O TYM, ŻE MARTWIĘ SIĘ O PSA

Nie odzywam się, bo Szczypawka chora, w trakcie diagnozowania, nie śpię po nocach i coś czuję, że schudnę lepiej niż od upału. OBY. To by był jedyny pozytywny efekt tego wszystkiego. Tak czy inaczej – chwilowo KURWA MAĆ. Przepraszam Państwa, ale no niestety.

Wczoraj w biurze duchy dorwały się do drukarki, w dodatku jakieś dziwne duchy. Żeby jeszcze wydrukowały jakiś modlitewnik albo mistyczny traktat, to rozumiem (to znaczy, nie rozumiem – po co istocie astralnej papierowy wydruk? Ale nie rozumiem MNIEJ). Natomiast wydrukowały sobie ofertę na jakieś części, i to w dwóch egzemplarzach. Może to duch jakiegoś inżyniera przyczepił się do N. na którejś budowie albo instalacji i teraz będzie u nas urzędował – nie wiem czy to źle czy dobrze, inżynierowie bywają upierdliwi. Jakby się nudził, to mógłby poprawić hydroizolację przy drzwiach na patio (chyba że to ten, który ją spartolił i musi odpokutować – nadal jednak nie rozumiem, po co mu oferta, bo to na zupełnie inne urządzenia).

Coś jeszcze miałam, ale nie pamiętam. Nie mam głowy zupełnie. Nawet nie wiem, czy mnie ostatnio boli czy nie – bo nie mogę jej zlokalizować. 

A, już wiem! Czytałam artykuł naukowy (NAUKOWY!) o tym, że zweryfikowano liczbę kroków dziennie, jaką powinien zrobić człowiek, żeby się dobrze czuć. Wytyczne były 10 tysięcy dziennie, ale okazuje się, że jednak zupełnie wystarczy siedem tysięcy. I co? I CO? Ja jeszcze poczekam z tym chodzeniem w takim razie, za parę miesięcy się okaże że siedem tysięcy to też za dużo i wystarczy trzy tysiące kroków dziennie albo w ogóle pięćset. Nie ma co się rzucać – człowiek narobi tych kroków i później z nimi zostanie, jak Himmilsbach z angielskim.

Na razie nigdzie nie idę, tylko martwię się o psa. Wiadomo, pies jest zawsze priorytetem. Dlatego polubiłam Agatę Buzek, kiedy olała festiwal filmowy, żeby zostać w domu z psem.

O UPRZEJMYM GUZIE

No więc większość tych redditowych wynurzeń to takie sobie „grałem w PSP3 i nagle kątem oka zobaczyłem wysoką postać w czarnej bluzie z kapturem, a byłem sam w domu OMG!”, ale zdarzają się i perełki. Jak ta o jednej pani, do której odezwał się jej własny guz mózgu. Pewnego dnia usłyszała miły ale stanowczy głos, który powiedział, że jest jej guzem mózgu i wyjaśnił, do którego ma iść szpitala i lekarza. Ponieważ to było w Wielkiej Brytanii, to poszła do swojego GP, który popukał ją w kolano i uznał, że jest zdrowa, histeryzuje i nie potrzebuje dalszych badań, za to dał jej psychotropy na niepokój i halucynacje słuchowe. Guz jednak nie odpuścił, bardzo uprzejmie nalegał, żeby jednak poszła do szpitala i nawet skierował ją do konkretnej części szpitala, w którym robi się badania obrazowe; dla uwiarygodnienia powiedział, w której części mózgu się znajduje. Babka poszła do lekarza ponownie, nie odpuściła i rzeczywiście tomografia wykazała guza w tym miejscu, w którym powiedział, że będzie. Szybko ją zoperowali, a po operacji uprzejmy guz odezwał się ostatni raz – że jest zadowolony, że wszystko dobrze się skończyło.

Podobno przypadek jest opublikowany w British Journal of Medicine (czy tam Cancer), a ja bardzo bym chciała, żeby wszystkie choroby były takie dobrze wychowane i się anonsowały. Chociaż gdyby powyższa historia przydarzyła się mnie, to pewnie skończyłoby się na tej pierwszej wizycie – ucieszyłabym się z recepty na psychotropy, a dialogi z guzem wcale by mi nie przeszkadzały, przynajmniej miałabym z kim pogadać.

