O SPRZĄTANIU I SERWATCE

Otóż aktualnie dla odmiany – niż Bernardette. Jak dwie noce temu zaczęło wiać, to się zastanawiałam, czym obciążyć psa, żeby mi jej nie porwało podczas porannej toalety. 

Polskie lato w natarciu. Na razie przyznaję mu takie 3/10 (daję 3 punkty, bo przynajmniej wulkan u nas nie wybuchł i nie było szarańczy – JESZCZE). Chociaż pewnie gdybym była na wczasach nad morzem, to nie przyznałabym ani jednego punktu.

Zginął mi jeden album ze zdjęciami, w efekcie posprzątałam już w kilku szafkach – nie znalazł się, ale przynajmniej mam posprzątane szafki. Jedna pani z internetów mówi, że patent na odgruzowanie domu jest taki, że bierze się do ręki torbę, obchodzi się z nią dom i ładuje do niej pięć rzeczy, które chcemy wyrzucić. Wystarczy pięć. Tylko to trzeba powtarzać CODZIENNIE. To jest niezły pomysł, bo mam dosłownie ciarki wzdłuż kręgosłupa na samą myśl o generalnych porządkach, a takie wyrzucanie pięciu dziennie – phi, czasem z samej lodówki mam więcej (nie jestem z tego dumna, głównie przeterminowany nabiał). 

Na razie z szafek poszło do wyrzucenia tyle, że mam ze dwa tygodnie wolnego, albo i więcej.

Z innych mądrości internetowych: na wszystkie moje problemy rozwiązaniem będzie picie serwatki. Oraz zjadanie nasion babki płesznika. Serwatki nie piłam nigdy w życiu, co innego maślankę. Może być maślanka? Pewnie nie, ci internetowi guru są bardzo kategoryczni. A babka płesznik brzmi jak coś, czym można się nieźle zakrztusić. No chyba, żeby popić serwatką. 

Robiłam ostatnio porządki w skrzynkach mailowych – jakie smutne czasy nastały, że w spamie mam głównie maile od panów, oferujących wsparcie prawne. Kiedy to się stało? Żadnej fantazji. A gdzie nigeryjscy książęta, którzy chcą mi przekazać swoją fortunę? Gdzie oferty powiększenia penisa, niedrogo i efektywnie? Ta generacja Z wszystko psuje, naprawdę. Nie piją alkoholu, nie powiększają penisów, tylko by udzielali wsparcia prawnego – banda nudziarzy. Jak to powiedział Harrison Ford w „Shrinking” – cieszę się, że spieprzyliśmy im planetę. 

Czytam „Dziwna pogoda w Tokio” – nie wiem, co sądzić o pogodzie, ale w życiu nie przeczytałam dziwniejszego opisu grzybobrania. 

O ROZKOPANYM MADRYCIE

No więc – w Madrycie byliśmy.

Wiem – miewałam w życiu lepsze pomysły, ale bilety były sprzed pół roku i dwa razy przebukowywane i dotarliśmy do momentu, w którym trzeba było podjąć decyzję – albo w tę, albo weftę. No to pojechaliśmy – przez dwa pierwsze dni było chłodniej, niż w Polsce! Ale później już cieplej. Czyli piekielny kocioł z wrzącą siarką.

Cały Madryt w remontach. Calutki – gorzej, niż Warszawa; gdzie nie poszliśmy, tam płoty, siatki i panowie z młotami pneumatycznymi. Nawet w parku Retiro, do którego popełzliśmy, żeby nie dostać udaru – a tam Palacio de Cristal w remoncie. No nic, poszliśmy na wystawę w budynku obok, bo zawsze człowiek trochę odpocznie w klimatyzacji – a tam wystawa o wojnie domowej. No jak nie idzie, to nie idzie. 

Ale i tak jestem z siebie dumna, że tyle kilometrów zrobiłam w taki upał – głównie przedpołudniami i głównie dzięki spodniom z Uniqlo. Bo N. zaciągnął mnie do Uniqlo, jest zakochany w ich ciuchach, głownie spodniach, bo uratowały mu życie w upale w Japonii. Powiedział, że nikt nie robi takich spodni na upał i MA RACJĘ – żadne inne lniane spodnie nie są tak rewelacyjne, miękkie i przewiewne. Każdy inny len czy mieszanka mnie drapie – a w tych przechodziłam trzy upalne dni i jedyne czego żałuję, to że nie wzięłam wszystkich dostępnych kolorów z tego fasonu, a kosztowały w okolicach 20 eurasi. Po prostu cudo. Ale za to bolą mnie stopy, bo chodziłam w sandałkach, nie byłam w stanie się przemóc i założyć zakrytych butów i teraz mam za swoje. 

