O TYM, ŻE ZNOWU!

Drogi Pamiętniku, dostaliśmy zaproszenie na KOLEJNE wesele.

Dlaczego, DLACZEGO mi to robisz, świecie? Dlaczego nie obdarować kogoś, kto by się ucieszył, docenił i dobrze bawił? Ech.

Chyba jedyne co mogłoby mi się przytrafić gorszego, to KUPON DO SPA. O nie. Nigdy. Zdecydowanie wolałabym „Kupon na weekend w odizolowanej od świata kawalerce otoczonej fosą”.

Chociaż w sumie wystarczą mi weekendy na własnym tarasie, z psem i kryminałem Marthy Grimes (cudowne niepoprawne politycznie opisy proletariatu, który karmi dzieci tłuczonymi kartoflami z keczupem, a Melrose Plant i Jury trącają te dzieci laską albo odpychają nogą). 

A w ogóle to chciałam zaznaczyć, że podczas przygotowań do minionego wesela oparzyłam się prostownicą (no wiem, brawo ja, ale po prostu nie mam wprawy) i już mi nawet wyskoczył bąbel na palcu, ale posmarowałam cudownym hiszpańskim kremem na oparzenia i bąbel ZNIKNĄŁ. Jedna koleżanka ze mnie szydzi „Tak, oczywiście, u ciebie wszystko ci hiszpańskie to najlepsze”, ale ja nic nie poradzę na to, że oni naprawdę mają najlepsze (oprócz herbaty).

 O, drugi sezon „Mindhuntera” rzucili na Netflixie  – miałam robić porządek w szufladach z ciuchami, bo się nie domykają a ja NIE MAM SIĘ W CO UBRAĆ, no ale w takiej sytuacji to chyba już nieaktualne. I to oczywiście nie jest lenistwo, tylko siła wyższa, prawda?

O LEKARSTWIE NA NIEMOC

Znowu nie mam energii ani ochoty na nic. Poskarżyłam się Zebrze i pytam, czy mają tam u niej jakieś fajne prochy na to.

– Żadne prochy – mówi ona – TYLKO WKURW. O jak mnie dziś wkurwili, mówię ci, o mało połowy wsi nie wysadziłam w powietrze.

Zatem wczoraj w biurze od rana postanowiłam zastosować się do jej wskazówek, a mianowicie odebrałam maila z księgowości z podatkami za zeszły miesiąc. O JAK SIĘ WKURWIŁAM, a jak  zalogowałam się do banku i je zapłaciłam, to jeszcze bardziej. I co? I NIC. Dalej mi się spać chce i nie mam na nic siły. 

Może to wynika z różnic w naszej konsystencji – ja jestem flakiem ciągliwym, a ona jednak bardziej sprężystym. 

No owszem, udało mi się coś wysadzić, ale nie w powietrze, tylko wszystkie korki w biurze. Opiekaczem do kanapeczek (bajgla na śniadanko sobie grillowałam). Chyba przedłużaczowi znudziła się ziemska egzystencja albo ma dosyć prądu z węgla. 

No nic. Dostałam od koleżanki MEGACUKINIĘ, prawie metrową, w kształcie maczugi. Albo będzie leczo (wiadro leczo) (czy leczo się odmienia?), albo będę się nią uderzać w głowę w równych odstępach, aż mi chandra przejdzie. Albo najpierw się walnę kilka razy, a następnie leczo – czyli wilk syty i Manchester City.

O TYM, ŻE JAKOŚ PRZEŻYŁAM

No dobra, nadal nie lubię wesel, nic się nie zmieniło w tym zakresie, ale to było bardzo miłe. Przede wszystkim, nikt nikogo nie wyciągał na siłę do wężyka (mój mąż podnosił się dusić wodzireja, jak kazał wstawać do toastu, a człowiek akurat przeżuwał kluskę śląską, ale go przytrzymałam za połę marynarki) (to dlatego marynarki na weselach są praktyczne!). A na przemowie świadka popłakałam się ze śmiechu.

Młodzi ujęli mnie już przed kościołem, gdzie rozdano sprzęt do baniek mydlanych, jak będą wychodzić. Nie cierpię śmietnika pozostawianego przez fajerwerki z confetti, sztuczne (ohydne) płatki róż, albo pomysłów w stylu nieszczęsne motylki albo biedne gołębie. A bańki były fajne. I piękne ekumeniczne życzenia (chyba musieli księdza zakneblować, że coś takiego przeszło).

