O TYM, ŻE… ECH

No więc najpierw zagadka: czy sprawdziłam wylot na tyle wcześnie, żeby stwierdzić że został przesunięty z piętnastej na dziewiątą rano? I czy w związku z tym:

a) zdążyliśmy się spakować, chwilę przespać i dojechać na lotnisko o czasie, czy też

b) daliśmy sobie spokój i postanowiliśmy zostać na rajskiej wyspie, zanim te okurwieńce lada dzień zabiorą nam paszporty, zamkną granice i skończy się wyjeżdżanie na wakacje i niniejszym piszę to z Fuerteventury?

No dobra, gdyby nie Szczypawka (i moja nerwica natręctw), to opcja b) byłaby prawdopodobna. A tak to tylko dostałam chwilowego zawału i w trybie diabła tasmańskiego upchnęliśmy w walizki ser, kiełbasę i mokre ręczniki i od wczoraj mogę podziwiać złotą polską jesień. Zamiast siedzieć o 22 na balkonie w klapkach, popijać wino i słuchać szumu fal (CO JEST ZE MNĄ NIE TAK?…).

Przez cały wyjazd prześladowały mnie citroeny kaktusy, te z poduszkami powietrznymi na zewnątrz. Gdzie nie spojrzałam, tam jechał albo parkował citroen kaktus. Co trzeci samochód osobowy to był kaktus – jakaś rewolucja dealerska się wydarzyła na wyspie, bo one rok temu nie były takie popularne, a teraz nagle WSZĘDZIE kaktusy. Nie wiem o co chodzi.

Od razu na początku wyjazdu zalałam telefon, na co on najpierw wyświetlił dziwne jasne paski, a później wszystko mu się przekręciło na wyświetlaczu o 90 stopni. A później jak trochę wysechł, to dalej pokazywał dziwne rzeczy i N. kazał mi go wyłączyć, po czym okazało się, że zapomniałam PIN-u, bo to cholera tak jest, że nie wolno mieć tych samych haseł do wszystkiego i nie z urodzinami! I weź tu człowieku wszystko spamiętaj, no i tak zostałam bez telefonu na cały wyjazd. O.

Uwaga – zmoczył nas deszcz na plaży! W środę już się wygodnie rozwielorybiłam na ręczniku na piasku w upolowanym grajdole z kamieni (co roku trzeba wcześniej wstawać i przyjeżdżać na plażę, żeby zająć dobry grajdoł, o losie!), a N. mówi – o, tam nad zatoką idą chmury deszczowe. Etam, tu cały czas idą jakieś chmury, zwłaszcza rano, nie ma co się przejmować. Leżymy. N. dalej swoje – ale tam wygląda jakby już padało! No dobra, mówię, to poleżymy jeszcze dziesięć minut i jak się będzie pogarszać, to idziemy. No więc po trzech minutach JAK NIE LUNIE – dawno się nie poruszałam w takim tempie! Ledwo zdążyłam narzucić tunikę na kostium i złapać ręcznik i klapki – przy czym w ogóle się nie ochłodziło i sam deszcz też był ciepły, ale zmokłam jak pies i parowaliśmy później w samochodzie jak dwa zdenerwowane duchy. I całe smarowanie na nic (nie lubię się paćkać smarowidłami z filtrem, a trzeba bardzo dokładnie, bo inaczej wieczorem jest pieczone prosię – nie zapomnieć za uszami i o wierzchu stóp). Następnego dnia barman na winie, któremu N. opowiedział o naszej przygodzie, stwierdził że mieliśmy OGROMNE szczęście, bo tu pada dosłownie kilka razy na rok! O panie barmanie, takie szczęście to ja mam ZAWSZE, gdzie bym nie wyjechała.

Któregoś dnia w całkowitym nigdzie macha nam miejscowy hipis, żeby go podrzucić. No to stajemy, hipis wsiada, wywiązuje się pogawędka, wiadomo że nie rdzenny wyspiarz więc N. pyta, de donde usted jest. A on na to, że de Polonia. Bardzo było śmiesznie. Od rana już był nieco zjarany, ale wytłumaczył nam że jest na życiowym zakręcie i w momencie transformacji (od czterech lat) i raczej się tam już osiedla na stałe. No ba, a gdzie mu będzie lepiej z takim hobby i podejściem do życia?…

My też jak zwykle rozważaliśmy, czym moglibyśmy się zająć po ewentualnej przeprowadzce, na co N. wskazał w hipisowskiej osadzie domek – sklepik z napisem „WITCHCRAFT” i mówi:

– Tu by cię zatrudnili od ręki, na cały etat.

