O TYM, ŻE MARTWIĘ SIĘ O CHIMERY

Jakby jeszcze było za mało dramatów na świecie, to musiała się zapalić katedra Notre Dame. Bardzo to smutne, zwłaszcza jeśli okaże się, że winna była ludzka bezmyślność i głupota. A zagrała w tylu filmach o końcu świata! Pamiętam, jak ją zobaczyłam pierwszy raz i pomyślałam, że jest… mała. W kinie zawsze wyglądała tak potężnie, a w porównaniu do Sewilli czy Santiago de Compostela – mała i wciśnięta pomiędzy budynki. Ale oczywiście piękna. 

Pocieszam się, że spłonęły głównie dostawki z XIX wieku, no i katedry głównie są w remoncie. To ich stan naturalny. Ale nigdzie nie piszą, czy chimery udało się uratować.

Natomiast obejrzałam „Killing Eve” (pierwszy sezon, bo widzę, że drugi się pojawił) — jak zwykle sto lat po wszystkich. Sandra Oh jest kochana, ale cały czas jest Christiną z Chirurgów, nawet męża tak samo traktuje (ho ho, jaki piękny polski wątek). A psychopatyczna morderczyni jest urocza przez pierwsze pół serialu – naprawdę ją polubiłam, w dodatku bardzo fajnie się ubiera – a następnie akcja skręca w kierunku Moskwy i laska okazuje się być rosyjską sierotką. Jak one wszystkie. A już miałam nadzieję na coś naprawdę odjazdowego, a tu kolejna rosyjska sierotka. Naprawdę nie ma na świecie nic bardziej porąbanego, niż rosyjskie sierotki?… 

Deszcz wczoraj spadł, ale za mały i za krótki, strasznie sucho jest. Chyba nic nie pachnie piękniej od wiosennego deszczu. Może małe szczeniaczki.

O ZAGADKOWYM UPOMINKU

Nie wiem jak u Państwa – u nas od rana pada śnieg. ŚNIEG. Niech mi ktoś poda valium albo siekierę.

Ale dobra, zawał nie zając – dziś będzie o prezentach, które sobie przywieźliśmy, a zwłaszcza o jednym. Najchętniej przywozimy sobie upominki ze sklepów spożywczych – paprykę, saszetki do paelli, sól w płatkach, a ostatnio pudełeczka z szynką iberico krojoną w kosteczkę. To jest fantastyczna sprawa, bo szynka jest za droga i za pyszna, żeby cokolwiek się marnowało (a oni tam bardzo szanują jedzenie, bo upieram się, że u nas nie), więc to co zostanie na nodze, a nie da się pokroić w piękne plasterki, jest krojone w kosteczkę i pakowane do małych pudełeczek. I można sobie takie kostki najpyszniejszej szynki kupić za naprawdę niewielki pieniądz do jajecznicy, do tortilli, do sosów, no i oczywiście dla Szczypawki. A tym razem kupiliśmy COŚ TAKIEGO:

Zgodnie z opisem na etykiecie – jest to cukier trzcinowy. W kawałku. Nigdy czegoś takiego nie widziałam, więc oczywiście MUSIELIŚMY kupić i przywieźć, a teraz kompletnie nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Zwierzątkom jako lizawki nie wywieszę, bo chyba nie powinny jeść cukru? Mam jeszcze mały promyczek nadziei, że skoro pochodzi z Kolumbii, to przy rozbijaniu trafi nam się miła niespodzianka w postaci miłej paczuszki z kokainką w środeczku – bo pewnie skończy się na rozbijaniu, bo do czego można to zużyć?… (Bimber – na pewno da się z tego zrobić bimber).

 Oczywiście zapomniałam rzeżuchę na święta wysiać. Będą smętne blade kiełki, zamiast zielonej łączki. Wszystko przez pogodę.

O SKUPIANIU SIĘ NA POZYTYWACH

No i co? „Na jakiś czas żegnamy się z wiosną. Przymrozki i deszcz ze śniegiem” – chciałam tylko zaznaczyć, że ja się z nią nie zdążyłam przywitać. Naprawdę nie wiem, dlaczego jestem takim wędrującym biegunem zimna i deszczu i jak to zmienić – może na MRI powinnam się wbić? Podobno tam się mogą w człowieku przemagnesować cząsteczki (i wtedy będę przyciągać tropikalne tornada i burze piaskowe, taaa).

