O TYM, ŻE NIEKTÓRZY IGRAJĄ Z OGNIEM (LENIWYM)

Wiecie, że to już naprawdę. NUDNE ŻYCIE, tak? Chciałabym mieć NU DNE ŻY CIE! Ile razy mam powtarzać?

Siedzę sobie w sobotę po południu na mojej ukochanej kanapie, herbatka, serialik. Włosy mam tłuste, dresik lekko upieprzony (rosołek przecedzałam), w każdym razie – boskie domowe nieróbstwo, a tu nagle od drzwi wejściowych… STO LAT STO LAT!!! – i wchodzi radosna, pachnąca, dziesięcioosobowa delegacja złożona z moich koleżanek z Zebrą, ich mężów i mojej siostrzenicy. Mój stary urządził mi PRZYJĘCIE NIESPODZIANKĘ!!!

Nic nie podejrzewałam. KOMPLETNIE NIC (no halo, tak spokojnie bym sobie siedziała w poplamionym dresie? Bez stanika?). Niczym się nie zdradził, nawet mu powieka nie drgnęła – ciekawa jestem, w ilu jeszcze sprawach mnie okłamuje, bo ma do tego jak widać talent!

No więc przyjęcie niespodzianka się wpuściło do domu, odśpiewało mi sto lat, powiedziało żebym się niczym nie martwiła bo oni WSZYSTKO PRZYNIEŚLI (i faktycznie przynieśli, włącznie z pieczywem oraz tortem), wręczyło mi prezent (metrowej wysokości kielich do wina, chociaż w sklepie były jeszcze inne ciekawe upominki, np. szklane dildo, ale stanęło na tym kielichu) i zażądało garnka do podgrzania bigosu.

Oczywiście że w pierwszym odruchu miałam zamiar ZABIĆ MOJEGO MĘŻA, ale poszłam się przebrać i jakoś później już nie było okazji, acz nie omieszkałam mu przypominać w odstępach półgodzinnych, że jak mógł mnie tak załatwić i jest świnią. Mógł przynajmniej coś delikatnie zasugerować, to bym głowę umyła! Ponieważ jednak wszyscy się mnie trochę boją, to powiedzieli że owszem, mieli PLAN B na wypadek, gdybym ich wyrzuciła na pysk. Otóż zamierzali sobie zrobić piknik na ulicy pod moim płotem. Bardzo zabawne, ha ha –  ciekawe jak by pod tym płotem podgrzali bigos.

Oczywiście było mi bardzo, bardzo miło, ale jak JESZCZE RAZ N. zrobi mi niespodziankę, kiedy będę miała nieumytą głowę, to z kolei jego głowa zagości nabita na szpikulec w ogrodzeniu. Następne niespodzianki poproszę kiedy będę uczesana, w makijażu oraz ubrana może nie od razu w wieczorową suknię, ale przynajmniej w coś nierozciągniętego na kolanach i niepoplamionego, psiakrew cholera jasna.

A w międzyczasie FBI zamknęło i ewakuowało obserwatorium astronomiczne w Nowym Meksyku i odmawia podania przyczyny. Niech sobie odmawia – i tak wszyscy wiedzą że to dlatego, że nawiązaliśmy kontakt z obcą cywilizacją. Może się zrobić interesująco!

Wniosek z tego taki, że N. ma za dużo swobody – muszę wdrożyć nowe mechanizmy kontroli zarządczej, bardziej szczegółowe, bo do czego to podobne!

 

O TYM, ŻE TO JUŻ ZUPEŁNIE CO INNEGO

W ogóle nie spałam w nocy – nie było N., więc się bałam, a na dodatek Szczypawka mi się położyła w zgięciu nogi i nie mogłam się ruszyć, no bo przecież nie obudzę pieseczka! Za to pieseczek w ogóle nie ma takich zahamowań – o drugiej w nocy wycieczka na sikupę, chociaż pańcia prosi i błaga żeby nie, bo na pewno grasują duchy i włamywacze w ogródku. Nie, nocny spacerek musi być, a później chrapanie jak stado borsuków.

