O SŁONECZNEJ HISZPANII, OLE!

 

Deszcz. Martwiłam się, że będzie padał deszcz. Nie przyszło mi do głowy – zupełnie nie wiem, dlaczego – że złapią nas śnieżyce. Trzy regularne śnieżyce, w Hiszpanii, 27 i 28 kwietnia.

Wylądowaliśmy w Madrycie o czasie, przywitało nas słońce i wynajęty samochodzik, problem był z wyjazdem z parkingu: na lotnisku coś remontują, jest lekutki bałagan, oznakowanie poprzestawiane, po trzecim kółku (przy czym w połowę alejek wjeżdzaliśmy pod prąd, inaczej byśmy tam tkwili do dziś) doszliśmy do wniosku, że WYJAZD z parkingu NIEOZNAKOWANY, a król Hiszpanii jeździ na Majorce motorynką na dziwki!…

Na szczęście, poza parkingiem wszystko było świetnie oznakowane (ale król Hiszpanii podobno naprawdę jeździ motorynką na dziwki. Na Majorce. Monarchia schodzi na psy, i to nierasowe).

Tym razem padło na zwiedzanie Kantabrii, bo to ostatni region na północy, którego nie znaliśmy. Cóż mogę powiedzieć – jest piękna, jak cała północna Hiszpania. Bardzo, bardzo zielona, bardzo górzysta, dość przemysłowa (mija się takie fabryki, że nasz Bełchatów wygląda przy nich jak makieta z klocków). Nad samym oceanem też są góry, tylko niższe – takie Bieszczady nad morzem.

Spaliśmy w Santander, które jest właściwie dwoma miastami w jednym: ma część letniskową z plażami, willami i ogólnie letnią rozpustą, która wygląda jak Saint-Tropez (tylko ładniejsze i większe), i część portową – też z pięknym deptakiem, ale przede wszystkim z knajpami, winiarniami, tapas barami – czyli tym,  co w życiu chodzi najbardziej. Ooo, bardzo się wieczorem przyjemnie robi tak zwaną ruta del vino i tapas (czyli rajd po barach). W barach mają przystawki i kanapeczki zupełnie jak w Kraju Basków, dla mnie po prostu raj. Ceny przystępne bardzo, w Bodegas Mazon za dwa wina płaciliśmy 1,30 euro (choć to już było ekstremum), do wina gratis dostaliśmy kanapeczki z tortillą, dwa kubki rosołu i oliwki. Wspaniały jest bar El Diluvio – chwalą się, że mają tam najlepsze pinchos w całej Hiszpanii i może to być prawda, minihamburgery z wołowiny kobe były przepyszne. Canadio też bardzo w porządku. W ogóle można oszaleć od samego patrzenia na te kanapki. Aż żal kłaść się spać (w okolicach północy, nie wcześniej) – ale niestety, żołądek jest jeden… Smutne.

W Santander mało kto chodzi po ulicy bez psa. Lub wchodzi do baru bez psa. Takiej ilości psów naraz to chyba nie widziałam nigdy. Pod każdym stolikiem czy barowym krzesłem zwykle coś się kłębiło. Nie muszę chyba wspominać, że psiej kupy – ani jednej. A może to są roboty.

Żeby nie było, że tylko chlałam, to zwiedzaliśmy wybrzeże. San Vincente de la Barquera, gdzie trzeba pojechać, bo tam jest prześliczne ujście rzeki do oceanu i miastko – cukiereczek. Comillas, gdzie trzeba pojechać, bo znów – miasteczko średniowieczne i piękne, ale przede wszystkim – El Capricho, pałacyk Gaudiego, taki śliczny, że chce się polizać te kafle ze słonecznikami. A w ogóle wygląda jak zamek Czerwonej Królowej, zupełnie zwariowany i bardzo malutki w środku – rzeczywiście, kaprysik. Santillana del Mar – chociaż wcale nie jest nad morzem, trzeba pojechać zwiedzić Altamirę, jaskinię z paleolitycznymi bizonami na ścianach. I na koniec na rybę do Suances – słońce jak dzikie, stolik nad oceanem, eee, na pewno ta prognoza pogody się myli. Za ciepło jest, żeby się ochłodziło.