Wróciłam prosto w stosy prania oraz obowiązków sprawozdawczych. Po prawie dziesięciu latach objął mnie silnymi ramionami (nie, nie latynoski amante) GUS, w ramach ustawy o statystyce, którą szanuję, bo nawet bywałam na zebraniach. W dodatku oczekując ode mnie, że będę miała swój login i hasło sprzed tylu lat. I co? I ZNALAZŁAM JE! (Deszcz ekologicznego confetti na moją cześć). A i tak wyskakiwał mi czerwony wykrzyknik, albowiem kobiety mi się nie sumowały. To znaczy ja się nie sumowałam – ja jestem tą kobietą, co się nie sumuje. Całe życie tak mam. Nawet chciałam im to napisać w wyjaśnieniu błędu.

Co do prania, to mam takie zagadnienie, DLACZEGO mój mąż ma całą szafę koszul, a chodzi w trzech na okrągło. I kupuje sobie nowe, wiesza je i nosi tamte. Jak widzę, że znowu wyjeżdża z szafy błękitna w paseczki, to mam ochotę go potraktować wodą ze spryskiwacza do żelazka. Mam taki plan, żeby je schować albo nie prać miesiąc i sprawdzić, co zrobi (chociaż jak w „Kobiety pragną bardziej” Jennifer Aniston kazała Benowi Affleckowi wywalić ukochane stare spodnie, to się wziął i wyprowadził z domu na jacht – N. nie ma jachtu, chociaż czy z facetem cokolwiek wiadomo na sto procent?…).

A dobra wiadomość jest taka, że jest drugi sezon „OA”. Skupmy się na pozytywach (i ajerkoniaku).

O WYPOCZYNKU W TROPIKACH TROCHĘ A REBOURS

Czy ktoś jeszcze zmarzł na Teneryfie? Bo może jest nas więcej i ja niepotrzebnie histeryzuję. Nie było ani jednego dnia bez deszczu (ani_jednego); takie przelotne to jeszcze, ale jak wieczorem zaczynało lać, to galopem musieliśmy wracać ze spacerów znad morza i starówki, siedzieć na balkonie i pić wódkę z Clipperem (tę wódkę, co jednak mieliśmy przy sobie przypadkiem). Nasz znajomy z Galicji szatańsko chichotał, śpiewał Tenerife tiene seguro de sol!, nagrywał filmiki z ulewą i nami w roli zmokłych i zmarzniętych kur i wysyłał kolegom i rodzinie (którzy okazało się też dostali po dupie, bo w Hiszpanii przeszły burze śnieżne).

Zasadniczo sami byliśmy sobie winni marznięcia, bo ciągle jeździliśmy w góry, a jak wiadomo, temperatura spada o 4 stopnie na każde tysiąc metrów. Na moje oko, a raczej zmarznięty tyłek, to więcej. W parku Teide (kolejka NA SZCZĘŚCIE była zamknięta, bo bym została na górze w charakterze kostki lodu z wkurwionym rozczochranym mamutem w środku) były jakieś dwa stopnie – u podnóża kolejki! No dobra, kilka razy wyszło słońce, ale głównie mam zdjęcia w kurtce od deszczu. A zwiedzaliśmy naprawdę malownicze miasteczka o nazwach jak z Hemingwaya – San Cristobal de la Laguna czy Icod de los Vinos. Vinos owszem nie zabrakło, jeszcze w powrotnym samolocie wydawało mi się, że we mnie chlupie. W ogóle powrót był dość interesujący, bo wieźliśmy prezenty z Galicji – ceramicznego głuszca Sargadelos wielkości połowy mojego psa oraz ciastka z Noia, które lubię (oraz kiełbasę oczywiście, ale to w walizce na szczęście).

Kolejnym wyzwaniem było jedzenie u Guanchinchos, czyli rdzennych mieszkańców. W górach jest sporo lokali Guanchinchos, ale nie, nie wchodziliśmy do takich typu RESTAURACJA, nie. Szukaliśmy (tzn. nasz znajomy, który ma fioła na punkcie gastronomii) takich AUTENTYCZNYCH – przy winnicy albo gospodarstwie, który polega na tym, że siada się u kogoś w garażu, dostaje wino spuszczane rurą z beczki co stoi na podwórku, a do jedzenia to, co akurat mają w garach i na grillu. Trzeba przyznać, że było to bardzo smaczne – ser, chistorra, kotlet z krowy wielkości mojej sypialni oraz – UWAGA KANIONEK NIE CZYTA – duszone mięso kozy (PRZEPRASZAM!). Wino nalewają do karafkobutelek i pytają się, jaka ma być pojemność. Zamówiliśmy litrową, ale wspólnie doszliśmy do wniosku, że JAKIŚ MAŁY był ten litr i w ogóle nie wiadomo, gdzie się podział. 

