O TYM, CO U MAŁEGO PACJENTA

 

Jaka wielkość noża, hm. Myślę, że wystarczyłby mi nożyk do obierania owoców i mimo, że jestem leniem potężnego kalibru, to chwilowo spokojnie przerobiłabym nim wieloryba na gulasz.

Szczypawka wygląda jak piesek z „Frankenweenie” (kto oglądał? Ja od wypadku Sparky’ego do końca ryczałam, więc nie wiem, czy się liczy), ma codzienne wizyty na zastrzyle z antybiotyków i środków przeciwbólowych i teraz jeszcze mam jej to przemywać. Z przetoki się sączy, no po prostu „Ostry Dyżur” i turpizm pełną paszczęką. Przy czym ja się trzęsę, a psa interesuje głównie najlepsza wołowinka, którą pan zakupił i gotuje po kawalątku i ją karmi jak małego sępa (bo aha, nie wspomniałam, miała usuwane dwa wyłamane ząbki i było podejrzenie złamania żuchwy).

Ale jakby przyszli spryskać łazienkę i kuchnię luminolem, to byłoby jak w niezłym horrorze. Zaprawdę widok psa zamienionego w krwawy ochłapek i męża, który wygląda jakby wyjadał wnętrzności żywemu tygrysowi tygrysowi – bo nawet okulary miał we krwi i strzępach – to jest AKURAT TAKI widok, jaki każdy chce mieć pod powiekami na zakończenie roku. NES PA?… (Jego mać).

Drogi Pamiętniczku! Czy oszaleję?… (Ale kilogramów poświątecznych ubywa, że hej, bo kto tam ma czas i ochotę na jedzenie).

O KAPUŚCIE

 

Torebkę z biżuterią dostałam ja, a nie kochanka. Jej zawartość wskazywała na to, że od początku była przeznaczona dla mnie (a nie dla kochanki), ponieważ w środku był żółw. Duża, srebrna, ciężka zawieszko – broszka, trochę wiktoriańska, w kształcie żółwia z dużymi błyszczącymi kamieniami na skorupie. Uwielbiam takie cuda i kiedyś się zachwycałam tym żółwiem na wystawie biżuteryjnego i proszę, zapamiętał!… Wzruszyłam się. Tym bardziej, że książkę o Cayetanie też dostałam (w papierze Feliz Navidad, świeżutko z Madrytu).

(I sobie byłabym taka zachwycona moim mężem, po czym zaprosił mi gości na indyka na drugi dzień świąt – to jeszcze do przeżycia, bo i tak ktoś musiał tego indyka zjeść, a odkąd mam zmywarkę to jakoś mniej nienawidzę gości – i pyta się mnie „Czy ja mam wynieść te śmieci?”. Kubełek pod zlewem się przesypuje, a on pyta, czy ma wynieść. Nie, kochanie, zostaw, postawimy na środku salonu jak goście przyjdą, niech widzą, jakie się u nas rzeczy wyrzuca! Hej! Inni by wyjęli z kosza, wymyli i wystawili na Allegro, a my wyrzucamy! Naprawdę z tymi facetami to czasem trudno precyzyjnie określić, o co chodzi. W każdym razie są dziwni i niejednoznaczni).

Poza tym chwilowo jestem najzasobniejszym w kapustę gospodarstwem domowym na bardzo dużym obszarze. Gdyby nagle zamiast złotówki wprowadzono jako walutę kapustę (z grzybkami), to jestem lokalnym szejkiem (naftowym, nie mlecznym).

Zaczęło się od mamy Zebry.

– To ja ci przyniosę kapustę do tego indyka, bo tyle ugotowałam, kto to zje. A do obiadu się przyda.

– To przynieś – zgodziłam się.

To przyniosła.

Wchodzi babcia z wielkim mega słojem.

– Anusia, tu ci taką kapustkę przyniosłam. PYSZNA.

Czyli już jest nieźle, ale jeszcze teściowa przyjechała:

– No takiej kapusty jak moja to nie jedliście! – stwierdziła wręczając nam okrągły plastikowy pojemnik wielkości UFO.

W związku z czym mamy zapas na oko do marca. No i dobrze – kapusta jest zdrowa, smaczna, łatwo się przechowuje i przyrządza wyjmując ze słoika i nie zawracając dupy. I tego się trzymajmy.

I tak by było miło, to musiało, MUSIAŁO to białe gówno spaść i przywalić dziesięć stopni mrozu!…

O, JAKIE PIĘKNE ŚWIĘTA

 

Nie każdy taką pogodę lubi, ja owszem, pod warunkiem że nie muszę wychodzić z domu.

