O SOFII I KRZYCZĄCEJ ŻABIE

Kiedyś zaczęłam oglądać „Modern Family” i jakoś nie zażarło. Takie zbyt sztampowe, zbyt oczywiste postacie, narysowane grubą kreską, utknęłam gdzieś na trzecim odcinku. No trudno.

Teraz potrzebowałam czegoś odmóżdżającego, bo piesek się popsuł, a jak piesek choruje, to ja słabo działam. No i dałam „Modern Family” drugą szansę. W sumie do odcinka z odwiedzinami matki jest cienko, a później się rozkręca. Dotarłam do momentu, w którym Sofia Vergara w białej koronkowej sukience tłucze szczura łopatą i oznajmia „Teraz idę do kościoła” i przyznaję, że wciągnęłam się w klimat. Cały serial to oczywiście Sofia i satelity, mamusia – blondynka mnie mocno irytuje (jej mąż – nieogar i babiarz też), a reszta jest OK. Jak pokazałam N. Sofię w akcji, to zaniemówił na kilka minut, jakby go ktoś walnął w splot słoneczny, no ale nic się na to nie poradzi. Są takie kobiety i my, reszta, musimy z tym żyć. 

Poza tym przyszła do nas na taras żaba i zrobiło mi się jej żal, bo w taki upał na gorącym kamieniu to chyba nie było jej zbyt komfortowo, więc postanowiłam ją złapać i wynieść w krzaki. A ona uciekała przede mną i KRZYCZAŁA (no – skrzeczała, prawie przy każdym podskoku). To było straszne, jeszcze nigdy żadna żaba nie krzyczała na mój widok, nawet nie wiedziałam, że żaby wydają taki odgłos! Oczywiście wszyscy się ze mnie śmieją, a ja mam traumę (a żabę z tarasu spędziłam w cień). 

Miałam też wpadkę z komarami, bo kiedy jednej nocy lało, to stwierdziłam, że nie trzeba wsadzać do gniazdka tego odstraszacza, bo przecież żaden normalny, szanujący się komar w taką pogodę NIE LATA (no bo jak?). Wnioski empiryczne ex-post: OWSZEM, LATA – wpada przez okno i gryzie jak opętany skurwysyn. Od tamtej pory wysłuchałam wielu gorzkich komentarzy N. na temat mojej płytkiej wiedzy z zakresu insektów i podtykał mi pod nos swoje bąble i poszło chyba z pół tubki fenistilu. 

I mam taki wniosek, że zawsze jak postanowię, że koniec z rozpasanym konsumpcjonizmem i kupowaniem szmat, to natychmiast któraś sieciówka wrzuca koszulki ze Snoopym. I muszę postanawiać od nowa, ale dopiero jak przyjdzie paczka.

Upał, co? Lecę zmieniać ptaszkom wodę.

O TYM, JAK SIĘ TYDZIEŃ ZACZĄŁ

Byłam wczoraj świadkiem naocznym niebieskiej dyskoteki porannej przed MInisterstwem Środowiska (czy nadal powinno się to pisać z dużych liter, bo nie wiem, czy oni jeszcze cokolwiek mają wspólnego ze środowiskiem jako takim, a i status ministra w tym kraju jakoś skapcaniał i zwiądł, jak stara pieczarka). Trzy wozy strażackie oraz porównywalna liczba karetek i wozów policji – tych dużych – z powodu dwóch czy trzech postaci na dachu, zwieszających baner, żeby zaprzestać wycinki lasów. Wszystko oczywiście z włączonymi niebieskimi lampami – no po prostu jakby co najmniej dorwali Ocean’s Eleven z workiem brylantów, i to koronnych. 

Z tego wszystkiego w robocie dziwne rzeczy mi się w excellu działy z kursem jena, aż w pewnym momencie zaczęłam wątpić w pryncypia matematyki, jak ta pani z opowiadania Teda Chianga (drugi tom mi się bardziej podobał, chociaż pierwszemu nic nie brakowało i w sumie są w podobnym, filozoficznym tonie). A jeśli matematyka mówi prawdę, to coś jest bardzo niedobrze ze światową gospodarką. Po czym okazało się, że z matematyką nadal wszystko w porządku, z jenem wszystko w porządku, a ja pomyliłam unit price z totalami i poprawiłam i wszyscy żyli długo i szczęśliwie (zanim umarli, oczywiście). 