No i hotel mieliśmy z niespodzianką – co prawda działała klimatyzacja (nie to, co w Pobierowie), ale za to budziło nas jakieś łomotanie – jakby ktoś trzaskał drzwiami ogromnej szafy. Co się okazało – hotel był (jest) w kamienicy z zachowanymi oryginalnymi okiennicami. Wewnętrznymi i zewnętrznymi. DREWNIANYMI. No i one się tak tłuką, jeśli nie są zamknięte na rygiel. Jak wielka, drewniana szafa. 

Wnioski z wyprawy mamy takie, że chyba w przyszłości odpuścimy sobie Madryt latem. Ale za to będę częściej zaglądać do Uniqlo. 

Jak pięknie być w domu, gdzie poduszka ma odpowiednią wysokość (czyli jest płaska), kołdra nie jest utkana pod materacem (po co to utykanie – ile człowiek musi się naszarpać, zanim się położy), a piesek śpi obok. Mangusta znalazła sobie zajęcie – pilnowała szwagra. Zebra mi donosiła, że dopóki nie ma go w domu, to jest spokój, a jak tylko wróci z roboty – to Mangusta kładzie się obok niego i drze się na wszystkich, jak opętana. Szkoda, że nie mam jak zapytać, o co jej chodzi. Niezbadanymi drogami chadzają psie pomysły.

No to wstawiłam pranie i czekam na te obiecane deszcze. Trawa wyschła, a debile z gminy dziś od rana koszą. Ja nie wiem, kiedy i dlaczego ludzkość tak zgłupiała.

O LOBELIACH I DEPTANIU SOLI

W sprawie banku – kiedy tylko okazało się, że mogę płacić przez internet, włączyłam sobie luz i zen. Kontrolnie wchodzę poczytać komentarze na fejsbuku, z których wynika, że nadal wielu osobom różne rzeczy nie działają, a dodzwonić się nie idzie, więc postanowiłam nie mnożyć oczekiwań, na spokojnie założyć inne konto i zająć się rzeczywistymi problemami.

Na przykład niebieskimi lobeliami, które są przepiękne i kwitną jak szalone, ale odkąd przyszły upały, to podlewam je dwa razy dziennie, a one i tak mdleją po południu – chyba muszę im poszukać bardziej ocienionego miejsca. Oraz wykąpałam Mangustę w upały, bo też nie mogła sobie miejsca znaleźć i była oklapła jak te lobelie – od razu się zregenerowała i zjadła puszkę kurczaka.

Oraz, jak co roku, kochane ptaszki obsrywają mi taras na atramentowo, bo nażarły się czereśni (w kupach są pestki). 

N. nareszcie znalazł w garażu i zainstalował soda stream – zginął (zginęła?) nam w garażu po zimie, bo mamy płodozmian: na lato soda stream, na zimę – wyciskarka do pomarańczy. No i od miesiąca N. przetrząsał garaż – NIE MA, soda stream się zapadło (zapadł? zapadła?) pod ziemię. Prawie dostał gorączki, bo on – w odróżnieniu ode mnie – raczej ma porządek (ja mam coś w rodzaju kontrolowanego chaosu) i w miniony weekend zapowiedział, że albo tę cholerę znajdzie, albo wrzuca granat i urządza garaż od nowa. I znalazł – gdzie? Ano w pierwszym miejscu, w którym szukał i przysięgał, że właśnie tam odstawił i nie ma. A sprawdzał w międzyczasie z dziesięć razy. U nas się mówi na takie przypadki, że diabeł ogonem nakrył. 

Z internetowych trendów: deptanie soli. Od kilku dni wyskakują mi filmiki z paniami, które wysypują sól pod prysznicem – dużo, gruba warstwa ma leżeć – i po niej depczą, a następnie biorą prysznic. I to ma być prozdrowotne i odprężające i w ogóle. Ale chyba nie codziennie? Bo musiałyby tę sól mieć dostarczaną ciężarówkami, a taka ilość solanki w ściekach też nie jest obojętna dla środowiska. 

