O DZIWNYM ZNALEZISKU W SZAFCE

 

Znalazłam siedlisko ZŁA! W szafce z kubkami – pudełko rozpuszczalnej czekolady. To znaczy, KIEDYŚ pudełko rozpuszczalnej czekolady, teraz żłobek pełen wijących się przesympatycznych larw mola. W życiu nie przypuszczałam, że będę w stanie pizgnąć pudełkiem na taką odległość. Mam nadzieję, że sikorkom smakowały robale w czekoladzie.

Tylko… Skąd u mnie w szafce rozpuszczalna czekolada? Rozpuszczalny boczek, to jeszcze, ale CZEKOLADA?

W ogóle zimno mi i zjadłabym migas. To przez Maripose, ktora zamiesciła na blogu bardzo smakowitą opowieść o robieniu migas, poleciałam szukać przepisów na jutubie i znalazłam kilka – bardzo, bardzo zachęcająco to wygląda, świetny sposób na spożytkowanie nieco przechodzonego chleba.

Takie z kiełbaską, mniam:

O DENERWOWANIU SIĘ

 

Panie doktorze, wszystko mnie denerwuje.

Raz: ukarali Red Bulla za to, że Vettel po wygranym wyścigu kręcił bączki. Ja wiem, że w Formule 1 dwadzieścia pięć tysięcy euro to oni noszą w kieszeni na fistaszki, ale no… na miłość Potwora Spaghetti! Żeby się sportowiec nie mógł ucieszyć z wygranej i zrobić małego show dla kibiców? Tylko co, ma wysiąść z samochodu w postawie NABACZNOŚĆ, w dodatku koniecznie smutny, i ucałować po kolei sędziów w rękę? Naprawdę, tych wszystkich sędziów sportowych, działaczy i organizacje powinno się wytruć proszkiem chwastobójczym.

Dwa: znowu mój teść będzie wycinał drzewa z naszej działki. Bo wykarkulował sobie że będzie TANIEJ, bo takie drzewo może się złamać i upaść na płot! Albo dach! Nie wiem, co uwzględnił w swoich obliczeniach, ale jestem pewna, że nie uwzględnił MNIE. Od wielu lat stosuję taktykę niereagowania, udawania głuchego, uśmiechania się i kiwania głową oraz wpuszczania jednym uchem, a wypuszczania drugim i moje stosunki z teściami są po prostu WZOROWE, ale ile można. Powiedziałam N., żeby uprzedził swojego tatę, że jeszcze raz się czepi moich drzew, to mu utnę nos. I będzie miał do końca życia TANIEJ, bo odejdą mu wydatki na chusteczki.

Trzy: na coś się wkurwiłam i zapomniałam, na co!… Matko, jaka byłam wściekła całe popołudnie, bo nie pamiętałam, komu i za co należy się opierdol! Jakie to jest frustrujące, zaczynam rozumieć chorych na Alzheimera, wcale się nie dziwię, że cały czas są agresywni i napastliwi. To straszne, nie móc rozładować napięcia, tylko się tak nosić z wielką niewiadomą. Oczywiście, zawsze można opierniczyć męża, nawet, jeśli chwilowo nie chodziło o niego, to się nie zmarnuje, ale to nie to samo i nawet jeśli, to byłby to taki niesatysfakcjonujący opiernicz bez przekonania.

A już całkiem na deser, to przebudowali mi Kaufland i zamiast wbiec na dziesięć minut i wybiec z herbatą i białym serem (mam masakryczną białoserozę, zjadam pół kilo białego sera dziennie, to brak wapna? Jak mi zabraknie sera, to zacznę jeść tynk?), to kluczyliśmy godzinę w ZMODERNIZOWANYCH alejkach, nic nie mogliśmy znaleźć, za to kupiłam syrop z pędów sosny i się nim teraz sztacham. Chodziliście kiedyś do lasu, zbierać pędy sosny? I to się później zasypywało cukrem i był taki syrop. I on tak pachniał. Uwielbiałam zbierać pędy sosny, bo je WIDZIAŁAM, w przeciwieństwie do grzybów, których nigdy nie mogłam znaleźć, nawet, jak już się o jakiegoś potknęłam.