A dziś rano próbowałam wetknąć soczewki do czerwonych oczu i na każdej był psi włos. I to wcale nie szkodzi – ostatnio polubiłam jeszcze bardziej Agatę Buzek, która nie pojechała na festiwal w Wenecji, bo musiała się opiekować psem. Bardzo to rozumiem i popieram! I też nigdzie prawie nie wychodzę, no bo przecież nie zostawię Szczypawki samej – ostatnio zostałyśmy obie zaproszone do szkółki z sadzonkami, wzruszyłam się, bo mało jest miejsc gdzie mogę wejść z psem. Chociaż muszę uczciwie przyznać, że tych miejsc przybywa i nawet w Żyrardowie jest jedna winiarnia, w której jesteśmy mile widziani z pieskiem (aczkolwiek łączy się to z pewnymi konsekwencjami, ostatnim razem N. zjadał ze Szczypawką na pół każdą krewetkę z tajskiej zupy i mieliśmy nader udane popołudnie i noc, no ale to nie psa wina przecież). Co nie zmienia faktu, że jako obywatel z psem mam bardzo ograniczone pole manewru, chociaż Szczypawka jest malutka, grzeczna i zawsze na smyczy (i ma woreczki na kupę ekologiczne o zapachu lawendy – trochę przyszalałam).

A te upały to już nie wierzę, bo to już zupełnie inne słońce jest. Wczoraj wygrzewałam na tarasie resztki figury – a raczej to, co kiedyś było figurą

(artist formerly known as Prince)

chociaż w sumie nadal jest, tylko o innych własnościach, a w zasadzie to bryłą. Wracając do baranów – może i ciepło, ale zdecydowanie jesiennie. Na przykład liście lecą z brzóz garściami, prawie nic już nie kwitnie, zdecydowanie jest smutniej. Pewnie, że się cieszę, że nie trzeba chodzić w ciepłych gaciach i włączać ogrzewania (i płacić tym złodziejom co miesiąc wyższe ceny), ale znowu lato minęło nie wiadomo kiedy (i gdzie) i ja bardzo przepraszam, ale zamierzam się trochę pomartwić w tej intencji.

A wczoraj był artykuł o panu Jacku spod Kielc, który posadził bananowce i nawet w tym roku miał już pierwsze owoce. I było takie zdanie, że to prawdopodobnie są jedyne bananowce w Polsce.

Otóż, bananowce pana Jacka nie są jedynymi w Polsce.

 

 

O TYM, ŻE CHCĘ MIEĆ NUDNE ŻYCIE

W „Żonie idealnej” był taki mały śmieszny facecik, prawnik gangstera. Chyba się nazywał Lester, w każdym razie jak sprawa była już beznadziejna, to przychodził pan Lester, uśmiechał się i nagle cały skład sędziowski się wycofywał albo jedyny świadek popełniał samobójstwo, no w każdym razie był skuteczny. Może niekonwencjonalny, ale skuteczny. No i ten pan Lester wszystko miał zapisane na pojedynczych karteczkach post-it; wyciągał z kieszeni plik takich pogniecionych karteczek i tam miał całą kartotekę. I ostatnio zauważyłam, że przejęłam system od pan Lestera – ja, maniaczka zeszytów, kolorowych flamasterków, tabelek, kalendarzy gugla, moleskinów i cholera wie czego jeszcze. Karteczka, załatwione, do śmieci. Bardzo dobry i wydajny system, no i nie zajmuje wcale czasu! Nadal uwielbiam galanterię piśmienniczą, ale jakoś tak bardziej platonicznie.

