZPIECZNYCH WITAMINACH

 

W weekend dopadły mnie witaminy; zawsze powtarzam, że witaminy to małe podstępne bestie, razem z kaloriami stanowią bandycki duet prowadzący działalność przestępczą wymierzoną w ludzki organizm. Strułam się młodą kapustką, w której jak się okazało poniewczasie nad młodością przeważyła zawartość saletry amonowej. Całą niedzielę było mi niewyraźnie oraz odbijało mi się styropianem. Jak to jednak człowiek nie powinien się rzucać na byle nowalijki, bo są sztuczne, pędzone i lepiej zaczekać te dwa tygodnie na autentyk z pola (zasada ta spełnia się również w szołbiznesie).

A propos szołbiznesu. Musiałam się jednak w niedzielę zwlec, przyodziać i udać na miejscowy festyn, bo moja siostrzenica występowała w lokalnym musicalu w roli kalarepki. Po mamusi – pamiętam jak dziś, jak jej mamusia w podobnych okolicznościach grała kapustę! Zachowało się nawet stosowne zdjęcie. Najwyraźniej mają genetyczne predyspozycje do kapustnych (fu… niech mi nikt nie przypomina o kapuście przez jakiś czas). Ja oczywiście w przedszkolu grałam gwiazdę, phi.

No więc, kalarepka wykonała układ taneczny, a następnie, jak aktorzy zostali ustawieni w jednej linii na koniec całego show, odstawiła numer Kaliny Jędrusik – a mianowicie, podniosła zieloną, szyfonową spódnicę i powachlowała się. Na szczęście, w odróżnieniu do tego, co podają źródła o pani Kalinie w podobnych okolicznościach – miała na sobie eleganckie majtki z Hello Kitty. Jednym słowem – sprzedała widowni profesjonalny sceniczny celebrity flash, jak to mają w zwyczaju najbardziej wzięte artystki obecnego pokolenia. Spadłam z rozkładanego z krzesełka ze śmiechu, chociaż jednocześnie trochę z podziwu – żeby tak umieć wykorzystać swój moment na scenie, ho ho. Chyba trzeba się z tym urodzić, w każdym razie – mieć predyspozycje.

A później sobie dalej cierpiałam na wzdęcie pomłodokapustne, a dookoła biegała zdenerwowana Szczypawka, ponieważ nasz sąsiad zza płota jest potentatem sadzonek warzywnych, a w szczególności pomidorów (tak, wiem, pomidor to owoc, bo można z niego robić dżem) (i to smaczny!). No i sprzedaje te sadzonki na lokalnym ryneczku w sobotę, a później przez resztę weekendu zjeżdżają do niego do domu zaprzyjaźnieni klienci, jak do Ojca Chrzestnego. Oczywiście, co zaparkuje jakiś samochód, to wśród psiej braci ulicznej wielkie poruszenie, trzeba wszak wydrzeć mordę, żeby nie mówili, że pies nie jest czujny. Pod wieczór ogłuchłam na lewe ucho od tej czujności. A jak w nocy mnie duchy straszą, to śpi jak zachloroformowana!…

W międzyczasie, N. nadal śmierdział jakimś olejem do konserwacji drewna oraz oglądałam „Żonę idealną” od początku, bo dostałam na DVD sześć sezonów. Uwielbiam Eli Golda. No i taki to weekend był. Skażony witaminą.

O ROZDEPTANEJ AMEBIE

 

Drogi Pamiętniku, nic nie piszę, bo nie mam na nic siły i się ciągnę przez życie jak lekko rozdeptana ameba czy jakieś inne galaretowate plugastwo. Chełbia, na przykład. Chełbia modra.

Dziś N. mnie zapytał, jak wracaliśmy z roboty, czy wyszłabym za niego, gdyby miał ubojnię zwierząt.

Dobrze, że byłam przypięta pasem. Powiedziałam, że musiałby sprzedać.

Co to w ogóle za pytania po tylu latach związku! Ja mu dam ubojnię.

Najmilsze, co w ostatnim tygodniu widziałam, to filmik i zdjęcia psa Toby – który urodził się z dwoma nosami. Jaki jest uroczy! Ale jak oglądam te jego zdjęcia, to wydaje mi się, że mam zeza, tak mi niespokojnie oko lata z jednego nosa na drugi. Co oczywiście nie odejmuje mu urody ani wdzięku.

O innych wydarzeniach wolę się nie wypowiadać, bo od czytania wiadomości dostaję neurosyfilisu. O ile rozdeptana chełbia może dostać neurosyfilisu.

Może mi się polepszy z energią własną, bo ma się zrobić cieplej. Zobaczymy.