Uwielbiam jego wiarę we mnie.

Jak zwykle opiliśmy się wina, objedliśmy ryb i innej morszczyzny i tydzień mignął nie wiadomo kiedy. I wróciliśmy z odwiecznym pytaniem bez odpowiedzi – CZYM tam się do cholery żywią te STADA KÓZ?… A na dodatek tamtejszy kozi ser Maxorata semicurado został w tym roku wybrany najlepszym serem na świecie. Tylko dlatego, że Kanionka sery nie startowały, wiadomo.

Powroty są trudne.

 

O TYM, ŻE CZASEM SIĘ TRAFIA ŚLEPEJ KURZE

O święty Janie w bitej śmietanie, dożyłam do wyjazdu na wakacje! I to nie dość że sama dożyłam, to nikogo nie zamordowałam po drodze, a niewiele brakowało. NAPRAWDĘ niewiele. Czas już najwyższy, bo wszystko mnie denerwuje i słyszę głosy – to znaczy, słyszę tych głosów WIĘCEJ niż zwykle.

A zatem nie zamierzam być w nadchodzących dniach przesadnie trzeźwa, co już zapowiedziałam N. Został ostrzeżony, że mogą wystąpić sytuacje jak w „Czterech pokojach”, kiedy Banderas taszczył do pokoju żonę z imprezy.

Oczywiście, będzie mi bardzo brakowało kampanii wyborczej. O, jak mi będzie brakowało!… No ale jakoś sobie poradzę (zwłaszcza jak będzie niedaleko do baru, a zazwyczaj jest).

Sandałki! Jeszcze na kilka dni założę sandałki i klapeczki! (A później wrócę i spadnie śnieg) (TFU, ODPUKAĆ W NIEMALOWANE!).

Zapytałam N., jaką bierze literaturę na wyjazd – powiedział że coś związanego z filozofią, na przykład „Wiadomości Wędkarskie”, a na miejscu sobie kupi „Pesca Mar”. Tak podejrzewałam.

 

O NARZEKANIU NA KLIMAT C.D.

Po weekendzie pańciowi przeszło (mam nadzieję, że na dłużej, bo już byłyśmy ze Szczypawką ZNIESMACZONE tymi rykami w biurze, aż segregatory podskakiwały) (chociaż tak sobie czasem myślę, że to zdrowiej – wydrzeć się i z głowy, a nie kisić w sobie stresy, kumulować i dostawać IBS albo gorzej; tylko to jest możliwe chyba tylko u facetów, powrzeszczą na siebie i za dziesięć minut z powrotem są kumplami, baby by się miesiąc nie odzywały a później pół roku prychały na swój widok). W każdym razie – podejrzewam że pomogły zakupy, bo zakupy zawsze poprawiają nastrój. N. poszedł do Lidla i kupił sześć butelek wyborowej – chyba przy taśmie niejeden klient go zmierzył zazdrosnym spojrzeniem. No więc wrócił z tą wódką w nastroju o niebo lepszym, a wódka niby tytułem tej nalewki wiśniowej, co puszcza w słojach ostatnie soki. Tylko ktoś (nie będę pokazywać palcem) pod pretekstem przemieszania co kilka dni wyżera wiśnie.

Zbulwersował mnie tekst w Superku o dwóch pingwinach – gejach,które porwały dziecko (tzn. małego pingwina) heteroseksualnej parze. Otóż TO WCALE NIE BYŁO TAK – tatuś z mamusią poszli się pluskać w basenie i zostawili malucha samego! No to chłopaki się nim zaopiekowali. A kiedy państwo wyszło z basenu, od razu pobiegło z mordą do tamtych – zupełnie jak w ludzkim olinkluziw w Egiptowie. Zamiast podziękować, to awantura. Ale skończyło się dobrze, bo para chłopaków dostała od opiekunów w Zoo jajo, żeby sobie wysiedzieli i mieli swojego pingwinka.

