O ROMANTYZMIE I SYMBOLICE SENNEJ

No proszę, trochę słońca, nieco dłuższy dzień i od razu ludzie zaczęli patrzeć na świat z optymizmem: „Poszedł naciąć bzu dla żony, po drodze zadźgał kolegę nożem”. Bez dla żony!… Prawda, jak romantycznie? A nie tylko Jarosław i koperta, Jarosław i koperta w kółko na okrągło. Ile można.

Z nowości u nas: Szczypawka się do mnie NIE OD ZY WA, bo obcięłam jej pazurki. N. głównie w delegacjach, więc w sumie dobrze, że muchy się pobudziły – przynajmniej mam z kim porozmawiać.

A wczoraj po południu robiłam sobie wytworną kanapkę z pasztetem i odkroiłam czubek kciuka. Bo N. musi mieć wszystkie noże BARDZO OSTRE, więc ciągle ten swój milion noży ostrzy i ostrzy, nawet już nie, żeby przecięły włos w powietrzu. One mogą przeciąć słonia w powietrzu i słoń nie zauważy! (No – później w końcu zauważy, jak się rozpadnie na dwie części). W efekcie ja mam poobcinane końce palców, które wyglądają jak ścięte czubki point. 

Śniły mi się pomarańcze, sprawdziłam w senniku – „Pomarańcze mogą wskazywać na potrzeby seksualne”. Nie wiem po co sprawdzałam, bo senniki są jak ten erotoman u psychiatry, co wszystko mu się z dupą kojarzy. W sennikach wszystko jest symbolem seksu, od drabiny przez cygaro do pomarańczy; może nastolatki je piszą. A ja podejrzewam, że chodziło o to, żebym sobie kupiła pomarańczowe tenisówki, bo w tym kolorze jeszcze nie mam w kolekcji.

Ale na razie jeszcze za zimno na tenisówki.

O TYM, ŻE JAKBY DRGNĘŁO, ALE NIE MAM NOCNIKA

Nie wiem jak u Państwa – do nas wiosna przyszła dziś od samego rana. Siedziała centralnie na ścianie obok kredensu. Dobrze, że N. zszedł na dół pierwszy:

– Był strasznie włochaty i taki wielki, że ledwo go upchnąłem do słoika!

Słoik po ogórkach Krakusa, zaznaczam. Więc nie byle co. Gdyby trafiło na mnie, to najpierw bym się darła kwadrans, a później to nie wiem. 

Pogoda w niedzielę była tak obrzydliwie ładna, że jakby poczułam coś takiego… coś na kształt entuzjazmu życiowego. No chyba, że to nie był żaden entuzjazm tylko bąbelki od pepsikoli, której się napiłam prosto z butelki z lodówki i oczywiście poszła mi nosem. Ale OK – nawet ja, czyli Kłapouchy zawsze wilgotny i smutny, muszę przyznać – JEST LEPIEJ, niż było. Oczywiście nie mogę sobie popsuć reputacji i nie będę tu wybuchać optymizmem, bo jeszcze ktoś by sobie coś pomyślał, ale jakby drgnęło w dobrym kierunku. Na tyle mogę się zgodzić.

W naszej Biedronce ustawili krem z octu balsamicznego w dziale kosmetyków. Normalnie na półce obok innych kremów. Bardzo mi się spodobało takie kreatywne podejście i poinformowałam o tym koleżanki, a jedna mówi, że jeszcze inaczej by to widziała. Że skoro to jest „KREM O SMAKU”, to powinien stać obok prezerwatyw. 

No nie wiem. Mnie się podoba tak, jak jest.

Oglądam teraz „Dereka” – dziękuję za namiary! Nie wiem jak mogłam przegapić; jest cudny. Akurat czegoś takiego mi było trzeba. Aż żałuję, że kazałam N. zlikwidować oczko wodne i teraz nie mam kijanek, żeby je przynieść do domu i trzymać w zlewie. Albo w nocniku. Bo nocnika też nie mam. 

O TYM, ZE MARCOWEGO DOŁA CIĄG DALSZY

Nie dość, że jest ohydnie, mam dosyć tego marca i ciągnę się przez życie jak rozdeptana dżdżownica, to jeszcze mój stary ZNOWU mi TO zrobił. Znowu mnie zostawił samą w chałupie! Naprawdę oszaleję, a on twierdzi spokojnie, że NIC NIE PORADZI, że są tacy rozrywani. Natomiast ja przebywam na przeciwległym biegunie bycia rozrywaną – jestem całkowicie nierozrywana, nierozrywkowa i w kontrze (w zasadzie do wszystkiego). A w nocy pies mnie wyciąga na spacery o trzeciej w nocy, mimo że DOBRZE WIE, że ja się tej trzeciej w nocy boje najbardziej. I co z nią zrobić? Z drugiej strony, może ona przeprowadza mi terapię metodą desensytyzacji – zobacz, pańcia, trzecia w nocy i nie ma żadnych duchów! Kochana Szczypawko – to że ich nie widać, to nie znaczy że ich NIE MA – wszak to duchy.

