ZNOWU O NICZYM. MOJE ŻYCIE TO STUDNIA.

Troche mnie rzuca.
Pełnia?
Pogoda?

Muszę nas spakować. Zawsze nas pakuje, więc o co chodzi. ARGH ARGH ARGH ARGH ARGH.

W sumie nie wiem, jaka tam jest pogoda i co zabierać, ale chyba nie jest gorsza, niż u nas. NIE MA TAKIEJ MOŻLIWOŚCI. GORSZEJ NIE MA. NIE ISTNIEJE.

Nie no… Muszę sobie rozedrzec jakiegos kota albo zwariuję!
DAWAJCIE KOTA!!!!

O PIGWIE, PROSIAKACH I INNYCH TAKICH

Wczoraj mój mąz sadzil pigwę.
(- Ładną sobie pogodę wybraliście do sadzenia! – zauważyła Sosko).

Pigwę sadziliśmy jakies 300 km od miejsca stałego pobytu. Wsiedliśmy do samochodu właściwie na oklep i hajda!
Dobra. Za rok pigwówka.
(I żeby nie było – nasza pigwa nie ma na imię GENOWEFA, tylko EURYDYKA, bo tak ją nazwał N.)

Na jednym podwórku nadbiebrzeńskim biegały sobie prosiaki. Były takie śliczne i takie zadowolone, kilka czarnych malutkich, zatem zażyczyłam sobie, aby N. zrobił im zdjęcie. Co może być fajniejszego, niż gromadka radosnych prosiaków w stanie wolnym?..

N. wysiadł z samochodu w swoim czerwonym polarze i z wypasionym sprzętem foto, a wszystkie prosiaki na jego widok spieprzyły hen. I tyle się namiałam zdjęć.

A dziś mam OSTATNI Z DWÓCH DNI WOLNYCH i do kapitalisty wyzyskiwacza!… Mam taki trochę niedosyt, bo nie doszłam jeszcze do tego punktu „O matkooooooo jak mi strasznie nudno w domu IDĘ DO ROBOTY”. Dosłownie paru dni mi zabrakło. Echhh.

Ale żeby mi się tak źle nie zaczynalo, to mój mąż zabiera mnie do Nicei na kilka dni. Zimą – bo latem strasznie dużo się tam chamstwa zjeżdza z całego swiata i ślimaki niedogotowane (nooooo jeśli im się wydaje, że mnie opędzą ślimakami, TO GRUBO SIĘ MYLĄ. Mięso proszę mi szykować!… Ciap, ciap!).

A na deser obejrzeliśmy wczoraj SZKLANĄ PUŁAPKĘ 4.0 – myślałam, że mi wypadnie szczęka z zawiasów od ziewania. Naprawdę… W pewnym momencie nieprzerwane wybuchy i strzelanina PRZESTAJĄ ROBIĆ – jak fajerwerki w Sylwestra. Wszystko w tym filmie jest nudne. WSZYSTKO. A Brus Łilis jakis taki żylasty. I nawet jak mowi terroryście „Szukasz swojej dziewczyny? Ostatni raz widziałem ją w szybie windy z samochodem w dupie!” – to już nie to. Nie to!…

PS. Mówią na mieście, że niejakie LEJDIS podniosły łby…

POPROSŻE VALIUM

Powitajmy nowe hobby mojego męża.

Tym razem padło na ŁUCZNICTWO.

Znowu wydało się przypadkiem, bo jakos dziwnie chodzil pod ścianami i przemykał z pudełkami pod pachą. Okazało się, że ukrywa przede mną tzw. MAJDAN.

(Nie – nie Radosław, mąż Dody. Przynajmniej JESZCZE NIE)

Majdan to środkowa część łuku.

Pieścił go, polerował, głaskał szmatką.

DZIŚ PRZYSZŁA RESZTA ŁUKU.
Ramiona i cięciwa.

Nie napiszę, że za nim nie nadążam. Bo nadążać to przestałam jakies 2 tygodnie po tym, jak się poznaliśmy, i nigdy nie miałam takiej ambicji.

O jejku tam. No oprócz fotografowania, nurkowania, wypraw na ryby, wypraw terenowych, wypraw na jachtach, wędzenia mięsa, robienia stołów dla znajomych, strzelania z wiatrówek i grania w golfa – będzie sobie jeszcze strzelał z łuku w wolnych chwilach.

W CZYM WOGLE PROBLEM.

Idę obejrzeć „Dziewczynę z perłą” z mokrym kompresem na czole.

POFRYZJEROWO, BUTOWO (CZY BUCIANO?)