No to od piątku rano lało.

Pojechaliśmy do Castro Urdiales (wieje tak, że zrywa ze mnie wiatrówkę, ale jeszcze dość ciepło). Znowu śliczne miasteczko, na samej granicy z Krajem Basków, więc od przystawek w barach kręci się w głowie. W porcie na skale stoi zamek i kościół. Wieje, kropi deszcz, więc KONIECZNIE musieliśmy tam wleźć po mokrych, śliskich, kamiennych schodach. Na szczęście zaraz zeszliśmy do labiryntu podcieni i uliczek z barami i miałam kulinarne objawienie. Jadłam najlepszą rybę świata i nie wiem, czy kiedykolwiek jakaś ryba ją przebije. Wątpię.

To miała być sola meuniere, z tym, że w Hiszpanii za solę uchodzi lenguado – nie jest taka plaskata, jak niektóre gatunki, tylko długa i wyższa, ma grubsze filety niesamowicie białego mięsa. Taka ryba na maśle jest zawsze pyszna, ale tu przynieśli mi dzieło sztuki: masło musiało być gotowane jak masa na kajmak, bo było lepkie, gęste i pachniało toffi i cytryną. I w takim niesłodkim kajmaku były usmażone filety, całe nim oblepione, po brzegach chrupiące. N. się wystraszył, bo wzięłam do ust pierwszy kęs i zastygłam, pewnie myślał, że zeżarłam ość. Zostawiłam mu jeden filet i też zastygł, kiedy spróbował. Takie cuda tam robią w kuchni z trzech składników. Ech.

W sobotę rano wyruszyliśmy do Segovii i po drodze w górach złapała nas pierwsza śnieżyca. Nie trzy płatki śniegu, co zaraz topniały, nie. Zamarzły nam wycieraczki, po autostradzie jeździły pługi i solarki, znaki drogowe były oblepione śniegiem. No ale dobra, w końcu to góry, 1400 metrów. W Segovii będzie ciepło.

W Segovii się zwiedza rzymski akwedukt, który przecina miasto i wygląda to niesamowicie, jak Colosseum w Rzymie, tylko bardziej monumentalnie (i czyściej). Na placu pod akweduktem stała najbardziej czaderska karuzela, jaką w życiu widziałam, od dawna tak nie zazdrościłam smarkaczom. XIX-wieczna stylistyka, można się było przejechać na gigantycznej ośmiornicy, szkielecie dinozaura, ogromnym pasikoniku, w rakiecie (która startowała w górę), w łodzi podwodnej, w dwupłatowcu, na pirackim statku… Facet ledwo nadążał puszczać to cudo, a klientela piszczała i zabijała się o miejsca w rakiecie i łodzi podwodnej.

Oczywiście N., ten niestrudzony potwór, pognał mnie schodami w górę jakieś 10 pięter (bo stare miasto jest wyżej), na plac z katedrą i jeszcze dalej, do Alkazaru, choć jęczałam i chciałam już tylko zakotwiczyć na winie. W barach były dzikie, przedzikie tłumy ludzi, wylewały się jęzorem na chodniki – okazało się, że piwo Mahou zrobiło promocję – konkurs tapas: za 2 euro w wybranych barach kupuje się małą butelkę Mahou i tapę, która bierze udział w konkursie. Są specjalne kartki – paszporty, gdzie się te tapas ocenia od 1 do 5 punktów, a bar przybija pieczątkę. Tych barów do zaliczenia jest trzydzieści. No czy nie zacny pomysł?…

Mój mąż zjadł w Segovii mocno nieletnią świnię (nóżkę kilkutygodniowego prosiaczka, niestety to ich specjał), a wieczorem spadł śnieg. Grubą, białą, puszystą kołderką. Całe miasto wyszło na wieczorne wino w futrach z norek i puchowych kurtkach. Doprawdy nadziałam na siebie wszystko, co miałam w walizce, a i tak zmarzłam.

