O TYM, ŻE NAUKOWCY MOGLIBY SIĘ BARDZIEJ POSTARAĆ

No więc przeczytałam artykuł naukowców ekspertów, którzy stwierdzili, że ABSOLUTNIE kategorycznie nie wolno spać na prawym boku. Jestem prawie pewna, że kiedyś czytałam artykuł o tym, żeby absolutnie kategorycznie nie spać na LEWYM boku, z powodu serca i jakichś głównych naczyń. I co teraz? Na plecach się nie wyśpię; na brzuchu nie umiem. Wszystko, po prostu WSZYSTKO muszą człowiekowi zohydzić, zabronić – jedzenie, picie (no – głównie alkoholu, ale co innego warto pić?), a teraz jeszcze SPANIE. Zamiast poświęcić się jakimś pożytecznym badaniom naukowym – już nie mówię o lekarstwach na raka, ale chociaż zmontowaliby skuteczną pastylkę na kaca albo sympatyczny narkotyk, który wywołuje euforię, dobry nastrój i nie ma skutków ubocznych – to oni studiują spanie na boku. Patałachy.

Strasznie mnie męczy ta nowa Marian Keyes; nie wiem, czy nie potrafię się wczuć w losy bohaterki, bo pracuje w firmie PR, czy też może – bo wychowuje trzy dorastające córki, z czego jedna prowadzi vloga o kosmetykach. A ona przez cały czas ma obsesję, czy ta córka odpali jej jakieś darmowe kosmetyki do makijażu, które dostaje do przetestowania. Nie wiem o co chodzi, bo z siostrami Walsh też nie miałam wiele wspólnego, ale nie mogłam się oderwać od ich pokręconego świata, a tu – nic. Całkowita oziębłość. No więc zrobiłam sobie przerwę na „Artemis” i nie żałuję – nie jest to „Marsjanin”, ale bardzo mi przypomina Heinleina „Kot, który przenika ściany” – jest przygodowo i awanturniczo w zmniejszonej grawitacji.

Pozostali domownicy też już mają dosyć stycznia.

– Jest tu jakiś piesek?

– Do kogo ty mówisz per „piesek”, kobieto – do Obi-Wana?

I tak sobie żyjemy.

 

O TYM, ŻE NAPRAWDĘ ZARAZ ZWARIUJĘ

A tak miło się ten weekend zaczął – imprezą u koleżanki, połączoną z nadziewanymi pieczonymi ziemniakami (pyszne! Pyszne i dopieczone – czyli to tylko nade mną wisi Klątwa Surowego Kartofla) i głaskaniem papugi. A później to już wiadomo.

Jak to dobrze, że mój mąż ma elektrownię w tyłku, robi dookoła siebie tornado, nie słucha co do niego mówię, ma pięćdziesiąt hobby, bałagan w garażu, nie uważa i zrywa sobie paznokcie – ale nie jest himalaistą. Niestety, nie byłabym wtedy wspierającą żoną. A wręcz po prostu nie byłabym żoną, kropka. No nie potrafię wykrzesać z siebie entuzjazmu dla pasji życiowych, zawierających w pakiecie odmrożenia i dobrowolne uszkodzenia mózgu.

Zaiste pięknym nas poniedziałek powitał korkiem – pojechaliśmy przez zboże, bo we wsi Moskal… tfu, wróć – bo na naszym zjeździe wypadek i trzeba było objechać, po drodze przez wsie korki, na autostradzie korki, w Warszawie korki, bo trzy tramwaje się pieprznęły. Po prostu styczniowy poniedziałek, nic dodać, nic ująć.

Koleżanka mówi, że teraz u psychiatry nie każą przechodzić jakichś beznadziejnych terapii, tylko od razu przepisują proszki. Prawda to? Bo może się wybiorę (chociaż czy to nie byłaby przesada? W tym roku JUŻ BYŁAM u lekarza).

 

O LEŻENIU

 

Styczeń dokopuje wszystkim – na przykład, w biurze ciągle wyskakuje mi komunikat „Your printer needs attention”. I co – mam jej założyć konto na Instagramie, zabrać na brunch z prosecco, zamówić wizytę ze stylistą w butiku Jemioła? Bo nie wiem, czego się ode mnie oczekuje. Sama ledwo ciągnę, a tu jeszcze niedopieszczona drukarka.