Poza tym o – co mi podpowiedział najlepszy kumpel i najwartościowszy pracownik N., czyli chat GPT (serio – N. się zakochał w chacie GPT, wykupił sobie wersje biznesową i zarzuca go robotą i nie można ich od siebie oderwać):

„Deptanie, stanie lub chodzenie po rozsypanej soli to według dawnych wierzeń i przesądów ludowych zapowiedź konfliktu, kłótni oraz pecha w domu. Według tradycyjnych przesądów, samo nastąpienie na sól oznacza rychłe spięcie, kłótnię z bliskimi lub długotrwały konflikt w rodzinie.”

Co to, to nie – ja nie mam energii na konflikty i spięcia, a pecha w domu sobie nie życzę. Wystarczy mi pech w banku.

Jakoś nie mam ostatnio nastroju na seriale – wolę siedzieć wieczorami na tarasie, skoro nareszcie zrobiło się ciepło (a nawet upał, bo u nas nie może być NORMALNIE). 

O TYM, ŻE PEŁNIA BYŁA STRASZNA

Nie wiem, czy to tylko u mnie, ale ostatnia pełnia mnie przeczołgała.

Najpierw Inpost zjadł mi paczkę, a właściwie – nie otworzył skrytki. Aplikacja się zawiesiła, a jak się odwiesiła – to paczka już była oznaczona jako odebrana. Były to okulary słoneczne, bez których postanowiłam, że przeżyję. Złożyłam reklamację, ale bez jakichś oczekiwań. Pomyślałam, że jak paczka się odnajdzie w odmętach systemu, to poproszę o przesłanie jeszcze raz albo coś. 

A następnie transferowali mi bank do VeloBanku.

W weekend była przerwa techniczna, a w poniedziałek rano moje konto zniknęło z jednego banku i nie pojawiło się w drugim. Naiwnie zadzwoniłam na infolinię, po czterdziestu minutach oczekiwania (muzyczka zdecydowanie lepsza w poprzednim banku) pan konsultant rozbrajająco poinformował mnie, że on mi w niczym nie pomoże, bo system padł. W internecie zaroiło się od komentarzy wkurwionych klientów, co mnie trochę pocieszyło, a trochę nie – niby nie jestem w tym sama, ale taki burdel niezbyt dobrze świadczy o banku. A może informatycy od migracji byli już z tego pokolenia, że mają work – life balance i po prostu nie przyszli w weekend do pracy, transferować klientów, bo mieli inne plany. A może prezes lubi zarządzanie przez chaos. Podobno jakiś wizjoner. No, to wyjątkowo mu się wizja zmaterializowała w jeden wielki megaburdel.

Najgorzej, że jak się tak zaczęłam zastanawiać, to właściwie mogą mi to konto zniknąć i nic nie zrobię. Bo odkąd nie ma papierowej korespondencji, cały mój dowód na to, że mam jakieś konto, to karta z banku (którą można podrobić) i jakieś maile (jeszcze jak można podrobić, a zresztą systematyczne je usuwam). Umowę z bankiem mam (albo nie mam) sprzed ponad dwudziestu lat, więc może już się rozleciała. Nawet nie zrobiłam sobie kopii ostatnich wyciągów, bo niedawno przenosili N. z jednego banku do drugiego i on KOMPLETNIE nie musiał nic robić, nawet instalować nowej aplikacji, tylko kolorek logo w telefonie mu się zmienił. Więc myślałam, że to taki bankowy standard. A zatem, nawet jak się już dostanę przed oblicze jakiegoś konsultanta, w telefonie czy na żywo, to on mi może spokojnie powiedzieć w twarz, że pierwszy raz na uszy słyszy, że ja mam jakiekolwiek konto. A taką kartę do konta to sobie można kupić w każdym sklepie z kartami. 

Pierwsze logowanie udało mi się we wtorek, późnym rankiem. Sprawy do wyjaśnienia będę wyjaśniać, kiedy czas oczekiwania na infolinii spadnie poniżej trzech godzin. W ramach testu kupiłam sobie koszulę w Zarze (mój ulubiony styl, cienkie bawełniane z haftami i zakładkami, koszmar do prasowania, ale wyglądają ślicznie). 