Poza tym nie da się ukryć, że jest ciepło, BARDZO CIEPŁO, i nie narzekałabym, gdyby jednak trochę temperatura spadała na noc. Bo rano mam konsystencję drożdżowego pampucha ugotowanego na parze. Ale najbardziej mi żal Szczypawki, która jest wyraźnie nieszczęśliwa (nie pomaga również to, że znowu dwa dni miała orkiestrę w kiszkach, bo zeżarła jakieś świństwo). 

N. przyniósł z Lidla lody Brazilian Coffee – naprawdę dobre. Lubię kawowe lody, a te są nieprzesłodzone i nie za bardzo mleczne. I twarde. Mocne espresso z łyżką skondensowanego mleka – jak cafe bombon na Kanarach. Ale w taki upał nie chce się jeść, nawet lodów. Chyba że frytki. Frytki zjadłabym ZAWSZE.

O EKOLOGII NA DESER

Drogi Pamiętniku. Wczoraj miałam proszony obiad dyplomatyczny, z kategorii tych, co to jeśli wszyscy wstaną od stołu i nikt nie będzie miał widelca wbitego w oko, to znaczy, że sukces.

I wstaliśmy i nikt nie miał widelca, oczodoły nienaruszone, więc odetchnęłam z ulgą i zaprosiłam (a raczej wyprosiłam) na taras i zabrałam się za deser. Na deser Eton mess, ponieważ ma trzy składniki i robi się w trzy minuty. Kiedyś myślałam o zredagowaniu książki kucharskiej z przepisami dla leniwych – potrawa do pięciu składników, żadnych maszyn, brudna maksymalnie jedna miska i jeden garnek, tego typu. Kolekcjonuję takie przepisy i chętnie miałabym je pod ręką zebrane w jednym miejscu, żeby za każdym razem nie kombinować i nie szukać. Ale raczej nie wydam takiej książki, gdyż – no cóż, jestem za leniwa.

Ale dobra, idę zatem po truskawki. Stawiam sobie łubiankę przy zlewie i OBEZWŁADNIA MNIE SMRÓD. Jakbym dostała pięścią w twarz. A raczej nie pięścią, tylko krowią dupą i to niewypielęgnowaną, powiedzmy to otwarcie. Gdyż był to obornik.

No i po deserze, myślę sobie. Przecież nie podam obornika z bezami i bitą śmietaną! Z drugiej strony, może jednak podać i zachwycać się, jakie to mamy ekologiczne uprawy tu u nas w okolicy. Przeżegnałam się i opłukałam kilka truskawek – nie śmierdziały (chociaż trudno to było stwierdzić, bo śmierdziała już cała kuchnia i pomieszczenia ościenne). Wyszłam z założenia, że obornik to i tak lepiej niż fosforany i pestycydy i deser podałam. Żeby nie było – sama też jadłam i nic mi nie zaszkodziło.

A śmierdząca okazała się łubianka, truskawki przełożyłam do innego naczynia i nie capiły niczym (no, truskawką – ale to akceptowalne w naszych sferach). Może to taki chwyt marketingowy – wytarzać łubiankę w krowiej kupie i reklamować jako samo zdrowie i ekologię. Tak jak podobno przedsiębiorcze chłopy przy granicy z Niemcami, co kupowali jajka w Lidlu i smarowali kurzym guano i sprzedawali jako wolnowybiegowe. 

Do wieczora wietrzyłam chałupę z tej ekologii.

I obejrzałam naprawdę dobry, nastrojowy horror – australijski, bo mam ostatnio jazdę na australijskie produkcje – „Lake Mungo”. Bardzo mi się podobał, znowu boję się iść w nocy do łazienki.

A teraz czytam na Reddicie wyznania dotyczące „glitch in the matrix” i też dostaję gęsiej skóry; sama miewam od czasu do czasu deja vu (niektóre szalenie intensywne i długie), ale to nie są tylko deja vu. Przynajmniej chłodniej się człowiekowi robi w ten upał.

