O SAŁACIE DZIŚ

 

Mam po dziurki w pasku Tudorów. Za dużo książek o Tudorach na raz (a co mieli powiedzieć ówcześni mieszkańcy Anglii! Ja po kilku książkach mam dosyć, a oni się z Tudorami użerali ładnych parę lat). Ciekawe, jakby zrobić taką konfrontację – Tudorowie kontra Kardashianowie. Kto by kogo załatwił.

Natomiast od rana boli mnie głowa i nie znoszę sałaty. Konkretnie – myć sałaty, a właściwie suszyć. Sałata jest złośliwa mendą, a mokra sałata – wyjątkowo złośliwa mendą. Wirówki do sałaty nie kupię, bo nie znoszę bezsensownych kuchennych gratów. Podobno można suszyć metoda owinięcia w ścierkę i wywijania. Ja wczoraj zużyłam pół rolki ręcznika, a ta franca dalej była mokra. Sałata homini mokry lupus est.

W drugim sezonie Hannibala jadą dość grubo. Dobrnęłam do pani patolog w gablocie, a tym samym do paja z nereczki. Jak za jakieś dwa – trzy odcinki pojawi się ludzka stonoga, to wcale się nie zdziwię. Ale jak dziś od rana postaliśmy czterdzieści minut w korku na autostradzie, to chyba trochę rozumiem i sympatyzuję z tym panem, co powlekał ludzi pokostem i zszywał. Nic się nie dzieje bez przyczyny. Jeszcze ze dwie główki mokrej sałaty i kto wie, co policja znajdzie u mnie w garażu (z tym, że ja ich raczej obszydełkuję mereżką, niż zszyję).

O ULUBIONYM ZAJĘCIU BLONDYNKI

 

Mój domowy duch chyba przeszedł do ofensywy. Wczoraj wieczorem łomotało w garażu i dziś rano też (co za okropny duch! Nie boi się dziennego światła!). Niech N. sobie nie wyobraża, NAWET O TYM NIE MYŚLI, że zostanę sama na noc, jak sobie gwizdnie na delegację. Mowy nie ma. Spakuję się z nim i koniec. Będę się wpychała na służbowe kolacje na krzywy ryj i mówiła do niego tak, żeby wszyscy słyszeli „Zdejmij skórkę z kiełbaski, króliczku, i dobrze gryź!”. O, albo „Nie zamawiaj tego, bo później masz wzdęcia”. (I on mnie wtedy udusi i będą dwa duchy w domu – z tym, że jeden za leniwy na to, żeby czymkolwiek łomotać).

Wiecie, że jak się blondynce urwie głowę, to ona później jeszcze przez trzy dni po sklepach lata? Ja chwilowo jeszcze łeb mam, ale tez trochę latam (po internetowych, ma się rozumieć). Naszło mnie na stare filmy Woody Allena, a akurat są niedrogie. Nie wiem, dlaczego kiedyś go uważałam za nadętego i przegadanego, naprawdę nie rozumiem, to są takie świetne komedie. „Spójrz na tego gościa z Indiany. Zamordował dwanaście osób, rozczłonkował je i wszystkie zjadł. To się dopiero nazywa alternatywny styl życia”. Albo: „Skąd do cholery mogę wiedzieć skąd wzięli się naziści? Ja nawet nie wiem jak działa otwieracz do konserw!” (a ja nie wiem, jak działa ten wyciągacz do korków z butelek, który w Hiszpanii w barach mają przymocowany do ściany).

A wczoraj to już w ogóle orgia, bo moja kochana księgarnia Abe rzuciła książki po 9,99 za sztukę i ciut zaszalałam:

books

 

„Mommies Who Drink” kupiłam, choć nie jestem mommy, ale się solidaryzuję i kibicuję, a książka podobno bardzo zabawna. Jak przeczytam, to pożyczę mojej siostrze Zebrze. Oznajmiłam jej to w SMS-ie i dostałam odpowiedź „Świnia”. I krzew tu człowieku kulturę.