Z serem to było tak, że w każdej knajpie nas atakowali serem i dość asertywnie polecali jako miejscowy przysmak – zamawialiśmy, żeby nie rozjuszyć kucharza, zresztą faktycznie był niezły, coś jak halloumi, ale bardziej puszysty, z miejscowymi sosami. Od drugiego dnia nasz znajomy w każdej, ale to KAŻDEJ knajpie prowadził taki dialog:

– A ten ser to jest de la tierra?

– Oczywiście, miejscowy przysmak, najlepszy, tutejszy.

– A z czego on jest?

– No z mleka krowiego.

– Szanowny panie, od kilku dni jeździmy po wyspie, przejechaliśmy prawie całą wyspę, NIGDZIE nie widziałem ANI JEDNEJ KROWY. To z CZEGO jest ten ser?…

No i tu następowało przysięganie na kolanach, że krów jest od cholery i trochę, tylko gdzie indziej, ale NA PEWNO są. Ale faktem jest, że krowy nie widzieliśmy ani jednej. Kozy też nie. Za to całe hektary bananowców. Może poukrywali te krowy między bananowcami i dlatego ich nie widać.

Oraz oczywiście wszędzie wtykali miejscowe ziemniaki, ale uprawy ziemniaków widzieliśmy i mieliśmy do nich zaufanie (wiadomo, ziemniak najlepszym przyjacielem człowieka). Nasz znajomy tak się rozmarzył, że któregoś wieczora po kilku wódkach na balkonie zdradził nam ściśle strzeżony sekret.

Otóż, żeby zjeść najlepszego pieczonego ziemniaka, idzie się na łąkę i szuka dużego, porządnego, wyschniętego krowiego placka. Na placku układa się ziemniaki i podpala go. Jak placek się wypali – ziemniaki są gotowe i absolutnie przepyszne.

Ja akurat wódki z Clipperem nie piłam, tylko wino, które jak wiemy rozwesela i przy tej opowieści o mało nie wypadłam z balkonu ze śmiechu, a było to piąte piętro i bardzo twardy granit na chodniku. Bo nasz znajomy naprawdę jest smakoszem, w dodatku wybrzydzającym, i np. kilka razy nie weszliśmy dokądś na wino, bo KIELISZKI BYŁY NIE TAKIE. Więc jak go sobie wyobraziłam z tym krowim plackiem…

A i jeszcze na krzywy ryj zwiedziliśmy kompleks basenów z morską wodą w Puerto de la Cruz – zwykle są zamknięte, ale dla nas otworzyli i jeszcze się uśmiechali, kłaniali się nam i witali. Trochę się dziwiliśmy, ale na Kanarach ludzie ogólnie są bardzo mili, więc weszliśmy, podziwialiśmy i robiliśmy zdjęcia, po czym okazało się, że tego wieczoru jest wynajęte na zamkniętą imprezę typu rodzinna fiesta i wszyscy pozostali ludzie się znają, witają i całują. Spokojnie mogliśmy się wbić na kolację – ze zdolnościami mojego męża do zawierania znajomości po kwadransie bylibyśmy atrakcją wieczoru i ukochanymi kuzynami – tylko że nie byliśmy głodni.

Ładna ta Teneryfa – z jej górami, widokami, palmami, bananowcami, turkusowym morzem i czarnymi plażami, które mają coś w sobie – ale zupełnie nie ma tam małych, portowych puebli z barami dla miejscowych (chociaż np. w San Cristobal zaplecze barowe wyglądało bardzo obiecująco – nie dziwne, bo tam jest uniwersytet – choć to nie nad morzem). 

No i tak. Niektórzy wrócili z katarem i teraz się leczą. A ja w samolocie przeczytałam „Pieczeń dla Amfy” Salci Hałas i jestem dość zachwycona. 

PS. W domu komitet powitalny w składzie a) pająk, b) ćma. Znaczy jednak wiosna.

O MAŁYM URWANIU SIĘ

Kupiliśmy dziś w BIedronce dwa buszkpany do ogródka – bardzo mi się podoba bukszpan, chociaż śmierdzi. Ładny i śmierdzi – zupełnie jak Brad Pitt (kiedyś był artykuł o tym, że koleżanki z planu na niego narzekają; podobno po mydło sięgał z rzadka).