PS. Jedna moja znajoma z kręgów zbliżonych do Ministerstwa Rolnictwa zwykła mawiać „Gnojówka, że palce lizać!”.

O LETNIEJ NIESPODZIANCE

Pytanie: Co najbardziej lubię, kiedy mam dzień home office, siedzę na tarasie w jakiejś szczątkowej bawełnianej kiecce, opalam nogi, denerwuję koleżanki informacjami o siedzeniu na tarasie w godzinach pracy, jestem nieuczesana, bez stanika, zrelaksowana i prawie, PRAWIE pozytywnie nastawiona do świata?

Odpowiedź: OCZYWIŚCIE PATROL INTERWENCYJNY – najbardziej lubię, kiedy w takim momencie podjeżdża patrol interwencyjny w liczbie dwóch panów umundurowanych na czarno, bo mają zgłoszenie włamania, a N. nie odbiera telefonu. I muszę z nimi negocjować, żeby mnie nie aresztowali.

(Później oczywiście rozważałam, co by było, gdybym się przyznała „TAK, WŁAMAŁAM SIĘ” – mogłoby być interesująco – zawsze mam dobre pomysły poniewczasie!)

N. w ogóle nie rozumie o co chodzi, przecież ci mówiłem kochanie, że będę na instalacji – ale co on wie o pogawędkach z antyterrorystami będąc w batystowej tunice bez biustonosza. Śmiem przypuszczać, że niewiele.

W jednym odcinku Różowa Brygada trochę mnie zasmuciła, bo Tan powiedział, że jeśli jesteś kobietą and thinking capri pants – don’t. JUST DONT. A ja bardzo lubię dżinsy za kolano na lato. Jestem beznadziejnie niestylowa. 

Nareszcie są dobre truskawki, o smaku i zapachu truskawki, a nie tylko wyglądzie – wiem co mówię, bo zjadłam wczoraj całe pięć, może nawet sześć, co jak na mnie jest dużym wyczynem, bo za owocami nie przepadam. Szczypawka zjadła dwie. Potwierdza, że smaczne. 

Śniły mi się świnie. Bardzo ładne, różowe, puszyste świnie. Przyjacielsko nastawione. I jak teraz mam zrobić schabowe roladki na niedzielę?…

O NARESZCIE PIĘKNEJ AURZE

W końcu jest miło. Odpaliłam klapki i opalam nogi na tarasie, nareszcie się czuję jak homo sapiens, a nie podgatunek jakiegoś grzyba naściennego z zakamarków sutereny. Jednak trochę witaminy D czyni cuda.

Żeby mnie nie rozerwało ze szczęścia, to dziś znowu walnęłam się o kant biurka i tym sposobem mój PRAWIE wyleczony siniak na udzie pięknie się odnowił. Nadziewam się na to biurko co najmniej raz na tydzień, na pewno podświadomość chce mi coś przekazać (żebym nie siedziała przy biurku, tylko uciekła z taborem cygańskim i śpiewała romanse w powłóczystych spódnicach do ziemi). Siniak jest przepiękny, wypukły i wielobarwny, smaruję go żelem, ale chyba zostanie na dłużej. 

N. niby jest, chwilowo nie wyjechał, ale kontakty mamy utrudnione, bo w pracy biega z wywieszonym jęzorem, a w domu wykazuje się w ogrodnictwie. Szaleje po krzakach, strzyże trawę albo ryje w ziemi, jakby dostał cynk, że pod naszym płotem zakopany jest złoty pociąg. Ja nie wiem, jak tak można żyć, w ogóle się nie opierdalając. 

Pies się do mnie nie odzywa, gdyż znalazła w ogródku coś strasznie śmierdzącego i zeżarła, a ja PODŁA wypsikałam jej pysk specjalnym sprejem do pyska dla psów. Dlaczego, DLACZEGO nasze ukochane psy są najszczęśliwsze, kiedy śmierdzą? (W sumie faceci też – cygarami, wódą, czosnkiem i przynętą na ryby).

A teraz bardzo przepraszam, ale muszę się oddalić – przynieść N. słoik i kartkę papieru, żeby zdesufitował pająka (nieduży, ale włochaty, fuj).

