BYLA SOBIE MLODA ZEBRA

Glowa mnie boli, ciekawe od czego, bo przeciez nie od tych paru malutkich kieliszeczkow wina bialego i jeszcze mniejszych – czerwonego. NO CHYBA, ze od POWIETRZA SUCHEGO, na czwartym pietrze jest bardzo suche powietrze, to wszyscy wiedza.

A ta Mloda Zebra to naprawde. Ma podejscie do czlowieka. Czulam się jak w 12 – gwiazdkowym hotelu albo i lepiej. Calodobowa, dyskretna obsluga – lozeczko poslane, jajecznica na sniadanko, puscila teledysk BeeGees z wczesnych lat 80-tych, gdzie panowie zasuwają w bialych, obcislych spodniach i za malych podkoszulkach. Rano pozyczyla mi kosmetykow i teraz nie wiem, czy mam oczy gwiazdziste, czy raczej wygladam jak wampir, bo to mój debiut w tych kolorach.

Był zgrzyt w postaci Marcysia, bo Marcys raz mowi, ze zabierze Mloda Zebre na Gwiezdne Wojny, a raz, ze nie zabierze, miga się po prostu.

I dzwonil N. z hotelu DYLIZANS. Rano już wiedzial, dlaczego ten hotel nazywa się DYLIZANS – bo slychac wszyskie przejezdzajace pociagi towarowe.

Przechodzilam obok Galerii Centrum i zrobilam sobie quiz ubraniowy. Nie jestem Orsay ani Frodo, raczej nie Morgan – już predzej Navy, Esprit, jeśli Zara – to Basics.

Niech N. już wraca, bo mnie glowa boli.

TAK WYGLADAJA NAGIE FAKTY

1. Natchło mnie religijnie na mieszanke wedlowska… MUSIALAM wyjsc i kupic! Nie wiem, o co chodzi – ja nie lubie cukierkow, a ta cholerna mieszanka chodzila za mna od tygodnia. Wlasnie jestem po dwoch bajecznych i jednym rekordzie, w trakcie irysa, a przed figlem i mam oko na paryskiego.

2. Budzi we mnie trwoge urzadzenie do wyjmowania rybom haczykow z ust…

3. Chyba jednak najbardziej pociąga mnie kariera barmanki w Paryzu w 1920 roku.

To na razie tyle.

PS. Ad 1 – Trafiaja mi się same galaretki. Nie lubie galaretek!

MUSIMY POROZMAWIAC O GLOBALIZACJI

Moja siec komorkowa postanowila mnie oblaskawic i przyslali mi „KUPON NA TELEFON”. Przestraszylam się, bo to się wiaze z wizyta w sklepie, czyli tzw. AUTORYZOWANYM SALONIE, a wole jednak nosic deski, niż pojawiac się w salonach sprzedazy, tym bardziej autoryzowanych.

Zadzwonilam zatem po ratunek do Mlodej Zebry, czy by… Na przykład, ja poczekam przed salonem, a jakby cos trzeba było podpisac, to ona mi wyniesie na zewnatrz, a ja podpisze. Wysmiala mnie, wyszydzila i zgodzila się ze mna pojsc. Uf.

A pozniej urzadzimy sobie wieczor panienski u niej, bo N. znowu poswieca się karierze zawodowej na poludniu Polski. Jestesmy znakomitymi organizatorkami i już nawet podzielilysmy miedzy siebie obowiazki. Wieczor poswiecony zostanie problematyce zdrowia i urody oraz (ale to już po pierwszej butelce) trendowi globalizacji. Ja jestem in charge of wino (witaminy), a ona – in charge of pizza hut (witaminy, witaminy i JESZCZE RAZ witaminy).

– Bo – oznajmila mi – ja NIE MAM ZAMIARU stac przy garach.

Z ulga przyjmuje coraz zdrowsze reakcje Mlodej Zebry i mam nadzieje, ze co najgorsze, ma już za soba, coraz dalej. Calkiem niedawno, u mnie, kiedy wyjmowalam pranie, przyszla mnie skrytykowac z jakims drinkiem:

– Co, koszulki mu wieszasz?… HA! WIESZAJ, wieeeszaj! JA TEZ WIESZALAM, i co mi z tego! – i zasmiala się, ochryple a demonicznie.

No i dobrze, bo byloby o wiele gorzej, gdyby ryczała. Albo dostala paranoi i chciala się mscic. Albo – nie daj Bóg – doszla do wniosku „JA GO I TAK KOCHAM I WSZYSTKO MU PRZEBACZE” – no wtedy to by ją trzeba było związać i zaaplikowac pare lewatyw, zimne przescieradla i chinine. Na szczescie – wystarczyly porady Haniuty, żeby mi się dziecko wykurowalo.

Zreszta, juz od dawna planowalysmy rozmowy na temat globalizacji – tak, ze swietnie sie sklada ::))

ZNALEZIONO PTASZNIKA

Ten ptasznik, co podobno zwiał z ktoregos zoo, to chcialam powiedziec, ze znalazl się u nas. Siedzial na scianie naprzeciwko kuchni. Oblizywal się. Nie chce tu nic sugerowac, ale obawiam się, ze wpierdzielił kota sąsiadow. Slyszalam, jak go wołali i wołali… A kot nie przychodzil i nie przychodzil…

N. standardowo wyniosl go w sloiku przy akompaniamencie moich powrzaskiwań.

Od piątku nie mogę spac. Dzieje się bardzo zle, a ja nic nie mogę na to poradzic. To znaczy – mogę, ale teoretycznie. Nic to – jak mawial Maly Rycerz – poki mamy glowe, to możemy nią walić w mur.

KTO ŻYW, NOSI DESKI

Do tablicy poprosimy Oblego.

W garazu leza deski. Kazda deska ma wymiary 150 cm x 3,5 cm x 12 cm i jest debowa. Desek jest 190. Deski trzeba przeniesc z garazu o 1,5 kondygnacji i ulozyc rowniutko na przekladkach, z odstepami, żeby mialy luft. Majac w malym paluszku ciezar wlasciwy debu, pan Obly poda calkowita wage przeniesionych przez N. i ulozonych przez mnie desek, a także wage jednej deski i jednego ladunku (N. nosil po cztery). Proszę także podac objetosc desek w metrach szesciennych oraz liczbe metrow biezacych deski debowej o podanych wymiarach. Pan Obly ma na rozwiazanie zadania 11 minut.

Mam niejasje podejrzenie, ze jedna deska wazyla około osmiu kilogramow. Przynajmniej tak twierdzily nastepnego dnia moje miesnie.

A wczoraj bylam w Kielcach i wrocilam chora. Cho – ra. Chyba czas, zebysmy z N. wprowadzili w zycie Plan B.

PS. A nastepnego dnia po deskach N. z Leonem przeniesli jeszcze 100 paczek parkietu z czeresni, ale już BEZE MNIE 🙂

ABSOLUTNA FIKCJA

Dialog – fikcyjny, oczywiscie – ktory MOGL MIEC MIEJSCE dzis rano, na przyklad w jakims samochodzie:

– Kupisz mi psa?
– O Jezu…
– Jakiego psa mi kupisz?
– Duzego. BIG, BIG PIES.
– Duzego nie. A jaki kolor?
– NIEBIESKI METALIC.

Oczywiscie, caly dialog jest fikcja literacka i niczym wiecej,ale to chyba widac na pierwszy rzut oka, prawda?…