O NICZYM ZUPEŁNIE

 

1. Kanapa w biurze staje się zagadnieniem priorytetowym – chyba, że będę ucinać sobie drzemki pod biurkiem.

2. Odzwyczaiłam się od jadania w przydrożnych nibyludowych nibygospodach i po zamówieniu pozycji z karty „Pierogi szlacheckie” wcale nie czuję się szlachecko, tylko normalnie mam zgagę. Chociaż może właśnie szlachta miała zgagę?… Nie prowadzili zbyt higienicznego trybu życia.

3. Redaktor Nogaś narobił dziś z rana apetytu na antologię polskiego reportażu pod redakcją Mariusza Szczygła, a książka do kupienia dopiero za tydzień. To jest, panie redaktorze, NIELUDZKIE i na przyszłość bardzo proszę o recenzowanie książek, które już leżą na półkach i po które można pobiec natychmiast z wywieszonym ozorem.

4. N. się ze mnie śmieje, że za każdym razem przed przyjściem siły fachowej od sprzątania, ja latam po domu i sprzątam.  Serio, tylko ja tak mam, że się mobilizuję do sprzątania przed sprzątaniem?… Jak tak można na widok ludzki wystawiać swój prywatny, spontaniczny bałagan?

5. Nigdy więcej pierogów szlacheckich. Howgh.

O FLORESACH

Na pączka mnie dziś, o dziwo, nie drze, ale zjadłabym jeszcze jednego floresa.

Nie dość, że bardzo smaczne, to i śliczne. I dietetyczne, bo składają się głównie z powietrza! Ciasto jakby faworkowe, ale cienkie jak bibułka, no i smak inny od naszych faworków, bo smażone na oliwie.

I naturalnie, jak każde ciastko, najchętniej bym zakąsiła ślicznego floresa kawałkiem baaaardzo paprykowej chistorry.

O JEDEN PALEC STOLARZA ZA DALEKO

 

Mój Kochany Pamiętniczku, znowu rozje… psułam ładowarkę do telefonu, ja nie wiem, jak nie jedną wtyczkę ukręcę, to drugą, a ja naprawdę NIGDY NIC NIE PSUJĘ, tylko z tymi ładowarkami mam jakąś karmę niezadobrą. No i teraz trochę ładuje, trochę nie, ale za to za każdym razem mnie trzepnie prąd, jak łapię za telefon. Zawsze to jakaś rozrywka.

N. kupił to na krety. Włączył na momencik i przysięgam, gdyby tego NATYCHMIAST nie wyłączył, to bym pakowała walizki. COŚ OKROPNEGO. Myślę, że w sklepie zachęcają „Panie! Kup pan! Jak nie kret, to stara – zawsze się pan czegoś z domu pozbędziesz!”. Nie wiem, co kret na to, ale ja może się na wszelki wypadek rozejrzę za kawalerką, bo to jest NIE DO ZNIESIENIA. N. mówi, że jak się to całe zakopie, to nie będzie tak okropnie słychać (i czuć, bo to taka wyjąco – skrzecząca wibracja).

A na koniec miłego dnia uraczył mnie opowieścią, jak udał się do któregoś ze swoich zaprzyjaźnionych warstatów i okazał w nim PALEC. (Nosi się z tym palcem bardzo dumny jak z raną wojenną). Wszyscy obejrzeli, pocmokali, po czym jeden opowiedział, że jego znajomy stolarz też sobie obciął kawałek palca. No ale stolarz to chleb codzienny właściwie, u stolarzy palce lecą jak ulęgałki. Na jakiejś maszynie go sobie uciapał, a jego kumpel przytomnie strzepnął ten obcięty koniuszek w trociny. W trocinach dorwał go kotek! Trochę poturlał (nadal mowa o obciętej końcówce palca ludzkiego), trochę sobie wsadził w gębę i pożuł, pożuł, mlasnął i wypluł. Śmiechu było podobno!… Wszyscy się ZAŚMIEWALI z tego z obciętym palcem, że nawet kot go wypluł.