 

 

 

A co u porucznika Borewicza? Hm, wczoraj oglądaliśmy odcinek, w którym nie było już niestety porucznika Zubka (żałuję, bardzo go polubiłam), a pan Karol Strasburger był bardzo, ale to bardzo niegrzeczny. Jednak złapali go i za karę do końca życia będzie prowadził Familiadę.

 

O KRETACH, KRETACH, KRETACH (I JEDNYM PIESECZKU)

 

A bociany? Trzech bocianów nikt nie skomentuje? (Już jest OK, jechaliśmy wczoraj i jest przykładne rozwojowe stadło w liczbie sztuk dwóch, to widać był taki przelotny flirt albo teściowa z wizytą).

Święta święta, majtki na tyłek i do roboty. Trzeba się zabrać za te krety na poważnie, bo się tak rozbestwiły, że chyba nam budują podziemny garaż. Trzypiętrowy. Wczoraj w Castoramie N. zgarnął z półki czarną butelkę z namalowanym sympatycznym krecikiem, który leży na trawniku i wygląda na lekko oszołomionego – czyli dokładnie to, o co nam chodzi. W kolejce do kasy przeczytałam nalepkę na odwrocie. „SUBSTANCJA CZYNNA: OLEJEK LAWENDOWY”.

Z jednej strony, trochę się uśmiałam – domestosa zignorowały, a niby ma je olejek lawendowy przepędzić? I co, może jeszcze pójdę je popryskać moim Hermesem na nadgarsteczkach na do widzenia? Chociaż… Ile razy miałam ochotę wydrapać sobie oczy i urwać nos, kiedy los mnie rzucił w pobliże (albo i nie pobliże, to jest najgorsze) pani, która nigdy nie słyszała o tym, że perfumy się nosi tak, żeby ich zapach był wyczuwalny najwyżej na odległość wyciągniętej ręki. A może, a nuż?… Ale karbid też kupiliśmy. Będzie się działo. (Kret po hiszpańsku nazywa się „topo”).

Kupiliśmy banany z Kostaryki. Dziwne. Trochę krótsze, wcale nie mączyste, ale okropnie słodkie. Jednak najbardziej mi smakują kanaryjskie platany. A już naj, naj, najbardziej to kanapka z sobrasadą (i kaszanka z Leon).

 

PS. Któryś sąsiad w okolicy ma nowego psa. A nowy pies fantastycznie szczeka – brzmi tak, jakby sześcioletnie dziecko ktoś jednocześnie rozdzierał na pół i przypalał gorącym prętem. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam, zanim wezmę widelec i pójdę zaproponować zwierzątku tracheotomię.

O MOIM PIERWSZYM ŚWIĄTECZNYM WYJEŹDZIE

 

No więc.

(Mam zdrętwiały cały tyłek, muszę chwilę pomyśleć) (ciekawe, czy od myślenia mi oddrętwieje?).

No więc pierwszy raz w życiu wyjechałam z domu na święta. Ha. Do wyboru miałam – zwariować, więc wybraliśmy opcję wyjazd. Do Świnoujścia.

Oczywiście, na wyjeździe szliśmy ze święconką, aż taka wyzwolona nie jestem. Zatem z domu jechał koszyczek z oprzyrządowaniem, serwetką, barankiem oraz jajka (a wiadomo, jakie wy tam macie jajka na północnym zachodzie?) (oraz półmetrowy sękacz, żeby nie było smutno). W sobotę od bladego świtu jajka się ugotowało, umaiło bukszpanem i jazda, do kościoła. A tu tak zwany świąteczny zonk! ŚWIĘCĄ OD DZIESIĄTEJ!

