O TYM, ŻE KOŃCOWOROCZNY MARAZM

 

Oczywiście na koniec roku MUSI być jakaś afera – co to byłby za rok, gdyby się coś nie spierdoliło w ostatnim tygodniu, normalnie do powtórki! Ponieważ jednak nie jest to niczyj pogrzeb, nikt nie został obdarty ze skóry, pogryziony, nie jest na morfinie ani nie biega z nekrozą na szyi – to w ogóle nie ma o czym mówić, prawda.

Poza tym chyba normalnie. Na przykład wita mnie rano N. słowami „Nie ma w ogóle pokrywki do tego o!…” (demonstrując okrągłe plastikowe pudełko na psią paszę). Pokrywka oczywiście była w szafce, ale trzeba ukucnąć. A  jak powszechnie wiadomo, męskie kolana przy szafkach kuchennych nie zginają się. Zatem kucnęłam, przykryłam i świat z powrotem wypiękniał.

A w ogóle to komu potrzebny ten mróz? Tak było miło! (Zgniło, ale miło). Ani ja, ani Szczypawka nie pochwalamy takiego stanu rzeczy. Szczypawka nawet bardziej, bo przecież musi wychodzić, biedactwo moje. A ja mam taki nieśmiały plan, żeby się zrosnąć w jedną całość z pluszowym dresem z psem Snoopy i kanapą. Tak właśnie.

O SUSHI Z INDYKA

 

Święta, święta i po świętej – jak powiedział inkwizytor dorzucając gałęzi do płonącego stosu (wiem, że to strasznie stare, z długą brodą i wszyscy znają, ale mnie zawsze śmieszy, jak Monty Python).

No więc było jedzenie. Prezenty (Wampi! Dostałam TEN czarny top od Mikołaja, wyobrażasz sobie? Jest bardzo twarzowy i ze świetnego materiału). Więcej jedzenia. Jeżdżenie. Następne prezenty i jeszcze więcej jedzenia, a później znowu jedzenie. Espumisan. A drugiego dnia świąt – mój pieczony indyk.

Który się nie dopiekł.

Będzie mi się to śniło. Przy stole głodna rodzina z jakimiś mikroskopijnymi przystawkami, żeby nie popsuć apetytu, i N. mocujący się z ptaszyskiem, które w ogóle nie chce się kroić, a przy gnatach jest nadal różowe. Nie wiem, co się stało, bo od kilku lat piekę indyki, wychodziły mi znakomicie i myślałam, że potrafię to już zrobić z zamkniętymi oczami. Może dlatego, że ten był ciut większy i niewystarczająco wydłużyłam czas pieczenia, a może temperatura w piecyku była za niska. Albo po prostu – od czasu do czasu każdy dostaje swoją lekcję pokory. Na przykład kulinarnej.

Ale przynajmniej dwie osoby bardzo dobrze się bawiły:

– Zebra, która się ze mnie śmiała, nadal się śmieje, wtyka szpile i prędko mi nie odpuści;

– moja teściowa, która przywiozła kotlety schabowe, które – jak by nie patrzeć – uratowały imprezę i była z tego powodu PRZESZCZĘŚLIWA.

Więc tak się pocieszam. Że normalnie to by się zjadło pysznego indyka i zapomniało, jak o wielu poprzednikach, a tego surowego wszyscy będą pamiętać wiele lat (i mi wypominać przy każdej okazji, już to widzę).

(Oczywiście, kolejnym dość sympatycznym skutkiem ubocznym jest to, że my tego indyka teraz po kawałku pożeramy i jest kruchutki, maślany i z wierzchu chrupiący – taki, jak powinien być na proszonym obiedzie, drań jeden!…).

N. się pyta, czy wychodzę dziś z domu, pytam po co, a on – NO JAK TO, ludzi zobaczyć! Phi, już widziałam. Żeby mnie jakoś szczególnie zachwycili, to nie powiem. Wolę Stryjeńską pod kocem.

