O ODCHUDZANIU NA RÓŻNE SPOSOBY

No więc… WRÓCIŁ! A czas był już najwyższy, bo spałam w dwóch parach skarpetek i nadal mi było zimno. Wrócił i przywiózł mi szampon – znowu. Nie wiem, czy to jakaś aluzja, ale japońskie szampony  są fajne, więc nie narzekam.

Ważne że już jest w domu i zajmie się piecem, a nie wrzuca z drugiego końca świata zdjęcia na fejsbunia, że jedzie się pokłonić FUJI – SAN. Ja mu się pokłonię, burdel w garażu ma do posprzątania, a nie Fuji. Ja mu dam Fuji.

(Prezenty podobno bardzo się podobały, a jeszcze specjalnie kupiłam torby z Folkstara, żeby mieli w co zapakować. Ale z Japończykami nigdy nie wiadomo do końca – okrutna rasa, jak mówiła mama Bridget, oraz nigdy nie wiadomo co myślą naprawdę. Bo nie powiedzą (a jak powiedzą, to po japońsku). Ale lubią nasze zupki w proszku, głównie grzybową).

I nareszcie spałam jak człowiek, zamiast nasłuchiwać duchów! (No… jak człowiek – origami w kształcie spinacza do papieru, bo przecież pieseczki się rozwaliły na wszystkie strony świata, na MOJEJ POŁOWIE naturalnie).

Gadałam wczoraj z kumplem i on mi w pewnej chwili mówi, że schudł. Jako że temat wybitnie mnie interesuje, pytam co w tym kierunku robił, na co on: „Odkryłem zajebisty sposób, nieznany prawie nikomu. Dietetycy mnie nienawidzą”. No więc już bardzo byłam zainteresowana i pytam JAKI, JAKI? A on: „Mniej wpierdalać, więcej się ruszać”.

No wiecie co. A już miałam nadzieję, że naprawdę odkrył coś POŻYTECZNEGO.

Z drugiej strony tego samego projektu mam Zebrę, którą proszę i proszę o jakieś fajne farmaceutyki na schudnięcie, mogą być na amfie. A ona mi na to, że ma świetny sposób – bo jej kota nie było w domu 17 dni i teraz wróciła (bo to samica) i jest o połowę chudsza. Więc ona ma taką propozycję, że zamknie mnie w szopie na 17 dni. Zamiast tej amfy.

Nie wiem, dlaczego wszyscy się tacy złośliwi zrobili. Może to przez ten listopad. To jest taki bez sensu miesiąc, że słów brak (sów brak). 

Fejsbuk oszalał, ciągle mi wyświetla filmiki z dekorowaniem tortów. Jestem naprawdę na samym końcu kolejki osób chętnych do dekorowania tortów, właściwie to wcale w niej nie stoję. Już wolałam smażenie cebuli.

O TYM, CO WRÓCIŁO I O KTÓREJ WSTAJEMY

No i prowadzimy sobie trzysuczą komunę – dziewczynki grzeczne, mają zapowiedziane, żeby w nocy nie rozrabiać, bo się paniusia zdenerwuje. A jak paniusia się denerwuje, to kupuje buty na uspokojenie, a NAPRAWDĘ już nie ma gdzie ich trzymać. Dziś dały pospać PRAWIE DO PIĄTEJ, aż Szczypawka dostała czkawki z tego wszystkiego i niestety, doprowadziła mnie do ataku śmiechu i już z nimi wstałam. 

To są dwa psy, a mam wrażenie, jakbym miała pod opieką fermę prosiąt. Cały czas chcą żreć i nakręcają się nawzajem – może jakieś zawody sobie zrobiły. Albo naprawdę idzie ta ostra zima. Albo ostra zima będzie za dwa – trzy lata, ale one postanowiły się zabezpieczyć JUŻ TERAZ. Psy są bardziej dalekowzroczne niż polski rząd (chyba zresztą każdy jest, z muchami włącznie).

