O KARMIE, KTÓRA DZIAŁA BŁYSKAWICZNIE

Dziś z okazji wyjazdu N. wstałam o 3.20 i zrobiłam mu herbatę na drogę w kubku termicznym.

Oczywiście, NIE ZABRAŁ JEJ. Zapomniał.

Oczywiście zapisuję to celem wypominania w dogodnych okolicznościach.

Sprawozdanie z nowej diety Szczypawki: wołowina z melonem została przyjęta z entuzjazmem i przeszła przez psi brzuch bezobjawowo, natomiast co do jesiotra z truskawkami… No niestety, byłam na górze w łazience i jak zeszłam na dół, to już było po wszystkim. To znaczy dla Szczypawki, dla mnie przygoda z psią sraczką dopiero się zaczynała. Jednak macie rację, jesiotr z truskawkami brzmi groźnie i N. powinien był przemyśleć ten zakup (i sprzątać sraczkę, może to by go czegoś nauczyło w kwestii eksperymentów na psich kiszkach!). Nie wiem, czy ryzykować kolejne części tej przygody.

Ten najnowszy „House of Cards” kupy się nie trzyma – tam w ogóle nie ma intrygi, tylko wszyscy robią krzywe miny, znikąd pojawia się jakaś para bogatych zwyrodnialców, którzy bez specjalnej myśli przewodniej mącą tylko po to, żeby być jeszcze bogatsi i jeszcze bardziej zwyrodniali, a panie kucają (ktoś wie, o co chodziło z tym kucaniem?). W ogóle nie ma klimatu narastającej katastrofy z poprzednich części (nie, no teraz to już pierdolnie, z tego to im się nie uda wywinąć). A fryzura i ciuchy Claire to jakiś eksperyment estetyczny (chyba też po to, żeby uwypuklić jej zwyrodnialstwo).

Z ciekawszych wydarzeń to zalałam sobie herbatą śnieżnobiałą koszulę – z lenistwa, bo nie chciało mi się przejść w biurze 10 kroków do kosza na śmieci i wywalić szczura z kubka. Od teraz już będę wyrzucać – bo staram się uczyć na błędach, odwrotnie niż nasi wspaniali politycy.

Reklama kontekstowa wrzuciła mi ostatnio równolegle złote siatkowe pończochy z kryształkami i laserowe usuwanie żylaków. Dało mi to do myślenia.

 

O PIĘKNYCH CZTERECH DNIACH

Szczypawka wybrała się na długi weekend nad morze i w swojej łaskawości pozwoliła, żebyśmy pojechali z nią, a nawet ją zawieźli (i na miejscu karmili). Pogoda była po prostu NIEPRAWDOPODOBNA jak na początek listopada – takie niebo widziałam ostatnio na Wyspach Kanaryjskich. Może nie było upału, ale bezwietrznie i słonecznie, wspaniale. Zjedliśmy gofry, zjedliśmy pieczonego kurczaka (najlepsze na świecie pieczone kurczaki są w Świnoujściu i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej), obraziliśmy się na bar Kopytko, który był zamknięty, a mój mąż pojechał do Niemca i kupił sobie do kawy cukier żelujący. Mnie śmieszy.

Żeby nie wszystko było takie cudowne, to N. kupił nowy zapach do samochodu, bardzo wyrafinowany. W pewnym momencie moja koleżanka zaczęła dyskretnie zaglądać pod fotele – okazało się, że szuka psiego pawia, bo tak jej coś zalatuje. Tak, nowy zapach daje aromat rzygów. N. się na nas złościł, że wcale nie i że to jest specjalny japoński zapach, a my jak zwykle coś wymyśliłyśmy, ale nie – ZAPACHU SIĘ NIE DA WYMYŚLIĆ (a jakby się dało, to byśmy coś przyjemniejszego wykombinowały). A Japończycy są dziwni i ekscentryczni i jak najbardziej wierzę, że mogą sprzedawać samochodowy zapach z psim pawiem w tle. Dziwniejsze rzeczy sprzedają.