„Rezydentów” z rozpędu obejrzałam do końca sezonu. Znacząco pomógł w tym odcinek, w którym wszyscy skakali dookoła pacjenta, który często przychodził z czymś nowym i zaskakującym w tyłku i muszą mu to wyjmować SPOSOBEM. Wiadomo, że każdy serial medyczny zyskuje na pacjencie, któremu trzeba coś wyjąć z tyłka, bo to takie przezabawne i odświeżające. Nadal uważam, że postacie sztywne, dialogi do dupy, a intryga do przewidzenia, no ale jak to mówią – na bezrybiu to i Salomon naleje na pochyłe drzewo.

„Code Black” niby lepiej się zapowiada, ale po czterech odcinkach się ciągle zapowiada i zapowiada. Utknęli z akcją i bohaterami w jednym miejscu. Niech on się rozbuja, bo ile można oglądać powtórki „ER”?…

Natomiast na reddicie odkryłam katalog „Let’s Not Meet Again” – ludzie opowiadają tam historie ze swojego życia, takie że wyskakuje gęsia skóra wielkości piłek do tenisa. O kolesiu który dobija się do drzwi wejściowych o 3 w nocy to jedna z łagodniejszych (z załączonym nagraniem z kamery monitorującej). Głównie są takie: „Jak miałam 20 lat, to spotykałam u koleżanki brata jej chłopaka, piliśmy razem piwo i przynosił marychę. Po dwóch latach zobaczyłam artykuł w gazecie z jego zdjęciem, okazuje się że był seryjnym mordercą i zamordował cztery dziewczyny”. Albo o stalkerach: „Jakiś chłopak zostawia mojej mamie na wycieraczce listy o tym że chce uprawiać z nią seks oraz szklane dildo (link do zdjęć). Mama mieszka w domu na odludziu i trochę zaczęła się bać, jak włamał się jej do garażu i ukradł dwa kanistry z benzyną. Jakie są wasze pomysły, co zrobić w takiej sytuacji?”.

Jak ja się cieszę, że mam nudne życie. Oby nadal było jak najnudniejsze.

 

O TYM, ŻE NIC Z TEGO NIE BĘDZIE

Podejmuję jeszcze jakieś rozpaczliwe próby chodzenia w sandałkach, ale po wczorajszym dniu kiedy to wieczorem myślałam, że stopy mi z zimna po prostu za chwilę ODPADNĄ – chyba się poddam. Ale i tak mam dobrze, bo mi było zimno tylko w stopy, a N. w całego człowieka, bo pojechał sobie zrobić kółeczko (70 kilometrów) (!!!!!!!) rowerem i akurat go złapał deszcz. Ha ha ha, i niech mi jeszcze ktoś spróbuje wmówić, że sport to samo zdrowie, szczęście i świetne samopoczucie.

A dziś od rana taka mgła, że jak Szczypawka wyszła na siusiu, to z balkonu widziałam tylne pół psa, a przedniego już nie.

Od kilku dni krąży po internetach informacja o tym, jak astronauta musiał zatkać palcem dziurę w stacji kosmicznej, żeby się nie rozhermetyzowała. No więc przytkał ją palcem w oczekiwaniu na kolegów, którzy mieli przynieść taśmę klejącą (Taśmę. Klejącą. Do. Zaklejenia. Dziury. W. Stacji. Kosmicznej). Wszystko w bardzo zabawnej atmosferze, dziurka była bardzo mała – prawdopodobnie mikrometeoryt – i nie groziło im bezpośrednie niebezpieczeństwo, a facet został okrzyknięty pierwszym człowiekiem, który gołym palcem dotykał przestrzeni kosmicznej.

Tylko że po kilku dniach pojawiła się bardziej szczegółowa analiza – dziura wygląda na wywierconą OD WEWNĄTRZ. Na stacji siedzi aktualnie sześć osób. Ruskie twierdzą, że ktoś wywiercił dziurę, bo bardzo chce wrócić na Ziemię i miał nadzieję, że stacja kosmiczna zostanie ewakuowana. I że mieli podobny przypadek podczas ćwiczeń na Ziemi, a nawet wręcz już wiedzą, KTO to zrobił.

