O TYM, ŻE ŁEB MI PĘKA

 

No i tak. Ponieważ, jak wiadomo, prawa Wszechświata są takie, że jak jest miło i dobrze, to natentychmiast dla równowagi musi się coś spierdolić, bo taka jest natura przyciągająco – odpychającego pola uniwersalnego, to właśnie wylizuję sobie przydatki po zawale serca. Łeb mi pęka (a solpadeina cała wyżarta!) i nie wiem, co spakować (oczywiście, sandałki z grzywką – są kochane, kudłate i super wygodne – ale jeszcze parę rzeczy by się przydało chyba?…). W pionie trzyma mnie wizualizacja jutrzejszego natrąbywania się w kolejnych barach. Aha, jeszcze oczywiście muszę przeżyć wyrzut we wzroku Szczypawki, kiedy ją będziemy zostawiać u ciotki (wino, wino, pamiętaj, różowe lodowate wino i krewetki).

Ponieważ i tak już mi wszystko jedno, to powiem to na głos:

Drugi sezon „Detektywa” podobał mi się bardziej, niż pierwszy.

Intryga mnie bardziej wciągnęła, a także bardzo mi przykro, ale nie umiem w sobie wzbudzić podziwu i uwielbienia dla odkrytego na nowo Matthew Mcconaughey (a już w „Interstellar” to bym mu przerobiła kiszki na podwiązki, tak mnie te jego miny denerwowały). Serio, w pierwszym „Detektywie” jak zaczynał swoje filozoficzne wywody, to szłam rozpakować zmywarkę albo umyć wannę, wracałam, a ten dalej przeżywa.

Najbardziej mi się podobały zarzuty, że zbyt skomplikowana intryga w drugiej części. No chyba dla widzów reality show o Kardashianach.

Oraz – od kilku dni reklama kontekstowa chce mi opchnąć olej kokosowy. A to nie jest jakieś przemysłowe świństwo? (A może mi się pomyliło z palmowym). Różne rzeczy już mi gugiel wciskał, żyrandole, czepki chirurgiczne, ale olej kokosowy? Ciekawe, skąd taki pomysł.

O TYM, ZE HURA!

 

Ugotowana została zorza. „Zorza” w tym kontekście wymawia się nie jak „zorza polarna”, tylko „z” czytamy jak skrzyżowanie „t” i „c” z przygryzieniem języka, identycznie jak w słowie „Zara” – proste, prawda? Chodziła za mną od jakiegoś czasu i się doigrała. Na zorzę się drobno kroi schab (chociaż może być i inna wieprzowina, ale ja najbardziej lubię ze schabu; mogą być są te końcówki, co zostaną od odkrojenia zgrabnych kotlecików). Takie pokrojone kawałki się miesza ze zgniecionym czosnkiem, papryką (dużo! Na pół kilograma – ze 3 stołowe łyżki) i solą. Niektórzy dają jeszcze oregano. Najlepiej, żeby sobie poleżało przez noc w tym garniturze. Następnie smaży się luzem na dobrej oliwie i podaje na domowych frytkach (z pieczywem też smaczne). Do tego zrobiliśmy jeszcze sałatkę, która jest absolutnie potępiona przez kulinarny sawuarwiwr, a moja Mama często ją robiła i uwielbiam: pomidory wymieszane z małosolnymi ogórkami.

A w czwartek udajemy się do Madrytu! N. chyba miał dosyć, że nocami cichutko wyję przez sen jak upiór dzienny, ssę mały palec wyobrażając sobie, że to krewetka u Abuelo i perfumuję się oliwą za uszami. Jest taka scena w „Małej Miss”, kiedy Olive dowiaduje się, że jedzie na konkurs Miss Sunshine, bo odpadła jej koleżanka – no więc u nas było IDENTYCZNIE, jak N. powiedział, że kupił bilety. Aha, oczywiście – na nasz przyjazd wracają upały, bo już było fajne, rześkie 27 stopni. Więc od czwartku znowu wraca 36 – nic mnie to nie obchodzi, najwyżej będę nosiła w torebce mokre prześcieradło. Plany mamy tak szeroko zakrojone, że obawiam się, że pierwszego dnia nie uda nam się wyjść poza pierwszy krąg knajp dookoła hotelu.