A Wiedza bezużyteczna poczęstowała mnie dziś z rana tym: „Nigdy nie jesteś dalej od pająka, niż 3,5 metra”. Fenk ju, tego mi było trzeba. Idę czesać Mango na uspokojenie.

O, OOOO!…

 

Dobra. Mogę gdzieś wejść i odszczekać (Szczypawka się zdziwi, ale co mi tam): „Asylum” ge-ni-jal-ne. Ale dwa, a nawet trzy pierwsze odcinki są niereprezentatywne. Ja nie znoszę zombie i filmów gore i dlatego wymiękłam – bałam się, że całość będzie o zombie w starym psychiatryku plus wodospady krwi, flaków oraz napady wyuzdanego seksu. Nie jest. Od czwartego odcinka jest FANTASTYCZNY. Franka Potente jako Anna Frank mnie rozłożyła na łopatki.

Cudo. Lecę oglądać dalej. Ta-ta – jak mawiał Hannibal Lecter.

http://www.youtube.com/watch?v=3e37NtAYb5g

 

O NIEDOKARMIANIU ŁABĘDZI

 

Czy wszyscy słyszeli dziś rano w Trójce apel doktora Kruszewicza? Było o łabędziach, a konkretnie – żeby nie karmić teraz łabędzi. Bo one są leniwe i jak zobaczą, że mogą liczyć na jakieś żarcie, to nie odlecą. I później będzie dramat, bo fajnie się chodzi na spacerki karmić łabędzie, dopóki jest ładna pogoda i słoneczko. A jak zacznie lać, wiać i pizgać złem, to nikomu się nie chce popylać do łabędzi i one wtedy po prostu umrą z głodu. I z zimna.

Czuję się upomniana i obiecuję nie karmić łabędzi. Będzie trudno, bo one mają prostą drogę do mojego serca, wyłożoną dywanem – jak jamniki i inne kudłacze. Umieją w człowieku wiercić dziurkę tymi swoimi oczkami i ręka z chlebem sama się wyciąga, ale jak nie wolno, to trudno, założę kaptur i ciemne okulary i będę przemykać incognito obok zbiorników wodnych. Drogie łabędzie, nad czym wy się zastanawiacie, zamiast się bujnąć na całą zimę do Hiszpanii? Mnie by musieli za nogę przywiązać na waszym miejscu.

Za to przyleciały już sikorki. Przedwczoraj jedna mi nachalnie zaglądała do pokoju w pracy – na pewno chciała mnie wywabić na zewnątrz i zająć się z koleżankami MOIM TŁUSZCZEM. I tak się zastanawiam, czy to nie byłby dobry pomysł?… Liposukcja sikorkami – cos jak te fish spa (które nawiasem mówiąc o kant dupy można potłuc, atrakcja to może i jest, ale efekt pedicure żaden). Człowiek się kładzie na stole, a stado sikorek wyżera tłuszcz z brzucha i bioderek. Chociaż ja je widziałam kilka razy w akcji, jak się rozeżrą, to mogą oskrobać do gołego szkieletu.

Po głebokim namyśle,  postanowiłam zakupić zapas melisy w saszetkach i obejrzeć to „Asylum”, no bo w końcu co, kurczę blade.

A mgła była dziś rano iście kingowska. Oczywiście, na ocieplenie, prawda?

O POSZUKIWANIU PRZEPISU

Bardzo wszystkim dziękuję za konstruktywny udział w kartoflanej dyskusji, ale chciałabym wprowadzić pewne sztywne ograniczenia do naszych pogawędek kulinarnych, a mianowicie:

a)      jestem abnegatką – zawsze i wszędzie – w kuchni też (można zamiennie używać określenia „leń pospolity”);