Zamiast choinki jak co roku mamy jemiołę, gdyż jemioła jest pasożytem i nie żal jej ścinać, w odróżnieniu od choinek. W roli elementu dekoracyjnego występują dwa psychodeliczne bałwanki zmieniające kolor.

jemiol

No i nie trzeba później zamiatać igieł, więc w ogóle same plusy.

Radosnych, spokojnych i wypoczętych!

(Polewa wyszła pyszna. Wylizałam łychę i rondelek i chyba mi trochę niedobrze. Nieźle się zaczyna).

O SOBOTNIM OBŻARSTWIE DO PRZESADY

 

Śledzie nie ucierpiały, a w sobotę od rana już byłam jak nowa. Cokolwiek to było – wirusek czy salmonella z kurczaka – najwyraźniej JA jestem gorszą zarazą i można ze mnie robić szczepionki.

Najpierw się obżarłam jak prosię na urodzinach siostrzenicy; ciastem marchewkowym z mascarpone musiałam się podzielić z sukami (Fuga i Szczypawka jadły na zmianę z łyżeczki, bardzo grzecznie i nie przepychając się), bo bym pękła. Koty spędziły całą imprezę tam gdzie ich miejsce – w sypialni pod łóżkiem i ani drgnęły. To tyle na temat teorii, jakoby kotów nie można było wychować ani zdyscyplinować – polecam się ze Szczypawką. Wystarczy jedna lekcja.

Dziecko dostało na trzecie urodziny kuchnię i komplet garnków. Zaawansowane genderystki zaraz mnie tu zjedzą bez przypraw, ale nic nie poradzę na to, że dziecko zachwycone i nie chce się oderwać – biega z patelnią, karmi ojca pluszową sałatą i chwilowo ma wylane na to, że podła rodzina utrwala jej stereotyp.

Następnie poszłam na spotkanie z koleżankami, bo pojawił się w mieście nowy lokal, w dodatku naszej znajomej oraz mający w ofercie placki ziemniaczane. Po tych urodzinach trochę już pękałam na szwach, ale nie ma takiej opcji, żebym odpuściła plackom. Były pyszne, domowe i chrupiące, do popicia wino mołdawskie, tylko tematyka rozmów trochę mnie rozczarowała.

Choć zaczęło się nieźle – od refleksji, że nagle któregoś dnia się obudzimy i będziemy miały siedemdziesiąt lat i nie będziemy wiedziały, KIEDY TO SIĘ STAŁO I JAK TO MOŻLIWE. Obiecujące, prawda? Tylko że zaraz potem rozmowa skręciła na temat, jakim klejem przyklejać do styropianu ziarenka kawy, żeby trzymało a styropian się nie rozpuścił. Czujecie?… Zamiast obrabiać dupy znajomym, zamiast raportu kto z kim, kiedy i czy było z tego nieślubne dziecko, albo chociaż ślubne – to one o bombkach!… No i jeszcze o szlifowaniu szkła. Na mokro. Myślałam, że mnie stamtąd wyniosą.

Ale placki pyszne. Wino też.

(A pardą, jeszcze o POMPONACH Z TIULU – wiecie, że łatwo jest zrobić duży pompon, a im mniejszy, tym trudniej?… Ja już wiem. Chociaż wolałabym wiedzieć o romansach naszych kolegów i koleżanek z liceum i nie mówcie mi, że to już NIE TEN WIEK na romanse. Bo wypiję płyn do naczyń z rozpaczy).

Z braku informacji towarzyskiej biorę się zatem za śledzie w cynamonie.

O TYM, ŻE CIUT SIĘ POPSUŁAM

 

Niewykluczone, że dzisiejszy wpis jest pożegnalnym, albowiem zjadłam wczoraj kurzy sznycel, który chce mnie wykończyć gastrycznie i jak na razie idzie mu całkiem nieźle. Cała noc miałam bóle i wizje i ogólnie jest mi tak sobie.

W ogóle… KTO TO WYMYSLIŁ, po co człowiekowi tyle flaków w środku i każdy może go rozboleć, co jest bez sensu. Ameba się o wiele lepiej ustawiła.

Obrzygam śledzie na biurowej Wigilii czy nie?… Można przyjmować zakłady.

 

 

O REFLEKSIE I BANANACH

 

Widzicie, co się z człowiekiem dzieje od tego wstawania wpół do szóstej rano?… Całkowicie się traci czujność i refleks! Dobrze, że mnie ustawiłyście do pionu (a twierdzą w internetach, że KOBIETA KOBIECIE LUPUSEM – a tu proszę). Czyli jednak miałam zdrowy odruch z tym spontanicznym okrzykiem i teraz N. nie ma wyjścia i torebeczka musi powędrować do mnie. A prezent dla kochanki – już ja się postaram, żeby nie miał czasu na biżuterię, najdalej dostanie przepustkę do elektrycznego. Flądra może w tym roku liczyć najwyżej na bezpieczniki.