Jedziemy na małe urwanie od rzeczywistości i spotykamy się ze znajomymi z Galicji. N. od kilku tygodni wydzwania, czy chcą coś z Polski (może śliwkę w czekoladzie, może pas słucki), ale nie – oni też mają za sobą ciężką zimę i nic nie chcą, tylko usiąść na winie i pogadać. „Nic nie przywoź, niczego nie kupuj… No chyba żebyście mieli przy sobie przypadkiem trochę wódki”. Tak się składa, że zazwyczaj w takich przypadkach MAMY.

Czy w miejscu docelowym ma padać deszcz? Ależ. Przez calutki przyszły tydzień. N. chce mnie zastrzelić.

O ZBAWIENNYM WPŁYWIE AJERKONIAKU

Nie powiem, że się nie zdenerwowałam tą zadymką śnieżną ZNIENACKA – owszem, zdenerwowałam się, chociaż i tak luksusowo, z pozycji kanapy, a nie tkwiąc gdzieś w korku. Zwłaszcza że N. znowu nie było w domu (wątroba mu niedługo pęknie od tych NEGOCJACJI) i jakby wyłączyli prąd, to bym już dziś była opisywana w prasie lokalnej – gdzieś na piątej stronie, bo figura już nie ta co kiedyś („Mieszkanka osady widywana naga i agresywna, wyskakuje z krzaków, nie atakuje psów”). W dodatku śnieg przeleżał przez noc i dopiero następnego dnia, jak wyszło słońce, koło południa zniknął cichutko i całkowicie, jak Marek Falenta.

Natomiast sprawdziłam zdjęcia w telefonie – w zeszłym roku śnieg spadł 29 kwietnia. Czyli to jest raczej trend, a nie anomalia.

Oraz na pocieszenie golnęłam sobie ajerkoniaku Krupnika, który dostałam od męża w prezencie (zawsze powtarzam, że jestem spod Panny i interesują mnie jedynie prezenty praktyczne). Najpierw kupił mi w wersji solony karmel – niezły, ale za słodki, oddałam ciotce. No to przytargał klasyczny – nie mogę napisać, że SMAK DZIECIŃSTWA, bo co sobie o mnie ludzie pomyślą – ale tak, zupełnie domowy ajerkoniak, co to dziadek mieszał jajka, a babcia dolewała spirytusu (tak, u nas w domu tak właśnie wyglądała płeć społeczno – kulturowa; biszkopt tez robił dziadek, bo miał dużo cierpliwości, a babcia była narwana). I normalnie przypomniała mi się wycieczka w liceum, jak to wieczorem w pokoju siedem dziewcząt (niestety nie z Albatrosa) upiło się jednym ajerkoniakiem (jak mawia moja koleżanka – kiedyś to był ajerkoniak!). No ale to były inne czasy, młode i niewinne wątroby, a każda z nas miała dezodorant Limara albo Impuls, Matko Boska! Słabo mi na samą myśl dzisiaj.

Na Florydzie podobno wylazły na ulice tysiące trujących ropuch.

A ja bardzo, bardzo, BARDZO dziękuje za polecenie książki – już od samego tytułu zrobiło mi się jakoś cieplej w okolicach mojego czarnego, nadgniłego serduszka. Zamawiam, jak tylko wrócimy z ferii poświąteczno – przedświątecznych.

O ROMANTYZMIE I SYMBOLICE SENNEJ

No proszę, trochę słońca, nieco dłuższy dzień i od razu ludzie zaczęli patrzeć na świat z optymizmem: „Poszedł naciąć bzu dla żony, po drodze zadźgał kolegę nożem”. Bez dla żony!… Prawda, jak romantycznie? A nie tylko Jarosław i koperta, Jarosław i koperta w kółko na okrągło. Ile można.

Z nowości u nas: Szczypawka się do mnie NIE OD ZY WA, bo obcięłam jej pazurki. N. głównie w delegacjach, więc w sumie dobrze, że muchy się pobudziły – przynajmniej mam z kim porozmawiać.

A wczoraj po południu robiłam sobie wytworną kanapkę z pasztetem i odkroiłam czubek kciuka. Bo N. musi mieć wszystkie noże BARDZO OSTRE, więc ciągle ten swój milion noży ostrzy i ostrzy, nawet już nie, żeby przecięły włos w powietrzu. One mogą przeciąć słonia w powietrzu i słoń nie zauważy! (No – później w końcu zauważy, jak się rozpadnie na dwie części). W efekcie ja mam poobcinane końce palców, które wyglądają jak ścięte czubki point. 