O TYM, ŻE POZBYĆ SIĘ KRASNOLUDKA NIE JEST ŁATWO

 

No ja nie wiem, komu bliżej do tego domu opieki. Wczoraj pamiętałam, że koniecznie mam COŚ kupić. Coś takiego użytkowego, codziennego, co jest ciągle potrzebne i musi być w domu, bo inaczej będzie niewesoło. O matko, jak się męczyłam przez pół dnia, o co mi może chodzić  (worki na śmieci? tabletki do zmywania? heroina?). W końcu wykogitowałam – PSIA MISKA. Bo mamy takie metalowe, podgumowane żeby się nie ślizgały i ta guma się ostatnio wzięła i rozluźniła i zaczęła odpadać. Dobra, uff, przypomniało mi się, hura! – i zamówiłam psie miski.

Wieczorem zdejmuję szkła, biorę flaszkę z płynem do soczewek, a w niej chlupocze resztka na dnie. No i mnie olśniło – miałam pamiętać, żeby zamówić płyn. W związku z powyższym, kupiłam psie miski.

Czyli nie ja ciotki, a ciotka mnie będzie szukać po mieście. Chociaż raczej nie mam przymusu wychodzenia z domu, nawet wprost przeciwnie. Od razu się znajdę – na kanapie. Poznacie mnie po zapaleniu spojówek od brudnych soczewek.

Już się miałam chwalić, że chyba mój złośliwy krasnoludek od walenia mnie w głowę młotkiem od środka poszedł na emeryturę, zdechł albo się przeprowadził, bo od ładnych kilku tygodni NIC! W ogóle mnie nie bolała! O mało co, a zaczęłabym tańczyć na trawie jak Maria z „Dźwięków muzyki” (a naziści patrzyliby zza drzewa). No ale od wczoraj znowu mnie napierdala, więc jakby temat umarł i wszystko wróciło do normy: tańca nie będzie, nadal jestem ponurym socjopatą. Kłapouchym. Wilgotnym i smutnym. Z wibrującą czaszką.

O PRZEMIJANIU I O TYM, KTO WYŻERA MŁODE ZIEMNIAKI

 

Już wiecie co. Ja wiem, że wszyscy umrzemy, ale żeby Maria Czubaszek i to tak młodo?… (Z drugiej strony, ile już osób odeszło, o których myślałam, że świat bez nich się skończy – Irena Kwiatkowska, Sławomir Mrożek, Stefania Grodzieńska, Stanisław Lem, David Bowie, Babcia, Mama…)

Jak już jesteśmy przy tematach ponurych, to rozmawiałam niedawno z mamą Zebry, będącą jednocześnie moją matko krzestno o Alzheimerze. Tu trzeba poczynić małe wprowadzenie – jest to osoba, która uwielbia słodycze, czekoladę zwłaszcza. Jestem pełna podziwu, ile cukierków czekoladowych i napoleonek jest w stanie wciągnąć, cały czas mając niezłą figurę, a absolutnie żadnego sportu czy spacerów nie uprawia –  odziedziczyłam po niej temperament i energię życiową (czy raczej ich brak). Nie po matce, która była jak żywe srebro i nie mogła usiedzieć na miejscu, tylko właśnie po chrzestnej – uważajcie, kogo bierzecie na chrzestnych dla dziecka, bo to okazuje się może nie być bez konsekwencji! Ale zamiłowania do czekolady nie odziedziczyłam – słabo mi, jak dzwoni i się zwierza, że właśnie zjadła całe pudełko czekoladowych patyczków z pomarańczowym nadzieniem w środku i jakoś ją lekko mdli. No ciekawe dlaczego!… Bardzo ciekawe.

No i o tym Alzheimerze. Jaka to straszna choroba; jak rodzina nie może sobie dać rady, bo potrzeba osoby czuwającej przy chorym dwadzieścia cztery godziny na dobę, bez najmniejszej przerwy, znajoma poszła do łazienki, a w tym czasie babcia zdążyła zwiać z domu tak daleko, że szukali jej pół dnia. A że moja ciotka jest również z zamiłowania fatalistką (też mam to po niej), to zaczyna lament, co to będzie, jak ona zapadnie na Alzheimera i zwieje z domu i pewnie umrze z głodu albo zamarznie, bo gdzie ją znajdziemy?

Na co mój mąż:

– JAK TO GDZIE – w kolejce po kremówki w cukierni Jagoda! A jak nie tam, to w Biedronce przy pudełkach z cukierkami na wagę.

Tośmy ciotunię uspokoili. Że w razie czego, szast prast i się znajdzie w piętnaście minut.

A dziś, o 7.30 już nie było na targu młodych ziemniaków, chociaż już są, ale ich nie ma, bo przyszli i wykupili – nasz pan od ziemniaków tłumaczył N., że nic mu nie zostało, bo brali po dziesięć kilo NA KOMUNIĘ!