No więc położyłam się na podłodze z tym ręcznikiem, no bo co jak co, ale LEŻENIE NA PODŁODZE ciągle jeszcze jest w moim zasięgu. Co, ja nie poleżę, ja, mistrz świata w leżeniu? Pfff. O panie święty! Nie wiedziałam, że to tak człowieka napina i wygina, aż gnaty trzeszczą! Ledwo mogłam oddychać. Nie wiem, czy wytrzymałam pięć minut. To jest jakiś podstęp. W życiu bym nie pomyślała, że leżenie może tak człowieka sponiewierać.

Natomiast N. mnie ostatnio raczył nowościami związanymi z hiszpańską gastronomią i po pierwsze, wycofują niebieskie wino, bo odkryli że coś tam w jego składzie szkodzi. Oczywiście – jak już się go napiłam i mogę być skażona! Chyba powinnam wystąpić do rządu Hiszpanii o odszkodowanie (najlepiej w postaci niedużego mieszkanka gdzieś na wybrzeżu, nawet nie na stałe – jakieś sześć miesięcy w roku całkowicie by mi wystarczyło).

Po drugie – jeden hiszpański kucharz oznajmił, że najlepszym daniem świata są korzonki pora w tempurze. Ta broda, którą się normalnie odcina i wyrzuca – on apeluje, żeby nie wyrzucać, bo to rarytas. Hm. Lubię pory, lubię warzywa w tempurze, ale naprawdę nic lepszego nie ma na CAŁYM ŚWIECIE? Chociaż tak między nami mówiąc, o wiele chętniej zjadłabym chrupiące korzonki pora, niż pianki molekularne albo MOMENT z lawendą u Amaro.

A w ogóle to nic mi się nie chce i najchętniej bym się położyła. Ale bez ręcznika. Cholerna bura szmata za oknem.

 

O KOSZMARNYM ŚNIE I SKANDYNAWSKICH KLIMATACH

Christ on a bike, jak mawia Cleaver – śnił mi się Jan Pietrzak. Grał na fortepianie. Skąd się człowiekowi biorą takie koszmary? Po osiemnastej zjadłam tylko profiterolkę (zły duch mnie podkusił w Biedronce – kupiłam wielkie pudło i pożeram po jednej sztuce z wyrzutami sumienia) (a przecież mogłam kupić owsiankę z quinoa, ahahahah).

Zebra każe mi uprawiać pilates w ramach gimnastyki korekcyjnej, ale chyba nie doszłam jeszcze do takiego punktu w życiu. Sądzę natomiast, że pomogłoby mi spanie w wygodnej pozycji, z wyciągniętymi nogami. Nie jest to proste, albowiem zwykle dwie trzecie łóżka jest zajęte przez malutkiego, kudłatego, niewinnego pieseczka, który nagle w nocy ma trzy metry długości i wyciąga się w poprzek i we wszystkie pozostałe strony jak boa zygzakowaty. Zatem budzę się sztywna, powyginana jak spinacz, przykryta rożkiem kołdry i wczepiona pazurami w materac, żeby nie spaść.

Natomiast kupiłam sobie nową powieść Marian Keyes – „The Break”. Pierwsze kilkanaście stron i od razu mam wyrzut adrenaliny, albowiem powieść zaczyna się od tego, że pan mąż potrzebuje CZASU DLA SIEBIE. I musi, po prostu musi zostawić żonę z trójką (dorastających – chociaż tyle) córek na pół roku i wyjechać z plecakiem do Azji. Czyli numer jeden z listy męskich przebojów wszechczasów (jakoś zazwyczaj tacy panowie dość szybko się odnajdują między nogami innej pani, i to nawet bez żadnego GPS-a).

No nie wiem, zobaczymy. Podobno ma być ŚMIESZNIE. Na razie strzeliło mi ciśnienie.

Zuzanka kazała mi oglądać „Ritę”, no to oglądam. Jest dość wyluzowana i bosko wygląda w dżinsach. Poza tym nie lubi rodziców swoich uczniów (i nie dziwię jej się). Jeśli chodzi o klimat – jest trochę skandynawsko i bezpośrednio, ale dużo przyjemniej niż w „Case” – straszliwie mnie wymęczyła ta Islandia.

Zimo, idź już sobie. Nudna jesteś i brzydka.