Jak trzeci sezon „The Crown”? Wydzielam sobie po plasterku, Helena jest przepiękna, nawet jak histeryzuje. Obie są cudne. W sumie tylko Matthew Goode mi brakuje ze starej obsady. 

Wódka chyba pomogła, chociaż jedzenie nadal mnie specjalnie nie pociąga, ale to akurat DOBRZE, bo znalazłam bardzo szykowne spodnie w kratę z Benettona sprzed lat, a akurat wróciła moda na kraciaste spodnie. Z ciekawszych rzeczy, to wróciła jeszcze moda na torebki – bagietki. Też mam jedną (nie będę liczyła ile ma lat, bo się rozpłaczę), ale niestety nie noszę jej, bo się nie mieszczę i podziwiam i zazdroszczę kobietom, które są w stanie się spakować do torebki takich rozmiarów. Aha, i jeszcze spódniczki ra – ra wróciły, ale tu już, umówmy się, mówię pas. Niezależnie od diety czy figury, pewnych rzeczy po prostu nie da się nosić w życiu po raz drugi.

Czytam „Love, Nina” – tę książkę od serialu – świetna jest. Podobał mi się podział ludzi na tych, którzy patrzą rozmówcy w oczy albo na usta (eye – looker or mouth – looker). Natomiast Mary Kay stwierdziła, że ona osobiście jest SHOE LOOKER. I tak się składa, że ja również. 

Ale i tak nie lubię zostawać sama. Nie i już.

O TYM, ŻE DAJEMY SIĘ ZASKAKIWAĆ WYDARZENIOM

Ale najlepszy numer nad numerami wywinęła moja ciotka, ta od xanaxu. Poszła do szpitala na mały, od dawna planowany zabieg, po czym idąc na salę – już przebrana i w kapciach – WYWALIŁA SIĘ i złamała nogę w kolanie. Zebra twierdzi że przydałoby się jej do załamywania tyle ramion, ile mają ze trzy ośmiornice, bo dwie ręce to stanowczo za mało.

Na ten moment – jak mówią nasi ukochani politycy – mam u siebie ciotki psa, czyli w sumie dwie suki, a razem ze mną trzy. N. oczywiście wyjeżdża. Czy zwariuję? Zobaczymy. 

Oraz chyba jednak się cieszę, że mam sklerozę, bo znalazłam śliczną bluzkę z Desiguala, jeszcze z metką. Kompletnie zapomniałam, że ją sobie kupiłam chyba na gwiazdkę rok temu (albo i dwa). W związku z tym nie wiem, czy zażywać nadal te tabletki z miłorzębu, tym bardziej że i tak trzeci tydzień z rzędu zapomniałam kupić ręcznik papierowy (papel de cocina). Za to pamiętałam o kupnie flaszki wódki, bo jakiś żołądkowy wirusek mnie od wczoraj gnębi, a wiadomo, że słowiańskie geny najlepiej reagują na leczenie wódką. W zasadzie wszystkiego. 

Niedobrze mi. Chwilowo to by było na tyle, jak mówiły Szadoki.

O TYM, ŻE NIE LUBIĘ NIEDOPOWIEDZEŃ

Jest tak przejmująco zimno, że oglądam onesie, których w tym sezonie jest wielki wybór w sklepach internetowych – pandy, pingwiny, zebry, jednorożce, a nawet Chewbacca. Nie kupię, ale jakoś mi przytulniej od samego oglądania.

Największym wydarzeniem minionego weekendu w naszej dzielnicy był jeden pan, który szedł ulicą i darł się na cały regulator:

– Stasiu! Stasiu, to są k*rwy nie ludzie!

Niestety, nie doprecyzował kogo miał na myśli – może wyjawił to na osobności i po cichu rzeczonemu Stasiowi, natomiast reszta słuchaczy, w tym ja, pozostała w pewnym zawieszeniu i niedookreśleniu. Wolałabym wiedzieć, kogo pan umieścił w tym podzbiorze, no jakoś lepiej bym się czuła.