Nie wiem, czy chciałabym usłyszeć kolejną opowieść o obciętym palcu czy czymkolwiek innym. Ta mi wystarczy naprawdę NA DŁUGO.

To kiedy to plus dwadzieścia, HĘ?

O JEDYNEJ PRAWDZIWEJ SKUTECZNEJ METODZIE NA NIEPRZYTYCIE

Na lotnisku okazało się, że naszym samolotem leci dwóch ortodoksyjnych starozakonnych. Na marginesie, na każdym lotnisku zawsze widzę minimum jednego ortodoksyjnego starozakonnego, lotniska to ich naturalny habitat. Po czym, przy wyładowywaniu bagaży to właśnie oni dostali walizki w pierwszej kolejności – N. mówi, że musimy się zorientować, jakie mają nalepki na bagaże i też takie zdobyć. W drugiej kolejności dostaliśmy walizki my. W znacznie dalszej kolejności (nie czekaliśmy) dostał walizki reżyser Machulski. Później już tylko małe sześćset kilometrów, w tym przeprawa przez góry i byliśmy w Galicji.

W Porto do Son jest tak ohydna pogoda i takie fale, że od trzech miesięcy żaden rybak nie wyszedł w morze łowić. Wszyscy chodzą po barach i rwą sobie włosy z głowy; kilka razy morze zassało słodką wodę z rzek i pozdychało mnóstwo ryb i skorupiaków, po prostu jakaś morska apokalipsa. Jednego tak ssie z tego niełowienia, że chodzi z camarones – małymi krewetkami – po kieszeniach i zakłada w porcie pułapki na kraby, chociaż nie wolno. Od razu pierwszego dnia dostaliśmy półmisek kalmarów z zaznaczeniem, że to są wszystkie kalmary z tego sezonu, więcej nie ma. Wszystko dla nas. Myślicie, że mi powieka drgnęła?… Zeżarłam co do jednej macki. Takich kalmarów, jak robi żona przyjaciela N., nie jadłam absolutnie nigdzie. Nie są nawet odrobinkę gumowe. Podobno to dlatego, że nie są łowione siecią i zgniecione przy wyciąganiu, a później nie leżą surowe nie wiadomo ile czasu, tylko są łapane pojedynczo na wędkę i od razu chlast! Do zamrażarki (kalmary się powinno przemrozić, tylko świeże, tak samo jak ośmiornicę – albo ją biedulę tłuc młotkiem, żeby była miękka).

Oprócz tego żarłam morcillę z Leon (sprowadzoną specjalnie na mój przyjazd), niesamowity ser, który robi się z mleka od jednej krowy, następnie dojrzewa rok, a później wylewa się ze skórki. Żarłam sargo – też odmrożone, ale własnoręcznie złapane – z piecyka, tylko z oliwą, białym winem i czosnkiem (i ziemniaczkami w plasterki). Niesamowicie przyrządzone antrykoty ze smażonymi platanami w restauracji A Favela w Vigo – myślałam, że pęknę po tej uczcie, tym bardziej, że na deser mieli flan de cafe –  jadłam drugi raz w życiu i to jest niesamowicie pyszny deser. Nie wiem, czy nie wolę flan de cafe od crema catalana, nie wiem, nie wiem. Zjadłam nawet rączkę ośmiornicy, bo częstowała mnie Amelia, żona Paco, tak urocza i serdeczna, że z jej ręki zjadłam nawet ośmiornicę i gadałam z nią po hiszpańsku, chociaż nie umiem. Ośmiornica ciekawie zrobiona, inaczej niż po galicyjsku, w takim leciutkim winegrecie z cebulą. Żarlam chistorrę, przepiękne ciastko flores – wrzucę zdjęcie – biszkopty z Noia, a nawet flaki, bo jest sezon na flaki i w winiarniach je podają na przystawkę. Oczywiście popijając Mencią, Ribeira Sacra i moim ulubionym Amandi.

