O PODUSZCE I PRZYMROZKU

 

Zakochałam się w strusiej poduszce (prawie jak strusia noga biskupa).Tak, wiem, to kolejny dowód na to, że nie wszystko w porządku pod kopułą. N., jak mu to cudo pokazałam, to się BARDZO śmiał, wył wręcz, dopóki nie został poinstruowany, że nie ma się śmiać, tylko mi to KUPIĆ (35 zł na Allegro). Dręczę go teraz pytaniami, czy bardzo będzie się wstydził siedzieć obok mnie w samolocie (panika w oczach).

A dziś rano był przymrozeczek! Taki chrupiący, z lodem na samochodziku! Gdyby nie to, że przede mną tydzień bujania klapkiem na palcu w CYWILIZOWANEJ temperaturze pod wulkanem (27 stopni), to…

O SARENCE

 

Pól niedzieli się przeczołgałam po meblach, bo szło na deszcz. A jak idzie na deszcz, to ja pełzam (pogodynka pełzająca). W związku z powyższym tylko na moment odwiedziliśmy kolegę, który się przeprowadził z metropolii w naszą okolicę – opowiedział nam o sarence, która przychodziła o poranku do niego na ogródek skubać listki… Był zachwycony i robił jej zdjęcia, dopóki mu nie zeżarła wszystkich drzewek, świeżo przywleczonych ze szkółki. Powyżej pewnego progu inwestycyjnego podobno przestaje się kochać sarenki na podwórku.

Dla podtrzymania krążenia obejrzałam sobie „Mystic Pizza” (z wyprzedaży garażowej od Zuzanki). Niech mi ktoś powie, ze filmy z osiemdziesiątych lat nie mają czegoś w sobie – zwłaszcza te z podziałami klasowymi w tle (dziewczęta z warstwy uprzywilejowanej charakteryzują się tym, że wyglądają jakieś 15 lat starzej od swoich ubogich koleżanek). Julia Roberts w zasadzie nic się nie zmieniła, ale jest jedna scena, jak ona leży i pokazują jej nos od dołu Założę się, że w żadnym innym filmie już nie pozwoliła pokazać swojego nosa od dołu (żeby nie było, że się czepiam – jest śliczna, ale nochal od spodu ma niezły).

Deszczyk, rachuneczki, oby do czwartku (oczywiście śniło mi się, że spóźniliśmy się na samolot).

PS. Bym zapomniała! Bo sobie wymyśliłam taki prosty obiad bez mięsa, bo jakos nie mamy na mięso melodii – kopytka z grzybowym sosem, wszak jest sezon! W roli grzybków wystąpiły opieńki, MEGA WIELKA TORBA, którą N. kupił za 8 złotych (ja bym się targowała! Znaczy, dałabym 10 zł ale za połowę tego!) – no więc, jakby ktoś nie wiedział, to opieńki trzeba wstępnie obgotowywać, i to tak z pół godziny. Następnie kopytka. Może i proste są, ale upierdliwe dość. W dodatku stwierdziłam, ze przerobię wszystkie ziemniaki, bo po co mają się zamienić w zupę pod naszą nieobecność. Po użeraniu się z grzybami dwie godziny i kopytkami następne trzy, odechciało mi się jednego i drugiego, zjadłam suchy chleb z herbatą i nie wiem, od czego kucharze tyją.

O ROBAKACH I SANDAŁKACH

 

I to jest właśnie jeden z wielu powodów, dlaczego kocham Wyspy Kanaryjskie – tam nie ma robactwa! No, w śladowych ilościach, wiadomo, czasem jakaś muszka owocówka. No i jak jeden raz byliśmy na Gran Canarii, to tam były dwie panienki z Polski, które a) całe dnie leżały nad basenem bez staników, b) za każdym razem zaczepiały N., że u nich w pokoju jest kaaaaraaaaluuuuch! Ponieważ jednak niedaleko N. przebywałam JA, to skończyło się na wyrazach ubolewania. Choć pewnie scenariusz był taki, żeby N. poszedł do nich do pokoju ratować dwie pary cycków przed straszliwym potworem! Niedoczekanie (flądry jedne).

O czym to ja. A, że nie ma robactwa, nic na człowieka nie wyskakuje w łazience i można chodzić na bosaka i nie wraca się do domu z przemiłym czterometrowym wijcem pod skórą albo amputowaną ręką w łokciu (w warunkach polowych).