A tymczasem kaszlę i w uchu mi dzwoni. Pewnie od wietrzenia po dorszu (N. wczoraj przyrządzał, twierdzi że zasłużył sobie tym daniem na dwie gwiazdki Michelina, a ja później sprzątania miałam na czterdzieści minut i pół butelki odtłuszczacza).

Zamiast maszerujących nazioli oglądałam wczoraj transmisję na żywo z przejścia Merkurego przez tarczę słoneczną z obserwatorium na Wyspach Kanaryjskich. Na tle obrazu z teleskopu pan prowadzący astronom łączył się z kolegami na całym świecie, dyskutowali o najnowszych odkryciach i technologiach, a tymczasem pod spodem leciały komentarze: „To już się zaczęło?”; „Będzie się działo coś jeszcze?”; „To ta kropka u góry po prawej stronie? Myślałem, że mam brudny telefon”; „Mógłby się ruszać trochę szybciej, muszę się uczyć do jutrzejszego egzaminu”. Bardzo było zabawnie.

Zebra twierdzi, że spokojnie można się poddać aurze i popaść w kameralny jesienny alkoholizm, bo Essentiale Forte naprawdę dobrze regeneruje wątrobę. Wie z pewnego źródła. I ja jestem coraz bliższa skorzystania z tej dobrej, fachowej porady. Ech.

PS. Zapomniałam dodać, że ZNOWU przyszywałam staremu guzik, tym razem od spodni. Nawet dwa razy, bo za pierwszym razem go przyszyłam od wewnątrz, bo oglądałam Peraltę na Netflixie.

O ELEMENCIE ANIMALNYM W SNACH

N. wczoraj wrócił z urzędu skarbowego z urwanym guzikiem. Najwyraźniej chcieli z niego zedrzeć ostatnią koszulę DOSŁOWNIE, jakby nie wystarczało zwykłe, rutynowe pompowanie kasy aż do spalonej ziemi. W każdym razie musiałam przyszywać I CO? Otóż nawlekłam igłę bez pomagania sobie tym takim uszkiem! Siekierka na moją cześć, bardzo proszę.

Pieseczek nasz ukochany nie przestawił sobie zegarka i budzi nas PRZED CZWARTĄ. Zresztą niektórzy kontrahenci N. też lubią przysłać SMS-a w środku nocy, ale to incydentalnie (i tak są już na mojej osobistej czarnej liście), a Szczypunia codziennie. W dodatku śpi w poprzek łóżka, dzięki czemu mam przez całą noc przykurcze mięśni, a od rana moja obręcz miednicza jest w zupełnie innej płaszczyźnie, niż góra ciała. Co byłoby praktyczne, gdybym zamierzała uczyć się irlandzkich tańców (gdzie jak wiemy nogi poruszają się niezależnie od reszty ciała) – niestety, nie mam takich planów. Natomiast pół dnia chodzę bokiem jak krab i pojękuję przy schylaniu. Nie wiem jak to rozwiązać, Drogi Pamiętniku.

„Love, Nina” – cudowny, uroczy serialik, tylko dlaczego taki krótki? I jakim cudem ona chodzi cały czas boso („Ho ho, założyłaś tenisówki, to twój odpowiednik dekoltu”) i ma czyste stopy? No OK, na ulicy jest sporo kałuż (w sklepie też była bez butów, bo nie zauważyłam?). Oraz nie wychwyciłam, czemu mieszka u nich ten poeta, skoro Helenka chodzi na randki z innymi. Oczywiście wielką jego zaletą jest to, że jest stary i ludzie ze sobą dużo rozmawiają na interesujące tematy, bo nie ma smartfonów i internetu. 

Śniła mi się kura, a N. żaba. Ale nie jednej nocy, więc nie wiem, czy się liczy. 

IMGW ostrzega, że nadchodzą ulewy i porywiste wiatry, a Antoni Macierewicz został marszałkiem. Naprawdę, niczego dobrego po listopadzie się spodziewać nie można. Idę zjeść kostkę masła na uspokojenie.