W niedzielę rano jechaliśmy do Madrytu na lotnisko i śnieg w górach napierdzielał jak w „Doktorze Żywago”. Ja podkręcałam ogrzewanie, a N. śpiewał „słoneczna Hiszpania, ole!” i dawał nawiew na przednią szybę, żeby rozpuścić lód na wycieraczkach.

Obiecałam solennie już nie jeździć do Hiszpanii PRZED LIPCEM, bo to się trochę mija z celem. No dobrze, zjadłam najlepszą rybę świata, ale jeszcze nie wiem, czy nie mam odmrożonych kończyn. Na lotnisku w Warszawie przywitał nas miły, polski upał.

Wszystko przez tego króla Hiszpanii i jego motorynkę. No bo JAK to inaczej wytłumaczyć?…

A w domu przywitał mnie pomidor, który z tęsknoty górą wypuścił bujne, zielonoszare futro, a dołem trochę zupy. To mówicie, że co nowego w serialach?…

O TYM, ZE ZAWSZE COŚ

 

No więc jak już się upewniłam, że strajk Lufthansy nas nie dotyczy (wiem, że „upewniłam” to słowo bez znaczenia w odniesieniu do linii lotniczych, powiedzmy – sprawdziłam w dostępnych miejscach), to ledwo łażę od wczoraj.

Przewracam się, bo mi się w głowie kręci, oraz nie mogę skupić wzroku. CZYŻBY TYFUS? (od tyłu: sufyt). Wszystko dlatego, że wyszłam do ogródka w weekend. Zamiast gnić pod dachem i nie kusić licha przed wyjazdem!

To może policzę, co taniej wyjdzie – anulowanie rezerwacji czy transport ewentualnych zwłok z Santander. A nawet już dostaliśmy namiary na lokal z nóżkami kalmarów, najlepszymi w całej Hiszpanii!… Zapowiada się, że N. mi je przyniesie do łóżka w papierowej tytce.

A w „Siostrze Jackie” – O’Hara wyjechała do Londynu? NA ZAWSZE? Ja się nie zgadzam! I zamiast niej lata taka młoda, blada i mało rozgarnięta. I ma takie włosy, jak ja po tym tak zwanym wiosennym odświeżeniu.

 

PS. O mamo, jak mi się podobał Humphrey Bogart w „Sabrinie”. Tylko jak oni to zrobili, że nie sięgał Audrey do ucha?

 

 

O KARPIU, KULKACH I NOWYM KOLORZE WŁOSÓW

 

Noooo, dawno nie miałam porządnego, uczciwego, staropolskiego, tradycyjnego kaca poimprezowego, prawda? NO TO MAM (hura!).

(Boli mnie glowaaaa, a N. puścił Formułę 1 – no IDEALNY podkład dźwiękowy dla skacowanych, japierniczę).

Miał być babski kieliszek wina na mieście w piątek wieczorem, ale jedna moja koleżanka ewidentnie ma jeszcze za mało roboty i obowiązków, bo postanowiła, że party będzie U NIEJ. Otwarcie sezonu grillowego. I żeby przyjść z mężami. Jezusie na obrusie, czy ja nie mogę trafiać na jakieś NUDNE NIEINTERESUJĄCE przyjęcia, z których się po godzinie wychodzi trzeźwym i znudzonym?…

Od samego wejścia było wesoło – pani domu otworzyła nam z lekko oszalałym wzrokiem, bo przyszła do niej sąsiadka i wręczyła KARPIA. Ot tak – z sympatii. Sąsiedzka przysługa. I przez całą imprezę próbowała nam tego karpia upchnąć. Najpierw do bieżącego zjedzenia, a później na wynos, żeby się go pozbyć z domu. Co jakiś czas karp w reklamówce brał udział w przyjęciu i rozmowach, bo nosiła go z lodówki na balkon i z powrotem i lamentowała nad nim. Sprawdziłam dziś rano torbę i kieszenie – nie wepchnęła go nam, może się dostał komuś innemu. Oprócz karpia prezentowana była jeszcze myśląca plastelina i to jest CZAD. Absolutnie taką kupuję. N. chce do niej strzelić z łuku, żeby zobaczyć, czy strzałka się odbije rykoszetem.