Jeśli natomiast chodzi o Helix… proszę szanownych twórców, jak mi się obiecuje SYFY, to ja chcę SYFY. Chodzi o porozumienie twórcy z odbiorcą – świetnie sobie z tym radzi np. pornografia: widz zwykle dostaje to, o co mu chodzi. Nie rozumiem, po co Helix funduje widzowi „Modę na sukces”: nagle WTEM okazuje się, że wszyscy w arktycznej bazie są swoimi nawzajem ojcem, bratem, córką, szwagrem, kuzynem, zaginionym bliźniakiem oraz w piwnicy jest tajemnicza chatka z dzieciństwa. NO ŻESZ JASNA CHOLERA. Wirusy, mutanci, spisek i wojsko – proszę bardzo, ale pamiątki rodzinne i albumy ze zdjęciami sobie wypraszam. Wypraszam! Słychać mnie, że wyprosiłam?…

A jutro zabieram się za casting sandałków, bo przecież WSZYSTKICH nie spakuję.

 

O WSTĘPIE DO ZAWAŁU SERCA

 

Dziś mam wolne z powodu rehabilitacji po wczorajszym ataku serca, na wszelki wypadek nawet horoskopu nie czytam, żeby mi się nie pogorszyło. Wczoraj albowiem o dwudziestej drugiej – N. oczywiście jeszcze w terenie coś uzgadniał – jakoś tak doszłam do wniosku, że może bym zjadła krewetkowego chrupka. Albo dwa. Zatem zmierzam do kuchni GDY WTEM!!! O mało się nie potknęłam o COŚ SZAREGO… Z ośmioma nogami. Wielkości połowy Szczypawki.

Piękny okaz jesiennego pająka kątnika siedział sobie na środku podłogi, grzał dupę o kafelki i na mnie łypał. Kurwa mać, i lub tu człowieku jesień!

Mogą mi do domu wejść żaby, nietoperze, zaskrońce – wszystkie je lubię i bym nakarmiła, pogłaskała… Nie, muszą pająki! Na widok których mam zlewne poty i migotanie komór!

JAKIM CUDEM zamiast paść trupem na miejscu udało mi się przykryć drania słoikiem, to nie wiem. Byłam w szoku i nie pamiętam (ludzie w szoku potrafią sobie nawet odgryźć kończynę) (chyba że mi się coś pomyliło). Dobrze, że nie spierdzielał, tylko sobie STAŁ. I się gapił. W tym słoiku później też stał i się gapił. A ja siedziałam na krześle naprzeciwko i pilnowałam, żeby nie przegryzł szkła albo co. I tak sobie siedzieliśmy do jedenastej w nocy, aż wrócił N. i zarządził koniec przyjęcia.

I jak ja mam funkcjonować bez wiadra psychotropów. NO JAK.

A pan Zły Japończyk z „Helix” to jest ten sam Zły Japończyk, co gra w „Extant”. Nawet swetry ma mniej więcej takie same – może gania z planu na plan i specjalnie go podobnie stylizują, bo by się nie zdążył przebierać. Ciekawe, czy ma wielu fanow w swoim ojczystym kraju („Dziś odwiedził nas słynny aktor, który znowu zagrał wyjątkową świnię w amerykańskim serialu”). Mama Bridget powtarzała, że Japończycy to wyjątkowo okrutna rasa (pierwsza żona Marka Darcy – ciekawe, czy też robiła eksperymenty na ludziach).

Aha, tych chrupek krewetkowych w końcu nie zjadlam i chyba nie zjem, bo co na nie spojrzę, to mi się przypomina ta włochata ośmionoga menda.

O WINIE, SERZE I – A JAKŻE – SERIALU

Jak mówi stare japońskie przysłowie – urodziny i po urodzinach. Jedyna mądrość, jaka spłynęła na mnie wraz z ukończeniem, to – nigdy, ale to nigdy, żeby nie wiem co, nie pij białego wina z Nowej Zelandii, które smakuje czarną porzeczką (białe wino? Czarną porzeczką?). To jest, ja i tak nie piłam, bo nie lubię białego i wolałam różowe portugalskie, pod kolor flamingów na trawniku. Natomiast tym, co pili, wino spustoszyło organizm jak najazd Tatarów na Sicz Zaporoską, a naprawdę w winie nie o to chodzi. Z flagowych produktów Nowej Zelandii  jednak bezpieczniej pozostać przy strzyżeniu owiec, bez urazy.