(Alan Rickman nie bzyknął czarnej flądry. Zadzwoniłam do niego i zapytałam. Śmiał się i mówi, że dał jej naszyjnik w biurze i ona bardzo prosiła, żeby wpadł wieczorkiem w Wigilię, ale nie skorzystał).

Pomogłam wczoraj Zebrze wytaszczyć choinkę w donicy z samochodu. Szczypawka też ze mną poszła i, jak to Szczypawka, od razu zabrała się za przedświąteczne porządki z kotami w roli głównej. Efekty: jeden podrapany pies, jeden pogryziony kot i CUDEM nie ściągnięty karnisz (dopadła Janusza w kącie przy szklanych drzwiach). W sumie to ja jej nawet zazdroszczę tej spontaniczności – chciałabym się umieć rzucać na tych, których nie znoszę, z takim niewymuszonym entuzjazmem z zębami i pazurami… A nie się uśmiechać na siłę i owijać gówno w papierek. Ale Zebra nie była zachwycona (no i chyba Janusz też nie za bardzo). Dobra, muszę Szczypę trochę utemperować, bo zaczynam jak ta mamuśka z piekła rodem, co to jej synuś demoluje mieszkanie znajomych, a ona siedzi uśmiechnięta i zachwycona i twierdzi „ALE ON JEST TAKI ŻYWY!”.

Klient Biedronki znalazł w bananach z Kolumbii egzotycznego pająka wielkości dłoni. „W kartonie z owocami był też kokon z wieloma małymi pajączkami”. Są do adopcji?… (Nie dotknę więcej bananów!…).

O NIESPODZIANCE I POLEWIE

 

(Zresztą, czepianie się scenariusza w Niezniszczalnych to tak, jakbym miała pretensje, że w pornosie drugoplanowa postać jest niezbyt wiarygodnie nakreślona i nie rozumiem jej motywacji. Przepraszam, już nie będę, tu nie chodzi o scenariusz, tu chodzi zwyczajnie po ludzku o napierdalanie).

Zaliczyliśmy Mordor. Udało się, łącznie z prezentami dla Szczypawki – w sklepie zoologicznym jeden królik siedział w małej skrzyneczce z napisem ZAREZERWOWANE i kichał. Ktoś sobie wymarzył na Gwiazdkę kichającego królika. A ja popełniłam FA PO (że pozwolę sobie zacytować z komentarzy, bo bardzo mi się to spodobało).

Przy wyjściu zaczęłam grzebać w torbie ze swetrami, którą niósł N., bo wrzuciłam tam jeszcze paczuszkę z drobiazgiem i bałam się, że zostanie pognieciona A TAM – co widzę! Torebkę zdecydowanie o charakterze biżuteryjnym! Której kupowania nie byłam świadoma! I jeszcze się głupia zapytałam na głos – O, A CO TO JEST? – zamiast się zorientować w sytuacji i wsadzić mordę w kubeł.

N. się lekko zdenerwował; nie dość, że wziął sobie do serca mój komentarz rzucony mimochodem znad duszenia wołowiny, że JAK ZWYKLE nie będę miała żadnej niespodzianki, bo prezenty sobie sama kupiłam. Nie dość, że mi się urwał (JAK? KIEDY?) i udało mu się W TAJEMNICY kupić, to ja to oczywiście natychmiast znalazłam i dupa mokra. A ja zawsze znajduję wszystko, co on próbuje przede mną schować. Nawet nie szukam, a znajduję – np. nagle zaglądam do szuflady, do której nie zaglądałam od trzech lat – a tam zakitrane przede mną cygara! N. nie rozumie, że jak się kogoś bardzo dobrze zna, to nie trzeba być mentalistą, żeby zauważyć kiedy się idiotycznie zachowuje i próbuje coś ukryć.

Raz mu się udało – kupił W TAJEMNICY kolumny audio, wysokie na jakiś metr dziesięć i nie miał pomysłu, gdzie je przede mną schować, więc je postawił w salonie. Nie zorientowałam się przez parę miesięcy, bo po prostu nie zwracam uwagi na takie rzeczy.

No ale przecież nie zajrzałam do tej paczuszki, więc będę miała NIESPODZIANKĘ. Mam tylko nadzieję, że to nie są kolczyki – nasi znajomi w Hiszpanii ciągle mnie obdarowują kolczykami, bo tam jest OCZYWISTE, że kobieta ma przekłute uszy. Dziewczynkom się przekłuwa uszy chyba w momencie przecięcia pępowiny, bo widziałam takie maleństwa w wózeczkach, śpioszki i złote kolczyki. Otóż ja nie mam przekłutych uszu. I nie, przy całej miłości dla N. nie chcę być ganiana po chałupie z pistoletem na gwoździe. Albo młotkiem i przebijakiem, żeby zaradzić tej sytuacji. (Albo jak w „Dziewczynie z perłą”, brrr).