Strasznie się wszyscy darliśmy (może to ze starości się tak człowiekowi robi, bo głuchnie?) na różne tematy, ale w pewnej chwili zapanował taki moment ciszy. I w tej ciszy mój mąż, jak już wspominałam – absolutny mistrz dowcipów wyczynowych – spojrzał w górę na żyrandol i zadał zasadniczym tonem pytanie:

– A JAK ŻARÓWKI?…

Wszystkich zatkało, oprócz męża gospodyni, który równie zasadniczo odpowiedział:

– ŚWIECĄ!

Głupawki, która nas po tym opanowała, opisać się nie podejmuję, ale myślałam, że się uduszę i bolą mnie dziś wszystkie mięśnie.

Poza tym, dwa razy dostałam czkawki i wiózł nas w obie strony ten sam taksówkarz. Niezłe musi mieć teraz o nas mniemanie.

Oraz dostałam w prezencie kulki dopochwowe (no… zakładam, że jesteśmy tu wszyscy dorośli, więc bez fałszywej pruderii nazywajmy rzeczy po imieniu, prawda?). Niestety, nie zdążyłam ich porządnie obejrzeć, ani nawet hm, przymierzyć, ponieważ NATYCHMIAST N. mi je zabrał i schował. Z długim i dosadnym komentarzem, że nam to już tak odwala, ale to TAK odwala, że on już nie ma na mnie słów, ani na moje koleżanki, i że już całkowicie nam wali na dekiel i chyba mnie będzie musiał jednak zlać. Spoko, o tym, że chyba powinien mnie zlać, to słyszę już dwanaście lat, ale żałuję, że ich nie rozkminiłam, bo one są jakby puste w środku i z przesuwającym się środkiem ciężkości. Już naprawdę, nie miał się do czego przyczepić – WIELKIE MI CO.

Oraz jestem, hm, STRASZNIE blond. W życiu nie miałam takiego koloru włosów. Zażyczyłam sobie wiosennego ożywienia, no i mam. Moje rozjaśnione włosy okazały się mieć kolor miodoworudy i KOMPLETNIE nie wiem, co teraz.

O PRANIU KIECEK I FRYZJERZE

 

Dziś o piątej rano naprawiłam ekspres do kawy. O piątej rano! TYMI RĘCAMI. A na oko już nie rokował – ma swoje lata, bo dostaliśmy go w prezencie ślubnym.

(CO?… To ile lat ja jestem po ślubie? Nie, to NIEMOŻLIWE. Odmawiam liczenia lat po ślubie. I w ogóle LAT. Ludziom i ekspresom. Poza tym Einstein twierdził, że czas nie istnieje i ja mu wierzę za każdym razem, kiedy czekam, aż się zagotuje woda w czajniku).

Na razie ten zapowiadany upał jest taki dość zachowawczy. Na północy Hiszpanii też. Ale nie narzekam! Boże broń! Nawet dokonałam uprania wiosennych kiecek. W pralce. Łącznie z tymi egzemplarzami, które miały na metce przekreśloną pralkę i obok trupią główkę i skrzyżowane piszczele. TRUDNO. Jestem dla moich ciuchów surową, acz sprawiedliwą burdelmamą z Dzikiego Zachodu. Dbam o nie, ale jak się trafi jakaś ZA DELIKATNA i z WYMAGANIAMI, co to nie toleruje pralki, to mówię jej „Nie potrzebujemy tu takich, jak ty” (ze szklanką podłego ginu w jednej ręce, a rewolwerem w drugiej). Nie będą mi się szmaty panoszyć (jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało).

Horoskop mam do dupy, dupę grubą, ale za to idę do fryzjera w piątek, obciąć Zwierzątko Mojej Mamy.