O LISTOPADZIE

Wczoraj N. wyciągnął dmuchawę do liści i ryczał na pół wsi. Nie znoszę dmuchaw do liści, w dodatku przeczytałam, że są to najbardziej nieekologiczne urządzenia świata, zużywają więcej paliwa niż stara ciężarówka, a i tak większość benzyny nie jest spalana, tylko rozpylana w powietrzu (a na dodatek hałasują). Powiedziałam o tym N., na co on – że w takim razie wręczy mi nadzwyczaj ekologiczne grabie i zrobię porządek w sposób nieszkodliwy dla środowiska i co ja na to.

Wiecie, że już naprawdę. Strach się odezwać we własnym domu. Poza tym wydaje mi się, że jestem lepszym ekologiem teoretycznym, niż praktycznym i te grabie to może i owszem, ale w OSTATECZNOŚCI. Bo jednak z urządzeń ekologicznych wolę koc.

Dobrze przynajmniej, że trochę się ociepliło, bo już miałam wpaść do beczki z podłym humorem (w nocy przed pierwszym listopada pozamarzały kałuże!). 

A jeszcze z wyjazdu – zapomniałam napisać, że widzieliśmy sklep o pięknej nazwie „CABRACADABRA”. Urzekła mnie. Na Fuerteventurze wszędzie gdzie mogą wpychają kozę albo aloes, bo nic innego tam nie ma, a tu ktoś był naprawdę twórczy. Dobra, koniec tych wspomnień bo się popłaczę („Może usiądziemy w środku, bo na zewnątrz zostały same stoliki W SŁOŃCU” – naprawdę, człowiek to jest taki głupi! Teraz bym siedziała na tym słońcu i nawet nie pisnęła).

Boże, w ogóle nie mam pomysłu na ten listopad. A raczej na siebie w listopadzie. Może na początek zrobię barszcz ukraiński, a później się zobaczy.

PS. I kiedy rzucą trzeci sezon „The Crown”, z Olivią Colman i Helenką, do cholery?

O POWITANIU PRZEZ JAROSŁAWA

W ojczyźnie przywitał mnie niż Jarosław – dostaliśmy zimną lodówą prosto w pysk. Jakby mało było jednego Jarosława, to jeszcze drugi się przywlókł.

Ale i tak mieliśmy dobrze – że zacytuję klasyka – ponieważ dwa dni wcześniej samoloty do Warszawy lądowały w Katowicach i Radomiu z powodu mgły. A nam się udało jednak w porcie przeznaczenia, chociaż zimnym. 

Trochę mam niedosyt, bo się nie wykąpałam – woda w oceanie już trochę dla mnie za chłodna (w basenach nie bywam ideologicznie), chociaż N. się oczywiście kąpał. Oraz fotografował morszczyn (nie wiem o co chodzi, ale za każdym razem jak byliśmy na plaży, to biegł w jedno miejsce na skalnym cyplu i fotografował jedną roślinkę – teraz ta roślinka ma ze sto pięćdziesiąt zdjęć z naszych wakacji, a ja może ze trzy). Leżałam sobie w grajdole i czytałam „Ciało nie kłamie” – wyznania pani patolog sądowej, bardzo dobra lektura na plażę, przy czym fragmenty o płucach palacza albo wątrobie alkoholika oczywiście z upodobaniem czytałam na głos. Bo lubię się dzielić wiedzą.

Tematem przewodnim w hiszpańskiej telewizji była przez cztery dni ekshumacja Franco – decyzją parlamentu wydłubywali go z pomnika – mauzoleum pod Madrytem, gdzie leżą pochowane ofiary wojny domowej, i przenosili na rodzinny cmentarz do grobu żony. Dwa dni przed i dwa dni po całej operacji leciały na zmianę wywiady z wnukami (siedmioro), transmisje spod cmentarza oraz infografiki, na których pokazywano jak Franco będzie przekładany z jednej trumny do drugiej. Byłam szalenie ciekawa, czy pokażą mumię i czy będzie przystojniejszy od Lenina, ale niestety nie pokazali. 