b)      mówimy o ziemniaku. ZIEMNIAKU. Nie o homarze thermidor ani obrazie Vermeera – chodzi o ZIEM NIA KA. Nie, żebym nie lubiła ziemniaków, ale czas i wysiłek poświęcony na obróbkę ziemniaka (czynną obróbkę, bo czas gotowania czy pieczenia jest bezobsługowy) nie może przekraczać granic absurdu. Wykluczone, żebym robiła ziemniakom maseczki z błota, owijała wodorostami, skrapiała, masowała, szyła im kapturki z papieru do pieczenia i tym podobne. Ziemniak ma wejść do piecyka i wyjść jadalny. Nie? Trudno, kiedy indziej zjem pieczonego ziemniaka. Po pierwsze, za leniwa jestem na takie podskoki, a po drugie – nie będzie mi tu kartofel odstawiał fanaberii!

(Homara thermidor też ani bym nie zrobiła, ani nie zjadła. Pobieżna lektura przepisu daje wyobrażenie, ile się nad tym trzeba nagimnastykować, a efektem jest trochę podziabanego homarzego mięsa w tłustej mazi. To jest zbrodnia na homarze, poniewieranie zwłok i utylizacja resztek).

Wczoraj wieczorem za to udzielałam przez telefon instrukcji, jak wynieść z łazienki pająka w słoiku. Najtrudniejsze było wytłumaczenie, jak namówić pająka, żeby opuścił ścianę i wszedł do słoika (trzeba trochę poszurać słoikiem dookoła pająka, ale ostrożnie, żeby nie amputować mu kończyn, bo „uratowanie” beznogiego pająka się nie liczy w niebie). Pająk przeżył i dlatego mamy taką śliczną pogodę! Warto dzielić się wiedzą (nawet jeśli nasz rodzony mąż patrzy na nas dziwnym wzrokiem i chyba ocenia, jaki rozmiar kaftanu bezpieczeństwa kupić na wszelki wypadek).

Natomiast wracając do kulinariów, to – ponieważ wiecie WSZYSTKO, i to nie jest ironia – już kilka razy się o tym przekonałam – to może KTOŚ mi pomoże znaleźć przepis na ciasto. Bardzo dawno temu moja mama miała przepis na ciasto Karoliny Wajdy. Samo ciasto było lekkie, chyba ucierane, wylewane na blaszkę, a na wierzchu wtykało się kostki deserowej czekolady i całe laskowe orzechy. Jak prawie nie jadam ciast, to było naprawdę bardzo dobre, ale przepis zaginął w mrokach dziejów. W guglach tez nie znalazłam nic pod hasłem „ciasto z czekoladą i orzechami” (wyrzuca jakieś przekładańce albo ciemne czekoladowe).

Bardzo proszę, żeby ta pogoda utrzymała się do końca grudnia. A najlepiej stycznia. Ale grudnia tez będzie dobrze.

 

O UPARTYCH KARTOFLACH I NIEDOCENIONYM MALARZU

 

Ziew. Zieeeew, deszcz mnie obudził w nocy. Ale lało, no, jak teraz nie będzie wysypu grzybów, to chyba się obrażę na tę jesień (a jesień bardzo się tym przejmie).

Drogie Bravo, nie umiem upiec ziemniaków. Po raz kolejny próbowałam upiec kartofla w piekarniku i po raz kolejny poległam. Takie nacinane, co się w nacięcia wtyka boczek – piekły się dwie godziny i wyszły twarde, w sam raz do rzucania w koty, co się panoszą w ogródku, a ja mam popsute popołudnie, bo Szczypawka chce je zamordować i trzeba ją zamykać. Wtedy ona trzy godziny wyje i rzuca się na drzwi, a ziemniaki dalej twarde. CO ROBIĘ ŹLE?

Kota wypłoszył N. dmuchawą do liści. Ale ziemniaki od tego nie zmiękły.

Za to trzeci sezon „American Horror Story”, o wiedźmach – palce lizać. Co ja mówię, palce – mogę sobie wylizać ręce do łokci z zachwytu. Bo przyznam się szczerze, nie owijając w bawełnę, że drugiego sezonu – tego „Asylum” – nie dałam rady. Odpadłam w połowie trzeciego odcinka. To dobrze, że trzeci sezon zrobili bardziej w klimacie pierwszego – taki jest retro, w dodatku dzieje się w Nowym Orleanie, czary, magia, bagna, krokodyle, moje ulubione aktorki, mniam, cudo. Cokolwiek bierze Jessica Lange, ja tez to chcę, ona jest z roku na rok piękniejsza.