Jest przeohydnie, a na dodatek nie mam pomysłu, co na obiad w weekend. Nic mnie kulinarnie nie pociąga. To znaczy owszem – na przykład bakłażany z miodem z widokiem na Ocean Atlantycki; ale obawiam się, że w domu mogą mi takie nie wyjść (chociażby z prozaicznego braku oceanu).

Jak to mówią – na małego doła kąpiel z olejkami, na dużego – z suszarką.

O TYM, ŻE SIĘ NIE DA

A nie mówiłam, że jeszcze będzie zimno? I w dodatku śnieg? Czy ja zawsze muszę mieć rację?

(Ciekawe, czy gdybym wywróżyła cos MIŁEGO I FAJNEGO, to też by się spełniło).

A poza tym nic ciekawego – wichura była i nie mieliśmy prądu i dzwonił miły pan z ochrony o trzeciej w nocy, a także podcięłam sobie żyłę obieraczką do warzyw. Ześlizgnęła mi się z marchewki i CIACH! Jakie to romantyczne, próba samobójcza z udziałem obieraczki. Niby niechcący, ale każdy szanujący się psychoterapeuta po 800 godzinach terapii by mi uświadomił, że NIE MA PRZYPADKÓW i że to moja podświadomość chciała coś zamanifestować i jak zapłacę za kolejne 1600 godzin terapii, to on (lub ona) mi pomoże odkryć, CO.

Ponadto z powodu ogólnej zdupieszałości wróciłam do oglądania South Parku, bo mam zaległości, i teraz wiem, że za ten cały bajzel na świecie odpowiada JJ Abrams, bo zrobił nowe Gwiezdne Wojny podobne do starych. I ja im wierzę, bo chłopaki z South Parku się nie mylą (pamiętacie odcinek z Michaelem Jacksonem? Teraz wszyscy załamują ręce ze zgrozy, a oni to mówili tyle lat temu).

Natomiast na Netflixie „After Life” i nie ma nic lepszego. Szkoda, że tylko sześć odcinków, obejrzałam ciurkiem – tak ryczałam, ze myślałam że się odwodnię. I jednocześnie się śmiałam jak hiena. N. przyglądał mi się wnikliwie i podejrzewam, że miał w telefonie wklepany numer do psychiatryka i zapobiegawczo trzymał palec na zielonej słuchawce. Ale w końcu nie zadzwonił (ale podejrzewam, że kolejny raz żałuje, że nie zrobił dodatkowego piętra ze strychem, na którym mógłby mnie zamknąć na solidną kłódkę). Ricky Gervais jest geniuszem i kto mówi inaczej, niech dostanie tasiemca uzbrojonego.

No i masz – znowu śnieg pada! Miałam ograniczać przeklinanie, ale po prostu się NIE DA. No nie da!

O JAJKACH, BO OBIECAŁAM

Ja nie wiem czy to legalne – najpierw się składa przysięgę małżeńską, a później wyjeżdża na tydzień zostawiając żonę samotrzeć z duchami i psem, co prawda uroczym, ale o zdecydowanym charakterze. 

Ale o jajkach miało być, a nie o moich nerwicach – słowo się rzekło, kobyłka u płota:

Ciotka do mnie dzwoni (ta od xanaxu). Najpierw wstęp obowiązkowy – TY WIESZ co się stało, czy ja ci już mówiłam – i tu detaliczny raport kto z rodziny oraz znajomych jest chory i na co (długo się zeszło, bo jedna kuzynka w szpitalu, więc szczegóły diagnozy). Piję herbatę i wysyłam w eter kontrolne YHM. Skończyła z medycyną rodzinną i mówi:

– Słuchaj, kupiłam jajka.

– Gratuluję – mówię, bo bardzo lubię jajka.

– Od innego chłopa niż zwykle i wyobraź sobie, jak je rozbiłam to mają żółtka TAKIE ŻÓŁTE! No ładne, podobały mi się. Ale później je zamieszałam…

– I co? – pytam, nie mogąc już znieść napięcia.

– I ONE SIĘ ZROBIŁY POMARAŃCZOWE! Dlaczego one się zrobiły pomarańczowe?

Matko jedyna, i co ja mam odpowiedzieć? Że z żółtego w pomarańczowe to jeszcze nie tak źle, dobrze że nie zrobiły się niebieskie albo nie świecą? Koleżanka kiedyś kupiła indyczy filet, który świecił w nocy. Nałożyła kotu na miskę, obudziła się w nocy i o mało nie dostała zawału, widząc aureolę dookoła miski. Więc naprawdę, w dzisiejszych czasach z żywnością wyprawiane są takie rzeczy (w imię dobra konsumenta, oczywiście), jakie nie śniły się filozofom,  na tym tle pomarańczowe jajko i to po rozmieszaniu to jest tak zwane małe miki. 