Z większych wydarzeń – w Corralejo zamknęli knajpę z kozami! Wielka szkoda, bo lokal był bardzo popularny i klimatyczny, ale niestety w starym parterowym budynku w centrum miasteczka, a właściciel chce podobno zbudować na tej działce coś nowego i większego. Więc niby jest wywieszka, że se traspasa (czyli przenosi), ale nie wiadomo gdzie i czy w ogóle. Za to otworzył się bardzo miły bar Entrevinos, z dobrym winem i tapasami – brakuje mi tam takich lokali, bo większość to jednak restauracje. Oczywiście nie wypędzą człowieka, jak przyjdzie na kieliszek wina, ale co innego pić w barze, a co innego przy nakrytym stole w jadalni. 

Odkryliśmy w tym roku popcorn beach – plażę, na którą morze wyrzuca kawałki bielutkiego wapienia, które wyglądają faktycznie jak popcorn. Bardzo ładnie to wygląda, ale kłuje i chrzęści. 

Kolejne wakacje mogę zaliczyć do udanych – ostatniego wieczoru już nie mogłam patrzeć ani na wino, ani na jedzenie. Czyli czas został spędzony efektywnie, a zasoby dobrze wykorzystane.

Aha, jeszcze z dnia wyjazdu – rozczuliło mnie, że w sklepach na lotnisku można sobie kupić GLOBUS. Nigdy bym na to nie wpadła, no ale może są ludzie, którzy lubią sobie kupić globus i zabrać do samolotu na drogę. N. dla odmiany kupił sobie rozmówki japońskie i szlifował słownictwo. Na razie najlepiej pamiętamy, że po japońsku śledź to „niszin”.

No a teraz sandałki na górną półkę, ciepłe gacie mode on – zimno, leje, gniją liście i ciemno od trzeciej po południu. Żeby się człowiekowi w głowie nie poprzewracało z dobrobytu. Ech…

O TYM, ŻE TO JUŻ WOŁA O POMSTĘ DO NIEBA

Kondycyjnie jestem dziurawym flakiem – jedziemy na wakacje, a ja zupełnie nie mam siły i nie chce mi się pakować. Niech mnie ktoś kopnie w dupę, bo należy mi się oraz w ogóle co to ma być! 

Muszę coś wymyślić na rozruszanie, bo zgniję i wrosnę w kanapę. Tylko żeby nie trzeba było uprawiać sportu oraz rezygnować z picia wina. Czy ktoś ma jakiś pomysł? Jak wrócę to się za siebie biorę (ha, ha, ha – zaśmiała się żaba).

Czy są jakieś nagrody za najbardziej krzywo pomalowane paznokcie u nóg? Bo jeśli tak, to ja aktualnie zgarniam trzy pierwsze miejsca, ale nie mam siły poprawiać. Najwyżej na miejscu czymś zamaluję albo co.

Jakbym się długo nie odzywała, to znaczy, że postanowiliśmy nie wracać. Czuwaj!

O WIADOMOŚCIACH DOBRYCH, ZŁYCH I OBERŻYNIE

Dobra wiadomość jest taka, że nadal pogoda jest piękna. 

Natomiast niezbyt dobra wiadomość jest taka, że w łazience bulgocze w rurach, dość głośno. Mam złe przeczucia. Bulgotanie jest zdecydowanie ZŁOWIESZCZE. Czy ktoś zna jakąś historię, film albo książkę, która rozpoczynałaby się od bulgotania w rurach i kończyła DOBRZE? Nie bardzo, prawda? No właśnie.

Jestem tak zakochana w tekstach z „Sukcesji”, że nawet się nie zdenerwowałam wyborami (tym bardziej, że jest dość ciekawie). Spadam z krzesła średnio trzy razy na odcinek. „- Czy leki powodują u pana niepokój, wahania nastroju, agresję?” – Spierdalaj”; „- Przepraszam, ale licytuję antyki, głównie manuskrypty… – Licytujesz penis Napoleona”. Dobrze, że jeszcze cztery odcinki przede mną – wydzielam je sobie oszczędnie jak pani Basia dostęp do Prezesa. 

