OJ

Kaca mam okropnego… Straszliwego, blagam – NIECH KTOS JESZCZE ma dzis kaca, bo tak w pojedynke to bardzo smutne jest – mieć kaca…

A, bo tak wczoraj się zlozylo – N. wrocil z konferencji, na ktorej od poniedzialku chla… TO ZNACZY PRACOWAL bardzo ciezko, noce zarywal, dla kraju przeciez, nie dla siebie… Wrocil i oznajmil mi:
– Mam dla ciebie DWIE DOBRE WIADOMOSCI – pierwsza to taka, ze wrocilem i JESTEM! A druga jest JESZCZE LEPSZA!

Odkryte zostalo mianowicie, ze NIE MUSIMY jeszcze iść żebrać i żywic się odpadkami ze smietnika (albo – co gorsze – z LODÓWKI… ZGROZA!), bo znalazly się pieniadze! To znaczy, nie ZNALAZLY, bo nie zginely – ale to szalenie skomplikowana historia, bez kolorowych wydrukow i flaszki NIE DO POJĘCIA i szkoda slow…

A pozniej okazalo się, ze Benicio Del Toro jest BAAAARDZO PRZYSTOJNY, ale tylko w sepii (bo w technikolorze to niestety, ale Frankie Cztery Palce…), a Zeta – Jones – WLASNIE, ze brzydka I DZIOBATA – tak! DZIOBATA! Hue hue…

Nie, proszę Sądu – NIE ŻAŁUJE! Warto było, nawet z dzisiejszym kacem. Gdybym mogla cofnac czas, to zrobilabym TO SAMO – zreszta… może ZROBIE i bez cofania 🙂

PS. Zabil major i udalo mi sie kupic OSTATNIE w calej Warszawie „Kroniki portowe”, ktorych nie zdazyla wykupic Haniuta.

PSPS. Babcia mi powiedziala, ze u niej WCZORAJ SZŁA MRÓWKA! Na razie JEDNA, ale… BACZNOSC! 🙂

OD JEDNEJ STRONY GRZYBA SIE ROSNIE, OD DRUGIEJ – MALEJE

Obudzilo mnie radio. Ktos zalotnym basem spiewal wesolo „I’m just superstitious girl”. Ha ha – O TEJ GODZINIE nie miewam poczucia humoru.

– Kimkolwiek jestes, stworze – mamrotalam wsciekla, wyplatujac się z poscieli w porannym amoku – to z TAKIM glosem NA PEWNO nie dziewczyna.

Chcialabym mieć w pracy biurko z szuflada umieszczona centralnie, a nie szafkami z boku. Z takiej centralnej szuflady poczytalabym sobie „Tajemnice Sittaford” Agaty Christie, wlasnie pozyczone od Mary (drogowskaz: matka rodzona Mlodej Zebry). Jestem na 88 stronie, w zasadzie już wiem, kto zabil, ale znajac Agate, to na dwie strony przed koncem ksiazki pojawi się TAJEMNICZY LIST (obcas, sztylet, krewny, spalona zapalka, niewidomy pies ze zlamanym ogonem) i wszystko się poprzewraca.

I za to uwielbiam Agate.

TEGOROCZNY ZWYCIEZCA

Tegorocznym zwycięzcą konkursu na Kandydata Wyjazdu Majowego zostaja ogloszone…
TADAAAAAAAAAAM!
Bieszczady, Trójca!!!!
Gratulacje, trąbki, konfetti, czapeczki w gwiazdeczki 🙂

Bo w zeszlym roku było tak (urywki z listu do Mlodej Zebry):

„A w ogóle przecież nie wiesz, jak było w Hiszpanii!