Nie wiem, jak u kogo, ale u nas przed święceniem nic się nie je, to raz. Dwa – trzeba znać mojego męża, żeby wiedzieć, jak u niego wygląda „NIC SIĘ NIE JE”. Wściekły diabeł tasmański to mało przy moim małżonku w wersji GŁODNY. Zatem może się walić i palić, a my zwykle byliśmy z koszyczkiem na najpierwszej możliwej zmianie, żeby się dobrać do tej kiełbasy z ćwikłą. A tu – OD DZIESIĄTEJ!

Jakoś do tej dziesiątej wytrzymaliśmy, łaska Boska i skrzypce. Druga dziwna rzecz – nie było stołu do postawienia koszyczków! Każdy sobie siedział w ławce i trzymał na kolanach swój, zwykle malutki. Nasz był chyba największy w całym kościele, chociaż u nas, na Mazowszu, to jest wielkość średnia, że nie powiem – skromna. U nas przez to stawianie na wspólnym stole każdy targa w koszu do poświęcenia dwutygodniową dietę całej rodziny, umajoną pieczoną gęsią i dynią Hokkaido, żeby wszyscy widzieli. W jednym koszyku mieli kiedyś nawet litrową butelkę cocacoli. Tak że proszę, jakie mi niechcący wyszło studium socjologiczne. Wpływ obyczajów poświętniczych na wielkość i zawartość koszyczka.

Ale później było już bardzo, ale to bardzo w porządku. Zamiast siedzieć za stołem albo w samochodzie – spacerowaliśmy. To jest jedyna forma ruchu, jaką lubię. A już spacer plażą – nie ma nic, ale to nic przyjemniejszego. Trochę wiało nad morzem i jednak trzeba było tę ciepłą kurtkę mieć, ale i tak było wspaaaniale. W dodatku – wszystkie lokale na promenadzie jechały na pełnej… wroć… były czynne  we wszystkie dni, więc jak normalny europejczyk człowiek wytarmoszony morskim wiatrem mógł sobie usiąść na kieliszek wina (i jedną rurę z bitą, przyznam się, tym razem odpuściłam sobie gofra, ale rura mnie złamała i musiałam jedną zeżreć). I wzięliśmy bezpłatny numer gazetki „Świnoujście”, w którym napisali, że pirania Kasia ma nowe akwarium (w Muzeum Rybactwa). Kasia waży osiem kilogramów, najchętniej jada serca wołowe, ale nie pogardzi bananem i jabłuszkiem. No.

Daję wyjazdowi jakieś 96 punktów na 100, a byłoby 100, gdyby ksiądz wcześniej wstawał (przepraszam, ale miejscowe panie w eleganckich żakietach i z trwałą ondulacją też odchodziły od drzwi kościoła z komentarzem „Jak to tak, od dziesiątej żeby święcić!”, więc chyba jakaś nowa moda).

A promowy na Karsiborze dziś miał trudny poranek, chyba go jeszcze okowita trzymała czy co, bo do doku nie mógł trafić, prom się odbijał o te opony przy brzegu cóś ze cztery razy, zanim w końcu zacumował.

Wracamy, A TU na bocianim gnieździe w Wiskitkach (na cmentarzu, przy zjeździe z autostrady) – trzy bociany. TRZY BOCIANY! Ładne rzeczy, na chwilę człowiek z domu wyjedzie i już sodoma z gomorą się pleni!…

 

PS. Zapomniałam nadmienić, że wieczorami oglądaliśmy porucznika Borewicza. Hanki chłopak nam pożyczył. N. się wyraźnie ożywia na scenach pościgów samochodowych (gównie polonezy i duże fiaty), a także scenach z lokali nocnych. Teraz kobiety już się tak pięknie nie ubierają do lokalu, jak wtedy, ech.

O KATEDRACH GOTYCKICH*

 

„Pijani jechali furmanką przez miasto. Wieźli kradzione drewno” – znaczy się porządni ludzie, żeby ukraść drewno, musieli się upić, bo na trzeźwo mieli opory. Poza tym, jak jechali furmanką, a koń był trzeźwy, to wszystko w porządku.