Kiedy tak siedziałam w poniedziałek, osuwałam się w otchłań szaleństwa i odświeżałam stronę, to już nie wiem, czy miałam halucynacje, czy naprawdę wyświetlił mi się filmik z panią, która nakładała na włosy majonez. I tłumaczyła, jakie to super dla włosów i zbawienne. I drugi z panią z Paryża, która wyciągnęła z lodówki ogryzki różnych serów, zeschnięte i zapleśniałe (pleśń odkroiła), wrzuciła do miksera z białym winem i zrobiła z tego maź, która się nazywa fromage fort i jest tres chic. Może być na grzanki albo do sałatki (ale pleśń żeby jednak odkroić). 

A we wtorek po południu Inpost przysłał mi ponownego linka do zaginionej przesyłki, więc tego samego dnia odzyskałam i okulary, i konto w banku. Powinnam była wypić toast szampanem z tej okazji, ale nie lubię szampana (ani kaca następnego dnia). 

Teraz najchętniej bym zażyła jakieś psychotropy uspokajacze i jakieś trzy dni posiedziała na kanapie w stanie półświadomości, ale oczywiście mój mąż i Mangusta mają inne plany i nici z relaksu. Jak się zdenerwuję, to zrobię francuski dip ze spleśniałego sera.

O PSICH IMIONACH

Pozwolę sobie tradycyjnie zacząć – co za porąbana pogoda! Wczoraj upał znienacka (i to akurat w dniu, kiedy miałam tyle rzeczy do załatwienia – po południu czułam się jak strzyga z udarem cieplnym, za to bardzo potargana), dziś od rana znaczące ochłodzenie relacji; gadałyśmy z koleżanką, że w zeszłym roku to już prawie cały miesiąc chodziłyśmy w sandałkach. A w tym? Może kilka dni.

Natomiast uprawiam kukurydzę. Wyświetliła mi się rolka, jak przyozdobić taras i jedna pani wsypała popcorn* do doniczki z ziemią i efekt był bardzo ładny, więc postanowiłam też, bo została nam taka wysoka doniczka, na którą nie miałam pomysłu w tym roku. (O maj gad, czy to znaczy że zostałam zinfluensowana? Czy jak tam się to pisze). W każdym razie – N. otrzymał gratis garść kukurydzy od naszego lokalnego dostawcy słonecznika, ciepnęliśmy to do doniczki i obserwujemy. Po czterech – pięciu dniach zaczęły wychodzić kiełki i teraz biegamy kilka godzin dziennie je liczyć. Zaczynaliśmy od czterech, a teraz mamy dwadzieścia cztery, a te pierwsze to już mają po kilka centymetrów – rosną w oczach! To znaczy – w doniczce rosną, tylko dość szybko. Frajda jest niesamowita, chyba lepsza zabawa, niż z rzeżuchą.

Znacie tego mema, że koleś nie ma pojęcia, jak mają na imię jego sąsiedzi, ale zna imiona wszystkich psów w okolicy? Jest to szczerozłota prawda. Ostatnio dowiedziałam się, że jeden pies na rogu ma na imię Darek (albo Derek – mamy z N. dyskurs, bo pancio go wołał i każde z nas usłyszało inaczej; ja obstawiam Dereka, no bo Darek dla psa to trochę bez sensu). Z kolei kawałek dalej jeden terierem ma na imię Rupert i N. się nawet z nim zapoznał, bo pomagał go zagonić do chałupy, kiedy Rupert sobie wyszedł na rekonesans przez otwartą bramę (ludzie, zamykajcie bramy do cholery jasnej). 

A wczoraj usłyszałam o jamniku, który miał na imię Beret, bo spał panciowi na głowie. No to Mangusta powinna zostać przechrzczona na Etolę, bo jako świeżo przybyły szczeniaczek spała mi na ramieniu, przytulona do szyi. A w bliskiej okolicy mamy niedługo festiwal Waldorffa, którego jamnik miał na imię Puzon. 

Czytam książkę „Wścibscy sąsiedzi” (to znaczy – zaczęłam wczoraj, ale padłam jak kawka po niezbyt wielu stronach, no bo ten wariacki dzień w upale). Na początku miałam obawy, że to taka podróba kryminałów Osmana, ale nie – chociaż klimat też brytyjski, bo fabuła dotyczy sąsiadów, zamieszkujących podniszczony dom – kamienicę w małym miasteczku. Jedna z bohaterek – emerytka – ciągle pije herbatę, a poza tym wszystko i wszyscy ją denerwują. Czy muszę artykułować, że prawie od razu poczułam z nią więź?…

A na Netflixa wjechał drugi sezon „Czterech pór roku” – ciekawe, czy taki dobry, jak pierwszy. Bardzo lubię wszystko, co wymyśliła Tina Fey. 

