O TYM, ŻE NIBY LATO, A JAKOŚ…

Taka książka jest, „Kobieta do zjedzenia” Margaret Atwood. Uwielbiam ją zresztą (a nawet je obie – i książkę, i Margaret). No więc gdybym teraz pisała książkę, to pod tytułem „KOBIETA DO NICZEGO”. Z tego prostego powodu, że się ostatnio do niczego nie nadaję. A w tle same jakieś gówniane afery się przewijają, no po prostu – chyba muszę się udać do jakiegoś fachowca, zdjąć klątwę. Albo przelać jajko. Albo już nie wiem co. (Jedyna dobra wiadomość – nie chce mi się jeść, co nie oznacza bynajmniej że chudnę, niestety, ale przynajmniej NIE TYJĘ jeszcze bardziej).

Na razie oglądam zaległe sezony „Veep”, szósty i siódmy (nie sądziłam, że Selina może być jeszcze gorsza – ahoj! Jest JESZCZE GORSZA, z odcinka na odcinek. A pomyśleć, że na tle prawdziwych polityków i tak jest kochaną puchatą maskotką). 

Huragan w Tokio to jedno; okazało się natomiast, że Japończycy nieco zbyt optymistycznie przedstawili warunki pogodowe w Tokio w lipcu, żeby ich wybrali. A w lipcu są u nich upały prawie jak w Madrycie plus ogromna wilgotność – na dodatek kochany komitet olimpijski oczywiście nie chce przenosić zawodów na jakieś ZNOŚNE godziny, no bo transmisje i kasa. Kto jest za tym, żeby utopić w końcu tych dziadów z NKOL-u w radioaktywnej wodzie z Fukushimy? Razem z dziadami z UEFA przy okazji. I większością krajowych działaczy sportowych. Naprawdę WSZYSTKO mi opadło, jak przeczytałam o karze dla dziewczyn z Norwegii za to, że nie chciały grać w piłkę we wrzynających się w pośladki gaciach. Czy naprawdę obecne czasy musi cechować najwyższy w historii wskaźnik ogólnoświatowego spierdolenia WSZYSTKIEGO co tylko możliwe? 

No. Więc taki mam nastrój ostatnio. Mało przysiadalny, chociaż niby lato. 

O RODZINIE, ĆMACH I AKRYLU

Dużo się działo w ciągu ostatnich dni w polityce domowej, której staram się nie śledzić, bo mózg mi od tego ropieje i lęgną się w nim glizdy. Ale niestety czasem się nie da – i tak oto dowiedziałam się, kto w rozumieniu przenajświętszego PIS jest rodziną, a kto nie jest. W sumie MAŁO KTO jest, okazało się (w kontekście zatrudniania w spółkach skarbu państwa, naturalnie). Na pewno nikt ze strony żony ani męża, w zasadzie tak na dobrą sprawę żona to też nie rodzina, bo przecież z rodziną się NIE ŚPI. Bo to przestępstwo. Dobrze wiedzieć, tak na przyszłość. 

Poza tym jestem bardzo dumna, bo zaczął mi świrować dźwięk w laptopie – przez jakąś minutę odtwarzania dźwięk był normalny, a później zaczynał brzmieć jak przez to urządzenie do zniekształcania, którego używają wszyscy mordercy seryjni. Słabo mi się robiło na myśl, że mój laptop miałby trafić w szorstkie ręce serwisanta (chociaż w sumie nie mam na dysku żadnych świństw ani kompromitującej historii w wyszukiwarce… no dobra, nie wiem dlaczego ostatnio wyświetlają mi się ZŁOTE SEDESY na Aliexpress, ale to tyle ekstrawagancji). Tak się zdenerwowałam, że wzięłam i go SAMA naprawiłam. (Tak naprawdę wystarczyło wyłączyć redukcję szumów tła i zresetować, ale halo, naprawiłam). 