Z tego wszystkiego odkryłam nowy serial. Prześwietny: zabójczy wirus na stacji arktycznej! Mało? No to ekipa z agencji ochrony zdrowia publicznego, która przyjeżdża go ujarzmić (tego wirusa, ju noł), składa się z pana wirusologa, jego byłej żony, która zdradziła go z jego własnym bratem i to TEN BRAT jest aktualnie zżerany przez wirus w szybkim tempie oraz młodej niuni, która jeszcze z panem wirusologiem nie spała, a przynajmniej tak zeznaje byłej żonie –ale raczej by chciała. Kto się zarazi wirusem, robi się nerwowy i cieknie mu z ust na czarno. Całość nie byłaby kompletna bez enigmatycznego szefa bazy – Japończyka, który COŚ UKRYWA. Aha, na zewnątrz jest minus siedemdziesiąt stopni mrozu i przez większość doby nie ma żadnej łączności. PRAWDA, JAKI PIĘKNY? Nazywa się „Helix”. Palce lizać.

Coraz mniej czasu do wyjazdu na wakacje, ale za to N. ma coraz większy obłęd w oku (tak, mamy ubezpieczenie od kosztów rezygnacji, wolałabym JENAKOWOŻ, żeby się nie przydało, kurka wodna kostropata).

Aha – i jeśli chodzi o oscypek na elektrycznej grillowej patelni, to całkiem się rozpłynął (a tam, gdzie są te dziury do odprowadzania tłuszczu, to nimi przeciekł na dół). Złośliwa menda, a nie ser.

 

O MALINACH I KAWAŁ O PAPUDZE

 

Potrzeba matką wynalazków: solpadeina rozpuszczona w wodzie z dodatkiem soku malinowego – pyszna oranżadka. A próbowałam już nawet z kokakolą i nadal była ohydna. Jednak co natura, to natura – maliny muszą mieć potężne moce, skoro potrafiły zagłuszyć tę ohydę smakową. Niech żyją maliny! (Euforia po spożyciu mi się załączyła, hm). To miło, że złota polska jesień raczy nas swoim niewątpliwym urokiem, słońcem i ciepłem, ale może by te temperatury nie musiały tak wachlować co drugi dzień piętnaście stopni w górę i w dół, bo mi łeb odpadnie, a przyzwyczaiłam się do niego.

Sukienka w pistolety przyszła i jest super, owszem, z lekkim połyskiem, ale ten materiał jest gruby i mięsisty, tylko jedna robota mnie czeka: wyprucie poduszek na ramionach. W dodatku laparoskopowe wyprucie, bo złośliwa projektantka zaszyła poduszki miedzy podszewką a sukienką właściwą, małpa. Ale co, ja nie zrobię dziury w podszewce? Ja nie zrobię? Przecież nie będę przechodziła bokiem przez drzwi, jak jakaś Crystle Carrington.

(O, znalazłam w szufladzie katalog „Nawozy i kruszywa – skandynawskie rarytasy dla roślin”. Dla roślin! A ja to pies?…)

A teraz będę straszna i opowiem dowcip. Wchodzi do baru Francuzka z papugą na ramieniu. Papuga jest w czapeczce bejsbolowej. Barman mówi:

– Ej, niezła jest! Skąd ją masz?

A papuga na to:

– Z Francji. Tam są miliony takich.

(N. się wścieka, że nie zostało wyjaśnione, po co papuga ma czapeczkę).

To co, ZUS-y popłacone, czas na rozrywkę. Idę poszukać jakiegoś wątku z pyskówką o bezpłatnym elementarzu (nagle się okazało, że zamiana kolejności samogłosek posyła dzieci WPROST na kozetki psychoanalityków; może to i dobrze, że ja się nauczyłam czytać na nagrobkach?).

O NIEBIESKIM KWIECIE. I KOLCACH.