O TYM, ŻE NARESZCIE JEST PIĘKNIE

 

Jak dopełzam do końca tygodnia, to sobie marzę cichutko, że ten następny to już MUSI być normalniejszy, spokojniejszy, już nas tak nie uszarga, po czym nadchodzi, własciwie NADJEŻDZA następny tydzień – galopując na koniu, wywijając lassem i z okrzykiem BONAAANZAAA! – i znów nas wyżymaczka wypluwa w piątek wieczorem, skonanych, z mordą w owsiance (metaforycznie, naturalnie).

Tak, wiem, to się nazywa ŻYCIE i tak już będzie zawsze, a ja i tak mam luzy i jestem beztroskim leniwym motylkiem (z wielkim tyłkiem).

(Ale nie tak wielkim, jak Kim Kardashian!).

Pies wykąpany wiosennie. Kąpałam oczywiście ja – N. „nie może na to patrzeć”. W efekcie ja jestem TA PODŁA, która kąpie i trzyma siłą przy suszeniu suszarką, a on jest ukochany pańcio, co się użali nad pieskiem i podaje żarcie pod stołem. Gorsza jest tylko Zebra, która obcina pazury. Czy to nie jest niesprawiedliwe, że to zawsze KOBIETA musi być TOM SUKOM i złym policjantem dla zwierząt i dzieci (no i teściowej naturalnie) dla ich dobra?

Piesek ślicznie pachnie szamponem Bambino i jest puchaty (ciekawe, kiedy znajdzie coś super fajnego, gnijącego i lepiącego, i się w tym wytarza). Resztę szamponu dostanie N. (i niech się cieszy, że kupiłam dziecięcy, a nie psi – niech to doceni).

Jaka piękna pogoda. Nawet jak leje, to jest pięknie. Prawie, PRAWIE wyszłam do ogródka dzisiaj.

O TYM, ŻE WIOŚNIE SIE NIE SPIESZY

 

W nocy obudził mnie ból gardła i brzucha. Zdiagnozowałam mukowiscydozę i salmonellę (no bo przecież nie przeżarcie i chodzenie z dekoltem do pasa, prawda).

Jastrząb się niestety zalągł. Przepędzam go, ale wraca, siada na donicy i się oblizuje. Jak jesteśmy w robocie, to na pewno przez cały dzień czatuje. Trochę mi ręce opadły, bo niby już wiosna i można zlikwidować karmnik, ale miałam plan żeby np. kupić fontannę, żeby się ptaszyny latem napiły (jeśli ktoś jeszcze wierzy w lato, ha, ha). Ale nie chcę, żeby ogrodowe źródełko się zmieniło w paśnik dla jastrzębia. CZEMU TO WSZYSTKO MUSI BYĆ TAKIE SKOMPLIKOWANE!…

Ponieważ sandałki leżą, kwiczą i wygląda na to, że jeszcze sobie polezą (i pokwiczą), to zakupiłam na pocieszenie bardzo porąbane botki w stylu militarnych kowbojek. No i tak o: siedzę w kowbojkach i wizualizuję sobie upał. Bo co mi innego zostało.

Nie macie wrażenia, że tegoroczna wiosna jest z tego samego nadania politycznego, co zarząd PKP?

 

 

O PRAWDZIWYCH HORRORACH

 

A i tak najstraszniejsze horrory to są w życiu, a nie w serialach. Wczoraj przez ból głowy aż mi leciały łzy – pierwszy raz w życiu coś takiego miałam. No ale po udanych zakupach spożywczych (hiszpańska szynka ORAZ nie przewróciłam się na środku sklepu i nie zwymiotowałam, czyli – sukces) wracamy do domu, a tam… na donicy… siedzi…

Siedzi jastrząb i wpiernicza któregoś z naszych karmnikowych ptaszków.

(Albo krogulec. Szaroniebieski grzbiet i skrzydła, brzuch i gacie białe w prążki, pomarańczowe oko – piękny okaz, ale dlaczego U MNIE NA PODWÓRKU?).