No a później to już z górki – N. zalał mnie czerwonym winem zaraz przed pierwszym tańcem, udało się sprać, ale siedziałam w mokrej bluzce, ha ha. No i tego wodzireja miał na oku cały czas, musiałam go pilnować, co nie było łatwe, bo zajmowałam się degustacją polskich win z Winnicy Milanowskiej. Bardzo przyjemne, zwłaszcza czerwone, w dodatku na stole były cudne zakąski takie do jedzenia łapą, na jeden kąsek, prawie tapas! No trochę miałam kaca w niedzielę po tej rozpuście, nie będę udawać, że nie.

I nie było disco polo. W ogóle. HA! Nie zgadzam się z tezą, że ojtam ojtam, wszyscy mówią że disco polo to gunwo a jak co do czego, to im nóżka chodzi. No kurwa NIE. Jedyne co mi chodzi, to treść żołądkowa, w górę i w dół. Muzyka była po prostu świetna (tylko przy „Can’t take my eyes off you” miałam ciarki, bo na weselu w „Łowcy jeleni” też wszyscy tańczyli i wiadomo jak to się skończyło, ale to moja prywatna schiza). No to się na koniec przyznam, że italo disco jak najbardziej uwielbiam na imprezach; chyba zaraz sobie puszczę „Sereno” na dobry humor.

A w niedzielę, kiedy sobie dogorywałam na kanapie, wpadła koleżanka i przyniosła w prezencie miskę pełną kaktusów, ale to już zupełnie inna historia.

O tak, winko było naprawdę bardzo pyszne, ale chwilowo nie piję do końca życia. To straszne, jaki człowiek jest bez kondycji!

O POWROCIE Z ŁONA PRZYRODY

W pierwszych słowach mojego listu chciałabym zadać pytanie, kim jest niewątpliwy zwyrol, który wpadł na pomysł, żeby FARBOWAĆ BIAŁE ROBAKI. One i tak są ohydne same z siebie, a pomalowane na kilka kolorów są psychodelicznie potworne. I wcale ryby na nie nie brały, tylko na chleb i kukurydzę. Najwyraźniej konserwatywne mazurskie liny nie były zainteresowane tęczowym obrzydlistwem z białych robali. 

W ogóle brały okazy że tak to ujmę raczej akwarystyczne, może większe od gupika, ale niespecjalnie. Byłam notorycznie wyrzucana z pomostu za moje delikatne uwagi o sadystach, którzy kaleczą zwierzęta dla zabawy (nikt nie lubi słuchać głosu sumienia, taka prawda). Największym okazem jaki został złapany była WAŻKA, która rzuciła się na robaka i całkowicie oplątała żyłką, a następnie próbowała odlecieć z całą wędką – a wielka była, jak śmigłowiec marszałka Kuchcińskiego. 

A bocianów było MNÓSTWO, chodziły za maszynami rolniczymi na polach, uczyły się latać – na razie nawet jeszcze nie sejmikowały, ale widać, że to już niedługo. Ech. 

Jak zwykle się przeżarłam (chociaż smażalnia w Kruklankach się popsuła, wpychają na siłę gigantyczne porcje ryby), a jednego razu wywiązała się długa i w sumie nierozstrzygnięta dyskusja o wyższości kiszki ziemniaczanej nad babką ziemniaczaną i na odwrót. Nie wiem po co się kłócić, zamiast jeść jedno i drugie. Ze śmietaną oczywiście.

A teraz czeka nas wesele i już chce mi się płakać, bo wszyscy wiedzą, jak ja przepadam za takimi imprezami. Ale idziemy, bo to wesele zaprzyjaźnionego prawnika – jak w końcu popełnię morderstwo, a ten dzień się zbliża, jestem o to zupełnie spokojna (nawet dziś mi się śniło, że już zamordowałam), to ktoś musi mnie z tego wyciągnąć. Albo chociaż wytargować jakieś fajne więzienie.

PS. Wracam, a tu a) pająki na oknie kuchennym się przegrupowały oraz b) olejek do włosów się wylał w szafce – WSZYSTKO SIĘ LEPI. Cholera żesz.