No więc było SUPER – wszystko było wspaniałe, przejechaliśmy 4 000 kilometrów (ALE TEN N. JEŹDZI! Jak stado szatanów!) – sama zobaczysz, bo mamy 9 klisz zdjęć… Spakowałam się oczywiście jak do Hiszpanii: pareo, sandałki, szorciki, sweterki do pępka… Przywitała nas piękna pogoda w wysokości 15 stopni Celsiusa, po czym zdecydowanie się popsuła – na 1 maja w Galicji SPADL ŚNIEG… Pojechaliśmy na południe (N. kupił mi w międzyczasie buty, bo kurcze jakoś wszyscy w kozakach, a ja z gołymi paluszkami…), gdzie EWENTUALNIE można było nosić czasem T-shirta, a nawet odważnie N. RAZ zanurzył się w hotelowym basenie (na krótko). Kłopotów zatem z kreacjami nie miałam – po prostu, zakładałam wszystko co miałam w walizce i już!

Myślałam natomiast, że uwielbiam owoce morza.

Okazało się, ze nie przewidziałam tego, jak wygląda w naturze brzytwik, czyli navajo, a także, ze trudno się przełyka, kiedy jedzenie odwzajemnia twoje spojrzenie (z talerza). Brzytwika nie tknęłam, uważnie mnie obserwujące czarnymi, paciorkowatymi oczkami krewetki odwróciłam (chciałam wypuścić na wolność, ale zostałam poproszona, żeby nie robić skandalu) i do końca pobytu żywiłam się smażonymi kalmarami i oliwkami, które – cudowne w smaku – wyglądały tak, jakby były przyrządzane do spożycia przez rozdeptanie nogą.

Moja miłość do kalmarów została wystawiona na próbę w jednej knajpie, kiedy to zamiast złotych, panierowanych pierścionków dostałam na talerzu długie, białe, spłaszczone stworzonko przypalone w kilku miejscach żelazkiem (podpowiem – kalmar w całości z grilla). Jadłam – bo byłam głodna – z zamkniętymi oczami, popijając winem. Wino było marki „del terreno” (po naszemu znaczy „wino tutejsze”) – mętne, półsłodkie i mocne jak jasny piorun. Urżnęłam się w trupa i tego kalmara jakoś udało mi się w żołądku zatrzymać.

Ale przegrzebka już nie zdzierżyłam (takie małże w bardzo ładnych muszlach, zresztą ta muszla jest symbolem pielgrzyma i Santiago). Po prostu w ustawionej na gorącym blacie ślicznej muszli trząsł się zielony glut… N. dogonił mnie, kiedy uciekałam z płaczem deptakiem – „TO JEST SZCZYPIOREK, WARIATKO”… Może i był – wolałam nie sprawdzać!

No i okazało się, ze jem to, co w Hiszpanii najtańsze – tortille. Znaczy po naszemu omlet z kartoflami. Mniam.”

No wlasnie. Dlatego w TYM roku jedziemy w Bieszczady. Grozi mi CO NAJWYZEJ łapa niedzwiedzia – CO MI TAM ŁAPA NIEDZWIEDZIA po brzytwikach!

POKUTA

To będzie moja pokuta za glupote. Za to, ze chetnie wytykam palcem innych i się z nich nabijam, a sama jestem bezmyslna, rozkojarzona i w ogole nieprzystosowana do zycia w spoleczenstwie, a w parach zwlaszcza, a to krzeslo przeciez N. skleil JUŻ DAWNO – w sobote – wiec O CO CHODZI z klejeniem krzesel, jak jestem taka madra, to niech napisze, co sama wyprawiam i co miewam w lodowce – PROSZĘ BARDZO! Napisze! A było tak.

Jak tylko weszlismy w piątek do moich rodzicow, to już było wiadomo, ze tata robil tatara – można to poznac po PSACH, które braly zakrety jak TIRy ze sztywna osia bez przegubu. A to dlatego, ze przy przygotowywaniu wolowiny na tatara wspolczynnik zajamniczenia tejze wolowiny wynosi około 0,4 – czyli z kilograma miesa zostaje 0,6 kilograma, bo reszta znika w jamnikach, przez co one pozniej nie mogą skrecac i chodzą bokiem.