Buty! OCZYWIŚCIE, że nowe buty! Kozaki tym razem, bo zima, właśnie wczoraj przyszły. Natychmiast się w nie wystroiłam i przechadzałam po mieszkaniu w tę i z powrotem, żałując, że to nie pustynia i że w piachu i pyle nie leżą jęczący z bólu kowboje, do których mogłabym podejść i trącic ich czubkiem buta. Bo one mają taki fason. Żeby stawiać obutą stopę na pokonanym kowboju (i dmuchać do dymiącej lufy pistoletu). Tak, właśnie.

Po wizycie u fryzjera wydawało mi się, że jestem przynajmniej trochę, troszeczke bardziej drapieżna blondie, niż byłam, ale Zebra mnie wyśmiała. Mówi, że nic nie widać (guzik się zna oczywiście, na podłogę poleciało z 10 cm kłaków!).

Siedziałam wczoraj u tego fryzjera 3 godziny i głownię się gapiłam. Uwielbiam obserwować takie malutkie społeczności. Od razu widać, who is who, kto komu podlega i kim pomiata. Np. wczoraj chodziła taka jedna, co uważała, że jest najważniejsza, ale chyba tylko ona tak uważała, bo reszta się do niej nie odzywała, łącznie z recepcjonistką, choć recepcjonistka musiała się słuchać każdej innej panny, z wyjątkiem praktykantki, którą pomiatały wszystkie solidarnie. Dwie takie mniej więcej równorzędne udawały, że się lubią, ale uśmiechały się do siebie tak, żeby pokazać zęby. Te od mycia głów i mieszania farb gardziły recepcjonistka i praktykantką… no coś pięknego. Aż się nie mogłam skupić na „Echo Park” Michaela Connelly.

Oraz kupiłam Szczypawce sweter.
Czarny golf.
Wygląda w nim… PIEKNIE.
Jak Audrey Hepburn.
Ten sam szlachetny nos z malutkim garbkiem.

TAK TROCHE NIEJAKO W BIEGU

Ostatni raz się tak nachodziłam chyba w 47 (no co? Podobno mam przedwojenna urodę!).
Hanka trochę się ze mnie śmiała, jak zipałam do telefonu lecąc z Ujazdowskich (pogawędka z moim brand new szefem – tak tak, drogie dzieci, mój mąz mnie jednak wykopał z domu do pracy – mowiłam, że on jest szalenie efektywny w realizowaniu swoich zamiarów) pod Rotundę.

Hanka wyszła superpieknie na nagraniu.
Naprawdę.
Gdyby to była jakakolwiek inna kobieta, a nie Hanka, to musiałabym ją znienawidzieć. Za urodę, za wdzięk, za cycki… ZA CAŁOKSZTAŁT.

Ale ponieważ to Hanka, to poszłyśmy na tapas.

Ten sam pomysł (z tapas) miał pan żywo przypominający PEWNEGO ZNANEGO POLITYKA (a może to nawet był on himself), który zdominował atmosferę w całym lokalu, bo dzwonił po ludziach i głośnym krzykiem domagał się pieniędzy.

Uwielbiam takich ludzi.
Uwielbiam ludzi, którzy muszą wszystkim naokoło komunikować, na jakim szczeblu drabiny społecznej się znajdują, i nieważne, że niektórzy wcale nie chca tego wiedzieć.
Uwielbiam ludzi, którzy musza mieć audytorium, żeby ich życie miało sens i smak.

A później poznałam osobiście Ciocię Krysię!!
TAK!
TĘ CIOCIĘ KRYSIĘ.
Znienacka i przypadkiem.

Dobra.
Lecę do fryzjera, bo jak to tak. Nowa praca, stare włosy?…
Wykluczone.

O WROCŁAWIU, WINACH I SNACH

(Mój piec jest kobietą. It’s official. Zainkasował parę stówek na nowe akcesoria i działa jak ta lala).

A ja byłam we Wrocławiu! Ale już wróciłam, Haniu.
Bo to biznestrip mojego męża był.
Pięeeeeeeeekny ten Wrocław. Zimny, ale piękny.

W piątek rano, kiedy N. się spotykał (i potykał), ja sobie obejrzałam zaprzysiężenie rządu (na przemian z telezakupami i O MAŁY FIGIEL nie zakupiłam mopa H2O. No naprawdę! USUNĄŁ WOSK Z DYWANU!…). Jaki ten Donald jest ładny! Powinni robić lalki PREMIER – ja bym moją ubrała w sprane dżinsy i czesała cały dzien, jak kucyka Pony.

W ogole nie zauważyłam, ze w czwartek było swięto bożole nuwo i prawie nie można było znaleźć miejsca w knajpach, bo wszyscy na to bożole. Albo w tym roku jest wyjątkowo okropne (straszny kwas), albo mi się podniebienie wydelikaciło na stare lata.