Obejrzałam wczoraj „Grę tajemnic” i trochę się rozczarowałam – zdecydowanie za mało i za krótko o jego pracy w Bletchley (i gdzie Dilly Knox?). Za to bardzo podobała mi się scena, w której Turing rozmawia z Menziesem w pokoju Joanny i dociera do niego, ile pięter sekretów maja do ukrywania przed światem – złamanie kodu to dopiero mały kawałeczek układanki. Sporo dodatkowych punktów należy się specjalistom od castingu za Matthew Goode, ale to jest chyba oczywiste. Chyba jednak tradycyjnie książka lepsza (chociaż zdecydowanie nie jest to pozycja do łyknięcia w jeden wieczór).

A wczoraj okazało się, że Szczypawka lubi białe wino. Jeszcze tylko tego brakowało.

O TYM, CO W POWIETRZU

 

A idźta z tym kucykiem co mają wyjść loki. Najdłużej go utrzymałam na łbie 15 minut – albo dostaję migreny z aurą i świetlistym halo dookoła przedmiotów, albo co chwilę mi się to rozwija i wyłazi ze spinki na wszystkie strony. Fryzura taka raczej się nazywa „dupa zdenerwowanej kury”, a nie „hollywoodzkie loki”. Jakiś czas temu kupiłam grube wałki z rzepem na zewnątrz – tak żeby przy suszeniu chociaż na moment nawinąć włosy, bo to niby ładniej i się ułożą. I co? Mowy nie ma, zjeżdżają mi. Jestem skazana na proste strąki (albo kompaktową fryzjerkę w torebce).

Zimno się zrobiło i znowu marzną mi nóżki i mam ponure myśli z gatunku – nikt mnie nie kocha oraz trzeba umyć szybki w kredensie. A to przecież nieprawda, bo Szczypawka mnie kocha (nie tak bardzo, jak kocha N., ale zawsze). A szybki… kto się przygląda szybkom w kredensie, oprócz ja. Ale czuć w powietrzu, że nadciąga jesienna melancholia i pajęczyny (gdzie nie pójdę, tam w jakąś włażę).

I jeszcze jedno czuć w powietrzu. N. znowu dopieszcza roślinki cudownym prima sort granulowanym gunwem. Jak się zaczęłam na niego drzeć, to zrobił mi wykład, że na torbie jest napisane, żeby stosować co sześć tygodni (a co mieli napisać? Jak ja bym handlowała gównem, to bym pisała na torbach, żeby stosować sześć razy dziennie – przed i po posiłku, cholera jasna). I teraz otwieram okno – śmierdzi; wychodzę na taras – śmierdzi bardzo. Idę nalać ptaszkom wody i o mało się nie przewracam ze smrodu. No ale – czego się nie robi dla róż. Smacznego, kwiatuszki.

Nie mam bladozielonego pojęcia, co by tu fajnego ugotować w weekend.

O… TAK RÓŻNIE, TROCHĘ SIĘ NAZBIERAŁO

 

Ale nie samymi włosami człowiek żyje i całe szczęście (chociaż bardzo bym chciała mieć taką składaną teleskopowo fryzjerkę do noszenia w torebce albo walizce, żebym mogła ją ze sobą wszędzie zabierać) (i tak pokazała mi niezły patent na hollywoodzkie loki – trzeba zrobić kucyk i bardzo mocno go skręcić, jak powróz, i przypiąć na 2 – 3 godziny).

N. powiedział, że musi wyjąć rower i będzie jeździł w weekendy i popołudniami – przyklasnęłam, bo to zdrowo (i będę miała internet tylko dla siebie). Po czym poszedł do garażu, narobił hałasu, wywlókł wędkę i rozłożył na stole. Nie wiem, czy to początki demencji i mieszają mu się pojęcia, czy też może jest w trakcie wymyślania zasad nowego sportu, coś na wzór polo – tylko zamiast jechać na koniu i uderzać w piłkę, to będzie jeździł na rowerze i zarzucał wędkę. Pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej nic nie złowi (a jakby się wywalił w krzaki, to mamy wielką butlę Octeniseptu – po przebojach ze Szczypawką jestem wielką fanką Octeniseptu).