O RYBACH I CIEKAWEJ MIEJSCOWOŚCI

Smutna wiadomość, ale jaka ładna miejscowość: „Do tragedii doszło w miejscowości Nawino w województwie zachodniopomorskim”.

Muszę koniecznie tam kiedyś pojechać! Nie wiedziałam, że w zachodniopomorskim jest miejscowość jak dla mnie stworzona. Przynajmniej z nazwy.

Tymczasem ryby. Ciężko będzie, no i pewnie znowu dostanę opierdziel od koleżanki, że nie daję ludziom spać i od czwartej rano rozmawiam z psem, który dostaje korby po wyjściu pańcia na pomost. Czepia się – psy są fantastycznym towarzystwem do rozmowy i każda pora jest dobra. 

Oczywiście, od jutra ma padać, ha ha ha. HA.

O MORDZIE I ROBAKACH

Byłam w TKMaxxie niechcący. Fryzjerka zadzwoniła, że utknęła w metrze, a ja już przyjechałam do centrum no i najbliżej był ten TKMaxx, więc weszłam przeczekać te dwadzieścia minut. W dziale z modą od razu mnie zamroczyło, uznałam że tu nic nie zdziałam i przeniosłam się w bardziej przyjazne rejony gospodarstwa domowego. Tam od razu urzekło mnie biało – niebieskie ceramiczne naczynie do zapiekania. Nie kupiłam, albowiem w domu posiadam jakiś tuzin biało – niebieskich naczyń do zapiekania, a mimo tego liczba przyrządzanych przeze mnie zapiekanych dań delikatnie mówiąc nie jest oszałamiająca. I szansa na to, że wzrosłaby, gdybym kupiła jeszcze jedno takie, jest dość mizerna.

Na szczęście obok był dział dla psów, bogato wyposażony, bo głupio by było tak wyjść z pustymi rękami:

No i jak po fryzjerze wróciłam do biura, to akurat mieliśmy spotkanie z bardzo sympatycznym panem z banku (nie nabijam się, naprawdę jest sympatyczny), który próbował nam zaprezentować strategię oszczędnościowo inwestycyjną. Niestety, od razu przy wejściu wręczyłam Szczypawce prezent i miał utrudnione zadanie.

– Myślisz, że opowie wszystkim w robocie, że zamiast słuchać i podejmować odpowiedzialne decyzje, to klient rzuca psu piszczącą pluszową paszczę? Jeszcze pomyślą, że jesteśmy jacyś NIEPOWAŻNI – martwił się N. po spotkaniu.

Nie wiem, jak mogliby tak pomyśleć. Konto w banku swoją drogą, ale pies przecież jest najważniejszy.

A później N. chciał mi zrobić numer nie z tej ziemi, czyli kupić robaki na wyjazd. Bo jedziemy na Mazury na ryby (niech im żyłka lekką będzie). Na szczęście wybiłam mu to z głowy – ja nie wiem, dlaczego on uważa, że przebywanie przez trzy dni pod jednym dachem z robakami zamkniętymi w pudełku robi człowiekowi dobrze na psychikę. Raz już mnie zostawił z pudełkiem robaków i śmignął na delegację na trzy dni – NIGDY WIĘCEJ. Poza tym, szanujący się wędkarz powinien sam wykopać robaka, czy tam wyhodować. Zawsze można łowić na chlebek, a najlepiej – wcale, tylko normalnie się napić na tarasie, jak dorośli ludzie. Ech.

O TYM, ŻE CZAS MIJA, A LUDZKOŚĆ SIĘ STACZA (CZYLI BEZ ZMIAN)

Podobno nadciąga wyjątkowo silna burza słoneczna – może to dlatego od wczoraj jestem na wszystko wkurwiona jakieś trzy razy bardziej niż zwykle, a także śnił mi się marszałek Kuchciński. Naprawdę, chwili wytchnienia od nich nie ma, jak tu nie zwariować? 

Czytam artykuł o tym, że Japończycy zamierzają hodować zwierzęco – ludzkie embriony (no dobra, zwierzęce z ludzkimi organami). Jednak z Japończykami trzeba ostrożnie – niby się zaprzyjaźnią, polubią barszczyk w proszku, Hello Kitty, a na zapleczu wyspa doktora Moreau. Ja tam się będę upierać, że oni są o wiele bardziej z Kosmosu, niż próbują nam wmówić, a ich wyspy to nie żadne wyspy, tylko statek – matka. Którym w dogodnym momencie sobie odlecą do siebie do domu. Może przylecieli na Ziemię tylko dlatego, że ryż im smakował, a u siebie nie mieli (krupika).