N. wysyłał wczoraj do naszych znajomych w Galicji zdjęcia Szczypawki i grzybów w ogródku. Dowiedział się, że u nich teraz dwadzieścia pięć stopni, w nocy osiemnaście – i to nad samym oceanem – i łowią kalmary. A u nas bez oceanu, nawet bez większej kałuży – dziesięć i od wczoraj urywa łeb. N. się zlitował i wczoraj wniósł bananowiec do domu. Rozumiem, że można nie lubić upałów – ale NADAL jesteście zadowolone z ochłodzenia?… Bo ja uważam, że nasz klimat jest niestabilny emocjonalnie (i to się ludziom udziela).

 

O SMUTNYM LOSIE PYTONA

Kilka ostatnich dni nie było tańcem po płatkach róż, ponieważ mój stary poszedł na wojnę. On niestety ma krótki lont i łatwo go zdenerwować, przy czym nawet jeśli zdenerwuje go jedna osoba, to później walczy ZE WSZYSTKIMI, z całym światem. Ruiny, pożoga i radioaktywna galareta.

(Przy czym kiedy nie jest wkurwiony, to najmilszy człowiek na świecie – w dwie minuty zaprzyjaźnia się w barach z nieznajomymi, a ludzie przynoszą mu nowonarodzone jagniątka do pogłaskania i ciasto drożdżowe, żeby na nie popatrzył swoim ciepłym spojrzeniem aby wyrosło. Ma tylko dwa stany energetyczne i nic pośrodku. Można oszaleć).

No i od kilku dni miałam w domu i w biurze szalejące tornado i doprawdy niewiele poza tym. Na pocieszenie trafiła się wizyta w hurtowni papierniczej, która jako już rzekłam jest moim odpowiednikiem świątyni buddyjskiej. Mogłam się oddać medytacjom przy regale z chusteczkami jednorazowymi w pudełkach. (Do czego jest papier ryżowy w arkuszach z nadrukowanymi obrazkami? Bo zawsze myślałam że do sajgonek, ale po co komu kolorowe sajgonki?).

A pyton znad Wisły podobno nie żyje, co mnie bardzo zasmuciło. Chociaż oczywiście mam nadzieję, że wyrobił sobie lewe dokumenty, przelał kasę ze SKOK-u i śmignął do Panamy pod przybranym nazwiskiem, czego mu życzę z całego serca. Za to w Wirginii w USA grasuje dwugłowy mokasyn, czy też raczej – grasował, bo już go złapali i badają. Wyszło im, że lewa głowa jest dominująca.

Już dwie osoby powiedziały mi, CO CHCĄ NA GWIAZDKĘ. Płakać mi się chce.

 

O ZŁOWIESZCZEJ JAGODZIANCE

Wpadła do nas na chwilkę moja koleżanka Z GOŁYMI NOGAMI. W grubej dresowej kiecce i sportowych butach, ale z GO ŁY MI nogami. O mało nie zemdlałam na ten widok, chociaż przypomniało mi się że kiedyś czytałam, że na nogach nie ma czujników zimna (czy też nie ma ich zbyt wiele). Osobiście uważam, że u mnie czujniki zimna występują WSZĘDZIE – nawet na rzęsach – ale z tymi nogami to może być, że niektóre osobniki nie czują tam zimna, na przykład wszyscy z Wysp Brytyjskich. Ile razy byłam w UK czy Irlandii, to ciągle było mi zimno i mokro, a tamtejsza płeć żeńska popylała z gołymi nogami i w sandałkach, nawet jeśli od góry była okutana w wełniane golfiska i szale. W innych miejscach na świecie też się to sprawdza – np. weźmy Madryt. Mocno wczesna wiosna, wszyscy w zimowych kurtkach, a radosne grupy brytyjskich młodzieńców w szortach, tiszertach i zamawiają podwójne zimne piwo do śniadania o 9 rano do stolika wystawionego na ulicę.