A przepraszam! Jednego nie dałam rady zjeść. Mianowicie galicyjskiego botelo. To jest pęcherz świński, w który się wkłada mięso odkrojone z żeberek, bardzo mocno opapryczone, a później się ten cały towar powolutku gotuje, na małym ogniu, a na półmisku się rozkrawa pęcherz i wyjada to mięso. Już pominę, że wygląda, jakby nieszczęsne zwierzę połknęło granat i tak je zebrali szufelką, to mięsko ma mnóstwo tłuszczu i chrząstek. Znam takich, co by to zjedli razem z półmiskiem, ale ja niestety nie bardzo. N. zjadł i dwa dni botelo mu się kokosiło w żołądku, zanim je wyegzorcyzmował cocacolą.

A teraz będzie klu, czyli tajemnicza instrukcja, jak od tego wszystkiego nie przytyć ani grama! Zupełnie za darmo dla wszystkich!

No więc, nasi przyjaciele mają mieszkanie BEZ OGRZEWANIA. W przepięknej kamienicy w pierwszej linii z widokiem na port, plażę i ocean, z przeszklonym salonem… Więc w mieszkaniu jest mniej więcej tak ciepło, jak na zewnątrz. Plus niesamowita wilgoć. W łazience puszczaliśmy przed ablucjami dmuchawę na pół godziny, a i tak pod każdy prysznic wchodziłam prawie z okrzykiem BANZAAAAI! Ręczniki nie schły. Rano miałam wrażenie, że wciągam dżinsy na mokro. Ciepło robiło się tylko pod kołdrą, czyli rzadko i na krótko, bo kto by tam spał. Przy wyjściu na zewnątrz człowiek miał wrażenie, że jest cieplej niż w domu (i często było). Biedny, ciągle zmarznięty organizm zużywał każdą kalorię i każdy kieliszek wina, żeby się choć trochę ogrzać – prawda, jakie to proste? Po czterech dniach tego treningu chciałam błagać, żeby pozwolili mi spać w nagrzanym samochodzie.

Ale przytyć – nie przytyłam.

Boziu, jak mi będzie brakować tych ich knajp i barów, nawet nie dlatego, żeby się wieczorem natrąbić, bo mogę sobie otworzyć flaszkę wina w domu i wyżłopać duszkiem, ale nie o to chodzi. W tych barach jest tak cudownie (nawet, jak się rozumie połowę tego co mówią do człowieka i umie odpowiedzieć wyłącznie „Si” oraz „Muy bien”), chodzi się po barach według ściśle określonego klucza: „Idziemy do tej, bo wziął ją w ajencję taki fajny chłopak po studiach, biolog, a później tam gdzie to młode małżeństwo, bo mają małe dziecko i się potrzebują dorobić”. W każdej knajpie towarzystwo od lat 0 do jakichś 90 (ale młodo wyglądające 90) i bardzo bym chciała zobaczyć zwolennika opinii „dzieci w restauracji nie, bo się głośno zachowują” – har, har. Tu by musiały mieć płuca jak Monserrat Caballe, żeby być usłyszane, bo wszyscy dyskutują NIE NAJCISZEJ, mówiąc oględnie. Ale mniejsza o dzieci, najbardziej mi się podoba, że tu do barów chodzą starsi i niepełnosprawni. Osoba na wózku w barze to normalny widok, nawet jak leci mecz to zawsze chłopaki pomogą wjechać i przynieść piwo z baru, nie przestając komentować, przeklinać i wygrażać trenerowi oczywiście. I że przychodzi cała rodzina, wnuczka lat 3, kuzynka lat 17 i abuela lat 84 – i każdy ma z kim pogadać i poprzeklinać na polityków (ooo, jak oni jadą na polityków, nie gorzej niż my, a może nawet lepiej, bo mają na dodatek rozpustną rodzinę królewską). Tylko zapłacić jest trudno, nam się udało chyba tylko dwa razy.