A w zoologicznym N. kupił Szczypawce jakąś nową karmę w puszkach do spróbowania, cztery smaki:

– wołowina z melonem;

– jagnięcina z gruszką;

– indyk z malinami;

– jesiotr z truskawkami.

Jestem ostatnią osobą, która żałowałaby czegokolwiek psu, ale chyba chwilami już przeginają z tą kreatywnością.

To co, podobno nowy sezon „House of Cards” rzucili? Jak ja tej baby nie znoszę (Claire, nie aktorki).

 

O TYM, ŻE NIE ZAWSZE BRATANKI

O moi państwo, langosz chciał mnie w weekend wykończyć! To tyle, jeśli chodzi o przyjaźń polsko – węgierską.

(Byliśmy na festiwalu food trucków w Żyrardowie – nie ma jak piknik w ostatni weekend października – no i rzuciłam się oczywiście na langosza, a langosz w odpowiedzi rzucił się na mnie. Przez dwa dni byłam bardzo biednym pozamiatanym wróbelkiem – zapamiętać: nie żreć nic smażonego, co nie zostało usmażone na oliwie. Dobrej oliwie. To już nie te lata, nie te kiszki).

Jedna koleżanka przyszła w fioletowej kurtce i opowiedziała, jak to znajoma z pracy przy okazji tej kurtki ją uświadamiała, że fiolet to ulubiony kolor psychopatów. Pośmiały się, po czym wchodzi pani z ZUS na kontrolę. CAŁA NA FIOLETOWO. Od stóp do głów.

Szczypawka też z nami była. Jadła z N. szarpaną kaczkę z jego kanapki, po czym zrobiła straszną aferę, kiedy piesek ze stołu obok dostał od swoich państwa kawałek kurczaka. Darła się i wyrywała tak, że N. ledwo ją utrzymał. Czyli poznaliśmy poglądy Szczypawki na dystrybucję zasobów (wszystko jest OK jeśli to ona konsumuje, ale bardzo nie OK, jeśli to ktoś inny i nie podzieli się z nią – pasowałaby na rzecznika każdej spółki skarbu państwa pod obecnymi rządami) (ale oczywiście nie puszczę jej do polityki, bo mi się psina zmarnuje). Chociaż oczywiście była teoria, że ona tak krzyczała, bo tamten kawałek kurczaka był z kością, a psy nie powinny jeść kości z kurczaka. Więc protestowała z całej siły, zupełnie bezinteresownie.

Dziś nadal mocna herbata i przypalone grzanki, ale podobno od południa idzie ciepło – o piątej do Trójki dzwoniła pani z Krosna, że tam 15 stopni. Prawda to?

Materiał poglądowy: smażone bakłażany z miodem, na oliwie. Nie zaszkodziły. Zdjęcia langosza nie mam i całe szczęście (bandyta gastronomiczny!).

 

 

O SERIALU, NOWYM I DOBRYM

Od kilku dni fejsbunio podsuwa mi reklamę pakietu „2 ksiązki o zwłokach”: „Jak upozorować samobójstwo” oraz „Jak pozbyć się zwłok”.

Tempting. Tempting. Zwłaszcza ta druga. (Namawiał, namawiał i namówił!)

Ale chwilowo nie mam czasu, kruca bomba, albowiem weszłam w „Bodyguarda” na Netflixie – o co chodzi z tym, że jak Brytole się biorą za serial, to nie ma wiadomo jakiej części męskiej anatomii we wsi? A na dodatek gra Keely Hawes, którą bardzo lubię, a po „Durrellach” to już nawet więcej niż bardziej.

Dygresja: kiedy czytałam książki Geralda Durrella, wdowa Durrell jawiła mi się jako starsza, siwa pani w skromnej czarnej sukni, dość udręczona życiem. Keely Hawes w tej roli była na początku trochę jak walnięcie małym palcem o szafkę nocną – może i udręczona, ale ani starsza, ani siwa, tylko stylowa i seksowna. Okazała się oczywiście doskonała w tej roli, jak zresztą wszyscy, też świetny serial.