Trochę mnie ostatnio nosi, jeśli chodzi o książki, bo czytam kawałkami i poniewierają się porozwłóczone po całej chałupie (zamiast usiąść, zacząć, skończyć i następna, proszę). I tak oto leżą grzbietami do góry:

– „Kuba Rozpruwacz” Paula Begga – bardzo porządna pozycja z zarysowanym tłem historycznym, na którym chwilami nie ukrywam – wymiękam; wzruszyły mnie zwłaszcza życiorysy ofiar wesołego Kubusia – niektórzy ludzie jęczący jakie to mają dziś ciężkie życie, powinni poczytać o tamtych czasach;

– „Halucynacje” Olivera Sacksa – kiedy czytam jego książki, to zwykle odmawiam modlitwę dziękczynną, że oprócz pospolitego pierdolca wszystkie klocki w mózgu mam na razie mniej więcej w porządku (i np. nie widuję wieczorami tłumu postaci w orientalnych strojach dookoła mojego łóżka) (mówienie do siebie się nie liczy podobno);

– „Batory” Bożeny Aksamit – dopiero zaczynam, ale już jest pięknie – Arkady Fiedler ucieka przed oblegającymi go babami do maszynowni i wychodzi tylko w nocy;

– „Dalsze przygody idioty za granicą” Karla Piklingtona – czytam i płaczę. To ten koleś, któremu Ricky Gervais i Stephen Merchant (uwielbiam obu) kazali zwiedzić siedem cudów świata, ale w ogóle go one nie zachwyciły. Nie wiem, jak to o mnie świadczy, ale okazało się, że podzielam zdanie Karla w wielu kwestiach, np. też za nic na świecie nie skoczę na bungee (lub ze spadochronem), bo to idiotyczne. Oraz pływanie na śmierdzących rybami łódkach też ani mnie nie zachwyca, ani specjalnie nie interesuje. Karl przeplata swoje sprawozdanie cudownymi spostrzeżeniami – np. o pomniku Gagarina („Głowa była w porządku, ale spodnie im nie wyszły. Może dlatego większość posągów przedstawia nagie postaci. Artystom łatwiej wyrzeźbić fujarkę i jajka niż realistycznie oddać zagniecenia na spodniach”), czy o ptakach kiwi. Ptaki kiwi dobierają się w pary na całe życie i są ze sobą nawet do trzydziestu lat. To Karla w ogóle nie rusza – po prostu, ptaki kiwi wszystkie wyglądają tak samo; gdyby wszyscy ludzie wyglądali identycznie, też nie byłoby rozwodów – podsumowuje Karl. Bardzo orzeźwiająca lektura;

– na deser „Kiedy nadejdą dobre wieści” Kate Atkinson – wiadomo. Uczta.

Wczoraj Drogi Pamiętniczku okrutnie zgrzeszyłam; uwielbiałam sobie platonicznie na Zalando jedne takie sandałki z grzywką. Obiekt adoracji wybrałam w miarę bezpieczny – wykupiony do numeru 42, po prostu oglądałam je sobie co drugi dzień i wzdychałam, identycznie jak w siódmej klasie, kiedy z koleżankami oglądałyśmy zdjęcia George’a Michaela – czysta abstrakcja. Nagle wczoraj klikam, żeby przy śniadaniu pouwielbiać, a tam co? MÓJ NUMER! I jak tu się nie zgodzić z księżmi, że Internet to dzieło SZATANA – pełen pornografii, przemocy, narkotyków, zboczeńców oraz numerów sandałków pojawiających się ZNIKĄD! W dodatku przecenionych. Bardzo przecenionych. Bardzo, bardzo przecenionych. Zaoszczędziłam kupę szmalu oraz wsparłam kulejącą gospodarkę – i tego się trzymajmy, kurwa mać.

