O NIŻU I ŚWIETLE

Na sośnie nad tarasem dzień w dzień siedzi Barbara i spożywa szyszki, a ogryzki rzuca na taras. Wiem, że zasadniczo się mówi „Basia”, ale nie jesteśmy na ty, a poza tym pluje mi pod nogi, a ja mam ją zdrabniać?…

Lato tego roku trudne w odbiorze; na pocieszenie mamy, że on się nazywa niż genueński. W sensie, że ten deszcz co ludziom urlopy psuje to nie jakiś tam pospolity obszczymurek, tylko GENUEŃSKI – od razu inaczej brzmi. Hrabina by kazała prosić na salony. Ja się cieszę, że podlewa i N. nie gania wieczorami z wężem, no ale jestem na mazowieckiej piaszczystej równinie i nie zalało mi parteru. Z drugiej strony – lipiec to jest miesiąc z najwyższą sumą opadów, trzeba czytać roczniki GUS-owskie (bardzo sobie cenię i polecam, chociaż ostatnio specjalizuję się w miesięcznych wskaźnikach cen produkcji budowlano – montażowej – dopóki była inflacja, to coś się działo, a teraz nuda). Przynajmniej tsunami nie mamy – JESZCZE.

A do łazienki przybył już chyba ostatni element wystroju – lampa nad lustro. To miło, bo na razie kabel sterczy, ale czy ja ją będę zapalać?… Co prawda jeden facet powiedział „Więcej światła”, ale to było na łożu śmierci. Trochę się z nim zgadzam, bo bez porządnego światła jestem KOMPLETNIE ślepa, ale akurat przed lustrem to lepiej się sprawdza przygaszone, przytłumione i rozproszone. Od PEWNEGO WIEKU mocne światło jest zalecane do wszystkiego oprócz oglądania siebie, zwłaszcza rano. 

A „The Hallmarked Man”, czyli kolejny tom Cormorana zapowiadany jest na 2 września. W oryginale. No pięknie, w pierwszych zapowiedziach pisali coś o grudniu, a człowiek siedzi jak na mrówkach. Fajnie, że będzie wcześniej. Niefajnie, że będzie już wtedy zdecydowanie po wakacjach.

O LICZBIE ZĘBÓW I ENCYKLOPEDII

Pogoda tego roku jest naprawdę porąbana, co w sumie pasuje do reszty naszego pięknego kraju. Albo lipcopad (bardzo zacne określenie), albo dziki upał znienacka – nic pośrodku. Osobiście nie narzekam, bo lubię letnie deszcze, jest ładna zieleń dzięki temu i bociany spacerują po łąkach. No, ale łatwo mi mówić, bo nie jestem osobą, która zainwestowała w wyjazd nad morze ciężko zarobione pieniądze i równie cenny urlop. Pewnie inaczej bym wtedy zeznawała. Chociaż mam na pocieszenie informację, że opalanie jest bardzo niezdrowe, a spacery po plaży wprost przeciwnie – nawet w kaloszach i sztormiakach. 

Ponieważ zostało do zrobienia kilka drobnych, specjalistycznych prac w obrębie łazienki, to mam taką obserwację – fachowcy najpierw umawiają się na konkretną datę i godzinę, a później nie przychodzą. I nie, że uprzedzą – wiadomo, coś wypadło, coś się przesunęło, ludzka rzecz (zwłaszcza w budowlance, gdzie żaden projekt NIE MA PRAWA się zakończyć w przewidzianym terminie, bo specjalista od harmonogramu chyba by skoczył z Mostu Poniatowskiego z powodu osobistej porażki). Ale nie – żadnego ostrzegania, po prostu się nie pojawiają i handluj z tym. Przyjdą, ale później? Przyjdą, ale jutro? W ogóle nie przyjdą i nie będą odbierać telefonu, bo postanowili się obrazić pro forma? Strasznie mnie to wkurwia jako osobę, która nie potrafi się spóźnić nawet trzech minut, bo przeżywa katusze. I tak to się wlecze i opowiadam o tej łazience kolejny miesiąc, jak nie przymierzając jakaś Szeherezada. 

Na fejsie wyskoczyła mi fascynująca dyskusja – ile zębów ma oryginalne Labubu. N. na przykłada nadal nie wie, co to jest Labubu, więc mu tłumaczę, że to taka Monchichi z zębami (gdyby dzisiejsza młodzież uważała, że jest szalenie oryginalna, to nie jest – my też mieliśmy swoje Labubu). A on, że nie wie również, co to Monchichi. Akurat – na pewno wie, tylko zgrywa twardziela i nie chce się przyznać.

Oraz nakryłam w ogródku dwa ślimaki winniczki na seksie. Żeby chociaż poszukały sobie jakiegoś romantycznego, ustronnego miejsca, ale nie – na środku ścieżki, normalnie jak jacyś celebryci – influencerzy, takie czasy nastały. 