Netflix ostatnio przynudzał, ale „Bodyguardem” się zrehabilitował. I „Maniakiem”. I podobno „Nawiedzony dom na wzgórzu” jest niezły, ale niestety – NAWET GO NIE POWĄCHAM przed wyjazdem N. w listopadzie (czytałam artykuł o tym, że scenariusz taki odjechany, że nawet aktorzy mieli po robocie halucynacje i widzenia paranormalne, fenkju gud najt).

N. przywiózł wczoraj z Krakowa pyszną bryndzę. Przydałyby się do niej szare kluski, ale to tyle roboty… Czasem żałuję, że jestem taka leniwa.

 

O KRUPNICZKU I PROGNOZIE

No i przynajmniej koniec (chwilowy) z kampanią wyborczą, która zawsze jest miła mojemu sercu jak nie przymierzając intensywna biegunka po czymś wyjątkowo nieświeżym. Przepraszam za obrazowe porównania, ale no nic nie poradzę, że tak.

N. mi nie pozwolił kupić kocyka świecącego w ciemności – co mu zamierzam wypominać, ale po namyśle doszłam do wniosku, że CAŁE SZCZĘŚCIE. Już sobie wyobrażam, jak podczas jego wyjazdu schodzę w środku nocy ze Szczypawką, bo ona uwielbia nocą wąchać Kosmos (copyright Psie Sucharki), oczywiście ledwo widzę – wiadomo, bez szkieł – a tu na kanapie JAKAŚ DZIWNA POŚWIATA. O matko jedyna, nie! Nie chcę, żeby piesek musiał trzy dni siedzieć przy moich zwłokach (chociaż z jedzeniem powinna sobie poradzić, umie ściągnąć torbę z chrupkami).

Ale że natura nie znosi próżni, to nabyłam piąty tom wspomnień Moniki Żeromskiej (akurat ktoś rzucił w Tezeuszu) i teraz mam już komplet.

Oraz ugotowałam pyszny jesienny krupniczek. I później pytałam N., czy ukroić mu kawałek krupniczku, ponieważ mój krupniczek następnego dnia na zimno jest zazwyczaj ciałem stałym. Pani Maria Czubaszek robiła szarlotkę, którą się nalewało chochelką na talerzyk, a ja dla odmiany mogę kroić krupniczek. Niemniej jest smaczny, a po podgrzaniu jednak przybiera postać bardziej zupną (gęstą, ale zupną). Nie wiem, czy to tylko mój przepis, czy krupniczki tak mają.

Nagłówek z dzisiejszych serwisów – „Dwa dni z arktycznym powietrzem. Najgorsza jesienna pogoda, jaką możecie sobie wyobrazić”. Na takie newsy mam ochotę odpowiedzieć to, co głucha sowa głuchej sowie: a ty mnie w dupę.

 

O TYM, ŻE NIESZCZEGÓLNIE

Dziś rano N. do mnie, czy ja się dobrze czuję, że zakładam zimową kurtkę.

A niby JAKĄ?

I nie, nie czuję się dobrze. Zimno mi, głowa mnie boli i wszystko mnie wkurwia.

Szczypawka sobie odbija naszą tygodniową nieobecność. Dostała od N. gumowego piszczącego pączka z dziurką i teraz jej ulubiona zabawa to wrzucanie go pod meble i robienie draki, żeby któreś z nas przyszło i jej wyciągnęło. Wczoraj czy przedwczoraj wieczorem była z tym pączkiem tak upierdliwa, że poutykałam w dziurach zwinięte ręczniki, żeby nie miała gdzie go wepchnąć, ale nie z nią te numery – wyszarpała ręczniki. Już nie miałam siły i proszę ją – Szczypawka, miej litość, uspokój się, pańcia ledwo żyje! A Szczypawka na to: byłaś na wakacjach? Zabrałaś mnie ze sobą? No. To teraz grzecznie WYCIĄGAJ PĄCZKAAAAAA jabadabaduuuu!