– Co za miasto – piekli się N., który już się na te ziemniaczki oblizywał od środy. – Ziemniaki kupują na komunię! Zamiast wódki, jak w normalnym, porządnym domu!

Skoro jesteśmy przy młodych ziemniaczkach, to podaję przepis na najlepszą sałatkę do grillowanego mięsiwa, autorstwa mojej Mamy:

– młode ziemniaczki, ugotowane w mundurkach, przekrojone na połówki, a większe na ćwiartki;

– młode marcheweczki, ugotowane na półtwardo, pokrojone na kawałki;

– różyczki kalafiora na półtwardo;

– różyczki brokuła na półtwardo;

– fasolka szparagowa zielona, ugotowana;

– a do tego bardzo dużo posiekanego koperku i sos winegret (przyznam, że moja mama brała takie sosy Knorra z torebki, paprykowo – ziołowy albo koperkowo – ziołowy).

Pyszna i ulotna jak wszystko w życiu, bo najlepsza wtedy, jak ziemniaczki są wielkości włoskiego orzecha, a marchewki malutkie i młode. Ech…

O, proszę: „Spłonęło największe cmentarzysko opon w Europie. Kłęby toksycznego dymu. Zostańcie w domach” – ależ naturalnie! Najlepiej na kanapie, prawda?…

O TYM, ŻE CZARNE SAMOCHODY SĄ BEZ SENSU

 

Mój niezmiennie czarujący mąż nosi obandażowany palec dumnie i wysoko i każdemu chętnie opowiada, co mu się stało. Otóż, JA GO NAPADŁAM – z nożem. I on odruchowo podniósł ręce, żeby zasłonić twarz (w tym momencie pokazuje, jak zasłaniał). I wtedy ten nóż (z którym w ręku się na niego rzuciłam) pojechał mu po palcu do kości. No i tak.

Oczywiście, wszystko to na śmiertelnie poważnie i z kamienną twarzą. Popłoch w oczach rozmówcy – bezcenny (cóż, od wielu lat ciężko pracuję na swój image; widocznie moje okrzyki „Ja go w końcu zabiję!” na widok kolejnej paczki z dłutami ciesielskimi albo trocinami do wędzenia trafiły na podatny grunt).

Wczoraj pod zoologicznym próbowałam się włamać do cudzego samochodu. Z torbą psiego żarcia, jak zwykle myślałam o czymś innym i tak ciągnę za klamkę raz, drugi, trzeci, z przodu się nie otwiera, to może spróbuję z tyłu… Dobrze, że właściciela nie było nigdzie w pobliżu, jak się mu się tak beztrosko bujałam na klamkach, bo mógłby się trafić jakiś nerwowy, faceci zwykle nie mają poczucia humoru na punkcie swoich samochodów. N. zwracał mi uwagę, ale oczywiście nie słyszałam, bo byłam ZAMYŚLONA, tak? Niektórym ludziom się zdarza!

Oj bo wszyscy te samochody kupują takie CZARNE. I później człowieku weź i poznaj swój! Potejto, potato – trzeba kupować groszkowozielone. Albo zamocować na dachu pantofel, jak w „Priscilli, królowej pustyni”! Wtedy na pewno bym się nie pomyliła.

Goga mi kazała oglądać „Making a Murderer”. Pomyślałam sobie – etam, dokumentalny, ja nie lubię dokumentalnych, no ale zerknę. O LUDZIE!… Już mam wyszarpane skórki przy paznokciach, a jestem po drugim odcinku dopiero. Jak sobie powyrywam włosy, to mi będziesz Goga perukę refundować. Tyle powiem.

O PIŁOWANIU TOROWISKA I CZEPIANIU SIĘ KRÓWEK

Hm.

Wygląda na to, że naprawiłam „kino domowe”. Oczywiście całkowicie przypadkiem – niechcący usiadłam na pilocie i pokazało mi się na ekranie, czy chcę wyłączyć playback. Nie wiedziałam, czy chcę, a że z natury jestem przekorna, to nacisnęłam „NO”. I wszystko wróciło do normy, to znaczy – słychać w telewizorze i nie muszę włączać wszystkich kolumn przez wzmacniacz i nie drżą szyby w oknach. Ale co trzeba nacisnąć, gdyby sytuacja się powtórzyła – nie mam pojęcia. Będę znowu siadać na pilocie, do skutku.