 

O TYM, ŻE JEDNAK GŁUPI MA SZCZĘŚCIE

No więc NIE NERKI.

O rozmiarze mojej desperacji niech świadczy fakt, że POSZŁAM DO LEKARZA. No – na USG, bo w końcu bez przesady, nic inwazyjnego nie wchodzi w grę, ale POSZŁAM. Wysmarował mnie galaretą od mostka do bioder i okazało się, ze nerki mam czyściutkie jak niemowlę. A co się nałykałam ziołowych proszków i opiłam wody, to na zdrowie, taki detoks noworoczny. Zresztą może miałam jakąś miniinfekcję pęcherza, ale ją ubiłam. Podobno takie objawy daje kręgosłup w odcinku lędźwiowym. A zwyrodnienie kręgosłupa to teraz ma KAŻDY.

Najbardziej zazdrosny jest N., który podsłuchiwał pod drzwiami i wyrwał mi z ręki opis USG, jak wychodziłam i teraz mi jadowicie wypomina. Bo na dodatek mam czyściutką wątrobę i woreczek żółciowy. HA HA HA – potrójne frytki z McDonalda i grzyby w śmietanie SILWUPLE! Oraz okazało się, że jego teoria jakoby zaszkodziła mi herbata w ilości 20 kubków dziennie nie sprawdziła się. Ale chyba najbardziej zazdrości mi tej wątroby.

No cóż, po prostu sprawdza się stare dobre przysłowie o tym, że jak człowiek po czterdziestce budzi się rano i nic go nie boli, to znaczy że nie żyje. Oraz – zrozumiałam hipochondryków, że WIERZĄ w to że chorują. Jak sobie wkręciłam te nerki, to miałam wszystkie objawy za wyjątkiem ostrej kolki (na szczęście!).

Całe szczęście, bo nie mogę już patrzeć na wodę z żurawiną. Czas wrócić do żywych, do mocnej herbaty i do niusów w internetach, bo mam zaległości (ostatnio zawiesiłam się na informacji, że nie istnieje coś takiego jak dziecięce porażenie mózgowe, to tylko Żydzi zamieniają dzieci w szpitalach) (aaaa! i jeszcze jak jedna pani zmieliła w młynku choinkę świąteczną i teraz ją ZJADA po trochu).

Gdybym lubiła wódkę, to bym z tej ulgi wypiła całą flaszkę i spadła pod stół, jak słowo daję. Z winiem nie ma odpowiedniego efektu.

 

PS. No i odetchnęłam, że moje torebki są bezpieczne. Jeszcze przez jakiś czas.

PSPS. A, i jeszcze że żółwie potrafią oddychać tyłkiem.

 

O LOSIE, LOSIE

No i tak. Chwilami wydaje mi się, że już jestem zdrowa, a chwilami że umieram i żeby tylko ta zdzira, z którą ożeni się mój mąż po moim zgonie, nie dotykała moich torebek.

A najlepsze, że jak się nałykam nospy i przestaje mnie boleć, to zaczynam się zastanawiać – NA CO ja narzekałam, kiedy nic mnie nie bolało? Czego się czepiałam, o co mi w ogóle chodziło? Gdybym tylko mogła, to kopnęłabym w dupę siebie z wtedy – głupią babę, która nie wie jakie ma luksusowe życie.

Chociaż najbardziej w tym tygodniu bolał mnie ZUS (na nowe konta! Chciałabym żeby cały Sejm dostał świerzbu). A jeszcze żeby było weselej, jak rano wyjeżdżaliśmy do biura, to czekałam w samochodzie ze Szczypawką na N., który zamykał chałupę. Załączył alarm, zatrzasnął garaż, podchodzi do samochodu wyluzowanym krokiem i oznajmia:

– A klucze zostały w środku.

KLUCZE. DO. DOMU. ZOSTAŁY. W. DOMU. POZAMYKANYM. Z. ZAŁĄCZONYM. ALARMEM.

Jeszcze nie zdążyłam złapać się za serce, jednocześnie intensywnie planując włamanie do własnego domu, żeby narobić jak najmniej szkód (przez komin???) – N. z miną Houdiniego wyciągnął ze schowka w samochodzie ZAPASOWY komplet. W eleganckim etui. Nie wiem, jakim cudem tam były, bo zwykle są dobrze schowane w szufladce w przedpokoju, żeby nie zginęły. On chyba chce mi skrócić męki i zabić mnie szybko a humanitarnie, bo taki zawał serca nawet jak boli, to zaraz traci się przytomność i nie sponiewiera tak, jak nerki.