I kto tu kogo tresuje?…

A jeszcze robiłam paellę i wysłałam N. po mrożoną fasolkę szparagową. Owszem przyniósł – mrożoną W CAŁOŚCI. Sterczała mi później z tej płytkiej patelni na wszystkie strony i wyglądało to jakbym smażyła jeżozwierza.

Mężczyznom po prostu NIE MOŻNA UFAĆ.

Jak się okazuje – również w kwestii mrożonek.

Jaki paskudny dzień dziś.

 

O TYM, ŻE… ECH

No więc najpierw zagadka: czy sprawdziłam wylot na tyle wcześnie, żeby stwierdzić że został przesunięty z piętnastej na dziewiątą rano? I czy w związku z tym:

a) zdążyliśmy się spakować, chwilę przespać i dojechać na lotnisko o czasie, czy też

b) daliśmy sobie spokój i postanowiliśmy zostać na rajskiej wyspie, zanim te okurwieńce lada dzień zabiorą nam paszporty, zamkną granice i skończy się wyjeżdżanie na wakacje i niniejszym piszę to z Fuerteventury?

No dobra, gdyby nie Szczypawka (i moja nerwica natręctw), to opcja b) byłaby prawdopodobna. A tak to tylko dostałam chwilowego zawału i w trybie diabła tasmańskiego upchnęliśmy w walizki ser, kiełbasę i mokre ręczniki i od wczoraj mogę podziwiać złotą polską jesień. Zamiast siedzieć o 22 na balkonie w klapkach, popijać wino i słuchać szumu fal (CO JEST ZE MNĄ NIE TAK?…).

Przez cały wyjazd prześladowały mnie citroeny kaktusy, te z poduszkami powietrznymi na zewnątrz. Gdzie nie spojrzałam, tam jechał albo parkował citroen kaktus. Co trzeci samochód osobowy to był kaktus – jakaś rewolucja dealerska się wydarzyła na wyspie, bo one rok temu nie były takie popularne, a teraz nagle WSZĘDZIE kaktusy. Nie wiem o co chodzi.

Od razu na początku wyjazdu zalałam telefon, na co on najpierw wyświetlił dziwne jasne paski, a później wszystko mu się przekręciło na wyświetlaczu o 90 stopni. A później jak trochę wysechł, to dalej pokazywał dziwne rzeczy i N. kazał mi go wyłączyć, po czym okazało się, że zapomniałam PIN-u, bo to cholera tak jest, że nie wolno mieć tych samych haseł do wszystkiego i nie z urodzinami! I weź tu człowieku wszystko spamiętaj, no i tak zostałam bez telefonu na cały wyjazd. O.

Uwaga – zmoczył nas deszcz na plaży! W środę już się wygodnie rozwielorybiłam na ręczniku na piasku w upolowanym grajdole z kamieni (co roku trzeba wcześniej wstawać i przyjeżdżać na plażę, żeby zająć dobry grajdoł, o losie!), a N. mówi – o, tam nad zatoką idą chmury deszczowe. Etam, tu cały czas idą jakieś chmury, zwłaszcza rano, nie ma co się przejmować. Leżymy. N. dalej swoje – ale tam wygląda jakby już padało! No dobra, mówię, to poleżymy jeszcze dziesięć minut i jak się będzie pogarszać, to idziemy. No więc po trzech minutach JAK NIE LUNIE – dawno się nie poruszałam w takim tempie! Ledwo zdążyłam narzucić tunikę na kostium i złapać ręcznik i klapki – przy czym w ogóle się nie ochłodziło i sam deszcz też był ciepły, ale zmokłam jak pies i parowaliśmy później w samochodzie jak dwa zdenerwowane duchy. I całe smarowanie na nic (nie lubię się paćkać smarowidłami z filtrem, a trzeba bardzo dokładnie, bo inaczej wieczorem jest pieczone prosię – nie zapomnieć za uszami i o wierzchu stóp). Następnego dnia barman na winie, któremu N. opowiedział o naszej przygodzie, stwierdził że mieliśmy OGROMNE szczęście, bo tu pada dosłownie kilka razy na rok! O panie barmanie, takie szczęście to ja mam ZAWSZE, gdzie bym nie wyjechała.