Od tamtej pory kwestia zabarwienia żółtka była przez ciotkę poruszana już kilkakrotnie. Strasznie ją to męczy, a ja z kolei mam wrażenie, że oczekuje się ode mnie jakiejś odpowiedzi, a może nawet działania. Nie wiem, może mam się przebrać za kurę nioskę, zinfiltrować kurnik i sprawdzić, co te kury dostają do jedzenia? Pobrać próbki paszy i ewentualnie  zawiadomić dziennikarzy z „UWAGA TVN”?

Gdyby ktoś miał pomysł na rozwiązanie zagadki, to będę bardzo wdzięczna.

Na szczęście N. wrócił z jetlagiem jak stodoła, nareszcie się dziś wyśpię. A może nawet odcineczek „Hinterland” sobie wrzucę, bo oczywiście jak go nie ma to unikam zwłok, ale już jest i MOŻNA.

O TYM, ŻE CZASEM LEPIEJ NIE

Wiem, że się nie odzywam, ale może lepiej żebym się nie odzywała, ponieważ

N. wyjechał, a w chałupie co chwilę wyłączają nam prąd.

Na krócej, na dłużej – różnie. Najgorzej jak już się zrobi ciemno. To że przeklinam, to za mało powiedziane – „kurwa” awansowała na epitet niewinny i pieszczotliwy. Wzięłabym siekierę i poszła do zakładu energetycznego, ale a) nie zostawię Szczypawki samej, bo nie lubi oraz b) nadal nie mam siły i czuję się nader chujowo.

Jak nieco otrę krew, co mi zalewa oczy, to opowiem o jajkach mojej ciotki. Na razie nie mam humoru ani w ogóle niczego w zasadzie.

O PÓŁCE

Moje samopoczucie z ostatnich dni mogę opisać słynnym cytatem: „My battery is low and it’s getting dark”.

Nie znoszę przedwiośnia (z wzajemnością, jak widać). Łeb w kółko napierdala i żadnej myśli przewodniej.

Zrobiłam musującą tabletkę z magnezem w za niskiej szklance, w związku z czym pykające bąbelki upieprzyły mi wszystkie papiery na biurku z rachunkami do zapłacenia włącznie, co i tak nie ma znaczenia, albowiem od rana nie działa strona banku. A ja w takim dołku energetycznym, że nawet kląć nie mam siły.

Na fejsbuku wyskoczył mi fascynujący produkt, chyba ostatnio kosz na śmieci za cztery tysiące mnie tak zaintrygował: otóż jest to betonowa półka na papier toaletowy (w rolkach), w kształcie jakby chmurki – można na niej zmieścić osiem rolek. Kosztuje 609 złotych. Niesamowite. Ludzie to kupują, tak? Chciałabym kiedyś poznać kogoś takiego. Albo nie, rozmyśliłam się.

Podobno żeby utrzymać poziom stresu na akceptowalnym poziomie trzeba codziennie przytulić osiem osób albo przypierdolić jednej, a ja się nie lubię przytulać. A nie mam siły na to drugie. CO ZATEM ROBIĆ, DROGA REDAKCJO?

O SERIALACH DZIŚ

Olivia Colman dostała Oscara!

Bardzo się cieszę – wspaniała aktorka, od dawna za nią przepadam (np. w Green Wing, kiedy ciągle gubi któreś ze swoich dzieci).

W ogóle to od kilku dni wsiąkłam w „Homeland” – oglądałam tylko 4 sezony, a tu proszę, są trzy następne. Siódmy znakomity, jestem w połowie i adrenalina mi skacze jak stado dżerbili. Claire Danes jest niesamowita, już kilka razy miałam ochotę ją przytulić, a ja naprawdę mało kogo mam ochotę przytulać. Raczej dźgać widłami, o wiele częściej.

Pozostając w tematach serialowych: podkusiło mnie kilka dni temu, żeby sprawdzić, co tam w Grey’s Anatomy, bo to już piętnasty sezon leci. Najlepszy  jest Karev, w ogóle się nie zmienił. A Meredith mnie zaskoczyła na plus – ona ma taką dziewczęcą urodę, nawet po tylu latach. I ma zmarszczkę między brwiami (jak ja) (chociaż ja większą) i nic z nią nie robi. Kiedyś mnie wkurwiała, a teraz jakoś zdecydowanie mniej – naprawdę miękka się robię na stare lata. Natomiast fabularnie…

Fabularnie doszli już do etapu „wszyscy przespali się ze wszystkimi”, ale jeszcze nikt nie dostał amnezji, więc nie mogą zacząć od początku. Jak oni mają siłę na cokolwiek, skoro non stop się bzykają we wszystkich dostępnych pomieszczeniach w szpitalu oraz poza nim (np. w karetce pogotowia, na którą spadło drzewo)? Dotrwałam do momentu, kiedy w zaciętej windzie przepiłowali pacjenta NA PÓŁ używając tablicy rejestracyjnej i niestety, wywaliło mi korki. 