O TYM, ŻE DZIŚ WYZNAJĘ

Dwa wyznania dziś będą. Z jednego zdecydowanie nie jestem dumna, ale co zrobić.

Czytałam gdzieś że najszczęśliwsze małżeństwa to takie, które rzadko się widują. No więc zgodnie z tą wytyczną, uprawiam ostatnio szczęśliwe małżeństwo i coraz szczęśliwsze – chyba z tego szczęścia przyjdzie mi niedługo zwariować. Tak – N. znowu wyjechał, oczywiście ciężko pracować, ale tapasami się obżerał, a ja zostałam ze Szczypawką. I tu wyznanie pierwsze.

Szczypawka urządziła mi taką jazdę podczas pierwszej nocy nieobecności pańcia, że pierwszy raz w życiu byłam o krok od uduszenia psa WŁASNORĘCZNIE. Do wpół do drugiej w nocy kazała się co kwadrans wyprowadzać – myślałam, że klasycznie ma sraczkę, ale nie. Wychodziła na taras i spoglądała w dal, wąchała kosmos i wracała do domu. Po czym za dziesięć minut to samo. Około pierwszej w nocy na serio pomyślałam, że A MOŻE trochę ją podduszę – tak żeby zemdlała na pół godziny i dała się przespać (nie jestem z tego dumna). Nie wiem, czy w końcu się zmęczyła, czy trafiły do niej moje prośby i tłumaczenia, ale w końcu usnęła na pańcia miejscu, demonstracyjnie odwrócona do mnie dupą.

Później już było normalnie, nie wiem, o co psinie chodziło – przecież nie pierwszy raz N. wyjeżdżał. No chyba, że po okolicy krążył włamywacz albo morderca i ona to wyczuła (ha, ha). W każdym razie N. ma nakazane przed kolejnym wyjazdem zakupić valium w dawkach dla mnie i dla Szczypawki. 

Wyznanie numer dwa: wszyscy bywalcy wiedzą, jaki mam stosunek do telewizyjnych reality shows i programów lajfstaljowych. Nie mogę ich oglądać, bo a) dostaję wysypki, b) mam coś, co się nazywa second hand embarrassment i czuję potworny wstyd i zażenowanie w imieniu uczestników i prowadzących, robi mi się niedobrze po minucie i wyłączam. I z tym podejściem odpaliłam na Netflixie „Porady różowej brygady”. Wszystko dlatego, że nie było N. i szukałam czegoś soft, bez duchów i trupów. 

Od razu się przyznam, że od jednego kopa obejrzałam wszystkie odcinki z kobietami i było ich żałośnie mało – bo doszłam do wniosku, że te z facetami na pewno będą nudne, bo co tam może być ciekawego. I pomyliłam się, bo te z facetami też są super. Chłopaki są do zakochania (platonicznego oczywiście, niestety) i doszłam do wniosku, że dobre wróżki od Kopciuszka MUSIAŁY były gejami – żadne stare ciotki by nie zrobiły księżniczki z pomocy kuchennej. Ja wiem, że to wszystko jest reżyserowane, ale podoba mi się szacunek, z jakim traktują tych ludzi – nawet kiedy im mówią, że ulubiony fotel śmierdzi i trzeba go wyrzucić. Fryzjer Jonathan gwiazdorzy, ale chyba po prostu taki jest (i chodzi na obcasach) (lepiej niż ja!). I jak nie znoszę takich akcji, tak chciałabym, żeby mnie ubrali i uczesali, mimo że Tan każe wszystkim wpuszczać w spodnie bluzki i koszule, a ja noszę wyciągnięte. 

Ładne rzeczy, na starość spodobał mi się program typu makeover – na razie tylko jeden, ale kto wie co będzie dalej? Strach pomyśleć. Ale gdybym któregoś dnia wyznała, że z przyjemnością oglądam programy Małgorzaty Rozenek – Majdan, to bardzo proszę, żeby zorganizować humanitarny ubój, bo starcze zmiany w mózgu zaszły za daleko. Na pewno dziarskie chłopaki od ministra Ardanowskiego nie będą mieli nic przeciwko odstrzeleniu mi łba, bo przecież to lubią najbardziej robić.