Oraz mam pytanie – czy tylko ja trafiam na pastę do zębów, która nie dość, że smakuje jak krem do stóp, to na dodatek po jej użyciu ma się wrażenie, że całe wnętrze pyska porosło futrem?…

O PONIEDZIAŁKU PEŁNYM WRAŻEŃ

 

A od poniedziałku – Szczypawka ma żyrafkę Sophie od cioci Małgo.

sophie1

Chyba widać, że jest to miłość od pierwszego zapiszczenia (dobrze, że ta żyrafka wydaje takie przyjemne dla ucha dźwięki, bo słyszę je bez przerwy od kilku godzin i chyba jeszcze trochę posłucham).

A ja, jako że obrosłam jak Zwierzątko Mojej Mamy, to zafundowałam sobie nowe włosy.

Photo on 2015-08-17 at 14.49

 

Szybko zrobiłam zdjęcie, bo za Chiny Ludowe później ich tak sama nie ułożę, gdyż mnie to przerasta. Więc pewnie będzie znowu kudłato, ale przynajmniej lżej, krócej (nigdy nie miałam takich krótkich włosów!!!!) i w ładniejszym kolorze. Niestety, jeśli chodzi o trefienie włosów, to mam dwie lewe drewniane ręce.

O, właśnie znowu dostaliśmy od sąsiada wiadro pomidorów; trochę kończą mi się pomysły i możliwości przerobu – może urządzę mini – tomatinę?…

 

O UPALE ORAZ O POLITYCE – NIE BĘDZIE PISANE ;)

 

Śniło mi się, że malowałam paznokcie. Może dlatego, że kilka dni temu, jadąc do pracy, mijaliśmy w korki jeden samochód… Jechał trochę dziwnie i mój energiczny mąż zdążył wysłać pod adresem kierowcy komplet błogosławieństw, kiedy wreszcie go mijaliśmy – za kierownicą siedzi pani i maluje paznokcie.

Po pierwsze – szacun, ja nawet kiedy maluję paznokcie u rąk siedząc przy nieruchomym stole na nieruchomym krześle i donikąd się nie przemieszczając, to mam je pomalowane do pierwszego stawu. Co najmniej.

Po drugie – myślałam, że już wszystko widziałam za kierownicą – nakładanie fluidu (GĄBKĄ!), malowanie oczu, tuszowanie rzęs, usta to co trzecia w korku poprawia, jedna się czesała w koka z tapirowaniem, a jednak lakierowanie paznokci to coś nowego. Mężczyźni są w tym zakresie mniej kreatywni. Zazwyczaj dłubią w nosie i czasem czytają gazetę, rozłożoną na kierownicy (teraz już rzadko).

Po trzecie – niestety, drogie panie, jeśli wydaje wam się, że uprawiając kosmetykę wyczynową za kierownicą macie super podzielną uwagę i nie wpływa to na płynność jazdy i wkurwienie kierowców za wami, to – no właśnie, zdaje wam się. To samo z gadaniem przez komórkę (o wysyłaniu SMS-ów nie wspomnę).

Oraz przyszły z Desiguala zamówione… no właśnie, myślałam, że to będą cienkie pareo (bo tak je pokazywali, owinięte na paniach), a okazały się dużymi kocyko – ręcznikami, dwuwarstwowymi (pod spodem cienkie kolorowe frotte) i zasadniczo jestem zachwycona.

kikoys

(Miała na nich pozować Szczypawka, ale wyryła pod płotem półmetrowe okopy w świeżo podlanej glebie i wygląda chwilowo jak Józek z Bagien – idzie i znaczy błotem szlak, jak na tych mapkach Endomodo. Trwa wojna nerwów, kto ją ma wykąpać).

PS. I trzeci – na tle białej róży od N. Jako jedyna w tym roku nie choruje, kwitnie, pachnie i ładnie rośnie.

kikoy

 

 

 

O LISKU

 

Rozbebeszyłam półkę z ubraniami, które poprzedni raz miałam na sobie na Kanarach. Komputer się nagrzewa, na szczęście są książki, które nie dość, że się nie nagrzewają, to jeszcze można się nimi powachlować.