Ja tam się nie chcę wtrącać, ale ten co tak bardzo chce wracać może mieć już złożone jajeczka w klatce piersiowej i może dlatego tak mu się spieszy. Za dużo życiowych filmów widziałam, żeby wierzyć w to że to OT TAKA NIEWINNA dziura wywiercona z tęsknoty za Ziemią. Aha, z tęsknoty my ass.

Natomiast jeśli chodzi o nieco inne oblicze internetu – bardziej komercyjne – myślałam, że niewiele mnie zdziwi po tym jak zobaczyłam kosz na śmieci do nabycia za jedyne 1400 PLN. A jednak, a jednak! Szczotka do sedesu za 2 145 PLN!

Wymrzyjmy już, co? Niech nas zjedzą te kosmiczne pasożyty i niech zacznie się wykluwać coś nowego w charakterze cywilizacji. Może będzie chociaż odrobinę rozsądniejsze.

 

O CHRZCINACH, SERIALU I ŁAPANIU SZKODNIKÓW

No więc Drogi Pamiętniku zaliczyliśmy w niedzielę chrzciny nowego obywatela ze strony rodziny N. Było to dość dużym wyzwaniem, głównie ze względu na sytuację na stołach, która rozwijała się bardzo dynamicznie. Dania i półmiski oszałamiały obfitością i zmieniały się jak przepiękne instagramerki w komnatach szejka Dubaju, jak kolory w kulach dyskotekowych, jak zwrotki piosenki „Hej siup od nowa, Polska Ludowa” (znowu aktualnej zresztą). Wszystkiego starałam się spróbować nie więcej jak po łyżeczce, ale i tak walka była z góry przegrana. A z sali nie wypuszczał pan młody ojciec, odbijając gości jak profesjonalny bouncer z powrotem do stołu – wyjścia usankcjonowane dopiero PO TORCIE. Na dodatek obawiam się, że wypiłam butelkę czerwonego wina (bdb), co prawda miałam zachowywać reżim, ale nie ukrywajmy: bikini body w moim przypadku to i tak już przegrana sprawa, złudzenie i fatamorgana. Poza tym co – dziecku odmówię? Za dziecko nie wypiję? No właśnie.

Z jednej strony jestem oczywiście przeciwnikiem takich gargantuicznych uczt (a na świecie ludzie głodują),  z drugiej… Całą noc miałam powidoki ptysia z musem z wędzonej makreli. Jednego ptysia udało mi się wcisnąć na miejscu i był bardzo smaczny, ale na więcej zabrakło mi miejsca. Zamiast rąbnąć ze stołu na wynos w serwetce, to je tam zostawiłam.

Pojawił się natomiast serial medyczny, na który rzuciłam się z entuzjazmem, bo akurat medycznego w ofercie nie ma od lat – otóż „Rezydenci” („The Resident”). Żeby było od razu swojsko, to jedną z głównych ról gra Cary Agos z „Żony idealnej”, tym razem w wersji – wytatuowana bestia epatująca seksem i intelektem (hmmm). No więc po pierwszych trzech odcinkach mam ochotę wszystkich zastrzelić. Ani akcji, ani humoru, ani ciekawych przypadków medycznych, ani życia prywatnego bohaterów (no – jeden ma mucho sexy żonę Hinduskę, gdyż albowiem niespodzianka – sam jest Hindusem). Wszyscy nadęci, kamera pokazuje głównie zbliżenia jak w „Modzie na sukces”. Od pierwszych pięciu minut mamy podział DOBRZY I SZLACHETNI –  oraz ŹLI I PODLI. A gra aktorska i dialogi takie drewno, ale to TAKIE DREWNO, że po seansie miałam cały laptop w trocinach. No i oczywiście sterylne biało – niebieskie wnętrza, komputery i ciut krwi, tyle żeby było dla koloru i nikt się nie pobrudził. Jednym słowem – nędza, doprawdy nędza.