Jest sam środek lata, winogrona już duże, upały sobie na chwilę poszły – i dobrze, zielenina ma chwilę oddechu. Za to mamy w ogródku (no i wieczorami w sypialni, bo przecież otwarte okna) straszne zatrzęsienie CIEM. Niektóre są wielkie jak pół dłoni – wiem, bo osobiście je łapałam do słoika. Plagi komarów to były zawsze, ale CIEM? Czy to ma związek ze zmianami klimatu? 

Ponieważ lekko znudziły mi się serwetki, to kupiłam kolorowy akryl i dłubię kocyk (wzór granny stripes – polecam, w ogóle nie trzeba patrzeć jak się robi). I mam dwa spostrzeżenia: włóczka akryl jest mięciutka i puszysta, a wychodzi z niej TWARDA DESKA. Fachowczynie od włóczek twierdzą, że akryl już taki jest – koleżanka jest zdania, że może z grubszym szydełkiem wyszłoby trochę bardziej miękko, ale już wiem, że akryl i szydełko niespecjalnie się lubią (na drutach trochę lepiej). Po drugie – mam osiem kolorów i każdego mi inaczej ubywa – ta sama włóczka, ta sama grubość, długość, waga kłębka. I nawet pod palcami czuć, że każdy kolor jest trochę inny w dotyku. Przypomniała mi się „Dama z jednorożcem” Tracy Chevalier, gdzie niewidoma Alienor sortowała wełnę według kolorów. Ale mimo wszystko – bardzo fajnie to wygląda. 

A i jeszcze jedno – NARESZCIE mam potwierdzenie od zawodowca: otóż pan Robert Makłowicz powiedział w jednym odcinku swojego programu, że szampan w kieliszkach typu flet traci walory smakowe. Noooo, od wielu lat to twierdzę! W ogóle nie przepadam za winem z bąbelkami, ale jeśli już – to absolutnie nie w wąskim kieliszku, bo wtedy dostaje się w nos kwaśnym CO2 i niewiele ponadto. Dobrze, że wracają szerokie kieliszki jak za czasów Gatsby’ego (no i nie znosiłam zmywać tych wąskich).

Zjadłabym smażone kalmary. I langustynki na patyku u Abuelo. Westch.

O PORANNYCH SPACERACH Z PIESKIEM

Kiedy pada, N. wyprowadza Szczypawkę z PARASOLEM, który nad nią trzyma – jak kamerdyner z obrazów Vettriano. Natomiast jeśli o mnie chodzi, to zauważyłam, że im bardziej kusą i wydekoltowaną mam piżamę, tym Szczypawka robi sobie dłuższy obchód ogródka podczas pierwszej toalety. Wszyscy sąsiedzi mogą sobie mnie sobie dokładnie pooglądać pod kątem mankamentów figury, a niestety też wstają wcześnie. Na dodatek jestem bez szkieł i chodzę zgięta w pół, żeby nie podeptać ślimaków. Nie mam im za złe, sama bym była pierwsza do oglądania takiego widowiska od rana na poprawę humoru.

Natomiast kupiłam za niewygórowaną cenę (to ważne, bo szaleje inflacja) „Lato nagich dziewcząt” Fleszarowej – Muskat – nie czytałam tego wcześniej, a to taka świetna książka na upały. Fleszarowa trochę taka polska Jackie Collins, a lata sześćdziesiąte były dość wyzwolone obyczajowo. No w każdym razie – dwa wieczory niezłej rozrywki. Ale! W całej książce na męskie kąpielówki mówi się per „pływki”. PŁYWKI? Nigdy w życiu nie słyszałam, albo to jakieś lokalne określenie, albo straszny anachronizm. Pływki. Hm.

No a w Świnoujściu (do którego i tak nie możemy pojechać, nigdzie kurde nie możemy pojechać chwilowo) podobno plaga komarów. Wiadomo, po deszczach – ale już czytałam, że lęgną się PO NIEMIECKIEJ STRONIE, natomiast przylatują gryźć do nas. Komentarze od tekstem też znakomite – jedynym logicznym wytłumaczeniem jest spisek Tuska z Merkel w tej sprawie. Merkelowa na pewno osobiście sprawdza komarom trąbki, czy na pewno ostre, żeby piły odpowiednio dużo słowiańskiej krwi – jestem o tym przekonana.