Która mnie tu kazała oglądać „Utopię”? Skończę w domu wariatów przez was. Oglądam! Bardzo porąbany serial, ale dobry.

Co do kryminałów – nie czytam, bo nie mogę już, po prostu nie mogę, po iluś-tam przeczytanych każdy następny jest taki sam, naprawdę. Zastanawiałam się, czy by nie wejść w Dorothy Sayers – wiktoriański kryminał to mogłoby być TO, ale mało jest przetłumaczone, a diabli wią, jak u mnie z wiktoriańską angielszczyzną. Więc na razie zamówiłam nowe powieści o Tudorach Philippy Gregory, o kolejnych po Annie Boleyn żonach Wesołego Heńka oraz o Marysi Stuart, zwanej Krwawą (i podobno nie chodziło o sok pomidorowy). Czekając na paczkę z Tudorami, wyciągnęłam stare powieści Ann Tyler i się delektuję. O trupach będzie dopiero, jak dostanę tę książkę o wyprawie Diatłowa i infradźwiękach (tak, zamówiłam -uprzedzałam, że jestem miękka cebula w tych kwestiach).

I odkryłam pyszne chrupki, okrągłe i niby o smaku pomidorków cherry. Pomidorków my ass, ale dwie paczki już wciągnęłam. W końcu nie po to schudłam, żeby nie obżerać się chrupkami, prawda? No i poziom E w organizmie też trzeba czymś uzupełniać.

 * – taki żarcik.

O HORRORZE, SANDAŁACH I HORRORZE

 

Mój pies po fryzjerze jest małym hipopotamkiem o fakturze najbardziej miękkiego i delikatnego aksamitu świata. Tak, wiem, jamnik nie powinien przypominać figurą hipopotama. Nawet bardzo małego hipopotama.

Taki piękny dzień się zapowiada, a N. wyciągnął z zamrażalnika wielki kawał mięsa nie wiadomo jakiego i niby ja mam z tego zrobić obiad. On najpierw kupuje straszne ilości mięsa, później to zamrażamy, a jeszcze później nie mam miejsca w zamrażarce i mówię mu, żeby coś z tego w końcu odmroził. No to odmroził i ja się teraz TEGO boję. Zamrażarki powinny być ZAKAZANE. Czy jest na sali ktoś, kto umie się posługiwać zamrażarką w sposób odpowiedzialny? Bo moja trochę robi za wehikuł czasu: wsadzam tam różne kawałki mięsa i ekspediuję w przyszłość (jak Walta Disneya). Bardzo rzadko coś wyjmujemy, najczęściej jest to lód na imprezie lub coś, co wypadło przy otwieraniu i uderzyło mnie boleśnie w oczodół. Reszta leży i czeka na rozwój medycyny. A ja czekam na oświecenie, co z tym ścierwem teraz zrobić (może homara thermidor?).

Nienawidzę mojej słabej woli, złamałam się i kupiłam w Zarze sandały. A tak mi dobrze szło, obraziłam się na nich za spodnie (nogawki każdych spodni się za mną ciągnęły pół metra! Dla kogo oni to szyją? Byłam w Hiszpanii i nie zauważyłam jakiegoś nagłego wysypu ludzi -żyraf, więc o co chodzi?). Sandały są z frędzlami, a ja mam słabość do butów z grzywką. Ale oprócz sandałów już nic, naprawdę. Nawet szaliczka.