Z atrakcji lokalnych mamy nocnego lisa. Tak w okolicach 22 – 23 zaczynają ujadać psy: szczekanie zbliża się do naszej chałupy, a następnie oddala, bo złośliwe lisisko defiluje środkiem ulicy i wkurwia psy do białości. Następnie zawraca, a z nim szczekanie / ujadanie / wycie – taki psi efekt Dopplera – i znika z powrotem u siebie w lesie. Mnie to nie przeszkadza, bo Szczypawka już od dawna śpi (czasem coś mruknie), ja mogłabym usnąć nawet we młynie, jak mawiał mój dziadek, więc traktuję to raczej jak wieczorne, nastrojowe słuchowisko („Przejście lisa” MCDXXVII 2015). DO WCZORAJ! Wczoraj spacer w jedną stronę odbył się bez zakłóceń, ale z powrotem tak do połowy i nagle słyszę WYSTRZAŁ. Z broni palnej. Jak w Teksasie! Najwyraźniej któregoś sąsiada nerwy poniosły. Ale skutecznie, bo natychmiast po huku zapadła cisza, jak w klasie na fizyce, kiedy nauczyciel wygłosi sławetne „No to do tablicy pójdzie…”.

(Tak, dziś wieczorem lis powinien wyjechać z lasu na platformie z bazooką, zawsze tak jest w kreskówkach).

Ale deszczu trochę to by się przydało.

PS. To był strzał z pistoletu hukowego, jakiegoś straszaka, odpowiednik walnięcia pięścią w stół na imprezie, kiedy pijaki śpiewają, wrzeszczą i ani myślą iść do domu – nikt do nikogo nie celował ani nie został ranny; myślałam, że TO JEST OCZYWISTE! Wczoraj normalnie lis znowu paradował, więc chyba nawet nie ma większych pretensji.

O ZACHOWANIU SIĘ W UPALE

 

Podczas wielkich upałów psa schładzamy:

psiupal

 

Wystawiamy gdzie możemy miski z wodą dla wszystkiego, co żyje – bo jeśli żyje, to pić musi.

Oraz pilnujemy, żeby wszyscy mężczyźni pod naszą jurysdykcją, poza plażą, basenem i własnym ogródkiem, nosili koszulkę. Paradowanie z gołym torsem wcale nie pomaga na upał – o wiele lepsza jest lekka, przewiewna odzież, natomiast obnoszenie brzucha i męskich sutków po lokalach gastronomicznych powinno być karane chłostą. Bez koszulek w knajpach i na deptakach straszą jedynie tak zwane w mojej rodzinie Sebixy. Starajmy się zapobiegać rozrostowi populacji Sebixów, błagam.

O… NO – BĘDZIE TROCHĘ TURPISTYCZNIE

 

Wczoraj w nocy piesek pisnął, przeciągnął się i zażyczył sobie na spacer. Patrzę na telefon – za kwadrans trzecia – o nie, piesku, za żadne skarby świata o tej godzinie nie ruszamy się z sypialni – boję się, duchy chodzą, seryjni mordercy gwałciciele z piłą mechaniczną na pewno też, przytulamy się i śpimy. ŚPI – MY!

Dziesięć minut później biegałam po całej chałupie z papierowymi ręcznikami i wycierałam problemy żołądkowe Szczypawki, która przecież GRZECZNIE POWIEDZIAŁA ŻE MUSI WYJŚĆ. Duchy jakoś mi w tym w ogóle nie przeszkodziły. Może nie chciały się mieszać, bo bym im kazała pomóc sprzątać.

Gdzie był w tym czasie N.?

No jakże. W DELEGACJI! Dzwoni do mnie z pięciogwiazdkowego hotelu: „Haha, nie uwierzysz, znowu mi dali pokój z jakimś kolesiem. Wchodzę, a tam na łóżku pijany Angol!… Bardzo przeprosili i mam apartament na piątym piętrze. Teraz jeszcze jestem w barze i piję lampkę wina” (w tle delikatny jazz na fortepianie).