Jak czytam o tych sposobach na muszki owocówki, które owszem potrafią być dokuczliwe, to mam ochotę zrobić taką pułapkę na polityków. Wkładamy do pojemnego słoika truciznę i sto tysięcy złotych* i spokojnie czekamy, aż przylezie polityk i wejdzie do słoika po pieniądze. I wtedy go TRACH – zakręcamy, żeby się udusił i otruł i jednego drania mniej! Słoik oddajemy do utylizacji, a sto tysięcy używamy ponownie do skonstruowania następnej pułapki. Czy to by nie było piękne? Ach.

* – w zasadzie zadziała każda kwota, ale im większa, tym szybciej przypełzną.

 

O KOZIUŁCE I POMIDORACH

Płakać mi się chce i otacza mnie robactwo. Na przykład zupełnie bez ostrzeżenia dostałam molem spożywczym w pysk i niestety dwie godziny życiorysu musiałam poświęcić szafce kuchennej, właściwie to wszystko wrzucając do worka na śmieci, bo z molami nie ma negocjacji. Przy okazji chyba wiem, do czego Szpilmanowej było potrzebne te 20 złotych, bo znalazłam opakowanie kaszy orkiszowej. O różne rzeczy można mnie posądzać, ale nie o zakup kaszy orkiszowej (z własnej woli). No chyba że dostałam np. na Gwiazdkę i zapomniałam, co jest możliwe, ale wersja ze Szpilmanową lepsza.

O mało nie zawarłam także bliższej znajomości z koziułką, nie z mojej inicjatywy zresztą. Te wielkie obrzydliwe komary nazywają się koziułka – sympatyczna nazwa w niczym nie pomaga, dalej się ich brzydzę strasznie. Tymczasem jedna z tych mend krążyła dwa dni temu wieczorem dookoła stołu, po czym próbowała wlecieć mi za dekolt. No, usłyszeli mnie chyba nawet na Jowiszu. N. może sporo zyskać w oczach konserwatywnych kościołkowych sąsiadów, bo po takim wrzasku można wnioskować, że tłukł mnie co najmniej łańcuchem z kolcami albo łopatą, a to nie byle co. Będą mu się teraz kłaniać do samej ziemi, nawet już dostał kolejne wiadro pomidorów na znak szacunku.

A właśnie – pomidory są teraz dobre. Najlepsze. Ale reszta – z pogodą na czele – do dupy. Idę płakać pod biurkiem.

PS. No NARESZCIE coś fajnego w spamie: „Marek Góralczyk. Nowość. Extender w żelu przedłuża penisa nawet o 7 cm NA STAŁE. Sprawdź” – panie Marku, rodzice musza być z pana bardzo dumni.

 

O TYM, CO WYPADA W TOWARZYSTWIE

Zimno mi – siedzę w swetrze i mam za złe.

I to już? Koniec sandałków, kiecek na ramiączka i wysiadywania na tarasie wieczorem? Tak z dnia na dzień, bez ostrzeżenia? Jeb drzwiami i po lecie? To jest skandal po prostu. W dodatku pies nie w sosie, stary nie w sosie, a jak jeszcze wczoraj przyszły z księgowości haracze do zapłacenia, to miałam ochotę już tylko wejść pod biurko i tam zaschnąć na wykładzinie dywanowej w charakterze zanieczyszczenia.

A dziś do fryzjera, co też mnie napawa niepokojem, bo moje koleżanki zawsze mówią „O, byłaś u fryzjera? Nic nie widać”, a mnie się wydaje, że przecież tym razem to już mi fryzjerka zrobiła REWOLUCJĘ, tak krótko i w takim kolorze to NIGDY nie miałam. I mam rozdźwięk moralny, bo w końcu trzy godziny w plecy i kupa pieniędzy, które przecież mogłam wydać na różne pożyteczne rzeczy (np. wino), skoro nic nie widać. Ech.