Ale przez całe dwa dni NIE PADAŁO! Tracę moc, tracę moc. Albo się starzeję.

Jak to miło mieć w domu ogrzewanie i kominek! (Jeśli piec działa, naturalnie, ale ostatnio tfu na psa urok działa, może coś knuje).

O BARDZO STRATEGICZNYM LĄDOWANIU

 

Wróciłam, działo się, że oj! W tę stronę przyjechały w butach mejillones en escabeche, ale zanim lekutko odparuję, to muszę o dzisiejszym lądowaniu, bo naprawdę.

LOT się spóźnił pół godziny, pfff, to na LOT tyle co nic, lądujemy, jedziemy po płycie, jedziemy, podjeżdżamy pod rękawy. Wyczołgujemy się ze zdrętwiałymi kończynami, TADAM! – kierują nas do autobusu. Pod rękaw podjechały autobusy! W dodatku DWA, tymczasem wszystkich upychali do jednego. Po pół godzinie w końcu ruszył! Jedziemy do wejścia! Przejechaliśmy… Jak słowo daję, nie wiem, czy to było 20 metrów.

Nooo chyba to była ta słynna strategia oszczędnościowo – rozwojowa, za którą żeśmy pan z panią czyli społeczeństwo zapłacili prezesowi LOT-u pół bańki, a to podobno jeszcze nie wszystko. Bardzo to było nowatorskie, bardzo. Pół nocy teraz będę to analizować.

W następnym odcinku: co zjadłam i dlaczego wcale nie przytyłam.

O GRZYBKACH

 

Grzybki i chrzan w butach (grzybki w butach – brzmi dwuznacznie, ale chodzi o słoiki z marynowanymi borowikami), kabanosy owinięte w piżamę, wyruszamy na spotkanie Wielkiej Ulewy i dwunastometrowych fal.

Oraz chciałam powiedzieć, że złoty medal w pięknym stylu, ale nazwa dyscypliny jest niepoważna (co to w ogóle jest za słowo – „PANCZEN”), a łyżwiarze w białych kombinezonach wyglądają jak plemniki.

O PREZENCIKU NA WALENTYNKI

 

Walentynki dziś? To mam temat akurat na Walentynki (u nas we budowlance tak mówią, panowie się spotykają obgadać „tematy” – nie sprawy, problemy, projekty, tylko „tematy”).

Wczoraj koleżanka zapodała (na winie) temat pt. „dwuzdaniowe horrory”, natychmiast po powrocie do domu rzuciłam się do guglania. Są świetne! Gęsiej skóry dostałam oraz byłam BARDZO zadowolona, że N. wrócił z Gdańska i nie muszę znowu spać na baczność z otwartymi oczami.

„Kiedy układałem go do snu, powiedział ,Tatusiu, sprawdź czy pod łóżkiem nie ma potworów’. Rozbawiony zajrzałem tam i wtedy go zobaczyłem – to był mój syn, który drżąc wyszeptał do mnie jedno zdanie: ‚Tatusiu, ktoś leży w moim łóżku.'”

„Myliłem się, myśląc, że nie może być nic gorszego niż pogrzebanie żywcem. Odkrycie, że nie leżę w grobie sam, było jeszcze gorsze.”

„Nie bój się potworów – po prostu ich wypatruj. Spójrz w lewo, spójrz w prawo, poszukaj pod łóżkiem, zerknij za kredens i do spiżarni, ale nie patrz w górę – ona nie znosi, gdy ktoś ją zauważa.”

„Moja córka nie przestaje płakać i krzyczeć w środku nocy. Codziennie odwiedzam jej grób i proszę, żeby przestała, ale to nie pomaga.”

SŁABE?… Tu cały wątek – na poprawienie krążenia w Walentynki. („The longer I wore it the more it grew on me. She had such pretty skin.”)