A Szczypawka obrażona, nie dość że ją ostrzygłam na łyso, to jeszcze groziłam duszeniem. Coś czuję, że sporo surowej wołowiny upłynie, zanim mi wybaczy.

Podobno nadchodzą upały? Ja im dobrze radzę, żeby w końcu NADESZŁY.

O RÓŻY, KTÓRA JEST RÓŻĄ (JEST RÓŻĄ)

A róża pnąca lekko dzika w tym roku kwitnie, jakby jej płacili.

Dostałam SMS, żebym nie zbliżała się do rzeki, bo idzie fala wezbraniowa. Normalnie z wrodzonej złośliwości wobec nakazów władzy bym poszła się zbliżyć, na szczęście nie chce mi się chodzić taki kawał. Zamiast tego oglądam „Veep” – dawno temu zaczęłam oglądać i przestałam, nie pamiętam dlaczego, więc teraz się delektuję. Mail z propozycjami prezentów dla pracownika Białego Domu: 1) Ciasto w kształcie fiuta, 2) Nowy kapelusz (w kształcie fiuta). Selina, bardzo cię lubię.

O PSIM AMPLUŁA I WŁOSZCZYŹNIE

Drogi Pamiętniku, Szczypawka wygląda jak miniaturka szkockiej długowłosej krowy rasy Highland. Taka krówka bonsai. Tylko rogów nie ma, ale rzuca identyczne spojrzenia spod grzywki. Bardzo to jest urocze, niemniej idziemy do fryzjera w poniedziałek, bo się z niej sypie igliwie, torf i zielsko po każdej wyprawie do ogródka. A jak pada, to już w ogóle. 

N. zakupił dziś na targu młodą włoszczyznę (zestaw powiększony o extra pęczek młodej marchewki) i to tak pachnie, ale to TAK PACHNIE, że ja w tej chwili poproszę wodę toaletową. Albo chociaż dyfuzor zapachowy do domu – o zapachu młodej włoszczyzny prosto z targu. W ogóle to przez włoszczyznę mam na pieńku z jednym warzywniakiem, który bardzo lubię, bo to jeden z ostatnich oldskulowych sklepów i zwykle mają fantastyczny towar, na przykład super słodkie pomarańcze z Walencji albo mrożoną kergulenę, ale włoszczyznę sprzedali mi brudną oraz z porem PRZECIĘTYM WZDŁUŻ NA PÓŁ. Okej, mogę umyć, chociaż po marchewkach miałam pół zlewu błota, ale por WZDŁUŻ mnie załamał. Związałam dziada sznurkiem, no bo co (w Hiszpanii widziałam silikonowe ściągane siatki do gotowania jarzyn w zupie, żeby się nie rozłaziły po garnku, ale jakoś nie wierzę, że takie coś nie pozostawia smaku).

Oraz skończyłam „Good night, Dżeżi” – no więc do tej pory po każdej książce Głowackiego po przeczytaniu ostatniej strony miałam ochotę wrzeszczeć jak Osioł ze Shreka „Ja chcę jeszcze raz!”, a ta mnie jakoś… zmęczyła. Wyczerpała. Okej – życie Kosińskiego to nie jest temat lekki ani łatwy, już on sam się o to postarał, ale miejscami jakby przerost formy. Chociaż co ja tam wiem o prawdziwym życiu (zwłaszcza emigranta w Nowym Jorku).

Jak ta pogoda oraz moje hormony się nie uspokoją, albo jakoś nie zsynchronizują, to idę się dobrowolnie zapisać na oddanie organów. Bo dwa dni pod rząd migreny z aurą – podręcznikową, migocącą i zasłaniającą 3/4 pola widzenia, prawie jak wizje świętej Hildegardy – to ja BARDZO DZIĘKUJĘ za takie atrakcje. Jego mać.

O GOZDZIKACH

W ramach ratowania niechcianych sierotek tym razem wróciliśmy z BIedronki z trzema doniczkowymi goździkami. Od razu zaczęły się odwdzięczać i pachną na cały taras – przepięknie, nie podejrzewałam goździków o taki zapach. W ogóle goździki (i gerbery, i frezje) zostały obrzydzone przez PRL, a przecież są bardzo ładne. Zwłaszcza te drobne ogrodowe.