Detektywa wreszcie skończyłam – tak ze trzy, cztery odcinki ze środka można by całkowicie wywalić, bez szkody dla całego sezonu (będzie następny?). Bardzo się pięknie poszarpali z mordercą na końcu i trochę nie wierzę, że można pozszywać do kupy kolesia, który tyle razy został dźgnięty nożem (po samą rękojeść!). W dodatku sam sobie ten nóż wyciągał z klatki piersiowej, a jak wiemy z seriali medycznych, nie wolno wyciągać noża, bo wtedy krwotok i pacjent podąża w stronę jasnego światła. No ale ja jestem fatalistką i np. utrzymuję, że Sandra Bullock na końcu Grawitacji umiera (halo? JEZIORO? astronauta po lądowaniu wychodzi na brzeg jeziora?).

A zresztą, detektyw srektyw – półmetrowy kawał mrożonego mięcha niewiadomego pochodzenia, to jest dopiero horror.

O TYM, JAK ŚMIERDZĄ CYGARA

 

Skończyłam L-Word. Ale mnie te baby wymęczyły!… Tej małej z grzywką nie cierpiałam od pierwszej chwili, ale to, co ona wyprawiała na koniec, to naprawdę, naprawdę ludzkie pojęcie przechodziło przez most na rzece Kwai (tak na marginesie, gdzie jest rzeka Kwaja?). Gdyby one jej nie zatłukły, to ja bym to zrobiła – drewnianym młotkiem do kotletów i lutownicą. Aha, i dopiero tak gdzieś ze trzy odcinki od końca zorientowałam się, że ta piękna od dzieł sztuki to jest dziewczyna z Flashdance. Brawa, confetti, czapeczki w gwiazdeczki, siekierka i mini fala meksykańska na moją cześć.

N. zalatany, zaganiany, że nawet się go mało czepiam, bo jakoś nie mam serca, jak wraca taki zmordowany. Chyba, że wraca ŚMIERDZĄC CYGARAMI. Wtedy owszem. I on jest bardzo zdziwiony, kiedy się na niego drę, że PALIŁ! Skąd ja o tym wiem? Noooo, naprawdę, potrzeba całego laboratorium FBI, żeby to stwierdzić. Oni, ci cygaropalacze, nie zdają sobie sprawy, jaki to dla niepalącej osoby jest SMRÓD. Podobny aromat się roznosił, kiedy moje kochane jamniki przynosiły do domu jakąś wronę albo innego ptaszka, co zdechł parę tygodni wcześniej, a one go zakopały, żeby sobie dojrzał. No to te ich cygara tak samo śmierdzą, mało tego – palacz też nimi śmierdzi nawet po prysznicu i umyciu zębów. Ręce mi opadają i już nie wiem, jak go opierdalać, żeby COŚ DOTARŁO. Może też zacznę uprawiać jakieś śmierdzące hobby, tylko jakie? (Noszenie w torebce paczki  surowych flaków wołowych?)

A łazik na Marsie sfotografował światło. Obudziliśmy Ich!

O STOLARZU, PRZYRODZIE I WREDNYCH BANANACH

 

Mary Roach świetna. W dodatku część materiałów do pracy zbierała w Wageningen, dokąd kiedyś jeździłam na bardzo dekadenckie konferencje i seminaria unijne, były płonące torty lodowe i tańce do białego rana (oraz, oczywiście, O CZY WIŚ CIE, bardzo merytoryczne i wyczerpujące sesje naukowe, hm, hm, ekhm).

N. się zawziął i produkuje meble. W tym celu nawiązał kontakt ze stolarzem, wyśmienitym fachowcem, artystą wręcz, który ma jedną cechę charakterystyczną – rzadko trzeźwieje. Świetnie się zna na drewnie, nie sprzeda deski ot tak, trzeba mu odpowiedzieć na serię szczegółowych pytań („Po co to panu? Co pan z tego będzie robił? O nie, to ja panu nie sprzedam dębu, tylko topolę”). Wszystko pięknie, tylko N. co chwilę wpada do domu „Szykuj plaster. Mały. Dłuto”. Za chwilę „Duży plaster. Hebel” i ja się trochę martwię. Oczywiście, bez palców też go będę kochać tak samo, ale czasem jednak palce się przydają. Że nie wspomnę, że w niedzielę muszę go pilnować, bo za grosz nie ma wyczucia i tu odświętnie odziani, wykrochmaleni sąsiedzi kroczą do kościoła, a on ze swoją piłą na całą wieś ZZZZZZZZZZZZ! ZZZZZZZZZZ! Uzgodniliśmy, że w czerwone dni w kalendarzu (oraz wtedy, kiedy ŻONA TAK MÓWI) tylko unplugged. (Czy on co pół roku musi, ale to MUSI mieć nową pasję, Drogi Pamiętniczku?).