W domu od kilku dni pachnie żelaznym pyłem zmieszanym z przepracowanym olejem silnikowym. N. dostał gdzieś na budowie stare, drewniane podkłady kolejowe, przywlókł je sobie na podwórko i teraz piłuje na kawałki. W asyście Szczypawki. Później wracają do domu i wnoszą niepowtarzalny aromat starego, nagrzanego torowiska w upalny dzień. Szczerze powiedziawszy – nie jest całkiem nieprzyjemny i wolę już to, niż roznoszone po całej chałupie trociny. Taki osobliwy PERFUM.

(„Perfum” to jedno z moich ulubionych słówek z forum dyskusyjnego. Zaraz obok zaproszenia na „torta” oraz pań, które są takie „sflustrowane”).

Oraz.

W kwestii krówek.

Znowu kupiłam krówki. W Biedronce – z pudełka na wagę, takie duże, ni to krówka, ni to batonik. Przyznam się, że je macałam paluchem, jak klasyczna baba supermarketowa, czy aby się ciągną. Ponieważ wymacana krówka ugięła się elastycznie, to wzięłam.

O panie Jezu na toście (z szynką i ananasem)! Dobrze, że nie zeżarłam od razu całej, tylko odgryzłam tak może z jedną trzecią – skleiło mi gębę na ładnych kilka minut, ani nie mogłam tego połknąć, ani wypluć, ani pogryźć. Chyba z dodatkiem superglue albo nadprodukcji z cementowni Góraźdźe. Chyba świat próbuje mi po raz kolejny powiedzieć „odczep się wreszcie kobito od tych krówek”. Normalnie chyba tym razem posłucham.

O NADCHODZĄCEJ UROCZYSTOŚCI I MAŁYM ACZ KRWAWYM WYPADECZKU

 

No i najmniejsza kuzyneczka z naszej rodziny idzie za mąż, tym samym SKOŃCZYŁA SIĘ PEWNA EPOKA. Najmniejsza nie znaczy, że nieletnia i np. przedsiębiorcza rodzina sprzedaje ją jakiemuś śliniącemu się drabowi za przysłowiowe pińcet, tylko po prostu najmłodsza, a w wieku już jak najbardziej zamążpójściowym. Co tym bardziej uświadamia mi, jaka już jestem stara.

Na fali melancholii wobec powyższego kupiłam sobie trampki Mustanga (no co?… Przecenione były, a w zeszłym roku nie było mojego numeru w tym kolorze!).

Następnie N. odciął sobie dłutem znaczną część tkanek mięsnych na palcu. Zalał krwią warstat, psie plecy oraz cały zlew w kuchni. No naprawdę, dawno nie zmieniałam nikomu opatrunków – bardzo się za tym stęskniłam! Ja jestem z powołania seryjnym mordercą, a nie siostrą miłosierdzia, a ciągle coś komuś muszę bandażować!… Jak jeszcze coś sobie urżnie, to skonfiskuję mu te wszystkie narzędzia, bo to już jest WKURZAJĄCE. Nie dość, że cały czas czymś hałasuje, to jeszcze mi kuchnię posoką zalewa.

Już oficjalnie mówią, że to ostatni sezon „Dobrej żony”. Nie wiem, co to będzie – bardzo się czuję z nią zżyta. Będę tęsknić.

 

O ZAGADCE LOKALOWEJ

 

Nie, to jest niemożliwe, żeby na moim blogu pojawiła się informacja o tym, że BIEGAM. Nie na serio (i na pewno nie na trzeźwo). Jeśli MIMO WSZYSTKO kiedyś się pojawi, to może oznaczać jedno z dwojga:

– albo mnie porwali i przetrzymują i udało mi się na chwile dorwać do internetu i to jest sekretne WOŁANIE O POMOC – wtedy trzeba zawiadomić odpowiednie służby i / lub mojego męża (jakby jeszcze nie zauważył, albo zauważył ale za bardzo się ucieszył, żeby interweniować);

– albo już nie żyję i to pisze zupełnie ktoś inny.

No, jeszcze mogli mnie poddać elektrowstrząsom i usunąć mi pamięć i osobowość, czyli prawie to samo, co „nie żyję”.

No i skończyłam drugi sezon „Line of Duty” – na jednym odcinku próbowałam sobie robić manicure, ale tak wjechałam cążkami w mięso z wrażenia, że od dwóch dni chodzę z opuchniętym paluchem. Najgorsze, że teraz musze czekać do końca trzeciego sezonu – bo tego się nie da oglądać na bieżąco i CZEKAĆ na nowy odcinek. Nerwy by mnie zeżarły.

Po drodze do roboty mijamy taki jeden blok, na którym wisi (już jakiś czas) plakat „LOKAL DO WYNAJĘCIA 18 METRÓW KWADRATOWYCH”. Za każdym razem się zastanawiam, co można świadczyć na osiemnastu metrach kwadratowych?…