 

PS. Oraz obejrzałam „Magię w blasku księżyca” Woody Allena, co też mi Mikołaj przyniósł i no nie wiem. Niby jest Colin Firth i piękne zdjęcia, ale za bardzo przegadany w kilku miejscach i to bez allenowskiego humoru. „Seks nocy letniej” jest w podobnym klimacie i jednak bardziej mi się podobał.

O ROZTERKACH PRZEDŚWIĄTECZNYCH

 

Wczoraj byłam świadkiem naocznym – i nausznym – jak żona musiała odebrać od męża cztery telefony, CZTERY TE LE FONY – po tym, jak wysłała go po cebulę. Cztery razy dzwonił w sprawie cebuli! Czułam się jak ta pani, która umarła na stole do masażu i jej duch wstąpił w Phoebe i nie chciała odejść, dopóki nie zobaczyła WSZYSTKIEGO i dopiero ślub lesbijek ją przekonał, że teraz widziała już wszystko. Z tym, że mnie ślub lesbijek nie rusza, natomiast gorącą linię w sprawie cebuli przeżywam już drugi dzień.

Nasz dom w okolicy wyróżnia się tym, że nie mamy żadnych światełek. Zastanawiam się nad tabliczką „TU MIESZKA PSYCHOPATA”, ale chyba nie jest potrzebna, prawda?

A chirurg naczyniowy też się okazał świnią, jak również młody Sowa, biedna Elżbieta. A niby Czesi tacy porządni!…

O EPIDEMII WĘDZENIA

 

Poszłam do sklepu po włoszczyznę do ryby po grecku, a wyszłam ze śmietaną oraz spędziwszy dwadzieścia minut nad granatami, zastanawiając się, czy przypadkiem nie potrzebuję granatów. (Potrzebuję, ale nie owocowych). Naprawdę drogi pamiętniku z moją sklerozą jest coraz gorzej – czy raczej, uściślając, ze sklerozą coraz lepiej, a ja się staczam mentalnie. Może powinnam się wziąć za krzyżówki panoramiczne, żeby ćwiczyć umysł (prawy dopływ Odry na trzy litery, pierwsza „i”, albo jadalne bulwy kolokazji – o ile pamiętam, są w prawie każdej) (to drugie to taro).

W ten weekend u nas na wsi pachnie dymem, ale szlachetnym – nie tym z opon i zdechłych wron, tylko owocowe drzewo i wióry, albowiem wszyscy wędzą na święta. N. wczoraj wieczorem wpadł do domu z krzykiem „Dawaj flaszkę, sąsiedzi mnie wołają!”, po czym wrócił lekko odymiony, lekko uspirytusowiony, za to z dwoma pudełkami jajek od szczęśliwych kur oraz próbkami świeżo uwędzonego boczku i szynki. Bardzo smaczne. Tak na marginesie, czy ktoś robi porządne, uczciwe badania poziomu szczęścia kur? Bo wszyscy – szczęśliwe, szczęśliwe, a jak te kury mają jakieś swoje marzenia? Chodzą po podwórku i znoszą te jajka, no bo co mają zrobić, ale tak naprawdę chciałyby uprawiać surfing na Kanarach albo mieć małą cukierenkę w Paryżu? Chciałabym zobaczyć certyfikat od kurzego behawiorysty.

Nasze boczusie i schabusie wędzi NA SZCZĘŚCIE szwagier (przynajmniej odpada mi pranie okopconego psa, męża i innych okoliczności przyrody). Młodszy jest, niech się wykazuje. Jak mawia jeden przyjaciel N. – w wędzeniu najgorszy jest trzeci dzień; podobno strasznie wtedy rąbie kac i boli wątroba. Jak się przebrnie przez trzeci dzień, to później już z górki.