Trzeci sezon „The Good Fight” skończył się NAGLE dziesiątym odcinkiem. Dlaczego oni robią takie krótkie te sezony? Z rozpaczy weszłam na pierwsze co mi Netflix polecił, a był to „Big Short”. Myślałam sobie, że się lekko wynudzę na kolejnej opowieści o zwyrodniałych maklerach, po Gordonie i „Wilku z Wall Street”, ale nie! To zupełnie, całkowicie inny film. Christian Bale – genialny (w sumie najmniej podobał mi się Ryan Gosling). Oczywiście wiary w instytucje finansowe, Wielką Piątkę i agencje ratingowe nie miałam i przed tym filmem za grosz, a każdego „prezesa funduszu hedgingowego” bym wieszała w kloace głową w dół, ale bardzo pięknie tam jest wyłożona katastrofa z 2008 roku, krok po kroku (ja też nigdy nie mogłam się doprosić przełożonych, żeby PRZECZYTALI SPRAWOZDANIE). Nie dziwne, że dostali Oskara za scenariusz, chociaż Christianowi się też należał jak psu chrupki (odchudzające!).

Śniły mi się ogórki konserwowe, już naprawdę, NAPRAWDĘ powinnam iść na terapię. Sęk w tym, że ja nie wierzę w terapię, a to podobno trzeba wierzyć, żeby pomogło.

O TYM, ŻE WSZYSCY DOSTAJĄ ŚWIERGOLCA

Bardzo fajna pogoda – trzyma w napięciu jak dobry kryminał; co kilkadziesiąt minut zwrot o 180 stopni. W czwartek ubłagałam N., żeby napalił w kominku, bo spleśnieję (przepraszam cię, planeto, obiecuję że zasadzę drzewo), a w piątek się rozbierałam na przystanku autobusowym. Z szalika się rozbierałam, żeby nie było, że jakąś burleskę odwalam w miejscach publicznych. Połowa ludzi na przystanku była w kurtkach zimowych, a pozostali w krótkim rękawku i jedni przyglądali się drugim z zazdrością i jednocześnie zwątpieniem w oczach. 

Wszyscy od tej pogody powariowali, np. Szczypawka siedzi w krzakach, z których trzeba ją wyciągać za dupę, bo odkryła młode szpaczki. Takie podloty już opierzone, ale jeszcze łamagi, więc nie dają rady przed nią uciec, a ta się koniecznie chce ZAPRZYJAŹNIĆ. Trzeba było ratować maluchy przed przyjaźnią Szczypawki, ale i tak chyba poczuły się urażone, bo dokumentnie zasrały nam parapet od kuchennego okna. 

Z kolei N. pojechał na zakupy do Lidla i wrócił roztrzęsiony, bo on wbrew pozorom ma delikatną konstrukcję psychiczną. Twierdzi, że to nie jest w porządku, żeby przypadkowy klient musiał oglądać obce gołe dupy damskie i męskie w publicznej przestrzeni wspólnej, jaką jest sklep wielobranżowy. Okazało się że rzucili jakieś spodnie czy leginsy i centralnie na samym środku sklepu wszyscy koedukacyjnie te portki mierzyli, bez żadnego skrępowania. I żeby się dostać do nabiału, trzeba się było przedrzeć przez stado obnażonych dup. N. twierdzi, że do dziś ma powidoki i że mandaty powinni za to wlepiać.

A jedna moja najłagodniejsza, najspokojniejsza i chyba najbardziej zrównoważona koleżanka wysłała któregoś dnia linka „CZY ROZMAWIASZ ZE SWOJĄ JONI” – i dołączona instrukcja. Muszę wyznać, że nie – najczęściej rozmawiam z psem, czasem z muchami, duchowi też powiem kilka słów, no i sama ze sobą. Ale z joni – no niekoniecznie, bo chyba musiałabym się schylić czy coś, a ja nie należę do osób giętkich. Trzaśnie mi w kręgosłupie i co? 

Na najbliższe dni też zapowiadają burze z gradem, więc chyba nadal będziemy nieco niezrównoważeni. Na szczęście jest młoda kapusta. Z młodą kapustą zawsze jakoś człowiekowi raźniej.