Żeby nie było tak różowo, to dowiedziałam się wczoraj, że nie należy beztrosko wysyłać ikonki bakłażana, BO TO WCALE NIE OZNACZA BAKŁAŻAN. Naprawdę, ludzie to wszystko potrafią zohydzić, nawet niewinną (i smaczną) oberżynę!…

Czy macie czasem wrażenie, że cały czas próbujecie zbilansować w swoim życiu sprzeczne oczekiwania różnych stron? Na przykład – mój pies oczekuje ode mnie nieustannego karmienia, a weterynarz z kolei oczekuje, że odchudzę psa. A ja jestem pośrodku. A zdecydowanie wolałabym być w tapas barze z ogromnym, baloniastym kieliszkiem wina w ręku. O właśnie, przypomniało mi się (czyżby tabletki działały?), że następnym razem jak będę jechać do Hiszpanii koniecznie muszę zabrać wieszak na torebkę. Bo niektóre bary mają zamontowane wieszaki, ale nie wszystkie, a jak się ma torebkę ważącą tyle co paleta kostki brukowej, to jej odwieszenie znacząco poprawia komfort osobisty. 

I znowu nie mam co czytać. Ale mam na oku książkę Bolesława Chromrego z pieskiem na okładce i w tytule. Podobno niezła.

O TYM, JAK DZIAŁA ŻEŃSZEŃ

Od kilku dni oko mi lata. W sensie powieka. Piję elektrolity, nie pomaga. Sprawdziłam w internecie – oczywiście wyszło mi, że albo stres, albo rak.

Tabletki gingko biloba na razie zażyłam dwie – czy widać rezultaty? Hm. No niby nie zapomniałam dziś niczego na zakupach w Biedronce (ale może to dlatego, że miałam listę zakupów) (ale pamiętałam, żeby ją napisać i zabrać!). Za to przed chwilą zeszłam na dół do kuchni z naręczem skarpetek pozwijanych w kłębuszki, zamiast je włożyć do szuflady. Gdyż zamyśliłam się.

W pracy nadal nieprzyjazne środowisko – nie dość, że znowu huknęłam się w kolano, tym razem o biurko w pokoju N., to jeszcze doszły mnie słuchy, że NIEKTÓRZY jedli śledzie popijając mlekiem. Ludzie kochani, dobrze że tego nie widziałam, bo bym zadzwoniła do Trybunału w Hadze! Że łamana jest Konwencja Genewska i naruszana moja wolność osobista. 

A żeby było weselej, to również niektórzy poszli po zaświadczenie o niekaralności i o mało się nie pobili z sąsiadem z kolejki. Podobno sapał oraz nie uważał kiedy wyświetla się jego numerek, a później miał pretensje. Ciekawe, czy gdyby się pobili to nadal dostaliby zaświadczenie? Powinni mieć specjalny formularz na takie okazje: „Niekarany, ale najprawdopodobniej ulegnie to zmianie w najbliższej przyszłości”.

„Sukcesja” jest cudowna – nie dość że o dysfunkcyjnej rodzinie, to jeszcze o BOGATEJ AMERYKAŃSKIEJ dysfunkcyjnej rodzinie. Każdego z bohaterów mam ochotę pokryć grubą warstwą napalmu, a na jakimś forum przeczytałam komentarz, że serial powinien mieć tytuł „Spierdalaj”. Rzeczywiście, jest to najczęściej padająca odpowiedź na prawie wszystkie problemy, pytania i wydarzenia.

Mąż mi kupił bardzo ładne ścierki w Patio Color. Boże, jak on się o mnie troszczy!

I zupełnie znienacka zrobiła się ładna pogoda. Nie wiem co o tym myśleć (uciekajmy – to pułapka!) (uciekajmy pod koc, oczywiście). No nic, jutro na wybory a później się zobaczy.