 

Dziś zamknięte z powodu że nieczynne, gdyż:

a)      Boli mnie głowa;

b)      Zimno mi;

c)       Mam plagę muszek owocówek;

d)      Przed wjazdem na autostradę był POŻAR! I strażacy z sikawkami, a my zamiast zawrócić do domu to pojechaliśmy opłotkami (i widziałam wille lokalnego establishmentu… ho, ho hoooo! Niektóre nawet ASYMETRYCZNE) i przyjechaliśmy i Pan Remont piętro wyżej napiernicza jak ten termit – okurwieniec z psa Huckleberry, więc patrz punkt a).

W jakim wieku jest już za późno, żeby zostać seryjnym mordercą?

(Niebieski kwiat i kolce. Niebieski kwiat i kolce. Dwa tygodnie. Niebieski kwiat i kolce).

 

O POLSKIEJ WOŁOWINIE NA OBCZYŹNIE

 

Powiadam Państwu, że spacer po parku, gdzie jest chociaż ODROBINA wody z czwórką nieletnich Hiszpaniąt to jest przygoda. Hiszpanięta dostają korby na widok wody luzem oraz traktują polską przyrodę bardzo dosłownie (jak drzewo, to koniecznie się wspiąć; duży komar – złapać za nogi; zacumowana łódka obok pomostu – wejść). Co dwieście metrów było liczenie dzieci („Uno, dos, tres… Falta uno!”) i w ogóle było cudownie, kiedy jeden przyniósł do kawiarnianego stolika cztery żaby (po dwie w każdym ręku). No i trzeba było je długo odwodzić od zaopiekowania się pająkiem krzyżakiem, wiszącym nad oknem (wielkości połowy mojej dłoni!!!! AAA!!!!), tłumacząc że on tam wisi DLA TURYSTÓW, żeby każdy mógł zobaczyć i to jest ekspozycja i nie, nie można go zabrać do butelki po Fancie.

Mieliśmy też moment patriotycznej dumy, kiedy znajomi opowiedzieli nam o jeszcze innym znajomym, który pochodzi z Majorki. I udał się na wakacje do siebie do domu (na rzeczoną Majorkę, gdyby ktoś nie śledził wątku to podpowiadam). I poszedł do sklepu na zakupy (nadal jesteśmy na Majorce) i kupił mięso. Wołowinę klasy de luxe, pięknie oprawioną i elegancko zapakowaną. I na mięsie etykieta – najlepsza wołowina z Polski. HA!

To jest powód do dumy, bo Hiszpanie mięso traktują bardzo serio i byle czego nikt tam nie zje. Wystarczy wejść do porządnej carnicerii, jak pięknie to mięso jest poporcjowane, poukładane, pamiętam jak zobaczyłam jakieś bardzo fikuśne plasterki czegoś, bardzo eleganckie i zapytałam, co to jest. A to był ogon wołowy – delikates, a u nas odpad na zupę. Więc moim zdaniem, lepszego ambasadora niż porządna wołowina nie mogliśmy wysłać.

A na pytanie, jaka w tym roku będzie zima i czy dużo śniegu, bo Hiszpanięta by chciały dużoooo śnieguuuu! – wolałam nie odpowiadać, bo po co psuć udane stosunki towarzyskie barokową wiąchą na temat śniegu. I mrozu. A boję się, że zima może być w tym roku dość wysuczona, sądząc po tym, co sikorki wyprawiają ze skórą od boczku.

O TYGODNIU JAKIMŚ TAKIM

 

Tak mnie ten tydzień jakoś zmiął i wyżął, że wczoraj wieczorem czułam się jak stary hotelowy ręcznik na mokrej podłodze, taki wytarty, łysawy, z oberwaną lamówką. Albo jak jaka Stefania krokodylem ugryziona. I to nie od tego, że było za dużo roboty, nie. Jak jest dużo roboty, to człowiek tyle nie myśli i się tak nie męczy. Najgorsze jest myślenie. NAJ GOR SZE. Od myślenia człowiek dostaje wytrzeszczu, biegunki i nerwicy, to co się później dziwić, że większość społeczeństwa unika jak może.

We łbie mi dziś dzwoni i w lustrze widzę REDRUM, więc ten. Może sobie po prostu usiądę i poczekam, aż przejdzie.

PS. Kupiłam sobie „Kobietę, która przez rok nie wstawała z łóżka” – ostatnią powieść nieodżałowanej Sue Townsend. To jest myśl – a może się położyć i nie wstawać. Przez rok. Hm.