I nawet się ociepliło i piec się dał ugłaskać (chociaż ja mu do końca nie wierzę, mam wrażenie, że cos szykuje i da nam jeszcze popalić), i Zebra się przeprowadziła do nas na wieś – będzie do kogo iść z wizytą. Wczoraj poszłam i oto, na co się natknęłam:

Naprawdę, jeden Kasztelan i to wszystko?… To chyba nie byli wielbiciele realizmu.

Ale co do pieczenia ziemniaków, to chyba się poddam. Szkoda mojego piekarnika i nerwów.

O PRZYGODACH Z AGD CIĄG DALSZY

 

Wódki i śledzia potrzebuję na gwałt, chociaż właściwie to na uspokojenie, z powodu kolejnego odcinka przygód pod tytułem „Piec się popsuł”. Jakaś byłam naiwna albo straciłam czujność, że tego nie przewidziałam, w końcu przyszła jesień i ochłodzenie, czyli zupełnie JEGO PORA na fanaberie. Co to, pralka dostanie majstra, a on nie?… I trzask – wyłączył się wczoraj. CAŁKIEM. Zapalił czerwoną lampkę na znak, że jest na nas ciężko obrażony. Siedzę w robocie z nieumytym łbem, w perspektywie powrót do zimnej chałupy i myśli moje krążą wokół tego noża z Toledo (no i śledzia, co do niego wczoraj piekłam buraczki).

Hanka mówi, że one się dogadały z pralką, jak byliśmy na urlopie. Tylko jak one się porozumiewały przez te półtora piętra? Ktoś nosił grypsy! (Pewnie Szpilmanowa). Tacy współcześni Pastereczka i Kominiarczyk, ich mać. Może napiszę o nich libretto i wyślę do Met Opera, oni się kochają w takich inscenizacjach (widziałam urywki tego, co zrobili z Hansel i Gretel z Aleksandrą Kurzak – po czymś takim romans pralki z piecem to już dla nich pesteczka z dyni).

Za to znalazłam interesującą metodę odchudzania, która nareszcie trafia w moje spektrum zainteresowań i możliwości: otóż jest to odchudzanie SNEM. Tak właśnie, jak niedźwiedzie. Śpimy, a tłuszcz się spala. Jednorazowy sen, żeby był skuteczny, nie może trwać krócej niż pięć godzin (całkowicie się zgadzam, pięć godzin snu, pfff – to jakieś kpiny) oraz przed snem trzeba zjeść łyżkę miodu, bo on coś przyspiesza czy uwalnia. Wchodzę w to, zimą mogę spać i trzydzieści godzin na dobę, zakąszając miodem.

W horoskopie na dziś mam porywy romantyczności. Czyli co? Sugerują, że pieca się nie da naprawić, więc będziemy musieli spać na dole przy kominku, a w dodatku wyłączą prąd? Bo świece są przecież taaaakie romantyczne!… CHCĘ NA KANARY.

 

O MĘSKICH PRZYJAŹNIACH

 

Pralka już dobrze. Przyszedł majster, naprawa zajęła mu dziesięć minut (plus wycieranie podłogi – ale to już ja, więc się nie liczy) i przez te dziesięć minut zdążył się zaprzyjaźnić z N. i opowiedzieć całe swoje życie. Nie dość, że mamy oczyszczony filtr, to wiemy także: jak pan majster zapoznał swoją żonę, ile lat są po ślubie, w jaki dzień wypada ich rocznica, kto ze znajomych pana majstra ze szkoły mieszka dwa domy za nami… I jakieś cztery tysiące innych drobiazgów z życia pana majstra (a mówią, że blogerzy to ekshibicjoniści!). Na koniec znajomości pan majster już nawet próbował szkolić N. w zakresie negocjacji małżeńskich:

– Bo wie pan, jak ona mi mówi, że może byś już nie pił, to ja jej – to ty nie pal!