Śniły mi się pomarańcze, sprawdziłam w senniku – „Pomarańcze mogą wskazywać na potrzeby seksualne”. Nie wiem po co sprawdzałam, bo senniki są jak ten erotoman u psychiatry, co wszystko mu się z dupą kojarzy. W sennikach wszystko jest symbolem seksu, od drabiny przez cygaro do pomarańczy; może nastolatki je piszą. A ja podejrzewam, że chodziło o to, żebym sobie kupiła pomarańczowe tenisówki, bo w tym kolorze jeszcze nie mam w kolekcji.

Ale na razie jeszcze za zimno na tenisówki.

O TYM, ŻE JAKBY DRGNĘŁO, ALE NIE MAM NOCNIKA

Nie wiem jak u Państwa – do nas wiosna przyszła dziś od samego rana. Siedziała centralnie na ścianie obok kredensu. Dobrze, że N. zszedł na dół pierwszy:

– Był strasznie włochaty i taki wielki, że ledwo go upchnąłem do słoika!

Słoik po ogórkach Krakusa, zaznaczam. Więc nie byle co. Gdyby trafiło na mnie, to najpierw bym się darła kwadrans, a później to nie wiem. 

Pogoda w niedzielę była tak obrzydliwie ładna, że jakby poczułam coś takiego… coś na kształt entuzjazmu życiowego. No chyba, że to nie był żaden entuzjazm tylko bąbelki od pepsikoli, której się napiłam prosto z butelki z lodówki i oczywiście poszła mi nosem. Ale OK – nawet ja, czyli Kłapouchy zawsze wilgotny i smutny, muszę przyznać – JEST LEPIEJ, niż było. Oczywiście nie mogę sobie popsuć reputacji i nie będę tu wybuchać optymizmem, bo jeszcze ktoś by sobie coś pomyślał, ale jakby drgnęło w dobrym kierunku. Na tyle mogę się zgodzić.

W naszej Biedronce ustawili krem z octu balsamicznego w dziale kosmetyków. Normalnie na półce obok innych kremów. Bardzo mi się spodobało takie kreatywne podejście i poinformowałam o tym koleżanki, a jedna mówi, że jeszcze inaczej by to widziała. Że skoro to jest „KREM O SMAKU”, to powinien stać obok prezerwatyw. 

No nie wiem. Mnie się podoba tak, jak jest.

Oglądam teraz „Dereka” – dziękuję za namiary! Nie wiem jak mogłam przegapić; jest cudny. Akurat czegoś takiego mi było trzeba. Aż żałuję, że kazałam N. zlikwidować oczko wodne i teraz nie mam kijanek, żeby je przynieść do domu i trzymać w zlewie. Albo w nocniku. Bo nocnika też nie mam. 

O TYM, ZE MARCOWEGO DOŁA CIĄG DALSZY

Nie dość, że jest ohydnie, mam dosyć tego marca i ciągnę się przez życie jak rozdeptana dżdżownica, to jeszcze mój stary ZNOWU mi TO zrobił. Znowu mnie zostawił samą w chałupie! Naprawdę oszaleję, a on twierdzi spokojnie, że NIC NIE PORADZI, że są tacy rozrywani. Natomiast ja przebywam na przeciwległym biegunie bycia rozrywaną – jestem całkowicie nierozrywana, nierozrywkowa i w kontrze (w zasadzie do wszystkiego). A w nocy pies mnie wyciąga na spacery o trzeciej w nocy, mimo że DOBRZE WIE, że ja się tej trzeciej w nocy boje najbardziej. I co z nią zrobić? Z drugiej strony, może ona przeprowadza mi terapię metodą desensytyzacji – zobacz, pańcia, trzecia w nocy i nie ma żadnych duchów! Kochana Szczypawko – to że ich nie widać, to nie znaczy że ich NIE MA – wszak to duchy.

Jest przeohydnie, a na dodatek nie mam pomysłu, co na obiad w weekend. Nic mnie kulinarnie nie pociąga. To znaczy owszem – na przykład bakłażany z miodem z widokiem na Ocean Atlantycki; ale obawiam się, że w domu mogą mi takie nie wyjść (chociażby z prozaicznego braku oceanu).

Jak to mówią – na małego doła kąpiel z olejkami, na dużego – z suszarką.