O KARPIU, KULKACH I NOWYM KOLORZE WŁOSÓW

 

Noooo, dawno nie miałam porządnego, uczciwego, staropolskiego, tradycyjnego kaca poimprezowego, prawda? NO TO MAM (hura!).

(Boli mnie glowaaaa, a N. puścił Formułę 1 – no IDEALNY podkład dźwiękowy dla skacowanych, japierniczę).

Miał być babski kieliszek wina na mieście w piątek wieczorem, ale jedna moja koleżanka ewidentnie ma jeszcze za mało roboty i obowiązków, bo postanowiła, że party będzie U NIEJ. Otwarcie sezonu grillowego. I żeby przyjść z mężami. Jezusie na obrusie, czy ja nie mogę trafiać na jakieś NUDNE NIEINTERESUJĄCE przyjęcia, z których się po godzinie wychodzi trzeźwym i znudzonym?…

Od samego wejścia było wesoło – pani domu otworzyła nam z lekko oszalałym wzrokiem, bo przyszła do niej sąsiadka i wręczyła KARPIA. Ot tak – z sympatii. Sąsiedzka przysługa. I przez całą imprezę próbowała nam tego karpia upchnąć. Najpierw do bieżącego zjedzenia, a później na wynos, żeby się go pozbyć z domu. Co jakiś czas karp w reklamówce brał udział w przyjęciu i rozmowach, bo nosiła go z lodówki na balkon i z powrotem i lamentowała nad nim. Sprawdziłam dziś rano torbę i kieszenie – nie wepchnęła go nam, może się dostał komuś innemu. Oprócz karpia prezentowana była jeszcze myśląca plastelina i to jest CZAD. Absolutnie taką kupuję. N. chce do niej strzelić z łuku, żeby zobaczyć, czy strzałka się odbije rykoszetem.

Strasznie się wszyscy darliśmy (może to ze starości się tak człowiekowi robi, bo głuchnie?) na różne tematy, ale w pewnej chwili zapanował taki moment ciszy. I w tej ciszy mój mąż, jak już wspominałam – absolutny mistrz dowcipów wyczynowych – spojrzał w górę na żyrandol i zadał zasadniczym tonem pytanie:

– A JAK ŻARÓWKI?…

Wszystkich zatkało, oprócz męża gospodyni, który równie zasadniczo odpowiedział:

– ŚWIECĄ!

Głupawki, która nas po tym opanowała, opisać się nie podejmuję, ale myślałam, że się uduszę i bolą mnie dziś wszystkie mięśnie.

Poza tym, dwa razy dostałam czkawki i wiózł nas w obie strony ten sam taksówkarz. Niezłe musi mieć teraz o nas mniemanie.

Oraz dostałam w prezencie kulki dopochwowe (no… zakładam, że jesteśmy tu wszyscy dorośli, więc bez fałszywej pruderii nazywajmy rzeczy po imieniu, prawda?). Niestety, nie zdążyłam ich porządnie obejrzeć, ani nawet hm, przymierzyć, ponieważ NATYCHMIAST N. mi je zabrał i schował. Z długim i dosadnym komentarzem, że nam to już tak odwala, ale to TAK odwala, że on już nie ma na mnie słów, ani na moje koleżanki, i że już całkowicie nam wali na dekiel i chyba mnie będzie musiał jednak zlać. Spoko, o tym, że chyba powinien mnie zlać, to słyszę już dwanaście lat, ale żałuję, że ich nie rozkminiłam, bo one są jakby puste w środku i z przesuwającym się środkiem ciężkości. Już naprawdę, nie miał się do czego przyczepić – WIELKIE MI CO.

Oraz jestem, hm, STRASZNIE blond. W życiu nie miałam takiego koloru włosów. Zażyczyłam sobie wiosennego ożywienia, no i mam. Moje rozjaśnione włosy okazały się mieć kolor miodoworudy i KOMPLETNIE nie wiem, co teraz.

0 Replies to “O KARPIU, KULKACH I NOWYM KOLORZE WŁOSÓW”

  1. kulki są do ćwiczeń, cobyś nie posikiwała w majtki, to baaardzo częsta przypadłość u kobiet po 30, więc możesz powiedzieć swojemu N., że to lecznicze 🙂

  2. Zmieszaj trochę mąki ziemniaczanej (żadnej innej) z wodą, tak żeby była dość gęsta ciastowata masa. Też się tak zabawnie zachowuje. Jak ją nacisnąć, twarda, ale po chwili zaczyna płynąć.

  3. Ło matko! Nie miodoworudy tylko HERBACIANY BLOND!!! A karp tak biadolił za Moniką, że rano go jej zawiozłam do domu!!!! Yyyyyy… rano…. to znaczy skoro świt z hejnałem! Jak już mogłam prowadzić 😉

  4. stanowczo i zdecydowanie niewątpliwie wyglądasz wiosennie!
    a może byś tak wykradła na chwilkę mroczny przedmiot w celach naukowych li i jedynie?
    bo jakaś mała relacja z badania naukowego byłaby cenna 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*