– Niedobrze – zmartwił się N. – Bo widzi pan, u nas to ja pije i palę.

Pan majster zgodził się, że w takim przypadku to faktycznie trudniej.

Pan majster był wyjątkowym gadułą, ale N. tak ma ze wszystkimi. Na naszych wakacjach weszliśmy przez przypadek na pierwsze wino do malutkiego baru „Don Jamon” obok hotelu, który okazał się mieć wina i wędliny z północy Hiszpanii, a właściciel pochodził z Galicji. Od słowa do słowa, wpadaliśmy tam codziennie i przez te kilka dni dowiedzieliśmy się:

– gdzie właściciel poprzednio pracował i dlaczego odszedł;

– że ma żonę Kolumbijkę;

– jaki mają rozkład dnia;

– kto jest od przygotowywania przystawek;

– ile ma lat i czym interesuje się ich syn (piłką nożną, no a czym?);

– historię wynajmu lokalu na bar wraz z okazaniem hipoteki;

– perypetie z drukowaniem menu, a jeszcze i tak przynieśli mu z błędami;

– dlaczego radio tak trzeszczy;

– ile zamierza postawić stolików, jak mu architekt zrobi obrys;

– skąd sprowadza wędliny;

– jaki jest system opodatkowania lokali na Wyspach Kanaryjskich;

– co robił wczoraj wieczorem;

– w dodatku pożyczył nam korkociąg i razem z nim i jego żoną oglądaliśmy hiszpańskie „Koło fortuny” i z koleżanką łuczniczką odgadłyśmy hasło JAKO PIERWSZE! (Hasło było z gatunku PSICHOSA i brzmiało, że najlepszym przyjacielem muchacho jest su madre – aż nas ciarki przeszły na samą myśl).

Zawsze w takich sytuacjach się zastanawiam, jak to jest możliwe. Mój mąż, który potrafi zostać najlepszym przyjacielem taksówkarza po pięciominutowym kursie, oraz ja, która najchętniej siedzę w zakurzonym kącie i porozumiewam się monosylabami i systemem chrząknięć. Jak to możliwe, że Wszechświat zdecydował się nas ze sobą zetknąć (a na dodatek on przez tyle lat mnie jeszcze nie zabił) (choć już dobrych parę razy mi to proponował).

Ale wino w „Don Jamon” bardzo dobre – czerwone Protos, białe Ribeiro podobno wyśmienite (ja się na białym nie znam, bo nie przepadam, na mój gust aż za świeże i za delikatne).

A z pralki wyszedł guzik, dwugroszówka i dużo tych takich plastikowych płaskich patyków, co się wsuwa w kołnierzyki męskich koszul i ja mam zawsze dylemat, czy je wyjmować, czy nie, więc pralka je wyjmuje za mnie. I później ma biedula czkawkę.

 

O GRZANIU TYŁKA

 

Po pierwsze, chcę być morskim ogórkiem. Morski ogórek, czyli strzykwa, być może nie śpiewa, a nawet wygląda dość ohydnie, ale za to umie z siebie wyrzucić żołądek – z zawartością – i wyhodować następny. Bardzo, bardzo, bardzo by mi się przydała taka umiejętność. Co prawda, morski ogórek wyrzuca ten żołądek a) w sytuacji zagrożenia, b) przez tyłek (czy co tam ogórkowi za tyłek służy), ale przecież nad szczegółami można popracować.

Po drugie, wszystkie sklepy pamiątkarskie opanowały drewniane penisy:

W zeszłym roku ich nie było. Nie wiem, o co chodzi. Może ktoś ma jakiś pomysł?…

Kolejne zdziwienie było, kiedy dokładnie przeczytaliśmy, co jest napisane na neonie restauracji, która się pojawiła w naszym hotelu na dole:

NO WIDZIELI PAŃSTWO? Prawie, PRAWIE poszliśmy tam na obiad! Bo w dodatku jeszcze bezczelnie mają w karcie dania typu „Famous Gordon’s Chowder”. A wino takie cienkie i ohydne, że chyba wyciskane ze ścierki, którą ścierali to, co się rozlało w innych knajpach. Nie lubimy i bojkotujemy, tak.