Z ciekawszych informacji to jeszcze taka, że zrobiono wieloletnie badania, z których wynika, że biustonosze wcale nie wpływają pozytywnie na jędrność biustu. Wprost przeciwnie, zwłaszcza w młodym wieku korzystniej jest chodzić bez stanika, bo wtedy się wytwarza więcej kolagenu. No i Gillian Anderson wrzuciła wpis o tym, że nienawidzi staników, zamierza chodzić bez i ma w dupie, co i gdzie jej zwisa. Bardzo mi się ten trend podoba, zwłaszcza w te upały, kiedy każdy dodatkowy gram tkaniny człowieka wkurwia, a co dopiero takiej obciskającej. UWOLNIĆ CYCKI!

I z tym optymistycznym akcentem idę płacić faktury za energię elektryczną, żeby ich szlag trafił (zwłaszcza, że dwa dni u nas nie było jednej fazy i kuchenka mi nie działała).

O ZAPACHU I NOMENKLATURZE

Lipa kwitnie i pachnie tak, że można się przewrócić. A jeszcze na dodatek pomiędzy kwiatkami zasuwa cała spółdzielnia pszczelarska i całe drzewo brzęczy – więc mam spektakl z gatunku światło i dźwięk plus wrażenia zapachowe. Rano otwieram okno, puszczam „I ciebie też” (jaki świetny kawałek!), słucham, wącham i przez trzy minuty jestem w raju.

A później piosenka się kończy, a ja sobie przypominam na jakim świecie żyjemy, kto nami rządzi i że trzeba posprzątać potop pod ekspresem do kawy. A nawet nie piję kawy!

Ponieważ nie możemy chwilowo nigdzie wyjechać z powodów różnych (N. taki zaganiany, że ostatnio pękło mu oko – dosłownie), to nadganiam lektury z kupki książek i nie tylko – i tak, najnowszy Żulczyk – świetne tempo, wciągający temat, ale na koniec się umęczyłam. Za to w końcu przeczytałam „Wierzyliśmy jak nikt” o AIDS w Chicago w latach 80-tych, do której się zabierałam jak pies do jeża, a czytała się znakomicie. A teraz sobie odświeżam Strugackich i czekam na kolejne odcinki „Sprawy idealniej” – żeby w dzisiejszych czasach wrzucać serial po odcinku na tydzień, to jest skandal. SKANDAL!

Z radosnych informacji z internetu: wiedziałam, że jest taki pająk, który się nazywa „zyzuś tłuścioch” – przeuroczo, prawda? No więc w tym tygodniu dowiedziałam się, że jeden grzyb (czy tam porost) ma na imię, uwaga, wrażliwi niech nie czytają – „maworek zwisający” (a jego kuzyn „pomarszczony”). Od razu przypomniał mi się pan nudysta na Fuerteventurze, opalony na kolor suszonej przekąski wołowej, który spacerował brzegiem morza w pełnym słońcu i faktycznie… MIAŁ. 

Dla ratowania gospodarki kupiłam japoński zszywacz bez zszywek. Wspaniały wynalazek, bo zawsze mi się zszywki zacinają, gubią albo są nie tego rozmiaru. A tu ciach – i już. No i apetyt mi krąży dookoła jednej takiej kiecki w Zarze, ale materiał dziwny – wiskoza z lnem. No to nie wiem jak ona się będzie zachowywać. Na razie poczekam.

O TYM, ŻE TRZECI KWARTAŁ!

Przepraszam uprzejmie, gdzieś mi zginęło pół roku. Wyskoczyło mi przypomnienie żeby zapłacić za śmieci za TRZECI KWARTAŁ i włosy mi dęba stanęły – jak to TRZECI KWARTAŁ? Nie, ja nie nadążam za tym wszystkim (światem, życiem i tym podobne). W dodatku N. się mnie pyta, kto to jest Sylwia Bomba. Smutne to bardzo, kiedyś wchodziłam na Pudelka i wiedziałam, who is who, a teraz – nic, pustka, echo w studni (ale że trzeci kwartał? Ratunku!…).