Któregoś dnia w całkowitym nigdzie macha nam miejscowy hipis, żeby go podrzucić. No to stajemy, hipis wsiada, wywiązuje się pogawędka, wiadomo że nie rdzenny wyspiarz więc N. pyta, de donde usted jest. A on na to, że de Polonia. Bardzo było śmiesznie. Od rana już był nieco zjarany, ale wytłumaczył nam że jest na życiowym zakręcie i w momencie transformacji (od czterech lat) i raczej się tam już osiedla na stałe. No ba, a gdzie mu będzie lepiej z takim hobby i podejściem do życia?…

My też jak zwykle rozważaliśmy, czym moglibyśmy się zająć po ewentualnej przeprowadzce, na co N. wskazał w hipisowskiej osadzie domek – sklepik z napisem „WITCHCRAFT” i mówi:

– Tu by cię zatrudnili od ręki, na cały etat.

Uwielbiam jego wiarę we mnie.

Jak zwykle opiliśmy się wina, objedliśmy ryb i innej morszczyzny i tydzień mignął nie wiadomo kiedy. I wróciliśmy z odwiecznym pytaniem bez odpowiedzi – CZYM tam się do cholery żywią te STADA KÓZ?… A na dodatek tamtejszy kozi ser Maxorata semicurado został w tym roku wybrany najlepszym serem na świecie. Tylko dlatego, że Kanionka sery nie startowały, wiadomo.

Powroty są trudne.

 

O TYM, ŻE CZASEM SIĘ TRAFIA ŚLEPEJ KURZE

O święty Janie w bitej śmietanie, dożyłam do wyjazdu na wakacje! I to nie dość że sama dożyłam, to nikogo nie zamordowałam po drodze, a niewiele brakowało. NAPRAWDĘ niewiele. Czas już najwyższy, bo wszystko mnie denerwuje i słyszę głosy – to znaczy, słyszę tych głosów WIĘCEJ niż zwykle.

A zatem nie zamierzam być w nadchodzących dniach przesadnie trzeźwa, co już zapowiedziałam N. Został ostrzeżony, że mogą wystąpić sytuacje jak w „Czterech pokojach”, kiedy Banderas taszczył do pokoju żonę z imprezy.

Oczywiście, będzie mi bardzo brakowało kampanii wyborczej. O, jak mi będzie brakowało!… No ale jakoś sobie poradzę (zwłaszcza jak będzie niedaleko do baru, a zazwyczaj jest).

Sandałki! Jeszcze na kilka dni założę sandałki i klapeczki! (A później wrócę i spadnie śnieg) (TFU, ODPUKAĆ W NIEMALOWANE!).

Zapytałam N., jaką bierze literaturę na wyjazd – powiedział że coś związanego z filozofią, na przykład „Wiadomości Wędkarskie”, a na miejscu sobie kupi „Pesca Mar”. Tak podejrzewałam.

 

O NARZEKANIU NA KLIMAT C.D.