Ale i tak najgorsze co może być, to seriale w których panie – zimą lub jesienią – latają po domu czy mieszkaniu na bosaka z gołymi stopami. Nie mogę na to patrzeć, od razu robię fast forward – horrorów nie przewijam (zresztą dawno żadnego dobrego nie miałam okazji widzieć – podobno „Dziedzictwo” z Toni Colette niezłe, prawda to?), a to tak. O ile jeszcze w gołą łydkę uwierzę, że nie umiera się od niej natychmiast z zimna na suchoty, to ajmsory – grube skarpety poniżej 20 stopni to PODSTAWA. Bez skarpet frotte nie zaczynam rozmowy, a poniżej zera dodatkowo buty na futrze.

A N. wczoraj dostał w piekarni od pani za ladą jagodziankę gratis, z tekstem żeby pomyślał o niej przy kawie. JA MU POMYŚLĘ PRZY KAWIE! O niczym nie będzie myślał, już ja go przypilnuję. Jeszcze raz wróci z nadprogramową drożdżówką, to normalnie wezmę i uduszę babę. I zawinę w stary dywan (aaaa! To po to ludziom stare dywany!).

 

PS. Śniło mi się, że spotkałam się w barze z czterema panami z zakładu pogrzebowego. Byli bardzo eleganccy i mieli ze sobą wieniec, ale oparli go o stolik z boku, żeby nie przeszkadzał.

 

 

O TYM, ŻE PONURO I SMUTNO

Echhh… I koniec dolce vita, teraz już tylko deszcze, depresje, immunosupresje, inflacja, abnegacja, degrengolada jesienna i tycie. I rozmyślania o sensie życia, zwłaszcza w kontekście bratobójczych walk o naklejki z Biedronki (emerytka ukradła sześćset naklejek, grozi jej do pięciu lat więzienia – serio? SERIO? W tym kraju chyba nawet mordercy dostają mniej).

W związku z powyższym zabrałam się za fiński serial „Karppi”, bo mi Netflix kazał (ja się bardzo stresuję tymi apodyktycznymi mailami od Netflixa z wykrzyknikami pod moim adresem) i doprawdy, całkiem nieźle wchodził, dopóki świeciło słońce i był upał. A teraz zostały mi cztery odcinki i nie wiem, czy dam radę – bo on jest przerażająco depresyjny, tam w ogóle nie ma dziennego światła w tej Finlandii. Nawet jak jest, to burosine i wszystko wygląda jak w szarej galarecie. I nie morderstwa ani żadne podłe czyny są w nim najgorsze, tylko to światło. Jak na taki klimat, to wszyscy i tak za mało piją i używają używek, a jeszcze chodzą przez cały czas smutni, zgarbieni, z oczami wbitymi w ziemię, odzywają się półgębkiem i niechętnie i JA TO ROZUMIEM. Na dodatek większość fińskich mężczyzn nie jest porywająco przystojna, zwłaszcza w zbliżeniu, a mąż ofiary ma na imię Uszko.

A z moją ciotką (wielbicielką xanaxu) rozgryzamy od kilku dni zagadkę – otóż w dzień odbioru tak zwanych gabarytów wystawiła przed dom dwa stare dywany. Dywany nie doczekały przyjazdu śmieciarki – pierwszy zniknął w ciągu pięciu minut, więc moja ciotka postanowiła czyhać przy oknie, czy ktoś przyjdzie po ten co został – niestety poszła sobie zrobić herbatę i w tym czasie zniknął ten drugi. To jest uliczka domów z ogródkami i ciotka twierdzi, że było pusto – nawet najbliższy sąsiad miałby kawałek drogi do przejścia, więc nie wiem, może je wciągnęli do studzienki kanalizacyjnej?… Nie, żeby ktoś komuś żałował starego dywanu, ale łamiemy sobie głowę, JAK to jest zorganizowane. I wydaje się, że lepiej niż mafia narkotykowa.

N. odpalił dmuchawę do liści. Jeszcze tylko tego brakowało!…

 

O TYM, ŻE NIEKTÓRZY IGRAJĄ Z OGNIEM (LENIWYM)

Wiecie, że to już naprawdę. NUDNE ŻYCIE, tak? Chciałabym mieć NU DNE ŻY CIE! Ile razy mam powtarzać?