Czy wypada się przyznawać w towarzystwie, że lubimy oglądać serial „Brooklyn 9-9”, bo nas śmieszy? (I po cichu bardzo podziwiamy Rosę Diaz).

PS. Aczkolwiek jestem zdania, że jak coś wypada w towarzystwie to się człowiek schyla i podnosi. Po prostu.

 

 

O TYM, CO SIĘ POWINNO ŚNIĆ MOJEMU PSU

Czy tylko ja mam wrażenie, że nie ma czym oddychać dziś od rana? Coś wyssało całe powietrze.

W nocy Szczypawka spała mi na głowie, więc na zmianę nie spałam albo śniła mi się kiełbasa. Podejrzewam, że psina sprzedała mi swój sen przez osmozę, no bo litości, różne rzeczy już mi się śniły – UFO, apokalipsa, koniec świata – ale KIEŁBASA? I jaka jest przepowiednia związana z przyśnieniem się kiełbasy? Może lepiej nie wiedzieć na wszelki wypadek.

Z Homerem to jeszcze mam tak, że Iliady nie popieram, bo ogólnie nie popieram rozwiązań zbrojnych, natomiast co do Odysei – poeta opisał męża, który przez dziesięć lat nie może wrócić do domu. I to się nazywa epos, a Homer jest nieśmiertelny. Podejrzewam, że spora grupa żon mogłaby takie eposy pisać co tydzień, a najdalej co drugi – co też stary nowego wymyślił, żeby tylko do domu nie wrócić. A jak już wróci, to co ma na swoje usprawiedliwienie – i naprawdę, wielki facet z jednym okiem oraz ucieczka pod brzuchem owcy to jest NIC w porównaniu z tym, co potrafią opowiadać. Ile oni muszą się w życiu nawalczyć z przeciwnościami losu i zagiętą czasoprzestrzenią!… A żona jeszcze się czepia, zamiast w rękę pocałować że w ogóle WRACA (z piekarni, po czterech godzinach, w dodatku bez chleba).

Nie dość, że w weekend ma być deszcz i piętnaście stopni, nie dość że wyłażą pierwsze kątniki, to jeszcze ma być kolejna apokalipsa w postaci nowej serii pluszaków w Biedronce. No dobrze, ponieważ jestem podłym człowiekiem, to przyznaję nieśmiało że trochę czekam na wydrapywanie oczu, krew i flaki na forach internetowych. Jakoś trzeba sobie znajdować rozrywkę w tych smutnych czasach.

 

O TYM, ŻE KAŻDY COŚ ZNALAZŁ, A JA ZNOWU NIE MAM CO CZYTAĆ

Wydrylowałam w sobotę wiaderko wiśni na nalewkę. SPINACZEM, ponieważ (robota kocha głupiego) drylownica rozrywa wiśnie i sok się marnuje, oraz sporo miąższu, a spinaczem się wyciąga pesteczkę przez naturalny otwór wiśni i ten niezmarnowany sok i miąższ nam zostaje do pysznej naleweczki, plus jest estetyczniej. Oraz DŁUŻEJ. Czy klęłam? Ależ. Ale tylko do pewnego momentu, później już mi było wszystko jedno. A następnego dnia bolały mnie dwie polędwiczki (wieprzowe) wzdłuż kręgosłupa. No ale zwłoki wiśni już pływają w wyborowej i to najważniejsze.