W ogóle się nami nie przejął, trzymał sobie jedzenie jedną nogą, a dziobem wyciągał flaka. Bardzo prosiłam, BŁAGAŁAM N., żeby mi przyznał rację, że JEST SZANSA, że on sobie wyjął z kosza kawałek białej kiełbasy (najgorszy syf ze starego knura, jaki kiedykolwiek jadłam – jak mogli coś takiego sprzedawać, to nie wiem, z premedytacją przed świętami, bo przecież wtedy upchną każde gówno, i to tzw. LOKALNI SPRZEDAWCY z bazarku! dziady borowe). N. stwierdził „Nie łudź się”, a kiedy nalegałam – „Ha ha, kiełbasa nie ma piórek”. To było z jego strony okrutne i nieczułe (bo faceci to nieczułe cebule).

Tak, ja wiem. Że świat to jedna wielka restauracja. Jeden zjada drugiego i tak to się kręci. Ale nie wiem, czy CHCĘ to oglądać – bardzo proszę, żeby jastrzębie (czy tam krogulce) zrobiły sobie KFC gdzie indziej. Następnego będę gonić z mopem.

No i taki to miałam wczoraj powiew wiosny.

A ten „Bates Motel” to dam mu szansę, bo w połowie pierwszego odcinka się zdenerwowalam, że robią jakieś GLEE dla młodzieży, ale nie, szybko wrócili do adremu, zwłoki w wannie, więc jedziemy dalej. I gdzie grał ten chłopak? Bo nie mogę sobie przypomnieć i mnie męczy.

 

PS. O, albo śliczny wątek – „Granica wiekowa publicznego karmienia piersią” – zębaty trzylatek u cycka w restauracji, to jest dopiero horror! A nie tam Hannibal.

O NOWYM FAJNYM SERIALU O MORDERCACH

 

Ależ oczywiście, że obejrzałam „Hannibala”. Jak mogłabym sobie odmówić widoku Le Szifre’a, zajadającego jajecznicę na damskich płucach. Ten drugi miły, wrażliwy psychol, co rozmawia ze zwłokami i mieszka z siedmioma psami – tez bardzo przyjemny.

I odkryłam jeszcze jeden kryminalny serial, bardzo dobrze zrobiony – „Motyw”. Pierwsze sceny każdego odcinka pokazują nam zabójcę i ofiarę, a później się wyjaśnia, kim dla siebie byli, jak się spotkali i dlaczego zabił. Lub zabiła, bo stwierdzam z przyjemnością, że nareszcie wśród ofiar jest więcej facetów, niż kobiet, natomiast wśród zabójców tak po równo. Bardzo demokratycznie. I w ogóle taki INNY ten serial, zastanawiałam się, o co chodzi – czy to lata 70-te? Nie, bo mają komórki i komputery, ale to USA jakieś dziwne, ciepłe i spokojne. Okazało się, że to produkt kanadyjski.

Chyba bym pojechała do Kanady (wiem, co chłopaki z South Parku mówią o Kanadzie, niemniej jednak. Poza tym, lubię bekon i syrop klonowy).

Bardzo mnie boli głowa. Pocieszam się, że to NA ZMIANĘ POGODY, ha ha ha (na zmianę pogody w KATAKLIZM?…).

 

O TYGODNIU, KTÓRY NA SZCZĘŚCIE MINĄŁ I NIECH NIE WRACA

 

Ten tydzień roboczy tak się nam przysłużył i tak dokopał, niezależnie od pogody (pogoda dołożyła swoją drogą gratis), że pozwolę go sobie podsumować popularnym związkiem frazeologicznym o dość uniwersalnym wydźwięku:

KURWA MAĆ.

 Bo doprawdy nic innego się o nim powiedzieć nie da.

Jedynym jasnym punktem była piątkowa pizza, którą zamówiliśmy do roboty z „Rucoli” na Francuskiej. Muszę dać wstęp, mianowicie – mnie włoska kuchnia nie rusza za bardzo. Zjem, smaczne, ale żebym przepadała, to nie powiem. Pizza tak sobie, kluski czasem, a najbardziej carpaccio (mniam mniam mniam). Nie ma tego pierdolnięcia, które jest w hiszpańskich wiktuałach.