A propos wydarzeń światowych, to król Juan Carlos I Burbon zamierza opuścić Hiszpanię. Galicyjski przyjaciel N. się ucieszy – już jakiś czas temu proponował nam, żebyśmy sobie wzięli jednego króla, bo oni mają już dwóch na utrzymaniu, razem z ich rodzinami i kochankami. Wyjeżdża oczywiście z powodu zarzutów o korupcję i mam nadzieję, że nie wybierze Polski, bo kiedyś zastrzelił sobie u nas dla kaprysu żubra, więc nie lubię dziada tak samo, jak nasi znajomi z Galicji. 

Po wielu latach przypomniało mi się, że kiedyś bardzo lubiłam pumpernikiel i kupiłam sobie taki w okrągłych kromeczkach, w rolce – do robienia bankietowych kanapeczek. No i okazało się, że NADAL go bardzo lubię i chyba dobrze, bo jest zdrowy (chociaż nie wiem, czy w takich ilościach). Aha, i przez cały weekend gotowałam śliwki, bo znowu ciotka mnie obdarowała wiaderkiem takich czerwonych w środku, i chyba tym razem przesadziłam z dodawaniem jak najmniej cukru, bo N. twierdzi, że kwaśne, aż wykręca pysk na lewą stronę. NO TRUDNO. Ja lubię kwaśne.

A dziś pada i nie chce mi się w zasadzie NIC. 

PS. No i oczywiście nogi Mai Komorowskiej są absolutnie godne odnotowania – ale to z gatunku cudów świata, a nie wydarzeń tygodnia.

O SOLENIU MĘŻA

Tymczasem w naszym ulubionym Superexpresie:

„Gwiazdor popularnego show POĆWIARTOWANY W LODÓWCE. Żona jeszcze go posoliła”

Wydarzenia te miały miejsce na Ukrainie, a Ukrainki są gospodarne – więc pewnie, gdyby nie działania śledczych, skończyłby w pielmieniach i czeburekach i PRZYNAJMNIEJ BYŁBY Z NIEGO JAKIŚ POŻYTEK. Nie to, co z niektórych facetów (i całego rządu i parlamentu), co nawet na trociny się nie nadają. 

W międzyczasie zrobiłam pranie z chusteczką higieniczną – oczywiście ciemne. Wszystko, WSZYSTKO w białych kłakach. 

N. był wyjechany i całą noc nie spałam, bo wyraźnie słyszałam grasujących włamywaczy, złodziei, a może i morderców. Bałam się oczywiście, bo czasy są smutne i złowieszcze. Po powrocie nasłuchałam się, że ho ho – histeryzuję, przesadzam oraz wyolbrzymiam; naczytam się i naoglądam nie wiadomo czego, a później moja wyuzdana wyobraźnia mi nie daje spać. I co? Kto następnej nocy biegał z kijem do okien dachowych, wypadał na balkon i robił śledztwo? Okazało się, że kuna postanowiła nas odwiedzić, bo dawno nie była, i biega po dachu – ale co się nasłuchałam, że HISTERYZUJĘ, to moje.

Więc czy ja się dziwię tej pani, która poćwiartowała i posoliła męża? Chwilami muszę przyznać, że NIE CAŁKIEM (tyle że się strasznie napracowała, ja jestem jednak za leniwa I TO NIEKTÓRYM RATUJE TYŁEK).

Rzeczywistość tak mnie wkurwia, że wyciągnęłam z czeluści „Obsługiwałem angielskiego króla” i przebywam w czarodziejskim świecie czeskiej literatury (i mam straszną ochotę na knedlika). 

No proszę, na Netflixie rzucili duński „Rząd”! To dobrze, bo skończyłam żałośnie krótkie „Unsolved Mysteries” – odcinek dziejący się we Francji jest okropny. Zawsze mówiłam, że najbardziej frappe są ci wymuskani Francuzi z dobrych rodzin. BRR.