Gdyby ktoś się zastanawiał nad ofiarowaniem ciała nauce, to też znalazłam o tym fascynujący artykuł. Jednostka badawcza w Arizonie, do której trafiały takie podarowane ciała, prowadziła wysyłkowy sklep z częściami ludzkimi, można sobie było kupić kręgosłup za 950 dolców, kolano za 365 albo popiersie z głową za 2400. W dodatku w garażu stała lodówka pełna penisów (czyżby nie miały wzięcia?), a kontrola odkryła zwłoki z doszytą cudzą głową, ściegiem Frankensteina. Podobno wszystkiemu jest winne nowe prawo, przegłosowane w Arizonie w 2017 roku, zgodnie z którym handel zwłokami nie wymaga nawet licencji stanowej. Każdy może sobie w garażu ćwiartować. U nas też ostatnio stanowienie prawa nie idzie w najlepszym kierunku, tak tylko zauważam mimochodem.

W ogóle to mimochodem znienacka minęło PÓŁ WAKACJI. Ja w ogóle nie wiem, czy to jest legalne, że tan czas tak zapierdala. Zróbmy z tym coś!

O TYM, ŻE FACECI NIE SŁUCHAJĄ, A SKLEPY NIE PILNUJĄ WYMIARÓW

Mieliśmy małe parten gardy z hamburgerami N. w roli głównej, ale przygody zaczęły się już wcześniej – moje koleżanki powiedziały, że nie przyjdą, jeśli w łazience na dole nie będzie wisiała firanka.

Tłumaczę im, że po pierwsze, od sąsiada nic nie widać, a latem zwłaszcza, bo pomiędzy domami jest porośnięte zieleniną liściastą. Po drugie, dlaczego one sobie wyobrażają, że chłopina nie ma nic lepszego do roboty, tylko wisieć w oknie przez cały wieczór, bo a nuż zobaczy ich goły tyłek? I to przez chwilę i bynajmniej nie w erotycznych okolicznościach. Ale one nie i nie, ma być firanka. No i musiałam wieszać firankę, własnoręcznie udźganą szydełkiem, żeby nie było – i to z niejakimi przygodami i o mały włos morderstwem, bo N. wysłany do Józka po patyczek do firanki wrócił z ROLETĄ (naprawdę miałam go ochotę przynajmniej lekko poddusić). 

A, no i jeszcze kupiłam w Biedronce bardzo ładną blachę do upieczenia bułeczek (koleżanka przyszła z gotowym ciastem, żeby nie było – ja nadal boję się zaczynać z drożdżami), dużą i płaską.  I w kulminacyjnym momencie wsuwania do pieca uformowanych, wyrośniętych i wysmarowanych jajkiem bułeczek okazało się… że blacha jest ZA DUŻA. 

Za szeroka o jakieś półtora centymetra. Może dwa i pół, nie więcej, ale to jakby WYSTARCZYŁO.

No ludzie, co za zwyrol sprzedaje za szerokie blachy, które się nie mieszczą w piekarniku? I dlaczego właściwie piekarniki nie mają standardowych wymiarów? Musiałyśmy przekładać bułeczki, co nie jest łatwe w przypadku wyrośniętego drożdżowca, a ja zostałam z tą niewymiarową blachą. No cóż, będę miała bardzo ładną dużą TACĘ. Mogę jej także używać jako gongu, wzywającego na posiłki. I nie wiem do czego jeszcze. Do okładania po głowie włamywacza (lub męża, jak wysłany po patyczek wróci z roletą).

Jak zwykle hitem imprezy okazały się małe ziemniaczki gotowane w mundurkach na sposób kanaryjski. Ja tego naprawdę nie rozumiem, ale zawsze idą jak woda. Aha, i moje powidła śliwkowe, co miały być do sera, a w efekcie były do WSZYSTKIEGO, z hamburgerem włącznie. Bardzo byłam wzruszona.