No ale zamówiliśmy pizzę (i tylko dzięki temu nie umarliśmy w gabinecie notariusza do 22.00 – w piątek, tak? Mówiłam już, że parszywy tydzień nam się trafił?…) i O MATKO JEDYNA, to była najlepsza pizza, jaką w życiu jadłam. Na cieście cienkim i kruchym jak opłatek, bez maziastego, rozmaczającego wszystko sosu, no i prawdziwe włoskie dodatki – sery i wędliny. Po prostu – koncentrat smaku, smak w koncentracie. Skropione oliwą, pachnące, chrupiące arcydzieło. I to z pudełka, więc wyobrażam sobie, jak musi być pyszna w lokalu, prosto z pieca i z kieliszkiem wina i świeżą rukolą… Na pewno pójdę sprawdzić.

A dupa rośnie.

Ech… „Dziewczyny” się skończyły chwilowo, „Siostra Jackie” jeszcze nie zaczęła, to co, może posprzątam w chałupie? (Buahahahahaha).

 

O JAKOŚCI USŁUG I TAK OGÓLNIE MELANCHOLIJNIE

 

Małe, wzruszające ptaszki z mojego karmnika przepuszczają przez swoje małe, wzruszające jelitka sześć kilogramów łuskanego słonecznika tygodniowo. N. oczywiście dokupił im dodatkowo karmę dla kanarków, żeby nie były głodne. Nie wiem, czy w kategoriach ekonomicznych tygrys nie zaczyna wychodzić taniej.

O pogodzie nie napiszę, bo chyba wyczerpałam już limit kurw na najbliższe 450 lat.

Wczoraj był dzień bez sensu wlokący się jak flak po bezdrożach, jedyny plus taki, że nic nie jadłam, bo nie było kiedy. Wróciliśmy do domu po 23.00, przylepka z pomidorem (N. gdzieś upolował malinowe, oczywiście TO JESZCZE NIE TO, ale chociaż w przybliżeniu smakowało pomidorem, czego nie można powiedzieć o większości tych wodnistych kulek z marketów) i spać.

No ale jest już cały prąd, a nawet internet!

Z internetem nie było prosto, bo najpierw UPC zawracało dupę niepomiernie, że koniecznie chcą nam zainstalować NOWĄ LEPSZĄ usługę. Osobiście jak słyszę, że NOWE LEPSZE, to dostaję gęsiej skóry, no ale dobra. Wpuściliśmy pana na zakład przed świętami. Pan najpierw zepsuł to, co działało, a później się na nas obraził, bo mamy ruter (?????). Bo on tego nie przewidział. I z tej złości, że nie podłączył nam nowego internetu, to wyłączył nam też stary, żeby było sprawiedliwie.

Tak zwany serwismen przybył dopiero wczoraj, nie za wcześnie, bo bez przesady, jeszcze by się nam w dupach poprzewracało. Na wstępie obraził się na nas, że mamy ruter, bo kolega mu tego nie przekazał. Po dłuższych mękach coś tam mu się udało podłączyć (może po prostu kradniemy od sąsiada), ale chyba nas nienawidzi, bo ciągle wychodził do furgonetki, siąpał znacząco nosem i w ogóle.

Z powyższego mam dwa wnioski:

1) Nigdy, przenigdy nie poprawiaj czegoś, co DZIAŁA,

oraz

2) Jeśli ktoś koniecznie chce ci sprzedać jakąś usługę dla twojego dobra, to go zabij.

Jedno jest pewne: jakość usług spada na ryj w tempie „Lotu trzmiela”. (Oraz: dwóch ludzi, dwa dni roboty plus dziesiątki telefonów, pięć dni awarii i powrót do stanu wyjściowego – na czym oni zarabiają?…).

Zauważyłam, że przestaję być po prostu blada, a zaczynam być półprzezroczysta – jak meduza (i też taka galaretowata).