A ja wymyśliłam jednozdaniowy horror: „Weszła na wagę”.

O TYM, ŻE PÓJDĘ SIEDZIEĆ

 

Śniło mi się, że spotkałam Meryl Streep. Była oczywiście zachwycająca, a ja przyniosłam kilka filmów na DVD, żeby mi się na nich podpisała. Dopiero kiedy jej podałam te filmy, zauważyłam, że one są z Diane Keaton.

Nawet WE ŚNIE muszę sobie narobić przypału.

Wywaliłam dwa bio-jogurty, którym się data przydatności skończyła w listopadzie ubiegłego roku. Zatkałam zlew oczywiście, bo to były owocowe jogurty N., ale wyglądały i pachniały zupełnie normalnie. Świeżutko i aromatycznie! Wisienki nawet nie straciły kształtu. Bio my ass, nawet nie chcę myśleć, ile tablicy Mendelejewa w nich było. Z czystej ciekawości chciałabym się dowiedzieć, kiedy wszyscy zaczniemy świecić w nocy od tego MEGASYFU pakowanego do jedzenia oraz co było złego w tym, że mleko czy jogurt się normalnie psuły po kilku dniach. Ale ja jestem stara i się czepiam, ba, pamiętam nawet czasy, kiedy wędlina nie śmierdziała, nie była pokryta lekko oślizgłym meszkiem i dało się na niej usmażyć jajecznicę, bo nie przywierała do patelni! To było jednak bardzo dawno temu. Teraz nawet boczek się przykleja do patelni, i to teflonowej. Mistrzowie w tych zakładach spożywczych siedzą, mistrzowie.

Preparat żelaza na razie co prawda nie dodał mi ani energii, ani niczego innego, za to codziennie kapsułka najpierw zakleszcza mi się w gardle, następnie ten ohydny żelatynoplastik się rozpuszcza, a zawartość częściowo radośnie wydmuchuję nosem, a reszta oblepia mi gardło i do wieczora mam taki wspaniały żrąco chemiczny smakozapach w tak zwanym układzie.

A wieczór się zrobił w południe. To może ja sobie pójdę posiedzieć pod zlewem, bo pożytku ze mnie chwilowo nie ma.

O MARYNATACH

 

W sobotę Szpilmanowa pożyczyła sobie spryskiwacz do kwiatków, oddała w niedzielę rano. Żeby nie było nudno, to N. obciął sobie heblem pół palca – a to ważne, żeby w związku z długim stażem nie było nudno. A na zakończenie weekendu Stoch zdobył medal, bardzo miły młodzieniec.

A ja się wściekłam na ogórki, chociaż w zasadzie to ogólnie na marynaty. N. przyniósł z targu słój przepięknych ogórków i już sobie wizualizowałam, jak je opierniczę pod jakąś kanapeczkę albo i bez, gdy nagle WTEM! Okazały się na słodko.

Jasna cholera niech to strzeli i piorun kulisty, dlaczego od jakiegoś czasu WSZYSCY robią marynaty na słodko? Jestem w tej części ludzkości, dla której słodkie nie równa się pyszne. A wszyscy się uparli, żeby ogórki słodzić. I grzybki słodzić. I śledzie słodzić. I paprykę słodzić. I sypać curry, czy to ma sens, czy nie. Człowiek by wciągnął najzwyklejszego kwasielucha, takiego, że aż strzyka za uszami, a tu wszystko przerobione na kompot. Ech, od samego pisania zachciało mi się takiego srebrnego, wykręcającego twarz rolmopsa.

I odkryłam jednego chilijskiego autora kryminałów, zainteresował mnie jego tom opowiadań, głównie ze względu na tytuł: „Dziwki morderczynie”. Prawda, że od razu w tle słychać klepanie kastanietów i chlupot tequili? A nie tam te skandynawskie miągwy.