Zawsze powtarzałam, że człowiek niepotrzebnie ma w sobie tyle bebechów. Najlepiej byłoby być stułbią. Albo amebą. Słyszał ktoś o niezadowolonej amebie?

O TYM, CZYM SIĘ ZAJMOWAŁAM PRZEZ OSTATNIE TRZY DNI

O panie, ale się rok zaczął, no więc podejrzewałam te nieszczęsne winogrona, następnie jajnik, że mnie szarpie…

A TO NERKI.

W sumie nie wiem, czemu się dziwię, bo u mnie w rodzinie z nerkami były problemy z obu stron. Szklanka z fitolizyną wjeżdżała na stół tak samo regularnie, jak herbata z ciastem, więc tyle dobrego, że wiedziałam po co N. wysłać do apteki.

(A po drodze jeszcze zdiagnozowałam sobie zapalenie uchyłków, perforację jelita, guza trzustki i półpaśca, bo w pewnym momencie skóra zaczęła mnie boleć. Jak człowiek kiedyś żył bez seriali medycznych, to ja nawet nie).

No więc żrę fitolizynę, rowatinex i nospę (jakie to szczęście, że zrobili fitolizynę w tabletkach, dawniej była tylko w paście, dość ohydnej w smaku, jak to ziółka) i – nie da się ukryć – sikam jak opętana. Najgorzej, że nie mogę się położyć i odespać, jak normalne chore zwierzę, przez to cholerne sikanie. Nawet sens życia przestał mnie martwić chwilowo, a raczej jego brak, bo ciągle chce mi się siusiu. I czuję się usunięta z życia publicznego, bo jak tu brać udział w aktualnej debacie – Lewandowska czy Stochowa – jak się w kółko lata do łazienki? Ech.

No dobra, z tym życiem publicznym to żartowałam – wiadomo, że nawet zdrowa i cała na biało niechętnie wychodzę z nory. Ale z sikaniem niestety nie.

A najgorsze, że N. się uparł, że to na pewno przez herbatę i powiedział, że jak TYLKO ZOBACZY, że piję herbatę, to mnie zleje. Już naprawdę wiecie co, żebym przynajmniej przez wódkę i narkotyki podupadła na zdrowiu, ale nie, kurwa nie – PRZEZ HERBATĘ. Wszystko przez to, że prawie przez całą podstawówkę matka mnie czesała w dwa warkocze – taki image się ciągnie za człowiekiem przez całe życie. Nie zróbcie tego swoim dzieciom!…

PS. W związku z powtarzającymi się sugestiami informuję, że TAK, MAM JUŻ TE SZTYBLETY z wyhaftowanym jamnikiem (po pół jamnika na każdym bucie). W wersji zielonej. I bardzo, bardzo proszę mnie nie informować o kolejnych butach z jamnikami, bo w końcu stary mnie wyrzuci z domu, a jest dość chłodno, a mnie bolą nerki. Z góry dziękuję.

 

O WREDNYCH WINOGRONACH

Nie żaden gluten, tylko oskarżam jednak winogrona. Żakiuz! Bolały mnie jelita trzy dni i N. też. Już się martwiłam, że trzeba będzie pożyczać trokar od naszego kochanego weterynarza i zrobić z tym porządek. Nie wiem, czy faktycznie były niedojrzałe i sztucznie podpędzone w dojrzewalni, czy zwyczajnie złośliwe. W każdym razie przez dwa dni jadłam tylko przypalone tosty (o, jak mnie zdenerwował ten odcinek Black Mirror, w którym pretensjonalna baba odsyła tosty, bo są LECIUTKO przybrązowione, bo ona jada tylko całkiem jasne – po co robić tosta, jak nie jest cały brązowy i o aromacie węgla? Taki jasny to nawet porządnie nie chrzęści – ludzie nie wiedzą, co dobre).

A dziś czytam, że plantator truskawek spod Kielc jest oskarżony o zabójstwo osiemnastu osób. A nie mówiłam? Na owoce trzeba uważać. Gluten jest moim przyjacielem, tak samo jak masło (ogólnie tłuszcz) i wino. A surowe owoce to podstępne skurwysyny.