* Oczywiście, chodzi o popcorn zanim został popcornem, czyli ziarna kukurydzy, ktore były w opakownaiu opisanym jako “Popcorn do mikrofalówki”, bo to chyba dla niektórych jedyne znane źródło ziaren kukurydzy. Tak myślę.

O PAMIĘCI I PSIM BUDZIKU

Wyświetliła mi się reklama biustonoszy z pamięcią.

I to jest znakomity pomysł, bo – jak wiadomo – z pamięcią mi ostatnio nie po drodze, obrazowo ujmując – jeśli ja jestem dajmy na to u siebie na wsi koło Warszawy, to moja pamięć jest jakoś w Toronto. Albo Sydney. Albo leci na Wyspy Zielonego Przylądka i nie dzwoni stamtąd ani nie pisze.

Pytanie tylko, jak działa taka pamięć w biustonoszu – na niebieski ząb czyli bezprzewodowo? Czy raczej jak dyktafon- za każdym razem, jak chcę coś zapamiętać, to odchylam dekolt i szepczę i on to nagrywa? W zasadzie, jak tak sobie myślę, to każdy biustonosz może być biustonoszem z pamięcią – wystarczy zapisywać na karteczkach i wtykać je sobie za dekolt. Jedyny minus, że mogą drapać.

Trochę a propos niepamiętania, to pogoda w miniony weekend była tak ładna, że skusiłam się na kulkę  lodów o smaku kawowym, a N. na dwie jakieś owocowe. I naprawdę były niezłe te lody i w ogóle tak jakoś miło, że N. mnie pyta, dlaczego my w zasadzie nigdy nie byliśmy w Madrycie na lodach. Przez tyle lat – ani razu.

Półtorej godziny później i po trzech wizytach w toalecie przypomniało mi się, dlaczego nie byliśmy na lodach w Madrycie, ani w zasadzie nigdzie indziej. To znaczy – możemy iść, proszę bardzo, ale później nie powinniśmy się zanadto oddalać od hotelu. A najlepiej, gdybyśmy pozostali tak do półtora metra w okolicy wind. Ewentualnie w grę wchodzą sorbetowe, bez nabiału. Tylko po co? Moim zdaniem – najlepiej po prostu iść na wino. Wino człowiekowi nie robi takich podłych rzeczy.

Następne lody – kiedy znowu zapomnę, że nie toleruję mleka, a biustonosz mi o tym nie przypomni.

Musimy znowu zakroplić Mangustę przeciwko kleszczom, które w tym roku są wielkie, głodne i wcale mrozy nie zmniejszyły ich populacji. I wszędzie są krople na miesiąc, a przysięgam, że w zeszłym roku mieliśmy takie na trzy miesiące. Nie wiem, co się z nimi stało i dlaczego nie ma ich w sprzedaży (a może mam fałszywe wspomnienia? Takie w biało – żółtym kartonowym pudełku, z dołączoną rękawiczką – były takie, czy mi się przyśniło?).

„Lśniące dziewczyny” bardzo dobre. Za to trochę mniej dobre – Mangusty pobudki; zrywa nas z łóżka o 4.30, a zatem codziennie oglądam malownicze wschody słońca, a wieczorem jestem zdechła po dziewiętnastej. Nie wiem, jak jej przestawić budzik chociaż o godzinę. Albo przynajmniej o pół!… 

O KOMPOCIE I PRZEPISIE NA LASAGNE

Miałam dość fajny sen – śpiewałam „Midnight train to Georgia”; na pewno był przyjemniejszy, niż większość moich snów, w których błądzę po labiryntach jakichś gmachów / jest apokalipsa / muszę znowu zdawać maturę i nie mam spodni ani nie wiem, kiedy urodził się Mickiewicz / zalewa nas tsunami i tym podobne. W dodatku ja lubię śpiewać, byle nie „sto lat” na imprezie, to mi przez gardło nie przechodzi – ale coś na trzy głosy – proszę bardzo. 