O NIEHAMBURGERACH I PRZYRODZIE

Zjadłam hamburgera Gatesa i sama nie wiem. Nie był niesmaczny, ale chyba po prostu wolałabym warzywa z grilla – bakłażana czy pieczarkę. Chyba bym się nie nabrała, że to prawdziwe mięso, chociaż supermarketowe hamburgery czy parówki to też nie jest prawdziwe mięso, tylko poniewieranie zwłok, moim zdaniem. W ogóle produkcja mięsa w intensywnych hodowlach zasługuje na karę więzienia do lat dwudziestu pięciu, i ze względu na zwierzęta, i na produkt. 

No więc na miejscu Billa Gatesa chyba bym zagnała twórców kijem z powrotem do laboratorium albo przemyślała strategię produktu. 

A od N. na imieniny (chociaż nie obchodzę) dostałam sześć filiżanek z brązowego porcelitu z talerzykami! Kupił na lokalnym rynku – tam można dostać wszystko, kiedyś nawet (podobno) kałasznikowy, jak zwykle się nie załapałam i do dziś żałuję. 

Natomiast nareszcie mamy lato, ciepło i pięknie i się tarasuję i regularnie zmieniam ptaszkom wodę, po czym one NATYCHMIAST przylatują i moczą dupę w tej świeżej. Oraz dziękują mi jak szalone – obsrywaniem krzeseł ogrodowych – wszyściutkie mamy udekorowane ptaszyzmem, a poduszki prałam już trzy razy tego lata.

O, właśnie rozmaśliłam muchę na szybie – chciałam złapać do szklanki i wypuścić, ale niechcący TRAFIŁAM ją brzegiem. Niedobrze mi. No pięknie, pięknie mi się tydzień zaczął!…

O KUBKU (-ACH)

No więc od kilku dni chodzi za mną FASCYNATOR – wszystko przez koleżankę, która sobie taki jeden kupiła, bo idzie na wesele (chociaż w tym sezonie na weselach nie łapie się welonu, tylko COVID, jak stwierdził N.). Przeglądam je namiętnie w internetach i podobają mi się zwłaszcza te na opasce, z pawimi piórami. (Ciekawe dlaczego z pawimi – może dlatego, że prawie codziennie po przeczytaniu najświeższych informacji z kraju chce mi się rzygać).

Natomiast są też wydarzenia pozytywne (ale nie w polityce). Otóż mam taki jeden ukochany kubek – jest ze mną strasznie długo, a pochodzenie owiane jest ciemną mgłą tajemnicy. No dobra, przyznam się: otóż pochodzi z zakładu zbiorowego żywienia z samego początku lat osiemdziesiątych i mówiąc uczciwie, nie został zakupiony. No ale wiadomo – był komunizm, wszyscy kradli, niektórzy mają posiadłości ziemskie, inni nieruchomości w stolicy albo tytuły prasowe, a moja rodzina – KUBEK. Oczywiście nie ma się czym chwalić i być może już jutro o szóstej rano wywloką mnie w kajdanach, ale czasem trzeba STANĄĆ W PRAWDZIE z podniesionym czołem. Nie dam sobie obciąć palca, czy przypadkiem nie został sprywatyzowany ze schroniska przy Morskim Oku. W każdym razie – uwielbiam go: ma idealną pojemność, nie jest ani za ciężki, ani za lekki i idealnie trzyma ciepło. Że nie wspomnę o urodzie, naturalnie.

A zebrało mi się na wyznania w sprawie kubka, ponieważ od dzisiaj MA BRACISZKA! Upolowałam go na Allegro i trzymałam kciuki, żeby kurier nie miał złego dnia i łagodnie potraktował przesyłkę. Dotarł w całości i jestem przezadowolona, że jest ich dwóch!

(Skąd pochodzi braciszek – nie pytałam; może lepiej nie wiedzieć). 

Na razie się zaprzyjaźniają w zmywarce.