Drugi odcinek „Good Fight” – równie dziwny, jak pierwszy. Jednak wolałabym mniej filozoficznych rozkmin na temat otaczającej rzeczywistości (i bez odnośników do Harry Pottera), a więcej Diane i jej przygód ze składem sędziowskim. No chyba, że twórcy uważają, że nic już nigdy nie wróci do normalności – też mnie to podgryza i trochę się martwię. 

Przynajmniej popołudniami siedzę i celebruję lato – czyli tłukę komary i wyciągam insekty ze szklanki z wodą (lub winem, spójrzmy prawdzie w oczy). Ja nie wiem – w poprzednich latach mówiło się, że jest tyle robali, bo zimy lekkie i nie wymarzły. A w tym roku zima była porządna, z niezłym mrozem, a robali wcale nie ubyło! Chwilami wydaje mi się, że jest ich trzy razy tyle co zwykle – zwłaszcza mszyc (zeżarły większość tej róży, co się ucieszyłam, że odbija) i takich maleńkich muszek, mniejszych od owocówek, które człowieka GRYZĄ. Żeby się tego wszystkiego pozbyć, to musiałabym zamówić ze trzy cysterny pestycydów na nasz nie za duży w sumie ogródek. Więc jak to jest z tymi robalami? – zapytała, wynosząc w słoiku lśniącego czarnego żuka z przedpokoju (i ćmę z sypialni, i wielkiego komara, co wiedziałam jak się nazywa, ale zapomniałam, bo mam mgłę covidową).

No i namówiłyście mnie na to ratowanie gospodarki i kupiłam białe tenisówki. Moje poprzednie białe tenisówki przestały być białe, kiedy pojechały ze mną na jakiś wyjazd, gdzie głównie lało i chodziłam po kostki w wodzie i zostały szlachetnie spatynowane błotem. I już PRAWIE zamówiłam kolejną kieckę – na szczęście była z poliestru i uratowałam kawałek planety (ale ukatrupiłam kawałek gospodarki – jakie to wszystko jest trudne i skomplikowane).

Zadania na najbliższy tydzień: a) przetrwać, b) nie oszaleć, c) zjeść fasolkę szparagową.

O LAJF KOŁCZU I NIEŚMIAŁEJ NADZIEI

Siedzę sobie któregoś popołudnia, nie wadząc nikomu, czekając na burzę czytam na Reddicie o niewyjaśnionych zniknięciach i nierozwiązanych zbrodniach, aż tu nagle KTOŚ ZAPUKAŁ DO OKNA za moimi plecami. Matko jedyna, jak wrzasnęłam! Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam o milimetry, MILIMETRY od zawału.

I zupełnie niczego nie zmienia fakt, że był to N., który akurat sprzątał taras. I TAK PRAWIE MIAŁAM ZAWAŁ. 

A w ogóle to miałam napisać o tym, jak Zebra znalazła lajf kołcza, ale oczywiście zapomniałam, bo mam ostatnio dziury we łbie większe niż ementaler. Nie wiem, czy to skleroza osobnicza, czy postcovidowe, czy po szczepionce (oprogramowanie mi się nie apgrejdowało, chyba w mojej dawce nie było tego obiecanego chipa! A już miałam nadzieję, że będę się łączyć z GPS-em i zacznę mieć orientację w terenie, a tu dupa!). No ale dobra, póki pamiętam, bo znowu zaraz się zgubię we wstępie i nie dobrnę do meritum.

No więc Zebra ma sąsiada takiego jednego, sól tej ziemi powiedziałabym z opisu, któremu życie upływa na wycieczkach do sklepu cztery razy dziennie, za każdym razem po piwo. Kilka piw, bo nie przesadzajmy, żeby taki kawał iść po jedną butelkę (czy tam puszkę). W zasadzie to on wrósł w krajobraz jak taki lokalny zegar słoneczny, typu „O,  idzie trzeci raz, znaczy muszę psom sypnąć i wodę na makaron wstawić”. Takie klimaty.