Siedzę sobie w sobotę po południu na mojej ukochanej kanapie, herbatka, serialik. Włosy mam tłuste, dresik lekko upieprzony (rosołek przecedzałam), w każdym razie – boskie domowe nieróbstwo, a tu nagle od drzwi wejściowych… STO LAT STO LAT!!! – i wchodzi radosna, pachnąca, dziesięcioosobowa delegacja złożona z moich koleżanek z Zebrą, ich mężów i mojej siostrzenicy. Mój stary urządził mi PRZYJĘCIE NIESPODZIANKĘ!!!

Nic nie podejrzewałam. KOMPLETNIE NIC (no halo, tak spokojnie bym sobie siedziała w poplamionym dresie? Bez stanika?). Niczym się nie zdradził, nawet mu powieka nie drgnęła – ciekawa jestem, w ilu jeszcze sprawach mnie okłamuje, bo ma do tego jak widać talent!

No więc przyjęcie niespodzianka się wpuściło do domu, odśpiewało mi sto lat, powiedziało żebym się niczym nie martwiła bo oni WSZYSTKO PRZYNIEŚLI (i faktycznie przynieśli, włącznie z pieczywem oraz tortem), wręczyło mi prezent (metrowej wysokości kielich do wina, chociaż w sklepie były jeszcze inne ciekawe upominki, np. szklane dildo, ale stanęło na tym kielichu) i zażądało garnka do podgrzania bigosu.

Oczywiście że w pierwszym odruchu miałam zamiar ZABIĆ MOJEGO MĘŻA, ale poszłam się przebrać i jakoś później już nie było okazji, acz nie omieszkałam mu przypominać w odstępach półgodzinnych, że jak mógł mnie tak załatwić i jest świnią. Mógł przynajmniej coś delikatnie zasugerować, to bym głowę umyła! Ponieważ jednak wszyscy się mnie trochę boją, to powiedzieli że owszem, mieli PLAN B na wypadek, gdybym ich wyrzuciła na pysk. Otóż zamierzali sobie zrobić piknik na ulicy pod moim płotem. Bardzo zabawne, ha ha –  ciekawe jak by pod tym płotem podgrzali bigos.

Oczywiście było mi bardzo, bardzo miło, ale jak JESZCZE RAZ N. zrobi mi niespodziankę, kiedy będę miała nieumytą głowę, to z kolei jego głowa zagości nabita na szpikulec w ogrodzeniu. Następne niespodzianki poproszę kiedy będę uczesana, w makijażu oraz ubrana może nie od razu w wieczorową suknię, ale przynajmniej w coś nierozciągniętego na kolanach i niepoplamionego, psiakrew cholera jasna.

A w międzyczasie FBI zamknęło i ewakuowało obserwatorium astronomiczne w Nowym Meksyku i odmawia podania przyczyny. Niech sobie odmawia – i tak wszyscy wiedzą że to dlatego, że nawiązaliśmy kontakt z obcą cywilizacją. Może się zrobić interesująco!

Wniosek z tego taki, że N. ma za dużo swobody – muszę wdrożyć nowe mechanizmy kontroli zarządczej, bardziej szczegółowe, bo do czego to podobne!

 

O TYM, ŻE TO JUŻ ZUPEŁNIE CO INNEGO

W ogóle nie spałam w nocy – nie było N., więc się bałam, a na dodatek Szczypawka mi się położyła w zgięciu nogi i nie mogłam się ruszyć, no bo przecież nie obudzę pieseczka! Za to pieseczek w ogóle nie ma takich zahamowań – o drugiej w nocy wycieczka na sikupę, chociaż pańcia prosi i błaga żeby nie, bo na pewno grasują duchy i włamywacze w ogródku. Nie, nocny spacerek musi być, a później chrapanie jak stado borsuków.