Bardzo nam się spodobało w „Pincha Cabra” – miłej tapasiarni, w której wiszą na ścianach bardzo zarąbiste kozy.

Mnie się najbardziej podobała ta, z pyskiem jak chart:

Ale niestety, byliśmy się na nich zmuszeni obrazić również, albowiem mimo że stawali na głowie i za każdym razem dawali nam bardzo smaczną tapę, i mimo że mieli do zjedzenia coś bardzo intrygującego na patyku, co oczywiście koniecznie chciałam zeżreć, ale spasowałam, bo okazało się perliczką (perliczką!…) – to popełnili niewybaczalną fopę, nalewając N. do kieliszka wino z dwóch różnych butelek! Takch fóp się nie wybacza.

(I tak najlepsza była wizyta w knajpie, w której stolik się lepił, kelner nie miał zęba, z kuchni wionęło starą fryturą, ale NIEKTÓRZY się uparli jak osioł, normalnie jak ci lekko przytłumieni bohaterowie horrorów. I mieliśmy później za swoje, jak bohaterowie horrorów. Podpowiedź: trochę morski ogórek).

Zanim się obraziliśmy na Cabrę, to bardzo nam się spodobała taka ich dekoracja:

Zapragnęliśmy też taką sobie sprawić w pokoju hotelowym, niestety, doszliśmy tylko do takiego etapu w środę:

…a w czwartek przyszła Carmen czy tam Dolores z miotłą i wywaliła nam pieczołowicie zbieraną kolekcję. I drzewko z butelek się zesrało.

Woda była cudooowna, chociaż pierwszego dnia w pierwszej chwili miałam moment „O kurwa, przecież ja w to nie wejdę” – ale to tylko pierwsze wrażenie. Jak już się wlazło, to nie chciało się wychodzić, taka była ciepła i słona i przyjemna. Ech, kurna. Pytam N. jakieś czterysta razy dziennie, DLACZEGO JA TAM NIE MIESZKAM, odpowiedzi otrzymuję dość wymijające.

Za to nareszcie, nareszcie ktoś poszedł po rozum do głowy i robi kosmetyki z aloesu z dodatkiem czerwonego wina. Ha! Zawsze powtarzałam, że czerwone wino to najlepszy kosmetyk i dietetyk i przyjaciel i rozgrzewacz i w ogóle (mimo, że już nie mogę go wyżłopać tyle, co kiedyś, to nadal tak uważam).

Aha, i w tym roku na plaży hipisi zaszaleli. Bo codziennie robią rzeźby z piasku, utwardzają wodą, a później przechodnie im rzucają napiwek za fatygę. W tym roku nie dość, że obsypywali smoki, miasta i pałace solą (że niby ośnieżone szczyty), to jeszcze instalowali w środku naftowe lampy i zapalali wieczorem i normalnie każda rzeźba to był osobny spektakl. Żeby jeszcze ta nafta tak nie śmierdziała, no ale kilkumetrowy smok buchający ogniem z nozdrzy (zwłaszcza po paru zgrabnych lampkach) – WOW! Naprawdę wow.

A w jeszcze innej knajpie wisiała bardzo interesująca ośmiornica o wkurwionym wyrazie pyska:

No lubię to Corralejo, lubię wracać, mimo że nic tam się nie dzieje, może właśnie dlatego. Ale jak się mieszka gdzieś w centrum, to można zrobić naprawdę przyzwoitą ruta del vino y tapas.

I jeszcze tysiąc innych rzeczy, naturalnie, ale chwilowo muszę rozebrać pralkę, bo wygląda na to, że nie była to chwilowa niedyspozycja, tylko ma jakąś grubszą niestrawność. Aha, i uratowałam pająka z czajnika. Zamieszkał w dziobku, idiota. Oraz przepraszam, ale MOGŁOBY BYĆ CIEPLEJ.