No i któregoś dnia Zebra wyjeżdża w okolicach siódmej rano do roboty, wysiada zamknąć bramę i akurat idzie sąsiad z pierwszą tego dnia dostawą. I mówi dzień dobry, no to Zebra odpowiada tym samym.

– Co, do roboty?

– Ano do roboty.

Na co sąsiad pobrzękując reklamówką:

– A TO NIE LEPIEJ ODPOCZĄĆ?…

Jak mi o tym opowiadała, to mówi – i tu aż się zamyśliłam. Bo jadę kilkaset kilometrów w jedną stronę, parę godzin spotkania, wracam, będę w nocy. I tak prawie codziennie. A tu proszę, jaka piękna recepta na bezproblemowe życie – nie lepiej odpocząć? PEWNIE, ŻE LEPIEJ – leżeć od rana na tarasie, żłopać piwo i bekać. Dlaczego człowiek taki głupi jest i SAM na to nie wpadnie? – więc trzasnęła bramą i wróciła do domu, położyła się na tarasie z piwem i bekała cały dzień.

To znaczy nie, oczywiście że nie. Wsiadła samochodu i zrobiła te kilkaset kilometrów. Ale stwierdziła, że chyba sąsiada mianuje swoim lajf kołczem, bo niezwykle jej swoją filozofią życiową zaimponował. 

No i przyszły burze i trochę się ochłodziło, u nas na szczęście bez zniszczeń, ale nie wszędzie było tak różowo, z tego co widziałam. Ech.

Jest pierwszy odcinek nowego sezonu „Good Fight” – DZIWNY. No ale powiedzmy sobie szczerze – czasy też były dziwne i trudno byłoby niektóre tematy tak po prostu zignorować albo przemilczeć. No nie wiem. Czy to znaczy, że nie będzie Marissy? Nie zgadzam się, żeby nie było Marissy. I za mało Diane (Diane czekająca na wyniki wyborów mnie znokautowała).

W Hiszpanii znieśli maseczki na zewnątrz. Zakiełkowała mi nadzieja na, odpukać, wizytę w tapas barze. Stęskniłam się, że o matko. 

O CZERWCU I WODNYCH KOSZMARACH

Jest absolutnie zachwycająco i większość czasu spędzam na tarasie – żyję słońcem, herbatą i fasolką szparagową (i krakersami, cholera jasna).

Szczypawka dostała matę chłodzącą i to jest przedziwny wynalazek – chodziłam po niej na bosaka i wrażenie jest, jakby się deptało po lekko mulistym brzegu jeziora, w zimnej wodzie. Chociaż mój mąż twierdzi, że ja NIE MAM POJĘCIA o wodzie w jeziorze, bo nie wchodzę – nieprawda, na sam brzeg wchodzę (co prawda tylko jak jest czysto, czyli b. rzadko).

A właśnie, jeśli chodzi o wodę. W naszej okolicy otworzyli ten potworny aquapark Suntago i ostatnio N. gadał z kolegami z Czech, że oni chcą przyjechać na parę dni i tam pomoczyć tyłki. I że trzeba rezerwować bilety i w ogóle czy jest dużo ludzi. No niestety, nie będę w stanie służyć radą, mimo że to rzut kamieniem od nas – ponieważ TAK WYOBRAŻAM SOBIE PIEKŁO. Gdyby do takich miejsc wsadzali za morderstwo – to nigdy, przenigdy nikogo bym nie zabiła (a tak to się jeszcze zastanawiam). Lepiej się czuję oglądając horrory, niż zdjęcia stamtąd (a jeszcze pewnie tam z głośników leci jakaś wesoła rozrywkowa muzyczka). No nie, po dziesięciu minutach albo bym wpadła w głęboką katatonię, albo wrzeszczała i rzucała w ludzi odchodami – zresztą nie trzeba rzucać, jestem zupełnie spokojna, że tam całkiem spora porcja sobie pływa.

Ponadto w mijającym tygodniu:

1) Wleciała nam do chałupy pleszka i złapałam ją GOŁYMI RĘCAMI (mój mąż: JAK ty to zrobiłaś? – no cóż, z wyglądu jestem taka niewinna, że małe ptaszki się mnie nie boją. Mwaaahahahaha.)

oraz

2) Rozdeptałam ślimaka i jest mi z tym bardzo źle. Koszmarnie.