A dziś rano próbowałam wetknąć soczewki do czerwonych oczu i na każdej był psi włos. I to wcale nie szkodzi – ostatnio polubiłam jeszcze bardziej Agatę Buzek, która nie pojechała na festiwal w Wenecji, bo musiała się opiekować psem. Bardzo to rozumiem i popieram! I też nigdzie prawie nie wychodzę, no bo przecież nie zostawię Szczypawki samej – ostatnio zostałyśmy obie zaproszone do szkółki z sadzonkami, wzruszyłam się, bo mało jest miejsc gdzie mogę wejść z psem. Chociaż muszę uczciwie przyznać, że tych miejsc przybywa i nawet w Żyrardowie jest jedna winiarnia, w której jesteśmy mile widziani z pieskiem (aczkolwiek łączy się to z pewnymi konsekwencjami, ostatnim razem N. zjadał ze Szczypawką na pół każdą krewetkę z tajskiej zupy i mieliśmy nader udane popołudnie i noc, no ale to nie psa wina przecież). Co nie zmienia faktu, że jako obywatel z psem mam bardzo ograniczone pole manewru, chociaż Szczypawka jest malutka, grzeczna i zawsze na smyczy (i ma woreczki na kupę ekologiczne o zapachu lawendy – trochę przyszalałam).

A te upały to już nie wierzę, bo to już zupełnie inne słońce jest. Wczoraj wygrzewałam na tarasie resztki figury – a raczej to, co kiedyś było figurą

(artist formerly known as Prince)

chociaż w sumie nadal jest, tylko o innych własnościach, a w zasadzie to bryłą. Wracając do baranów – może i ciepło, ale zdecydowanie jesiennie. Na przykład liście lecą z brzóz garściami, prawie nic już nie kwitnie, zdecydowanie jest smutniej. Pewnie, że się cieszę, że nie trzeba chodzić w ciepłych gaciach i włączać ogrzewania (i płacić tym złodziejom co miesiąc wyższe ceny), ale znowu lato minęło nie wiadomo kiedy (i gdzie) i ja bardzo przepraszam, ale zamierzam się trochę pomartwić w tej intencji.

A wczoraj był artykuł o panu Jacku spod Kielc, który posadził bananowce i nawet w tym roku miał już pierwsze owoce. I było takie zdanie, że to prawdopodobnie są jedyne bananowce w Polsce.

Otóż, bananowce pana Jacka nie są jedynymi w Polsce.

 

 

O TYM, ŻE CHCĘ MIEĆ NUDNE ŻYCIE

W „Żonie idealnej” był taki mały śmieszny facecik, prawnik gangstera. Chyba się nazywał Lester, w każdym razie jak sprawa była już beznadziejna, to przychodził pan Lester, uśmiechał się i nagle cały skład sędziowski się wycofywał albo jedyny świadek popełniał samobójstwo, no w każdym razie był skuteczny. Może niekonwencjonalny, ale skuteczny. No i ten pan Lester wszystko miał zapisane na pojedynczych karteczkach post-it; wyciągał z kieszeni plik takich pogniecionych karteczek i tam miał całą kartotekę. I ostatnio zauważyłam, że przejęłam system od pan Lestera – ja, maniaczka zeszytów, kolorowych flamasterków, tabelek, kalendarzy gugla, moleskinów i cholera wie czego jeszcze. Karteczka, załatwione, do śmieci. Bardzo dobry i wydajny system, no i nie zajmuje wcale czasu! Nadal uwielbiam galanterię piśmienniczą, ale jakoś tak bardziej platonicznie.

„Rezydentów” z rozpędu obejrzałam do końca sezonu. Znacząco pomógł w tym odcinek, w którym wszyscy skakali dookoła pacjenta, który często przychodził z czymś nowym i zaskakującym w tyłku i muszą mu to wyjmować SPOSOBEM. Wiadomo, że każdy serial medyczny zyskuje na pacjencie, któremu trzeba coś wyjąć z tyłka, bo to takie przezabawne i odświeżające. Nadal uważam, że postacie sztywne, dialogi do dupy, a intryga do przewidzenia, no ale jak to mówią – na bezrybiu to i Salomon naleje na pochyłe drzewo.