Po weekendzie pańciowi przeszło (mam nadzieję, że na dłużej, bo już byłyśmy ze Szczypawką ZNIESMACZONE tymi rykami w biurze, aż segregatory podskakiwały) (chociaż tak sobie czasem myślę, że to zdrowiej – wydrzeć się i z głowy, a nie kisić w sobie stresy, kumulować i dostawać IBS albo gorzej; tylko to jest możliwe chyba tylko u facetów, powrzeszczą na siebie i za dziesięć minut z powrotem są kumplami, baby by się miesiąc nie odzywały a później pół roku prychały na swój widok). W każdym razie – podejrzewam że pomogły zakupy, bo zakupy zawsze poprawiają nastrój. N. poszedł do Lidla i kupił sześć butelek wyborowej – chyba przy taśmie niejeden klient go zmierzył zazdrosnym spojrzeniem. No więc wrócił z tą wódką w nastroju o niebo lepszym, a wódka niby tytułem tej nalewki wiśniowej, co puszcza w słojach ostatnie soki. Tylko ktoś (nie będę pokazywać palcem) pod pretekstem przemieszania co kilka dni wyżera wiśnie.

Zbulwersował mnie tekst w Superku o dwóch pingwinach – gejach,które porwały dziecko (tzn. małego pingwina) heteroseksualnej parze. Otóż TO WCALE NIE BYŁO TAK – tatuś z mamusią poszli się pluskać w basenie i zostawili malucha samego! No to chłopaki się nim zaopiekowali. A kiedy państwo wyszło z basenu, od razu pobiegło z mordą do tamtych – zupełnie jak w ludzkim olinkluziw w Egiptowie. Zamiast podziękować, to awantura. Ale skończyło się dobrze, bo para chłopaków dostała od opiekunów w Zoo jajo, żeby sobie wysiedzieli i mieli swojego pingwinka.

N. wysyłał wczoraj do naszych znajomych w Galicji zdjęcia Szczypawki i grzybów w ogródku. Dowiedział się, że u nich teraz dwadzieścia pięć stopni, w nocy osiemnaście – i to nad samym oceanem – i łowią kalmary. A u nas bez oceanu, nawet bez większej kałuży – dziesięć i od wczoraj urywa łeb. N. się zlitował i wczoraj wniósł bananowiec do domu. Rozumiem, że można nie lubić upałów – ale NADAL jesteście zadowolone z ochłodzenia?… Bo ja uważam, że nasz klimat jest niestabilny emocjonalnie (i to się ludziom udziela).

 

O SMUTNYM LOSIE PYTONA

Kilka ostatnich dni nie było tańcem po płatkach róż, ponieważ mój stary poszedł na wojnę. On niestety ma krótki lont i łatwo go zdenerwować, przy czym nawet jeśli zdenerwuje go jedna osoba, to później walczy ZE WSZYSTKIMI, z całym światem. Ruiny, pożoga i radioaktywna galareta.

(Przy czym kiedy nie jest wkurwiony, to najmilszy człowiek na świecie – w dwie minuty zaprzyjaźnia się w barach z nieznajomymi, a ludzie przynoszą mu nowonarodzone jagniątka do pogłaskania i ciasto drożdżowe, żeby na nie popatrzył swoim ciepłym spojrzeniem aby wyrosło. Ma tylko dwa stany energetyczne i nic pośrodku. Można oszaleć).

No i od kilku dni miałam w domu i w biurze szalejące tornado i doprawdy niewiele poza tym. Na pocieszenie trafiła się wizyta w hurtowni papierniczej, która jako już rzekłam jest moim odpowiednikiem świątyni buddyjskiej. Mogłam się oddać medytacjom przy regale z chusteczkami jednorazowymi w pudełkach. (Do czego jest papier ryżowy w arkuszach z nadrukowanymi obrazkami? Bo zawsze myślałam że do sajgonek, ale po co komu kolorowe sajgonki?).

A pyton znad Wisły podobno nie żyje, co mnie bardzo zasmuciło. Chociaż oczywiście mam nadzieję, że wyrobił sobie lewe dokumenty, przelał kasę ze SKOK-u i śmignął do Panamy pod przybranym nazwiskiem, czego mu życzę z całego serca. Za to w Wirginii w USA grasuje dwugłowy mokasyn, czy też raczej – grasował, bo już go złapali i badają. Wyszło im, że lewa głowa jest dominująca.

Już dwie osoby powiedziały mi, CO CHCĄ NA GWIAZDKĘ. Płakać mi się chce.