A dziś znajomy przekonywał nas do degustacji burgerów Billa Gatesa (oczywiście jak zwykle bujałam myślami w obłokach i usłyszałam „burgery Z Gatesa” i prawie odstałam tachykardii, że ktoś przerobił Billa na mielone, ale nie – chodzi o wegetariańskie burgery, w produkcję których zainwestował). Podobno bardzo smaczne. N. oczywiście kręci nosem, ale ja się chyba skuszę.

No dobrze, chłopaki wracają Dragonem z ISS pierwszego sierpnia. Będzie co śledzić w internecie (z naciskiem na cekinowego dinozaura).

O PRZEJŚCIU NA UCZESANĄ STRONĘ MOCY

N. wczoraj w drodze do pracy zagaduje mnie, co ja taka spięta i wkurwiona – czy tylko wybory, czy coś jeszcze? No to mu mówię, że zestresowana jestem, bo idę do fryzjera. On zdziwiony, bo czym tu się niby stresować? WIERZĘ MU, że nie rozumie – bo on idzie do fryzjera wracając z poczty, wpada na 14 minut, wraca i siada za biurkiem, opitolony maszynką. Więc naprawdę, o fryzjerze nie wie nic. NIC.

Nie wie, co to znaczy, jak fryzjerka po czterech godzinach smarowania, szarpania i ciągnięcia pyta PODOBA SIĘ? I podaje lusterko do oglądania głowy z tyłu. I wtedy szybciutko trzeba powiedzieć TAK TAK, PIĘKNIE, BARDZO ŁADNIE! Na co ona drąży – ODCIEŃ DOBRY? Oczywiście potwierdzamy, że bardzo dobry. A DŁUGOŚĆ? Też idealna – i wracamy do domu i dopiero możemy się poryczeć w poduszkę. 

No może trochę przesadzam, ale ja bym z fryzjerką nie zadzierała, bo boję się, że odpowie – COOO, NIE PODOBA SIĘ? – i złapie maszynkę i obsmyczy mnie na 3 mm jeża. 

W sumie i tak uważam się za MEGA ASERTYWNĄ osobę, bo za każdym razem odmawiam grzywki (za nic w świecie! Chyba bym oszalała, jakby mi się po czole pętały jakieś kudły, których nie mogę zebrać i spiąć), a w nagrodę pani fryzjerka dostaje pełną wolność w zakresie odcienia, tonera i w ogóle. I póki co jeszcze nie chciałam się po fryzjerze utopić ani emigrować wewnętrznie, więc chyba jest nieźle i dlatego się jej kurczowo trzymam. (No – raz trochę mnie pozamiatało, jak moje włosy dostały takiego perłowego połysku, coś a la platynowe blondynki z siłowni; myłam wtedy łeb bardzo intensywnie, codziennie, aż zeszło).

Poza tym zawsze mam w pamięci motto Pierwszej Żony: „Włosy nie kiełbasa – odrosną”.

Podoba mi się natomiast covidowy dystans pomiędzy klientami i nie muszę być narażona na small talk dobiegający z sąsiedniego fotela (porady na temat zdrowego żywienia w postaci koktajli w proszku albo światowy farmaceutyczy spisek szczepionkowy, przy czym szczepionki są bardzo fuj, ale kilogramy suplementów – tzw. SUPLI, teraz się na to mówi SUPLE – są jak najbardziej w porządeczku).

Za to pogadałyśmy sobie z fryzjerką o psach i ona mówi w pewnym momencie:

– A moja koleżanka miała jorka i pojechała z nim na wieś. I jork zobaczył koguta i DOSTAŁ ZAWAŁU i umarł na serce!

Naprawdę, fryzjerki to zawsze mają opowieści z grubej rury. Poprzednia mi opowiadała jakieś takie horrory o szwagrze, że wyglądałam w lustrze jak sowa, bo dostawałam wytrzeszczu. 

A później jeszcze tylko musiałam ze szczegółami wyjaśnić N., CO ONI MI TAM ROBILI przez cztery godziny. Głowa mnie bolała i miałam ochotę odpowiedzieć „Tak naprawdę to uczesali mnie w pół godziny, a potem wszyscy poszliśmy na orgię swingersów do kancelarii prawniczej naprzeciwko”. 