Tak czy inaczej, nasłuchałam się wczoraj za wszystkie czasy (o moich długich rękach i wsadzaniu ich tam, gdzie nie potrzeba). Najważniejsze jednakowoż, że Mordor odhaczony. Można przejść od części logistycznej do kulinarnej.

Kto ma dobry przepis na polewę czekoladową, taką old-fashioned, gotowaną w rondelku, z kakao? (Żadne tam rozpuszczane czekolady, to nie ten smak).

 

PS. Bo zapomniałam – uwielbiam, uwielbiam tę pogodę! Mogłoby się co prawda chociaż na godzinę dziennie robić jasno, ale nie przesadzajmy z wymaganiami. Jeśli śnieg jest w nagrodę dla grzecznych obywateli, to ja się podejmuję w czynie społecznym być BARDZO BARDZO NIEGRZECZNA do lutego. Czuwaj!

O NIEZNISZCZALNYCH I OBOWIĄZKACH TOWARZYSKICH

 

N. wczoraj oglądał „Niezniszczalnych 3” i to całkiem na trzeźwo! Tylko kilka razy błagał, żebym mu czegoś nalała – wódki, wina, obojętnie. Zwłaszcza w momentach, kiedy Dolph Lungren pociągał z manierki.

Bardzo przyjemny film (subwoofer tylko bym ściszyła, bo szklanki dzwoniły i jelita mi wibrowały), zabrakło mi jedynie kilku partii śpiewanych oraz wielkiej sceny zbiorowego kankana na zakończenie. Antonio Banderas zagrał Kota w Butach oraz jedna masywna blondynka zagrała mistrzynię walki wręcz, co znacząco odróżnia tę część od poprzednich, w których nie było masywnej blondynki. No i Han Solo… I tak go kocham. (Han Solo, Rambo, Rocky, Drago i Terminator, jeśli już mamy być precyzyjni).

(A propos Han Solo – czy ja już wspominałam, że mamy sąsiadkę, która wygląda jak Yoda? Z tyłu nie do odróżnienia, z przodu widać, że jednak nie Yoda, bo nie jest zielona).

Dzień taki, że poszłabym spać (tak gdzieś do marca), a tu wieczorem trzeba uczesać kołtun i udać się na przyjęcie – znajomy wraca do domu do Hiszpanii i mówi, że żałuje. Bo bardzo mu się Polska spodobała, a dzieciom i teściowej to już w ogóle. A mieszka w Madrycie!… Miło to słyszeć, ale chyba za mało naszych zim przeżył (niecałe dwie), żeby do końca wiedzieć, co mówi.

Drugi sezon „The Fall” nie wiem, czy nie lepszy, niż pierwszy.

O TYM, CO MYŚLĘ O GRUDNIU

 

Szczypawka ma spuchniętą dolną powiekę. Biedna psina wygląda, jakby z kimś zadarła na dzielni (z gangiem młodocianych, rozwydrzonych Hell Bitches w czarnych skórzanych obrożach z ćwiekami). Nie wiem, od czego – może od rycia w ziemi, może się na coś nadziała, a może kocisko ją drapnęło – diabli wią. Przemywam rumiankiem i martwię się o tego małego, upartego, nieustraszonego czorta.

Teściowie moi nareszcie podjęli decyzję, co chcą na Gwiazdkę: Sweterki!… Wspaniale po prostu, bo to oznacza, że JEDNAK ZNOWU czeka nas wycieczka do Mordoru. A miałam już cichutką, malutką nadziejeczkę, że nie. W zeszłym tygodniu, kiedy się tam wyprawiłam po odzieżowe podarunki, było jeszcze dość spokojnie i pustawo. Widocznie świątecznozakupowe orki dopiero się hodowały. Ale już się wykluwają, już z dnia na dzień przybywa samochodów na parkingach, już nie ma co liczyć na spokojny spacerek po sklepach. UGH.

Do mojej (ciągle jeszcze, bo pilnuję!) czystej, posprzątanej lodówki, gdzie nawet sery udało się spacyfikować i pozamykać w pudełkach, mój niezawodny mąż wrzucił torebeczkę kiszonych ogóreczków na półeczkę jedynie w foliowej torebuni. Super, naprawdę świetnie, teraz nawet ketchup i zafoliowany twaróg śmierdzą kiszonym ogórkiem.

A na dodatek od północy nadciąga huragan Aleksandra! Podobno dziś już rozrabia w Trójmieście.

GRUDZIEŃ SRUDZIEŃ – że tak sobie pozwolę podsumować całokształt.