Wyświetliła mi się reklama biustonoszy z pamięcią.
I to jest znakomity pomysł, bo – jak wiadomo – z pamięcią mi ostatnio nie po drodze, obrazowo ujmując – jeśli ja jestem dajmy na to u siebie na wsi koło Warszawy, to moja pamięć jest jakoś w Toronto. Albo Sydney. Albo leci na Wyspy Zielonego Przylądka i nie dzwoni stamtąd ani nie pisze.
Pytanie tylko, jak działa taka pamięć w biustonoszu – na niebieski ząb czyli bezprzewodowo? Czy raczej jak dyktafon- za każdym razem, jak chcę coś zapamiętać, to odchylam dekolt i szepczę i on to nagrywa? W zasadzie, jak tak sobie myślę, to każdy biustonosz może być biustonoszem z pamięcią – wystarczy zapisywać na karteczkach i wtykać je sobie za dekolt. Jedyny minus, że mogą drapać.
Trochę a propos niepamiętania, to pogoda w miniony weekend była tak ładna, że skusiłam się na kulkę lodów o smaku kawowym, a N. na dwie jakieś owocowe. I naprawdę były niezłe te lody i w ogóle tak jakoś miło, że N. mnie pyta, dlaczego my w zasadzie nigdy nie byliśmy w Madrycie na lodach. Przez tyle lat – ani razu.
Półtorej godziny później i po trzech wizytach w toalecie przypomniało mi się, dlaczego nie byliśmy na lodach w Madrycie, ani w zasadzie nigdzie indziej. To znaczy – możemy iść, proszę bardzo, ale później nie powinniśmy się zanadto oddalać od hotelu. A najlepiej, gdybyśmy pozostali tak do półtora metra w okolicy wind. Ewentualnie w grę wchodzą sorbetowe, bez nabiału. Tylko po co? Moim zdaniem – najlepiej po prostu iść na wino. Wino człowiekowi nie robi takich podłych rzeczy.
Następne lody – kiedy znowu zapomnę, że nie toleruję mleka, a biustonosz mi o tym nie przypomni.
Musimy znowu zakroplić Mangustę przeciwko kleszczom, które w tym roku są wielkie, głodne i wcale mrozy nie zmniejszyły ich populacji. I wszędzie są krople na miesiąc, a przysięgam, że w zeszłym roku mieliśmy takie na trzy miesiące. Nie wiem, co się z nimi stało i dlaczego nie ma ich w sprzedaży (a może mam fałszywe wspomnienia? Takie w biało – żółtym kartonowym pudełku, z dołączoną rękawiczką – były takie, czy mi się przyśniło?).
„Lśniące dziewczyny” bardzo dobre. Za to trochę mniej dobre – Mangusty pobudki; zrywa nas z łóżka o 4.30, a zatem codziennie oglądam malownicze wschody słońca, a wieczorem jestem zdechła po dziewiętnastej. Nie wiem, jak jej przestawić budzik chociaż o godzinę. Albo przynajmniej o pół!…