Zalęgły się nam dwa wielkie, niebieskoszare gołębie, w ogóle się nas nie boją, a nawet mają w dupie i są obrażone, kiedy wychodzimy na taras i IM PRZESZKADZAMY, bo one są u siebie. N. zaczął napomykać, że w Hiszpanii się na takie gołębie poluje (a nawet kilka razy się oblizał). U Ćwierczakiewiczowej w razie czego chyba jest przepis na rosół z gołębia?… Zresztą – o wielka mi filozofia, największy kłopot będzie ze skubaniem (depilator?). Krety, bezczelne gołębie, a zaraz się zacznie sezon na robale. Ach, ta nasza cudowna, delikatna i wrażliwa przyroda.

Strasznie mnie bolą wszystke żebra, wczoraj Zebra zrobiła bardzo dobrego tatara oraz deser z lodów i gorących bananów. Pół nocy spędziłam na wsłuchiwaniu się w dyskusję bananów z wołowiną w moim żołądku i ten. Herbatka z bardzo małym sucharkiem dziś. I jutro.

O NOWYCH SOCZEWKACH

Szalenie mi się podobają prezenty Królowej Elżbiety dla Papieża. Pewnie, że to najlepsze, co można komuś ofiarować – miód, jajka, whisky, a nie tam jakieś szpargały, które zaraz człowiek gdzieś upchnie i się kurzą. A w rewanżu dostała globus, no naprawdę, jak można przypuszczać, że Królowa Anglii nie ma wystarczająco dużo globusów? Chociaż parę flaszek wina mszalnego mogli jej dać, tego nigdy za wiele.

Jeden facet ogłosił, że rozwiązał zagadkę Przełęczy Diatłowa i wydał książkę o tym. Już ją w zasadzie miałam w koszyku, ale doczytałam w wywiadzie, że on o wszystko obwinił infradźwięki. No, zawsze to lepiej, niż Ufo albo zmutowane radioaktywne potwory, ale czy infradźwięki na pewno wszystko wyjaśniają? Pewnie, że można ześwirować od wiatru (podobno ludzie dostają korby w pobliżu tych wielkich turbin wiatrowych). Ale nawet, jeśli założymy, że niepokój i narastające szaleństwo wygnały dziewięcioro ludzi z namiotu w górach, gdzie nocą jest minus trzydzieści, bez butów, niekompletnie ubranych, to czy infradźwięki mogą połamać komuś wszystkie żebra? Dobra, co ja się oszukuję, i tak wiem, że kupię te książkę ze względu na materiały źródłowe. (Ale co oni  sobie myśleli, rozbijając się na nocleg pomiędzy górami, z których nazwa jednej to „Góra Umarłych”, a drugiej – „Nie Idź Tam”, to doprawdy nie wiem).

A w związku z wiosną już nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, więc nabyłam soczewki Black Out. Dziś premiera – N. spojrzał na mnie i powiedział „Zdejmij to natychmiast, wyglądasz jak ten psychol ze Star Treka” (ale chyba cos mu się pomyliło, bo nie oglądał Star Treka, może chodziło o Gwiezdne Wrota?). Trochę mi ta czerń miga w polu widzenia, ale poza tym jest czadersko.

Widać, jakie mam czarne demoniczne oko?