O NIECHCIEJU, KRAKERSACH I MĘTACH

Przyznam, że poczułam się miło połechtana przypuszczeniem, że to JA mogłam strzelać. I nawet nie dlatego, że to wymaga aktywności fizycznej – a ja z aktywności fizycznej ostatnio to zamiotłam schody (już się nie dało dłużej udawać, że nie widać kurzu, który turlał się jak te kolczaste rośliny na prerii na westernach). Ale ta strzelanina była o drugiej w nocy! Podczas gdy my chadzamy spać najpóźniej o 21.30, gdyż pies tak sobie życzy i o tej godzinie udaje się na spoczynek. No nie, ja po ciemku niezbyt dobrze widzę, jakbym miała strzelać, to przy świetle dziennym. Ale i tak dziękuję za to sympatyczne posądzenie. I oczywiście – stay tuned. 

Zmywarka nie domyła misek, a pralka trzy razy z rzędu nie odwirowała prania, ale wybaczam im, bo mi też się nic nie chce robić. 

Z pozytywnych informacji mam taką, że odbiła pnąca róża, którą spisaliśmy na straty, bo wyglądało na to że nie przeżyła zimy. Owszem, gałązki uschły, ale wypuściła nowe od korzenia i ma już pączki i zaraz będzie kwitła – a jest piękna, ma białe pełne kwiaty jak piwonie, i nie mamy pojęcia, gdzie była kupiona ani co to za odmiana, żeby w razie czego posadzić nową. 

Bardzo fajny serial znalazłam, taki w klimacie „Killing Eve” – „Stewardesa” się nazywa i gra Penny z „Big Bang Theory”. Z odcinka na odcinek rośnie mój podziw dla bohaterki, która codziennie wychodzi na imprezy i pije wódkę, i prawie nie śpi, i następnego dnia jest na nogach i wplątuje się w kolejne dziwne sytuacje. Ja też bym tak chciała! A nie, że następnego dnia jestem wymiętoszona po dwóch kieliszkach różowego wina (i to bez imprezy), we łbie mi szumi i najbardziej szalona rzecz jaką jestem w stanie zrobić to wysłać maila do księgowości i nie pomylić się.

I kupiłam sobie jakiś suplement na odchudzanie, bardzo zdrowy, bo z roślin (chociaż cykuta czy belladonna też jest z roślin, tak tylko przypominam niezobowiązująco) i w ogóle nie chudnę, skandal zupełny. Bo przecież nic z tym wspólnego nie mają krakersy, pożerane całymi paczkami – z dziesięć lat nie jadłam krakersów, kupiliśmy na imprezę i wpadłam w ciąg. Dlaczego, dlaczego nie można się uzależnić od marchewki w plasterkach? Warzywa są miłe i kochane, ale gdzie im tam do krakersów.

Burza ma być po południu, a fejsbuk od trzech dni atakuje mnie artykułami na temat mętów ciała szklistego. I co ja mam o tym myśleć?…

O POGODZIE I PROMOCJI REGIONU

No NARESZCIE. Nareszcie wyciągnęłam letnie kiecki i siedzimy ze Szczypawką na tarasie i chłoniemy witaminę D (przy czym ja co pięć minut muszę przesuwać jej leżak, żeby miała głowę w cieniu, bo Ziemia się obraca). Ptaszki śpiewają, miniaturowe goździki pachną (naprawdę się zdziwiłam, że goździki tak pachną! Te duże kwiaciarniane chyba nie mają takiego pięknego zapachu), natomiast sąsiad…

Natomiast sąsiad w niedzielę o szesnastej trzydzieści zabiera się za piłowanie płytek albo betonowej kostki, w każdym razie jazgot nieziemski plus pył. No cóż. I tak oglądam „Pohamuj entuzjazm” z napisami, więc nie przesadzajmy (uwielbiam ten serial, oglądam na zmianę z „Veep” – „-Senator już umarł? – Jeszcze nie, leży w szpitalu i wystają z niego te wszystkie rurki, wygląda jak dudy”).