W międzyczasie jestem gruba, mam OGROMY tyłek i się garbię, w związku z czym mam dylemat, czy teraz zainwestować w krople na odchudzanie, czy w kawę z grzybami. Są jeszcze plastry odchudzające z nanoigłami, ale tu chyba podziękuję, nie chcę być w łaty i na dodatek podziurawiona. A na garbienie to nie wiem co – no chyba, że chodzenie z encyklopedią na głowie, ale kto w dzisiejszych czasach ma w domu papierową encyklopedię!…

O WANNIE I PĄCZKACH

Otóż dnia 14 lipca Roku Pańskiego wykąpałam się w nowej wannie. Akurat na dzień przed Bitwą pod Grunwaldem, znaczy rocznicą. Dziwna ta wanna, długa i wąska jak egipskie sarkofagi. Z zewnątrz wydaje się mniejsza. No cóż, jak się nie polubimy – zawsze mogę ją zmienić, ha, ha, a wtedy N. mnie oskalpuje. Koniec, przepadło, jesteśmy na siebie SKAZANE. Prysznic jeszcze czeka na szklaną przegródkę z boku, a wszyscy razem czekamy na lampę nad lustro. A reszta już gotowa i nie trzeba schodzić na dół na siusiu w środku nocy! A to najważniejsze.

W ten weekend co tak lało byłam nad jeziorem i widziałam bobra płynącego rzeką wzdłuż. Nie dość, że strasznie długo potrafi płynąć bez wynurzania, to na dodatek puszczał bąki. Chyba wiedział, że na niego patrzymy i chciał dać nam do zrozumienia, co o tym sądzi.

A w cukierni w Olsztynku jakaś kapitalistyczna świnia bez umiaru wykupiła wszystkie pączki z jagodami, po które SPECJALNIE przyjechaliśmy. A pani nam tłumaczyła, że owszem były, ale jeden pan zamówił, a później jeszcze domówił i zabrał wszystkie, a ona poleca jagodzianki. Jagodzianki to ja mam WSZĘDZIE, a specjalnie jechałam po te pączki przez całą Polskę! (No OK, przez jedną czwartą Polski około, ale i tak). Już mi trochę przeszło, ale przez trzy dni życzyłam typowi sraczki z przeżarcia i wysypki. 

A dziś od rana wszędzie, że Joanna Kołaczkowska nie żyje. Dajcie spokój w ogóle.

O RÓŻNYCH RZECZACH

Wiedziałam, że ten tydzień będzie udany. Bladym świtem w poniedziałek, jak się kręciłam po kuchni, jeszcze w piżamie, włączyłam ekspres do kawy dla N. i czajnik na herbatę dla moi, otworzyłam szafkę i rozległo się PIERDUT! I na podłodze wylądował słoik ze szprotami w oleju. No czyż można sobie wymarzyć piękniejszy poranek? Pół godziny zbierania szkła, oleju i rozpaćkanych rybek, mycie podłogi, a i tak przez cały dzień w domu pachniało jak na kutrze rybackim. Dlaczego N. nie może kupować szprotów w puszkach, jak normalni ludzie – pozostanie nieodgadnioną tajemnicą. A jak już kupi w słoiku, to dlaczego nie postawi go jakoś GŁĘBIEJ. 

No więc w łazience jesteśmy na etapie fugowania, a w pogodzie – na etapie października ze wskazaniem na listopad (bo u nas nigdy nie może być NORMALNIE – albo piekło na pustyni, albo powodzie – nic pośrodku). A na Netflixie jesteśmy na etapie „Departamentu Q”, ale jestem ciut zawiedziona, bo myślałam, że Matthew Goode (uwielbiam) będzie w każdym odcinku rozwiązywał jedną sprawę kryminalną, a on przez cały sezon szuka zaginionej prawniczki. Trochę szkoda, za to wszyscy mają piękny szkocki akcent i ubierają się w sfilcowane swetry i szerokie spodnie. 

Śniło mi się, że wkładam pranie do pralki. SWOJEJ PRALKI, a nie gdzieś na mieście. Góra pościeli i ręczników do prania rośnie (ciuchy piorę u ciotki, ale pościel to nie wiem, czy wypada – chociaż w sumie dlaczego?). Ciekawe, czy to miał być sen proroczy, czy z gatunku „raj utracony”.

Wyświetliła mi się informacja, że Margot Robbie była w Madrycie i zjadła tatar z tuńczyka, świńskie ucho, chipirones, a na deser torrija. Zuch dziewczyna. Ale zabrałabym ją jeszcze na chrupiącego dorsza, kanapki z cabralesem i gambas al ajillo. 

Idę wykreślać kolejne punkty z czeklisty i mieć nadzieję na kąpiel i pralkę. 