A jedna koleżanka akurat wróciła z Nowego Jorku, gdzie miała różne przygody, w tym zepsuła światło na całym Manhattanie i chciała nielegalnie przewozić sadzonki w walizce, i w związku z jej opowieściami miałyśmy dyskusję, czego zazdrościmy drag queen. Ja im zazdroszczę, że umieją robić takie niesamowite makijaże i pięknie chodzić na obcasach (i jakie mają nogi!). 

A później przyszła burza, na którą się zanosiło przez cały dzień. Lunęło akurat, jak goście czekali na taksówkę, oczywiście. A najgorsze, że nikt się nie upił i nawet nie miałam kaca następnego dnia – naprawdę świat się kończy. Co oczywiście oznacza, że impreza nieudana i do powtórki.

O, Netflix rzucił nowy sezon „Orange is a new black” – ostatni. No to zobaczymy, co tam u dziewczyn.

PS. Aha, i kajam się z tym filmem o zakonnicach – po pierwsze, jest na motywach „Dekameronu”, po drugie, gra tam Kate Micucci, którą uwielbiam, i w obsadzie jest kilka osób z SNL. Czyli super, tylko ktoś zrobił denny opis. Jednak algorytmy miały rację. Trochę to PRZERAŻAJĄCE.

O TYM, ŻE LATO NADAL TAK SOBIE

Dzień dobry! Sytuacja na dziś kształtuje się następująco:

– jestem stara;

– i gruba;

– mój pies znowu miał sraczkę, tym razem po szczepionce (na przyszłość: nie brać wszystkich szczepionek naraz, bo dostała uczulenia na pysku i uszach);

– tradycyjnie nie widzę sensu życia ani w ogóle niewiele widzę, bo oczy mi glonem zaszły i muszę zamówić nowe szkła kontaktowe;

– a złośliwa menda fejzbuk wyświetla mi przewodnik po pięciu najlepszych empanadach w Santiago de Compostela. Nosz KURWA MAĆ! Jakbym miała w bliskiej perspektywie empanadę w Santiago, to inaczej bym ćwierkała.

Na szczęście zrobiło się ciepło, chociaż tyle. Siedzę przy biurku wkurwiona, ale przynajmniej w sandałkach. Oraz na moim ulubionym forum śliczny świeży wąteczek „Dlaczego nie lubisz mamusi?” – o tym, co nawywijały teściowe. CUDO. Ach, na ten temat mogłabym hektolitrami. Ale nie chcę sobie psuć nastroju (jeszcze bardziej).

Myślicie, że królowa Elżbieta jest lekko wściekła, że musi przyjąć na audiencji nowego premiera Anglii?…

O ŚLIWKACH CHYBA

Nie ma to jak spędzić pół niedzieli na PRZETWORACH ZNIENACKA. Wszystko przez to, że zadzwoniła do mnie ciotka (ta od xanaxu) i jęczy – otóż miała dostać od znajomej trochę wiśni z własnego sadu, a tu niespodzianka, znajoma przywiozła jej jeszcze i śliwki. Niestety TRZY WIADRA. I żebym trochę wzięła, bo ona już nie ma ani pomysłów, ani słoików na te śliwki i cukier jej się kończy.

No to wzięliśmy trochę i co było robić, jak nie powidła, bo to najszybciej. To były dwa gatunki śliwek i jedne pierwsze raz w życiu widziałam – krwistoczerwone w środku i za cholerę nie chciały się oddzielić od pestki. Ale powidła z nich wyszły bardzo przyjemne.

(Co mi przypomina, jak pewnego razu przy śniadaniu N. kategorycznie zażyczył sobie wyjaśnienia różnic pomiędzy dżemem a powidłami. I on jadł śniadanie, a ja mu czytałam na głos internetowe artykuły o dżemach, powidłach, konfiturach i marmoladach, zamiast normalnie po ludzku zrobić awanturę i już).

A najgorsze to wiecie co? Już nawet nie to, że zamiast leżeć pijana pod monopolowym na rogu, jak aktualna siła przewodnia społeczeństwa, to pestkuję owoce i płacę podatki. Chociaż to owszem, wkurwiające, jak się przyjrzeć z pewnej perspektywy. Ale najgorsze, że śliwki to JESIEŃ – a jeszcze dostałam maila „Przygotuj się na jesień NOWA KOLEKCJA”. Otóż ja się nie chcę na jesień przygotowywać! Co za granda.