Tymczasem podobno Amerykanie odkryli kompot pod nazwą „boiled strawberries”, przy czym strawberries wyjadają ze szklanki pałeczkami. Zuch chłopaki (i dziewczyny). Już jedna knajpa w Warszawie ma go w cenie 30 złotych za szklankę – koniecznie musimy powiedzieć pani właścicielce „Stokrotki” na Kaszubach, u której się stołujemy i zawsze jest kompot w cenie kilku złotych, żeby chociaż do 20 podniosła i nie psuła rynku!

(A propos Kaszub – zawsze, jak tam jedziemy, to wszyscy są tacy mili i uprzejmi, nawet trudna młodzież, ale to wszyscy wszędzie – że N. za każdym razem podejrzewa, że oni specjalnie są tacy mili, żeby go zdenerwować. Czy ktoś jeszcze to zauważył, czy tylko dla nas są tacy przyjaźni?)

Przeczytałam (na zmianę – na starość tak mi się robi, że lepiej mi się czyta kilka książek naraz na zmianę, no chyba że jakiś naprawdę wciągający tom trafię) dwie naprawdę dziwne książki: „Mój mąż” Maud Ventura i „Ogród rozpaczy ziemskich” Beatriz Serrano. Pierwsza jest o małżeństwie – francuskim, dodajmy – i jeśli francuskie małżeństwa klasy średniej tak wyglądają, to ja już nie wiem. Mam nadzieję, że to jednostkowy przypadek. Druga z kolei jest opowieścią singielki, prowadzącej niesatysfakcjonujące życie – ma wykształcenie artystyczne, a pracuje w agencji reklamowej w Madrycie i bardzo z tego powodu cierpi. Przez 2 / 3 książki strasznie mnie denerwowała i miałam ochotę kopnąć ją w tyłek, bo cierpiała i żarła garściami lorazepam, jakby musiała azbest układać, a nie hasełka sprzedaży szminek – ale zakończenie było zaskakujące i w sumie wyszło nieźle. 

Jak już się pogoda poprawiła, to od razu są upały – czy u nas nigdy nie może być NORMALNIE? Mangusta wykłada się na tarasowej kanapie jak Józefina Bonaparte na szezlongu, z tym, że Józefina raczej nie leciała co kwadrans do bramy, wydzierać się na wszystkich. Chociaż – kto ją tam wie, Francuzki są dziwne (przynajmniej ta jedna z mojej książki). 

Wyskoczył mi na fejsie przepis na słynna lasagne George’a Michaela. Z jajkami na twardo. No proszę, nigdy takiej nie jadłam. George to chyba powinien mieć przepis na musakę, nes pa?

O PRZYGNĘBIAJĄCYCH PORZĄDKACH

Dear Diary, jakoś strasznie dużo bieganiny mamy ostatnio i uchetana jestem jak nasza szkapa. Musiałam w końcu wziąć się za większe porządki w domu po rodzicach i wyrzucanie straszliwych ilości nagromadzonych rzeczy (nie przesadzam – niektóre ubrania to chyba jeszcze lata 70-te pamiętały) – strasznie mnie wyczerpało. Fizycznie i psychicznie. I pakowałam te worki i obiecywałam sobie, że nie będę kupować tylu ciuchów bez sensu, po czym wróciłam do domu, wzięłam prysznic i wylądowałam na Zalando w dziale „torby damskie shopper i tote” – BEZ UDZIAŁU ŚWIADOMOŚCI! Ale przysięgam, że nie kupiłam. Ani torby, ani nawet biustonoszy dla psa. 

Niektórzy ludzie potrafią robić regularnie gruntowne porządki z wywalaniem – ja nie, ale bardzo bym chciała umieć. Tak solidnie, z rozmachem, nie, że kilka poplamionych tiszertów i za małe dżinsy. Oczywiście, z wyjątkiem ceramiki – N. nie pozwoli wyrzucić nawet najmniejszej skorupki, a ja nie zamierzam z nim walczyć. 