Natomiast oglądam fantastyczny serial na Netflixie – „Modliszka”. Kryminalny, ale francuski. Bohaterką wokół której wszystko się kręci jest kobieta, która zamordowała ośmiu facetów, którzy ogólnie rzecz biorąc byli NIEMILI (przemoc domowa, kazirodztwo, takie typy), przyznała się do tego i od dwudziestu pięciu lat siedzi w więzieniu. No i pokazali, jak ona w tym więzieniu siedzi. Ludzie, ja chcę do więzienia!

Izolatka, telewizor, internet, czajnik elektryczny, jakieś książki tez leżały, tapczanik, biureczko. Ona zadbana, w świetnych ciuchach, dobrze obcięte włosy… Jako, że to francuskie więzienie, więc podejrzewam, że żarcie dostaje dość atrakcyjne (chociaż sosy mają przyciężkawe). Naprawdę, nic tylko jechać do Francji, trochę pomordować i człowiek jest ustawiony do końca życia. A żeby przysłużyć się przy okazji społeczeństwu, to proponuję wybierać na ofiary polityków – prawdopodobieństwo trafienia na uczciwego człowieka wśród polityków jest tak mikre, że w zasadzie pomijalne.

Czyli do zapamiętania na przyszłość: winogrona spożywać wyłącznie po kwarantannie w dębowych beczkach. Inaczej niejadalne.

 

PS. We frazach z wyszukiwarki prowadzących na nowego bloga (starego, ale w nowym miejscu) pojawiły się „gołe dupy”. No to chyba już całkiem jesteśmy w domu.

 

O ESPUMISANIE I WIDELCACH

– Wiele espumisanów później… –

No dobra, żarty żartami – ale ile może człowieka boleć CAŁY PRZEWÓD bynajmniej pokarmowy, skoro tak naprawdę przeżarłam się tylko w Wigilię? No dobrze, spożyłam później kawałek indyka, który składał się w 40% z indyka oraz 60% klarowanego masła, bo własnoręcznie go piekłam i taki indyk mi najbardziej smakuje. A w Sylwestra zjadłam tylko dwanaście winogronek i kawałek sera pleśniowego na zagrychę po surowiźnie – może faktycznie, pleśniowe sery o północy nie są najlepszym pomysłem, ale bez przesady!

Wszyscy wczoraj się zataczali ze śmiechu – o przepraszam, z entuzjazmu – nad „Koroną królów” (to ilu tam królów przypada na jedną koronę – reglamentacja jakaś jest?) – słyszałam, że opływa w poliestry i znakomite dialogi, a nawet podobno była jedna goła damska dupa i jedna PRAWIE. Natomiast mnie zafrapował inny nius, z podkarpacia: otóż jeden pan poszedł do burdelu (nazywajmy rzeczy po imieniu), miał zastrzeżenia do usługi i chciał zwrotu forsy, co tak zdenerwowało panie profesjonalistki, że wbiły mu w penisa trzy plastikowe widelce.

JAK? Jak one to zrobiły, ja się pytam???

Przecież plastikowym widelcem nie da się czasem udziabać sernika, jak trafi się taki bardziej zwięzły  (a jak jeszcze ma polewę, to już w ogóle). Może, MOŻE przy dużych nakładach dobrej woli, wielu próbach i dobrym kącie natarcia da się plastikowy widelec wbić w parówkę. Ale nie taką w prawdziwym flaku. I TRZY? Musiały mieć idealną synchronizację. Ludzie, co się na tym świecie dzieje. A ja się martwię, że już nic nowego mnie nie czeka – niepotrzebnie, niepotrzebnie.

No i czytam tego Miłoszewskiego, bardzo fajny pomysł i naprawdę dobrze pisze, ale super wciągające kawałki są przeplatane takimi jakimiś, że mam wrażenie jakbym szorowała dupą po piasku. Taki trochę nierówny jest. Ale tych dobrych kawałków jest więcej.

A z postanowień noworocznych to przewinęło mi się cichutko „A może byśmy zrobili remont łazienki?”, po czym go sobie wyobraziłam… Nie ma takiej usługi, żeby uśpić człowieka i obudzić po remoncie?