Zimno mi.
Z wakacji wróciliśmy – po wyjściu z samolotu przywitało nas swojskie, wilgotne dziewięć stopni i od razu rozbolało mnie gardło. Teraz mam pod sufit prania, a N. od razu się spakował i pojechał do roboty do Bauera i nawet ze mną nie dyskutował, jak go odziałam rano w tiszerta z długimi rękawami. Znaczy longsleeva. Czyli też zmarzł, bo normalnie by mnie wyśmiał – do zera stopni chodzi w krótkim.
No co ja się tu będę powtarzała – było bosko, jak zwykle. Pogoda boska – chociaż jak przyjechaliśmy, było zero wiatru i kalima, czyli pył znad Sahary. Ale już następnego dnia powiało, a nawet padał deszcz! I to jaki – w nocy obudziła nas ULEWA i N. się zerwał przymykać okna (spaliśmy z otwartymi na przestrzał, bo nienawidzę klimatyzacji). Pierwszy raz w życiu doświadczyłam regularnego deszczu na Fuerteventurze – owszem, czasem coś kapnęło, ale nawet nie docierało do rozgrzanej ziemi, a teraz były regularne KAŁUŻE i mokra jezdnia i w ogóle.
Wiadomo, że głównie spędzaliśmy czas na plaży i w wodzie, ale jednego dnia postanowiliśmy zażyć krajobrazu i przejechać się na drugi koniec wyspy. Oczywiście, N. nie byłby sobą, gdyby mnie nie zawlókł na SAM koniec wyspy, półwysep Jandia, gdzie ostatnie kilometry trzeba przejechać po cholernie krętej, dziurawej, szutrowej drodze. Na moje oko, tych kilometrów było jakieś siedemset – wysiadłam z obitymi flakami i pełnoobjawową chorobą lokomocyjną – właściwie nie mogłam podjąć decyzji, czy się zwymiotować, czy zemdleć, czy co. Zamiast się przechadzać nadmorskim brzegiem, to mnie wywlókł do latarni morskiej, IDENTYCZNEJ jak ta dziesięć kilometrów od Corralejo! No, może dwadzieścia. Nawet nie miałam siły zrobić awantury, taka byłam sponiewierana.
Jedyne co, to widzieliśmy sporo wiewiórek – wyglądają jak maleńkie, szare skunksy. Ludzie oczywiście je karmią i robią sobie z nimi zdjęcia, chociaż wszędzie są tablice, żeby NIE KARMIĆ ARDILLAS, bo to jest wiewiórka berberyjska, gatunek inwazyjny, wszystko zżera i nie ma naturalnego wroga. N. stwierdził, że trzeba je deptać, a nie karmić (uhm, już widzę, jak depcze wiewiórki, którym robił zdjęcia pół godziny).
W ogóle codziennie N. urządzał kilkukilometrowe marsze dla zdrowia, w wyniku czego od razu pierwszego dnia musiałam go zapoznać z ofertą plastrów z opatrunkiem hydrożelowym na blistry. Bardzo mu się spodobały, nakleił plaster i pognał mnie kolejne kilka kilometrów, po czym ja musiałam nakleić plaster (sandałki crocsa obtarły mnie na wierzchu stopy, nie wiem, dlaczego te paski robią od spodu szorstkie – gdyby nie to, byłyby idealnie wygodne).
Mangusta została u mojej cioci, która karmiła ją głównie gotowanym kurczakiem z rosołku – nic innego ta małpa nie chciała jeść; wyczuła słaby punkt i nie było dyskusji, żadne chrupki, żadne saszetki. Nie wiem, jak ją teraz przestawię – znowu będą negocjacje nad miską.
No i teraz przed praniem mam wszystkie koszulki N. do odtłuszczenia, bo prawie na każdej wylądowała jakaś przystawka albo danie główne, większość przyrządzana na oliwie, wiadomo.
Idę odsiewać ziarna od plew w poczcie, bo moje filtry spamu chyba też były na wakacjach. I mam ochotę na biały ser – zwykle, jak wracam z Hiszpanii, to marzę o kawałku białego sera.
Przeczytałam „Zwykłe ludzkie ułomności” Megan Nolan – bardzo dobra książka, ale smutna. Chyba nie na jesień.
PS. Mangusta obrażona. Wygląda przez okno w drzwiach i wzdycha.