A mój tata potrafi zrobic tatara. Mama w tym czasie opuszcza kuchnie, bo normalna, racjonalna kobieta raczej unika (jeśli ma wybór) karmienia psow najlepsza wolowina, zuzywania 14 zoltek i butelki ekstradziewiczej oliwy z oliwek na kilogram miesa, a tata – nie unika, w dodatku wrzuca do srodka marynowany zielony pieprz, normalny pieprz mielony GARŚCIAMI i w ogole – to mieso PRAWIE mu OŻYWA po tych wszystkich zabiegach. Gdyby z niego ulepił golema… Na szczescie – NIE ULEPIŁ, tylko zapakował nam spore pudełko tatara na sobotnie sniadanie.

W sobote rano slysze nawolywania N. spod lodowki: „Chodz szybko! SZYBKO! Tatar ZNIKNĄL!” – rzeczywiscie, nie ma w lodowce smakowitego pudelka. No – nie ma! GDZIE JEST PUDELKO?

A pudelko było sobie w mojej pojemnej torbie przez cala noc… W mojej torbie, w ktorej zwykle, na co dzien, mieszka sobie foka i smok Misty, i wiele roznych INNYCH stworzen (prawda, Marcys? Obły?) i torba ta jest duza i pojemna, no i tatar sobie w niej przenocowal… Koloru nabral i chyba ochoty do życia, bo czesciowo opuscił pudełko w formie półpłynnej (JAK NIC – pomyslalam sobie – chce wedrowac przez Galaktyke i zapladniac planety ŻYCIEM i podwojna helisa) – i tak oto, zamiast smakowitej przekąski na sniadanie odbył się pogrzeb…

– A ZA KARE napiszesz o tym NA SWOIM BLOGU, a nie tylko o tym, ze NIE SKLEIŁEM KRZESŁA przez pol roku – obwiescił N. i skleił krzesło.

No to NAPISALAM, tak? Ale NIKT MNIE NIE ZMUSI do tego, zebym napisala o tym, ze N. znalazl w mojej lodowce salami, przeterminowane o rok. No i CO TAKIEGO?… Po pierwsze, nikogo to nie interesuje, po drugie – nie takie rzeczy się jada, jak jest rewolucja, a po trzecie – BO TO BYŁO SALAMI z moich pierwszych zakupow do nowej lodowki – MIALAM PRAWO czuc do niego przywiazanie! Bo jestem w gruncie rzeczy sentymentalna! Nie tak, jak niektorzy, co wysylaja salami razem z tatarem w kosmos TYLKO DLATEGO, ze sa troche niejadalne!

A na swieta snieg spadnie, bo – bo CO TO ZA SWIETA by były bez sniegu!

PS. Wiosny na razie nie będzie, bo jeszcze nie szly mrowki. Wiem, co mowie – co roku przez nasz dom, co jest stary i drewniany, mrowki robia wiosenny przemarsz. Przez kilka dni idą wzdluz wytyczonej przez siebie trasy. Bardzo sa grzeczne, czasem tylko się poczestuja (jak np. w zeszlym roku) wielkanocnym ciastem, ale generalnie po prostu idą. W tym roku się troche o nie martwie, bo przybilismy listwy przypodlogowe… Ale mam nadzieje, ze sobie poradza. Jak przejda, to dam znac.

POSTĘPUJĄCA DYSKRYMINACJA

W Wielkiej Brytanii jakies kalafiory, dorwawszy się do srodkow przekazu, chca zerwac z piekna tradycja odnoszenia się do statków w rodzaju żeńskim. A co im tam, ze tak było OD ZAWSZE, a tradycja jest tak stara ze nawet najstarsi górale nie pamiętają (albo poumierali) i nie ma kto wytlumaczyc.

Buraki pastewne.