A u mnie psie przemiany materii.

ZNAJDŹ JAKIEŚ TYSIĄC CZTERYSTA SZCZEGÓŁÓW, którymi różnią się te dwa obrazki.

Najgorsze, że to była całkowicie moja wina i bardzo później Szczypawkę przepraszałam (a ona miała doła przez cały dzień, bo jest wrażliwa).

Chlebki naan z Lidla są prze-o-hyd-ne. Za każdym razem jak się skuszę na jakąś gotowiznę, to później gorzko tego żałuję. Nie wiem, czy to mnie tak podniebienie wysubtelniało, czy te gotowce do zjedzenia są coraz paskudniejsze i paskudniejsze. A mogłam sobie zrobić grzankę z pomidorem i nie miałabym w pysku posmaku proszku do prania przez całe popołudnie.

O NIEDUŻEJ ZADYMIE DOKUMENTALNEJ

 

Udało nam się ostatnio zafundować sobie kilka słabo przespanych nocy – zgubiliśmy ważny dokument. Naprawdę WAŻNY – z metalowymi dziurkami; jak coś ma metalowe dziurki i sznurek, to jest BARDZO WAŻNE, fpizdu ważne i trzeba tego PILNOWAĆ. Aha, i ma znaczenie, że to ORYGINAŁ, skan czy kopia nie dają rady. No i taki jeden z metalowymi dziurkami się nam ZAPODZIAŁ. To znaczy, najpierw się zapodziała cała teczka, ale drogą dedukcji doszłam, że ona jest u naszych mecenasów w kancelarii i faktycznie tam się odnalazła – no, prawie odnalazła, bo bez tego jednego. WAŻNEGO.

A zatem przeryłam w domu szafkę z dokumentami, nie znalazłam, i N. kazał szukać mecenasom w kancelarii. Załamali się i szukali – przedwczoraj siedzieli do trzeciej w nocy, przewalili wszystkie dokumenty wzdłuż i w poprzek, nie ma. No nie ma, czarna dziura wessała. Po czym wczoraj rano N. wstał, otrzepał się, podszedł do szafki i bez patrzenia wyciągnął kartonową teczuszkę – taką lichutką, co dają umowę na telefon komórkowy albo wciskają folder w hotelu z ulotkami MANICURE PEDICURE SPA DEPILACJA DRUGIEJ NOGI GRATIS. W środku – TADAM!…

No kurwa, to jest NIEMOŻLIWE z dwóch powodów:

– nigdy, przenigdy w życiu byśmy nie trzymali TAKIEGO dokumentu w takiej badziewnej teczuszce, oraz

– przewaliłam wszystkie segregatory, teczki i koperty w tej szafce, wszystkie – po trzy razy. Zaglądałam oczywiście również do wszystkich tekturowych teczuszek (i były tam umowy na telefon albo regulaminy banku).

No przecież normalnie diabeł podrzucił, a wcześniej ogonem nakrył.

N. powiedział mecenasom, że dokument się znalazł, ALE NIESMAK POZOSTAŁ. Nie śmiali się, wcale. Jeden nawet kazał przekazać, że jest BARDZO, BARDZO ZŁY (o matko, przynajmniej sobie porządek zrobili w dokumentach – fakt, że niekoniecznie musieli o trzeciej w nocy, no ale jak wiadomo z przysłowia, które jest mądrością narodów – nie znasz dnia ani godziny) (mam nadzieję, że nie planują teraz cichego, wyrafinowanego morderstwa, z którego jako fachowcy w temacie wyjdą zupełnie bezkarnie i nawet bez żadnych podejrzeń).

Ile człowiek życia traci na papiery, to coś okropnego.

A na śniadanie dziś u nas był łosoś ze szpinakiem – dwie miski poszły. Uwielbiam producentow psich puszek – psie puszki to wspaniały wynalazek na miarę seriali w internecie.

Upał, nieee?…