A w ogóle to zjadłam prawdopodobnie przerośnięte szparagi. Zielone szparagi chyba nie powinny być takie GRUBE – białe owszem, ale zielone? Zawsze kupowaliśmy w pęczkach cienkie i wiotkie, a te niby kruche, niby nie zwiędnięte, ale jakoś mnie nie porwały smakiem. Zdecydowanie lepiej wypadły młode ziemniaczki, które ZAWSZE są pyszne i ZAWSZE można na nie liczyć. Żeby zepsuć ziemniaka w jakiejkolwiek postaci, to trzeba się nieźle napracować, a jednak niektórym knajpom się to udaje (żeby w kraju ziemniaka podawać frytki albo opiekane ziemniaczki z mrożonki, to naprawdę, naprawdę…).

A w Żyrardowie w długi weekend już dwa razy była strzelanina; coś mi się kojarzy, że w tej samej okolicy jakieś dziesięć lat temu obcięli jednemu panu rękę. Znaczy nie całą, tylko dłoń. Najgorsze, że czasem bywamy tam w piekarni i teraz nie wiem, czy nie powinnam zamiast w zwiewne sukienki boho zainwestować w kevlarowe kamizelki. I bądź tu człowieku dumny ze swojej małej ojczyzny.

O WACIE CUKROWEJ, KTÓREJ NIE BYŁO

Na miły początek tygodnia przeczytałam dla odmiany artykuł historyczny (bieżącej polityce nie daję rady w poniedziałek rano) o najbrzydszej królowej Polski, Elżbiecie Rakuszance. Podobno Kazio Jagiellończyk, jak mu ją przywieźli celem ożenku, to uciekł i zamknął się w komnacie i powiedział, że nie wyjdzie – ale później się do niej przyzwyczaił. Chyba nawet dość dogłębnie się przyzwyczaił, bo mieli trzynaścioro dzieci – czego to człowiek nie zrobi z przyzwyczajenia!…

Jedna moja koleżanka twierdzi, że wszystko może stać się nałogiem – mój najnowszy nałóg to kolorowa woda w probówkach, którą trzeba przelewać tak, żeby w każdej probówce został tylko jeden kolor. W piątek prawie garnek przypaliłam przez to przelewanie – czy ja bym nie mogła mieć jakichś bardziej spektakularnych nałogów? No nie mogłabym, bo nie mam dilera. Raz o mało co bym miała dilera, bo jeden pan nas zaczepił w Lizbonie i chciał nam sprzedać podobno haszysz, ale nie kupiliśmy, bo to wyglądało jak brązowa plastelina i za cholerę bym nie wiedziała, co z tym zrobić dalej. 

Wczoraj był Międzynarodowy Dzień Bez Stanika – niestety nie mogłam obchodzić, bo kinderbal u Zebry, a nie robi się dzieciom takich świństw (chociaż w literaturze jest sporo o dziwnych ciotkach, które robiły jakieś szokujące rzeczy). A dziś z kolei podobno Dzień Bez Majtek – no nie, też nie obchodzę, tym razem z pobudek ideologicznych i przekonania wewnętrznego.

A w ogóle to poszłam na to przyjęcie, bo mnie Zebra skusiła urządzeniem do robienia waty cukrowej, które kupili niedawno. To jest w zasadzie moje marzenie z dzieciństwa, taka maszynka do waty cukrowej – kiedyś ją uwielbiałam i mogłam jeść na okrągło. Teraz trochę mniej, ale akurat miałam ochotę i bym zjadła – a urządzenie zrobiło jedną malutką watę, a później zaczęło przypalać cukier, śmierdzieć i tyle wyszło z moich marzeń. A watę zjadła babcia, bo PRZYWILEJE SENIORÓW. I musiałam się zadowolić Pavlovą, no naprawdę.

Kolejny artykuł – córka pana Wodeckiego zdradza jego sposób na to, żeby być w życiu szczęśliwym: otóż trzeba się dużo uśmiechać i jeść kiszoną kapustę. Muszę to przemyśleć.