A propos psa – ZNOWU nie mam jak wychodzić z Mangustą na spacer, bo co prawda się ociepliło (tfu, żeby nie zapeszyć!), ale w naszej okolicy grasują stada dzików. Loch z małymi warchlaczkami – jakie śliczne! Ale Locha już niestety nie taka śliczna i patrzy na człowieka dość groźnie. Nie wiem, czy na dzika działa strategia „stanąć bez ruchu i przeczekać”, tym bardziej, że Mangusta ani nie stanie, ani nie przeczeka, tylko będzie się darła jak opętana. Ale nie ucieknę przed dzikiem, bo jak? NIE BIEGAM – chyba nawet nie umiem. A zresztą na pewno dzik biega szybciej (większość przyrody ożywionej biega szybciej ode mnie, nie ma się co czarować – chyba nawet bluszcz rośnie szybciej, niż ja biegam). 

Za to udało mi się skończyć „Siostry na zabój” – drugi sezon jest bardziej mroczny i ma takie zwroty akcji, że parę razy podskoczyłam na kanapie pod sufit i o mało nie wbiłam sobie szydełka w oko. Niemniej jednak – skończył się, czego bardzo żałuję, bo bardzo polubiłam te wariatki i trzymam kciuki, żeby nakręcili sezon trzeci. W oczekiwaniu oglądam „30 Rock” na Netflixie i wzdycham z nostalgią, bo to stary serial – jacy wszyscy są tam młodzi i robią sobie żarty z tego, co stało się naszą rzeczywistością. Wczoraj jak leciał odcinek z Salmą Hayek w parku, to nawet N. się żywo zainteresował – sukienka, jaką miała na sobie w scenach w parku, była znakomicie dobrana do jej walorów, tyle powiem.

Czy ja mogę wreszcie wyciągnąć te letnie kiecki? Bo jeszcze kilka takich weekendów jak ostatnio i w żadną się nie zmieszczę (bo co można robić w takie zimno – tylko żreć i się nad sobą użalać). A bardzo potrzebuję się ubrać jakoś kolorowo, na poprawę nastroju.

O POWROCIE ZIMNA I PSACH

No, to się nabyło ciepło. Kapcie na futrze i grube bluzy zaliczyły comeback, a szmizjerka z Chojnic smętnie wisi i czeka na lepsze dni.

(Serio, szmizjerka to takie zapomniane słowo? Owszem, przeważnie używa się „sukienka koszulowa”, ale widziałam w internetowych butikach nazwę „szmizjerka”).

Mangusta nadal jest misgenderowana – tym razem przed miejscową piekarnią jedna pani się zachwycała „Jaki on piękny! Niech mu pani zawiąże czerwoną wstążeczkę”. Czerwoną to się nosi nitkę na nadgarstku, z tego co pamiętam – Madonna nosi i to podobno znaczy, że kabała (ale co kabała, to już nie wiem). Dear Diary, jak skutecznie i umiejętnie zasygnalizować światu, że Mangusta jest kobietą (zaimek ona, jej) (WSZYSTKO JEST JEJ – wszystko w zasięgu wzroku).

Natomiast dzwoni do mnie moja ciotka.

– Słuchaj, wczoraj był finał „Mam talent”.

– Nawet mnie nie denerwuj – mówię jej, bo takie programy to jest dla mnie dowód na intelektualne ubytki w mózgach współczesnej ludzkości.

– Ale nie, słuchaj! PIES WYGRAŁ! No prawie się popłakałam.

No to dobrze, że pies wygrał. Ale i tak nie zamierzam tego oglądać dobrowolnie.

Natomiast odkryłam świetny serial – „Bad Sisters” (po naszemu oczywiście „Siostry na zabój”). Zakochałam się w nich – są odjechane jak nie przymierzając siostry Walsch u Marian Keyes i mają jeden wspólny cel: zamordować szwagra (znaczy, męża jednej z nich). W tle Irlandia, która jest nadzwyczajnie piękna, widoki zapierają dech w piersiach – jednego tylko nie mogę znieść – jak kąpią się w morzu ZIMĄ. Na Boże Narodzenie, w Sylwestra i ogólnie, w porach roku, które normalnemu człowiekowi by nie przyszły do głowy. Może tam są jakieś gorące źródła albo przynajmniej ciepły prąd? NAPRAWDĘ ludzie w Irlandii tam się kąpią w grudniu? 

W dodatku – grają aktorki, które są świetne i wyglądają jak LUDZIE; normalnie, jak ludzie kiedyś – mają rysy twarzy i mimikę. Najmłodszą gra córka Bono, ale pozostałe też są super fajne. Jakie to wytchnienie dla oka, taki serial – dużo zieleni i ludzie nienapompowani silikonem. Może jeszcze jest nadzieja?…

Chociaż, może lepiej sobie nie robić nadziei.