Jakby im się UDALO, co nie daj Boze – no to, drogie panie, zawsze zostaną nam… HURAGANY 🙂

TO WHOM IT MAY CONCERN ::))

So no one told you life was gonna be this way,
your job’s a joke, you’re broke – your love life’s D.O.A.
– it’s like you’re always stuck in second gear
oh when it hasn’t been your day, your week, your month,
or even your year – but –

I’ll be there for you
– when the rain starts to pour
I’ll be there for you
– like I’ve been there before
I’ll be there for you
– ‚cuz you’re there for me too

EUTANAZJA I DEFICYT KSIEGARŃ

Sasiedzi moich rodzicow maja psa. Od dawna go maja i pies nieco się zużył, poza tym – zawsze mu się cos przytrafiało, bo był z gatunku tych upartych kundli, co lecą i obszczekują wszystkie przejeżdzające samochody. A to go któryś potrącił, a to łapę mu przejechał, pies biegał z łapą w gipsie, a na koniec trzeba mu było ją amputować. Teraz ma już z szesnascie lat, jest slepy i mieszka pod schodami, gdzie cale dnie lezy, a na dwor wychodzi tylko wtedy, kiedy jest slonce. Snuje się po ogrodku jak czarny wyrzut sumienia na trzech lapach, zataczajac okregi (bo jest slepy) i zmienia trajektorie po odbiciu się od ogrodzenia. Biedny, stary pies, ale przeciez zawsze miał dom i bogate zycie uczuciowe (np. jak znikal na kilka dni, żeby powloczyc się z kumplami i pozwiedzac okoliczne towary).

Jakies dwa tygodnie temu pod brama sasiadow pojawila się wychudzona, wystraszona sunia. Wezwany weterynarz stwierdil, ze bidula jest mloda, ale duzo przeszla, widac, ze była bita i glodna. No to nie bylo wyjscia – psina zostala przygarnieta, dostala bude, po kilku dniach się zadomowila i jest niesamowita – sliczna, madra, wesola, caly czas wisi przy plocie, żeby z nami pogadac, nawet nie przeszkadza jej jazgot naszych jamnic.

Wczoraj swiecilo slonce i staruszek wybral się na spacer na podworko.
– I nagle – opowiada ojciec – slysze straszny krzyk sasiadki! Tak wrzeszczala, ze zagluszyla nawet moja pile mechaniczna. No to biegne zobaczyc, CO SIĘ STALO!…

Co się stalo? Otoz, suczka wykopała dół na brzegu trawnika, w miekkiej ziemi, i pochowała psa staruszka. Żywcem. Na szczescie – zdazyla go zakopac tylko do polowy (przedniej). Sasiadka zauwazyla sterczący zad i z wrzaskiem (NAPRAWDE musiala się drzec – mój tata jest mocno gluchy na prawe ucho, a na lewe troche bardziej, a jeszcze piła mechaniczna! On i jego park narzędziowy to ulubiency calej ulicy) ekshumowała biedaka i nakrzyczala na sunie, która stala obok, merdała ogonem i zachowywala się z godnoscia, nie poczuwajac się do winy.

Co ja napadlo?… Może pogadali sobie ktoregos wieczora i staruszek poprosil ja o eutanazje?…

A wczoraj w Lublinie stwierdzilam DEFICYT KSIEGARN – tylko ciuchy i mięso, mięso i ciuchy. I troche knajpek. Musialam zamknac oczy, zaufac Mocy jak Luke Skywalker, i Moc zaprowadzila mnie do zaulka, gdzie w pachnacej plesnia ksiegarence dorwalam nastepna SALAMANDRE. Niewiele poza tym pamietam, bo bylam SPIACA nie z tej ziemi… Przez Marcysia, bo zalatwil zaproszenia na „GENIALNY KLAN”…

AAAAAAA! Zamierzam kupic sobie futro, sukienke w paski, obciac palec i pomalowac oczy bardzo gruba, czarna kreska! UWIELBIAM Gwyneth Paltrow! A Klan kupuje tego samego dnia, w którym ukaze się na DVD… HOWGH! 🙂