„Code Black” niby lepiej się zapowiada, ale po czterech odcinkach się ciągle zapowiada i zapowiada. Utknęli z akcją i bohaterami w jednym miejscu. Niech on się rozbuja, bo ile można oglądać powtórki „ER”?…

Natomiast na reddicie odkryłam katalog „Let’s Not Meet Again” – ludzie opowiadają tam historie ze swojego życia, takie że wyskakuje gęsia skóra wielkości piłek do tenisa. O kolesiu który dobija się do drzwi wejściowych o 3 w nocy to jedna z łagodniejszych (z załączonym nagraniem z kamery monitorującej). Głównie są takie: „Jak miałam 20 lat, to spotykałam u koleżanki brata jej chłopaka, piliśmy razem piwo i przynosił marychę. Po dwóch latach zobaczyłam artykuł w gazecie z jego zdjęciem, okazuje się że był seryjnym mordercą i zamordował cztery dziewczyny”. Albo o stalkerach: „Jakiś chłopak zostawia mojej mamie na wycieraczce listy o tym że chce uprawiać z nią seks oraz szklane dildo (link do zdjęć). Mama mieszka w domu na odludziu i trochę zaczęła się bać, jak włamał się jej do garażu i ukradł dwa kanistry z benzyną. Jakie są wasze pomysły, co zrobić w takiej sytuacji?”.

Jak ja się cieszę, że mam nudne życie. Oby nadal było jak najnudniejsze.

 

O TYM, ŻE NIC Z TEGO NIE BĘDZIE

Podejmuję jeszcze jakieś rozpaczliwe próby chodzenia w sandałkach, ale po wczorajszym dniu kiedy to wieczorem myślałam, że stopy mi z zimna po prostu za chwilę ODPADNĄ – chyba się poddam. Ale i tak mam dobrze, bo mi było zimno tylko w stopy, a N. w całego człowieka, bo pojechał sobie zrobić kółeczko (70 kilometrów) (!!!!!!!) rowerem i akurat go złapał deszcz. Ha ha ha, i niech mi jeszcze ktoś spróbuje wmówić, że sport to samo zdrowie, szczęście i świetne samopoczucie.

A dziś od rana taka mgła, że jak Szczypawka wyszła na siusiu, to z balkonu widziałam tylne pół psa, a przedniego już nie.

Od kilku dni krąży po internetach informacja o tym, jak astronauta musiał zatkać palcem dziurę w stacji kosmicznej, żeby się nie rozhermetyzowała. No więc przytkał ją palcem w oczekiwaniu na kolegów, którzy mieli przynieść taśmę klejącą (Taśmę. Klejącą. Do. Zaklejenia. Dziury. W. Stacji. Kosmicznej). Wszystko w bardzo zabawnej atmosferze, dziurka była bardzo mała – prawdopodobnie mikrometeoryt – i nie groziło im bezpośrednie niebezpieczeństwo, a facet został okrzyknięty pierwszym człowiekiem, który gołym palcem dotykał przestrzeni kosmicznej.

Tylko że po kilku dniach pojawiła się bardziej szczegółowa analiza – dziura wygląda na wywierconą OD WEWNĄTRZ. Na stacji siedzi aktualnie sześć osób. Ruskie twierdzą, że ktoś wywiercił dziurę, bo bardzo chce wrócić na Ziemię i miał nadzieję, że stacja kosmiczna zostanie ewakuowana. I że mieli podobny przypadek podczas ćwiczeń na Ziemi, a nawet wręcz już wiedzą, KTO to zrobił.

Ja tam się nie chcę wtrącać, ale ten co tak bardzo chce wracać może mieć już złożone jajeczka w klatce piersiowej i może dlatego tak mu się spieszy. Za dużo życiowych filmów widziałam, żeby wierzyć w to że to OT TAKA NIEWINNA dziura wywiercona z tęsknoty za Ziemią. Aha, z tęsknoty my ass.

Natomiast jeśli chodzi o nieco inne oblicze internetu – bardziej komercyjne – myślałam, że niewiele mnie zdziwi po tym jak zobaczyłam kosz na śmieci do nabycia za jedyne 1400 PLN. A jednak, a jednak! Szczotka do sedesu za 2 145 PLN!

Wymrzyjmy już, co? Niech nas zjedzą te kosmiczne pasożyty i niech zacznie się wykluwać coś nowego w charakterze cywilizacji. Może będzie chociaż odrobinę rozsądniejsze.