N. przygalopował do mnie bardzo zadowolony, bo zaczął robić porządek w garażu i znalazł jakieś super wędki. „Jakie ja mam fajne wędki!” – nigdy w to nie wątpiłam; zawsze mi wyglądał na gościa, który ma fajne wędki, odkąd tylko go poznałam. W zasadzie tego samego dnia dokonałam podobnego odkrycia – znalazłam BARDZO fajne letnie kiecki, kupione nie pamiętam kiedy, ale jeszcze z metkami, idealne na gorące lato i nie wiem, dlaczego ich nie nosiłam do tej pory. Czas postawić tamę tej rozwydrzonej konsumpcji – a zatem z zadowoleniem witam modę na rozszerzane dżinsy 3/4 i obcisłe golfiki w poprzeczne paski; szanse że je zakupię są naprawdę mizerne, uff. (Ale moda na haftowane tuniki już wyrządziła szkody).

A później N. porządkował jeszcze przynęty i część jest jednak dość straszna. Na przykład bardzo naturalistyczne sztuczne białe robaki, które nie dość że obrzydliwe, to jeszcze bardzo dobrze imitują ruch. Oraz jakieś japońskie gumowe, nasmarowane czymś tłustym i wyglądające jak odcinki tasiemca. OHYZDA. Tak wyglądają blaski i cienie życia z wędkarzem pod jednym dachem.

Miałam się zacząć odchudzać do bikini, ale jak to zrobić, skoro N. wczoraj zaparkował obok gruzińskiej piekarni, co skończyło się chaczapuri ze szpinakiem oraz całym gruzińskim okrągłym plaskatym chlebkiem? W dodatku wyjechał (dziś o 4 rano) i zostawił mnie z tym chlebkiem samą? I już opierniczyłam jedną trzecią? Ja nie mam silnej woli i pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej bikini ma SILNY SPLOT i nie pęknie mi na dupie w najmniej spodziewanym momencie.

„Chmurdalia” już nie są takie porywające jak „Piaskowa góra”, ale i tak czytało się przyjemnie. A koleżanka mówi, że książka „Kształt wody” jest lepsza niż film, co mnie bardzo zdziwiło, bo książkę napisał reżyser na podstawie scenariusza. Świat jest zagadkowy, a ja znowu nie mam co czytać. Może już czas na lekturę klasyków, jak to robił dziadek Baltony? (Tylko żebym nie musiała czytać „Iliady” i „Odysei”, błagam, chyba nigdy tak nie ziewałam jak nad Homerem).

 

O TYM, ŻE RODZINA MNIE WYKOŃCZY I WINOGRONO TEŻ

Czasem się zastanawiam, gdyby wystawić na ringu owsiki N. kontra owsiki mojej siostry – to które by wygrały, bo obydwoje mają niezłego pierdolczyka. Co prawda owsiki N. byłyby większe i silniejsze, ale zawodnicy Zebry nadrabialiby ruchliwością i ogólnym szaleństwem. Niełatwo byłoby przewidzieć wynik walki.

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że jestem adoptowanym misiem koala w rodzinie szalonych kangurów. Kompletnie nie nadążam za tym towarzystwem.

Niby jeszcze ciepło, ale już mocno sierpniowo się zrobiło – przekwitły prawie wszystkie kwiatki, za to wszędzie, WSZĘDZIE i na wszystkim są pająki. I pajęczyny. Wstaję po herbatę, wracam – UPS! Nie mam gdzie usiąść, bo pajęczyna między stołem a krzesłem. Na oknach pajęczyny, na drzwiach pajęczyny, a ile tego towaru wyniosłam z wanny (na szufelce), to nawet nie chce mi się liczyć.

Sąsiad znowu podarował nam kosz pomidorów, ale to i tak nic w porównaniu z wysypem winogrona. Winogrono w tym roku się po prostu WŚCIEKŁO. I jak teraz zutylizować tyle winogron? (Na wino się nadają średnio, nie jestem fanką domowych win). Najprawdopodobniej zostaną dla ptaszków na zimę – mam nadzieje, że sikorki lubią rodzynki.

Tytuł wątku z mojego ulubionego forum: „Poddaję się – ludzie to jednak idioci”. Zgadzam się, choć to i tak bardzo łagodnie powiedziane.