Choć i tak najpiękniej z całego pobytu zapisało nam się WINO GRUZIŃSKIE, które zaproponowano nam w restauracji POD JELENIEM. Było dość smaczne, A NASTĘPNEGO DNIA TAK NAS BOLAŁY ŁBY, ale to TAK, że ja nie wiem, jak ten N. był w stanie prowadzić rozmowę. Przeszło mi dopiero grubo po południu. Taką ma moc gruzińskie wino!…

Czy tych odcinków Salad Fingera to jest tylko 8 i nie ma więcej?…
Może to i dobrze, bo uwaga, co mi się dziś sniło:

Byłam w więzieniu.
W dwuosobowej celi.
I chciałam z niego uciec.
Więc zabiłam moją współlokatorkę (proste, nie?)
I zgłosiłam, że ona nie zyje i niech ją ktos zabierze.

I przyszedł taki facet. Ubrany w kombinezon jak z EPIDEMII – z hełmem i taka maską do oddychania – i wielkim plecakiem, do którego spakował zwłoki.

Następnie ogłuszyłam go, zdarłam z niego kombinezon, sama się wen przebrałam (był ciężki i trudno się oddychało), założyłam na plecy plecak ze zwłokami i wyszłam z więzienia. Nikt mnie nie zatrzymał, no bo byłam w hełmie.

No to jest więcej odcinków Salad Fingera, czy nie?…

PS. A wczoraj dostaliśmy emalie od Szwagra: Stefan się znalazł!…

Z ŻYCIA SNOBKI

Będąc, jako się wielokrotnie rzekło (w komentarzach), snobką, wysiadł mi piec w nocy.

ZNIENACKA.

One tak lubią. Zapytajcie Hanki.

Tak niby nic, nanananana, ja tu stoje, nie przejmujcie się, pracuję, mam świezy olej… i nagle FAJT!

Nie działa.

I udaje, że w ogóle nie wie, o co nam chodzi, kiedy włączamy i wyłaczamy wszystkie jego przyciski po kolei, resetujemy go, kopiemy i obrzucamy plugawymi słowy.

Jak nic doszedł do wniosku że ON JUŻ NIE JEST PIECEM! JEST KWIATEM LOTOSU! Przeszedł PRZEMIANĘ DUCHOWĄ i wyemigrował wewnętrznie! Poza tym, on tak naprawdę nigdy nie chciał być piecem… Został piecem, bo matka mu powiedziała, że to pewna posada i nie zabraknie mu oleju… A on zawsze chciał być np. rzeźbą Abakanowicz albo nie wiem… przęsłem mostu nad przepaścią… Juz jako ruda był romantyczny, a jego spust surówki z pieca miał najpiękniejsze kolory…

O czym to ja?…

Aha. Ze stygnę.
No stygnę. Ciepło mi się ulatnia z chałupy powolutku… Gdyby to był film katastroficzny, to tu właśnie następowałyby zbliżenia na zegar, na wskaźnik temperatury i na bohaterkę dramatu, spowitą w coraz to więcej warstw odziezy.

WIĘC
PODJĘŁAM DECYZJĘ.

JEDZIEMY DO WROCŁAWIA!
Tam musi byc jakas cywilizacja!…

PS. Przyszedł mój ojciec… Ma w ręku długi metalowy drąg… KŁI KŁI KŁI… CZŁOWIEK KONTRA PIEC! Kogo obstawiamy?…

PSPS. Panienka Cloudy (właściwie to juz mężatka) mnie zainfekowała tą oto pioseneczką, od której od wczoraj nie mogę się odczepić i koniec. Z piosenek Reginy wychodzi na prowadzenie, przed dotychczasowym faworytem, Better.

A TY NIE PODCHODZISZ I MIIIIJAM CIĘĘĘĘĘĘĘ

Poszłabym po błyszczyk
(poszłabym do karczmy, usiadła w kąciku)
… ale przeciez nie w tych okolicznościach!
Pada coś pośredniego pomiędzy śniegiem, deszczem a opadem atomowym
(pół – człowiek, pół – nedźwiedź i pół – świnia).

Pogoda, że psa by z domu nie wygonił (z czego mój pies skrupulatnie korzysta. Ostatnio skorzystała na babci dywanie i została obłożona anatemą, ale niekonsekwentnie, bo już następnego dnia babcia ją pasła kurczaczkiem z rosołku).

A w akwarium w Gdyni najbardziej podobał mi się ten oto koleś – węgorz ogrodowy.

Idę sobie zrobić kawkę, bo musze skończyc bardzo piękny kryminał od Hanki – „Artysta zbrodni” (autor kryminału jest jednocześnie mężczyzną i kobietą). Świetny jest, ma w odpowiednich proporcjach makabrę, voodoo, techniki śledcze, opisy zwłok – no w sam raz na taki dzień, jak dziś!