PS. Ale jest jeden pozytyw bycia przejechanym przez hulajnogę, a raczej hulajnogistę – przynajmniej nie ukryją zwłok. Bo buc w samochodzie może schować trupa do bagażnika, wywieźć i gdzieś porzucić (albo zakopać), a hulajnoga nie ma bagażnika i raczej nie da się wieźć trupa przewieszonego przez kierownicą. Przynajmniej niezbyt daleko.

O PIÓROPUSZU I HULAJNOGACH

Upał jest taki, że kiedy siedziałam z Mangustą na tarasie i wyskoczyła mi reklama indiańskiego pióropusza, to trzy razy sprawdzałam, czy dobrze widzę, czy może wpuścić sobie do oczu krople. Ale nie – pióropusz indiański (żeby było ciekawiej – w sklepie z rękodziełem z Bali, czyli globalizacja na pełnej). Opis zachwalał pióropusz jako pasujący do wielu stylizacji, w tym boho i etno, a jak już go z siebie zdejmiemy, to będzie stanowił wspaniały element wyposażenia wnętrza. Kup teraz. Zwizualizowałam sobie siebie w pióropuszu i sukience z Zary i próbującą wsiąść w tym do samochodu. Albo chociaż przejść przez drzwi, na przykład do naszej babskiej knajpy z drinkami w podziemiach. Jak to mówią w anglojęzycznych filmach romantycznych – tempting, but no. Oraz – sprawdzić, czy są opracowania naukowe na temat „Motywacje ludzi z Europy Centralnej, którzy kupują pióropusze indiańskie”

Apropos filmów anglojęzycznych – zapomniałam, że jeszcze dwa sezony „Kulawych koni” do obejrzenia! Dzięki za przypomnienie, oraz zamówiłam książki (w oczekiwaniu na nowego Cormorana). Na Netflixie obiecująco wyglądają „Black Doves”, a „Syreny” takie do obejrzenia i zapomnienia, ale Julianne Moore – zjawiskowa. Piękna i promienna, mimo że kazali jej chodzić na zmianę w rajstopach na całe ciało i prześcieradłach na jedno ramię. Mało kto by wyglądał pięknie w takich obrzydlistwach, a ona dała radę. Za to Kevin Bacon (którego kocham za Footloose i za to, że jest mężem podkomisarz Brendy Johnson od zawsze) – trochę za chudy, na moje oko. Jakiś taki zasuszony jak rodzynka sułtańska (pewnie zazdrość przeze mnie przemawia, bo ja z kolei za gruba).

Spaceruję z Mangustą po okolicy i uważam, że uliczki spacerowe przeznaczone jednocześnie dla pieszych i rowerów to jest niedobry pomysł. Na przykład dlatego, że oprócz rowerów jeżdżą te je…lerne elektryczne HULAJNOGI – nie, nie jeżdżą – ZAPIERDALAJĄ. Rower ma hamulce, a to gówno? Nie wiem, ale kilka razy, gdybym nie uskoczyła, toby mnie staranowała. A Mangustę to już nawet nie chcę myśleć – skóra mi cierpnie na samą myśl, u znajomych Zebry była niedawno tragedia, ich jamniczka została przejechana przez rower w parku. A te cholerne hulajnogi są gorsze niż pięćdziesiąt rowerów naraz. Życzę świerzbu i nużeńca wszystkim odpowiedzialnym za wpuszczenie tego gówna do obrotu.

Remont trwa, ale zaczynam mieć nadzieję, że to będzie ŁAZIENKA, bo przez dwa tygodnie najpierw była kupa gruzów, a później nieokreślonego kształtu betonowy bunkier (wiem, że swojego czasu były modne łazienki typu betonowy bunkier – jeszcze ktoś takie robi?…). Oczywiście płytki w ogóle nie wyglądają tak, jak na obrazku w projekcie, ale naprawdę mam to już w nosie. Nie są brzydkie, tylko wiadomo – na żywo żadna wizualizacja nie wygląda jak na zdjęciach. Ładne są, miały być jasne, ponadczasowe, w neutralnych kolorach – i są. Zresztą nawet jakby były brzydkie, to I TAK ZOSTAJĄ – nic już nie będzie zmieniane, BO ZWARIUJĘ i zacznę biegać po okolicy na golasa i kijem od szczotki zrzucać tych buców z hulajnóg elektrycznych.

Czytam „Wyginaczy łyżeczek”. Książka, którą kupiłam w sumie na siłę, bo brakowało mi do darmowej dostawy, a później leżała i leżała na półce do przeczytania, a jest naprawdę fajna, z nerwem i przypomina mi stare, dobre powieści Irvinga o ekscentrycznych rodzinach.

Bardzo bym już chciała mieć pralkę i prysznic, Drogi Pamiętniku.