A na Netflixie rzucili obiecujące SF pod tytułem „Nightflyers”. Czy ktoś już degustował i chciałby się podzielić swoją opinią?

O NIEPORUSZANIU TEMATÓW NIEBEZPIECZNYCH

Też mnie zastanowiło, że wszyscy o imionach swoich domowników, a nikt o cyckach – zupełnie jak nie w internecie, gdzie nie można dwa razy kliknąć, żeby się nie potknąć o jakieś cycki. Ale rozumiem, że w pewnych okolicznościach cycki to jednak temat śliski i grząski i może faktycznie bezpieczniej dyskutować o kocie Kazimierzu. 

I nie mam nic przeciwko ludzkim imionom, w końcu pies też człowiek i podejrzewam, że również kot. Jak pasują, to czemu nie. Ale niedawno przeczytałam o świetnym patencie na starzenie się z godnością – otóż w określonym wieku trzeba sobie kupić kota i nazwać go Godność. W moim przypadku byłby to oczywiście jamnik (ja się starzeję, a Godność kopie dziury w trawniku i poluje na kreta, tak by to wyglądało).

Wszędzie trąbią o tym najjaśniejszym Księżycu – nie przyglądałam się, ale istotnie coś wisi w powietrzu, wszyscy dostali jakiegoś pierdolczyka, a ja np. przez cały dzień nosiłam bluzkę na lewą stronę i zorientowałam się dopiero wieczorem. Dobrze, że teraz moda taka otwarta i uniwersalna i nikogo nie dziwią szwy czy metka na wierzchu (podobno niektórym dziury w spodniach przeszkadzają, ale to z gatunku tych, co im wszystko przeszkadza).

Przed chwilą pan Jaślar w Trójce zaprezentował łamiącą wiadomość, że siostry Godlewskie się rozpadły! NAPRAWDĘ? Muszę przyznać, że jak oglądałam ich zdjęcia ze dwa tygodnie temu, to miałam pewne podejrzenia, że to się może stać w niedalekiej przyszłości. Aczkolwiek użyłabym raczej czasownika „rozpękły”. 

O POGODZIE NIE DO UWIERZENIA W POŁOWIE LUTEGO

Chciałam klimat śródziemnomorski? WUALA – wczoraj w Świnoujściu przy promenadzie wszystkie stoliki na zewnątrz ZAJĘTE. Słońce, ciemne okulary, błękit nieba, rozpięta kurtka – w POŁOWIE LUTEGO! Jednym słowem koniec świata chyba idzie, nawet ludzie mnie prawie nie denerwowali (było tyle ludzi, że nawet nie chcę sobie wyobrażać, JAK tam musi być latem!), oprócz jednego buca, który zaparkował terenówką na samym przejściu dla pieszych i nic nie było widać – świnia jedna. 

Zjadłam gofra, zjadłam dorsza, a Szczypawka jak gwiazda burleski zbierała uśmiechy, całuski i zawierała znajomości. No więc jedna yorkówna na naszym osiedlu ma na imię Halinka. HALINKA! W życiu bym nie wpadła na to, żeby psa nazwać Halinka, ale może po prostu jest podobna do jakiejś Halinki, z twarzy albo z charakteru. 

Tylko nie było łabędzi nad morzem, ani jednego. Ani kaczek (kilka przy wiatraku, ze trzy pary). Może to dlatego, że morze uciekło daleko  od brzegu i został sam mokry piach, a może po prostu mają dosyć i poleciały gdzieś, gdzie jest fajniej.

No i wróciliśmy – ja bez czucia w nogach, gdyż moja kudłata panienka PRZEZ CAŁĄ DROGĘ musi pańci leżeć na kolanach. Ma swoją budę na tylnym siedzeniu, ma rozłożony kocyk, ale nie – najwygodniejsze kolana. Co poradzić, taka miłość wymaga poświęceń, mogę przez parę dni nie mieć czucia w nogach, w końcu bez przesady, żaden ze mnie maratończyk.

W międzyczasie wysłałam koleżance linka do sukienki która mi się wyświetliła, a jest bardzo w jej stylu, i dostałam odpowiedź. Że dekolt jest żałośnie mały, a to ostatnie lata pokazywania cycków i ona nie zamierza z tego rezygnować. I bardzo słusznie (gdybym miała co, to też bym pewnie pokazywała).