I jeszcze Zuckerberg mi zmienił fejsbuka na wersję dla słabo słyszących. A dziś rano musiałam założyć skarpetki. PROTESTUJĘ PRZECIWKO SKARPETKOM! LATO JEST, jego mać!

O KOMARACH I EPITETACH

Tymczasem wyszła nowa powieść Cixin Liu – „Era Supernowej”, a ja przez ten bałagan dopiero wczoraj się dowiedziałam. Oczywiście, że zaraz zamówię, chociaż „Piorun kulisty” już nie był taki porywający, jak „Problem trzech ciał”. No i trochę mnie martwi tempo wydawania nowych książek – co prawda Chińczycy bardzo pracowici, ale żeby aż tak szybko? 

Na razie czytam „Spod kozetki” – czyli psychiatra opowiada o swoich najdziwniejszych przypadkach. Trochę jestem załamana, bo przytłaczająca większość dziwnych przypadków jest o WIELE bardziej normalna, niż JA. To znaczy nawet jeśli chwilowo jest naga i stoi na głowie, to ma ku temu racjonalne przesłanki. A u mnie z racjonalnymi przesłankami jest dość krucho, zwłaszcza ostatnio.

A propos ostatnich wydarzeń – Zebra nie pozwala mi mówić na wiadome środowiska per „te kurwy weneckie”. Twierdzi, że Wenecja to jest bardzo piękne miasto i te patałachy niczym, ale to NICZYM sobie nie zasłużyły na taki zaszczytny przymiotnik. Oczywiście ma rację – ale przez to muszę sobie teraz poszukać nowej dźwięcznej alegorii, a ta mi wyjątkowo odpowiadała. 

Od kilku dni plaga komarów u nas – wcale bym się nie zdziwiła, jakby malarię roznosiły, to by było takie very, very 2020. Wszystkie najgorsze zarazy i obrzydliwości, jakie tylko mogą się przytrafić. 

Ech, nawet nie mam ochoty się natrąbić z tego wszystkiego.

PS. A na fejsie dostałam zaproszenie do badań klinicznych związanych z programem transplantacji – „Może Pan/Pani skorzystać z darmowego badania FIBROSCAN, aby sprawdzić, w jakim stanie jest Pana/Pani wątroba. Organizujemy transport do przychodni” – ciekawa jestem, czy widzą we mnie dawcę, czy biorcę.

O JAJKACH

Dziś w menu leczo, więc cała chałupa pięknie pachnie pieczoną papryką. Bardzo lubię ten zapach, jak mawia N. – nareszcie pachnie jak w porządnej hiszpańskiej spelunie. 

Znalazłam świetny serial – brytyjski kryminalny procedural, nienowy, nazywa się „No Offence” i ma wielką zaletę – większość głównych bohaterów to kobiety. I to nie jakieś tam nastrzyknięte i wymalowane pindzie, tylko pełnokrwiste brytyjskie baby. W dodatku jedna bohaterska nazywa się KOWALSKI i ma mamusię Polkę (na szczęście nie tak szurniętą, jak mamusia Nicole w „Rake”). Czasem nawet coś powie „po polsku” do polskich prostytutek (wiadomo). Teksty latają przednie, choć nieco grube, i nie wiem jak to się stało, że wcześniej na ten serial nie trafiłam. Niestety ma tylko trzy sezony, te najlepsze zawsze mają mało sezonów.

Dziś N. wrócił z naszego lokalnego targu z informacją od naszej pani jajkowej, dotyczącej koloru jajek. Dla mnie jajka chodzą w dwóch kolorach – białe albo niebiałe i np. jedna moja koleżanka za nic nie zje innego jajka na miękko, niż białe. A u mnie w domu z kolei się mówiło, że te ciemne są zdrowsze. Z kolei po „Jajko i ja” żyłam w przeświadczeniu, że kolor jajka zależy od gatunku kury. A tu N. wraca z rewelacją, że zgodnie z wersją pani jajkowej – ta sama kura raz znosi jajko białe, a raz kolorowe.