Jak widzę – przed nami Zimna Zośka, która potrwa co najmniej półtora tygodnia. Wspominałam już, jak bardzo kocham naszą strefę klimatyczną?…

O NUROGĘSI I PSICH ZAIMKACH

No dobrze, nareszcie jest ciepło. Nareszcie Mangusta wychodzi na taras, a ja się na nią nie drę, żeby natychmiast wracała, bo zamarzniemy – tylko wychodzę razem z nią i z herbatą. Ponieważ oczywiście muszę się o coś martwić, to teraz martwię się o suszę. I o pożary lasów. Ale martwię się na tarasie i w klapkach, a nie w futrzanych kapciach – zawsze to coś.

Co do majówki, to całą majówkę zdominowała nurogęś. Jak mi N. przeczytał nagłówek „Nurogęś pożarta przez wielką rybę”, to myślałam, że znowu jakiś nagłówek z Faktu czy Super Expressu, w stylu „Nie mogę spać, bo trzymam kredens”, ewentualnie „Żaby mu powiedziały, żeby przestał pić”. A później się okazało, że to wiadomość numer jeden na wszystkich poważnych portalach, w dodatku zostało dziesięć osieroconych nurogąsiątek. To jest skandal i dramat, żeby w Łazienkach Królewskich miały miejsce takie sceny – co to w ogóle za ryba? Rekinów raczej u nas nie ma, a ryby polskie słodkowodne oscylują w granicach siedmiu centymetrów (wiem, bo mój mąż i jego koledzy łowią na wędkę, więc widziałam). No – takie ryby nurogęsi raczej nie zjedzą, musiałyby się rzucić stadem, i to dobrze zorganizowanym. 

Kilka wolnych dni spędziliśmy w Borach Tucholskich w domku znajomego i pierwsza noc była zaprawdę pamiętna – byliśmy chyba (a nawet chyba na pewno) pierwszymi mieszkańcami w tym sezonie i dom był TAK POTWORNIE WYZIĘBIONY, że musieliśmy włożyć na siebie wszystkie ubrania naraz i na zmianę staliśmy pod nadmuchem, z którego leciało ciepłe powietrze. I zaśmiewaliśmy się do łez, jak N. włożył różowe wino do lodówki. Spoko – za dwa dni się przydało, ale tej pierwszej nocy było to histerycznie zabawne, bo w lodówce chyba było NAJCIEPLEJ w całej chałupie.

Pojechaliśmy na wycieczkę do Lubiany, gdzie standardowo z moimi koleżankami dostałyśmy zapalenia mózgu, buszując w outlecie z porcelaną (poznałam nowy termin gastronomiczny – „rawierka”), a następnie do Kościerzyny, gdzie było bardzo ładnie. Ale chyba jeszcze ładniej było w Chojnicach – piękny rynek, obowiązkowe zdjęcie z turem, moja koleżanka mierzyła biustonosze półtorej godziny, mój mąż dostawał gorączki, bo jest niecierpliwy, a Mangusta była misgenderowana – ludzie na jej widok mówili „O, JAKI ŚLICZNY!”. Zebra mówi, żebym jej kupiła różową obróżkę z brylantami. A ja jak zwykle wstąpiłam do butiku na uliczce prowadzącej do Bramy Człuchowskiej – tam są fajne rzeczy, a przede wszystkim – niesamowicie dynamiczna pani właścicielka. Tym razem prawie od razu przy wejściu ubrała mnie w szmizjerkę, na którą sama bym nie zwróciła uwagi, a okazała się dla mnie STWORZONA – i krojem, i kolorystycznie. No to przecież nie mogłam jej tam zostawić. N. w tym czasie zakupił na pchlim targu kufle malowane w kaszubskie wzory (wiedziałam, że nie powinnam go była spuszczać z oka). 

Wróciłam do pracy a tu – KSEF działa! Doprawdy, byłam pod wrażeniem. 

Za to znowu jacyś tegoroczni maturzyści wnieśli telefony na egzamin i wrzucili zdjęcia arkuszy do sieci. Jakie to szczęście, że za moich czasów nie było telefonów komórkowych i nie musiałam przez jednego z drugim idiotę powtarzać egzaminu. 

To teraz niech popada. Sucho jest straszliwie.