I bądź tu człowieku mądry, jak nawet co to KOLORU JAJKA nie można mieć pewności na tym świecie.

To co – jutro wszyscy widzimy się tam, gdzie Zakład Pogrzebowy A. S. Bytom lubi najbardziej, tak?

O BRYTYJSKIEJ ARMII I INNYCH NIEKONSEKWENCJACH

Co zrobiła BABA? Odeszła w siną dal z podniesioną głową, majestatycznie kołysząc gigantycznym zadem 😉

Tak naprawdę to nie wiem – nie oglądałam się za nią. Może np. wygrażała nam pięścią. Mogła przecież powiedzieć „pulpet”, „grubasek”, „hipopotamek” – niby to samo, ale jakoś milej brzmi – ale nie, musiała TŁUŚCIOCH. Po prostu niektórzy najlepiej się czują wtedy, kiedy powiedzą coś nieprzyjemnego, tak zauważyłam. 

Wzięłam na wyjazd odprężającą rozrywkę w postaci „Mostu na rzece Kwai” (no nie mówcie, że nie relaksujecie się przy klasycznym kinie wojennym). Na początku szło nieźle, zwłaszcza kiedy mówiłam do N. „Zobacz swoich Japończyków” albo „Koniecznie musisz zapytać M. – san, czy oglądał ten film i czy mu się podoba; od razu możesz też o „Króla szczurów” zagadnąć”, ale później N. się zbuntował. 

– Czekaj – mówi. – I on teraz, po tym wszystkim, NA ZŁOŚC Japończykom, zbuduje im DOBRY MOST w dobrym miejscu? No nie, to się kupy nie trzyma, ja nie mogę tego oglądać!

Ano co zrobić. Widocznie nie miał doświadczeń związanych z brytyjską armią (ja miałam, np. w „Monty Pythonie”).

Aha, i mam niusa. Cudem odkupiłam sobie zaginioną tunikę z Desiguala – była na Allegro, i to z metką i za nieduży pieniądz. Oczom nie wierzyłam, bo to model sprzed NAPRAWDĘ kilku ładnych lat, no pięciu najmarniej. Jakby na mnie czekała. Po czym oczywiście ta zaginiona się ODNALAZŁA! Była wciśnięta pomiędzy letnie szorty. No i teraz mam dwie. Nie martwi mnie to specjalnie, co prawda N. się lekko puka w głowę, ale co on tam wie o ulubionych tunikach.

Od razu po powrocie w poniedziałek Szczypawkę użarła osa, ale to już zupełnie osobna historia (na szczęście nic się nie stało, ale o mało nie dostałam zawału).

O NADMORZU

Alors, jesteśmy nad morzem naszym rodzonym, jedynym, Bałtyckim. Jak to się kiedyś pisało na pocztówkach – jedzenie pyszne, pogoda piękna, przyślijcie pieniądze!

Co do tej pogody, to oczywiście zmoczył nas deszcz, no ale jak miał nie zmoczyć, skoro to JA przyjechałam. 

Natomiast na promenadzie szły jakieś panie z dzieckiem w wózku i jedna z tych pań na widok Szczypawki wynurzającej się z zieleni miejskiej mówi do tego dziecka:

– Zobacz, jaki tłuścioch!

Dobrze, że nie miałam siekiery, natomiast N. miał refleks i od razu głosem na pół promenady oznajmił:

– Zobacz, Szczypawka, jaka gruba baba!

Bo faktycznie nie była szczupła. She had it coming. Mogła nie obrażać psa. 

Najlepsze ze wszystkiego jest to, że tu się nie ma kaca rano! W końcu co uzdrowisko, to uzdrowisko.

Aha, dziś o 3 w nocy obudziły mnie MEWY drące kopary. No więc niniejszym oświadczam, że nasz kos, czy tam szpaczek, to jest delikatna filigranowa melodyjka z pozytywki i już nie będę na niego narzekać. Mewy o trzeciej rano, to jest dopiero pobudka!

Nadmorskie zapiaszczone buziaczki z przyklejoną muszelką.