A na jutubie jest „Szpital na peryferiach”! (N. chce mnie udusić, ale ja się nie mogę oderwać. Kocham czeskie seriale). Elżbietko!… Zostaw tego hokeistę, wybierz romantycznego chirurga naczyniowego!… (ładna ta Elżbietka, swoją drogą, chociaż i tak najbardziej lubię tę żmiję Błażejową).

O KONIECZNOŚCI ARCHIWIZACJI

 

Skończyłam Tracy Chevalier – jak zwykle z sercem w gardle, bo dziewuchy u Tracy zawsze są rogate, charakterne, nieustępliwe i potrafią nieźle namieszać – i teraz jadę „Czarną Dalię” Jamesa Ellroya. Naprawdę świetny, z bardzo dobrym tłem obyczajowym kryminał noir, coś pomiędzy Chandlerem a Connellym. Historia przepiłowania biednej Elizabeth Short opowiedziana jest z punktu widzenia jednego z policjantów, byłego zawodowego boksera, na tle stosunków panujących w tamtym czasie w policji, przygód z jego partnerem – też bokserem oraz dziewczyną gangstera. Uwielbiam takie klimaty.

Od kilku dni wiszę wielką, ogromną świeczkę świętemu Hieronimowi ze Strydonu, patronowi archiwistów (i drugą dla świętego – patrona głupków, kimkolwiek był). Teraz będę oglądać każdy kawałek papieru pod światło trzysta razy, zanim go wyrzucę – łącznie z listą zakupów i paragonem z Biedronki za masło klarowane. Nigdy nie wiadomo, co się okaże kiedyś przydatne, nigdy. (No i jeszcze niezbędna jest osoba, która by cały ten towar utrzymywała w porządku, ale to osobny temat).

Zachwyciło mnie odnalezione w czeluściach internetów stwierdzenie „usta w kolorze wybielonego odbytu” – to o tych modnych obecnie szminkach a la lata 60-te, w kolorach jasnego, pastelowego, rozbielonego różu. Nawet niektórym paniom jest w tym do twarzy, co nie zmienia faktu, że usta wyglądają… no właśnie TAK.

Natomiast nie zachwycił mnie tegoroczny karp w Trójce. Jakoś wcale nie wpada w ucho, ani w pamięć.

 

PS. O, właśnie się okazało, że z tej „Czarnej Dalii” zrobili film ze Scarlett Johansson. No proszę. I że czytałam już Ellroya „Tajemnice Los Angeles” i też są paluszki lizać.

O TYM, ŻE PONIEDZIAŁEK PRZYWITAŁAM PRAWIE Z OTWARTYMI RAMIONAMI

 

Mam po tym weekendzie łeb spuchnięty jak bania, bo najpierw N. kupił Szczypawce piszczącego gumowego prosiaka, a później jeszcze moja koleżanka przywiozła jej w prezencie prześliczną pluszową kostkę. Z piszczałką. Dwie doby nieustającego piszczenia. Czy to są warunki do… do CZEGOKOLWIEK? Mam ochotę popełnić jakieś co najmniej wykroczenie.

W dodatku miałam zagadnienia tekstylne, a wręcz faszionelskie. Najpierw N. wybierał się na jakieś lecie i kazał mi złożyć (@*&^$%) poszetkę. W Internecie jest mnóstwo instruktaży, jak złożyć poszetkę, tylko że nikt się nie zająknie o tym, jakie to cholerstwo jest śliskie i nieposłuszne. Niestety, to nie papier do origami. W dodatku ja się męczę, wysilam, składam i co słyszę zamiast podziękowania?… „James Bond miał INACZEJ”. Następnym razem niech mu James Bond składa.

A później była jazda z Zebrą pod tytułem „Moje dziecko ma być przebrane za choinkę, a nigdzie nie ma nic zielonego WYMYŚL COŚ!” i musiałam uruchamiać gorącą linię i niepokoić koleżankę w niedzielne popołudnie. Jakby nie mogła jej zgłosić do przebrania za owieczkę – mam piękną białą kamizelkę z prawdziwej sztucznej owcy – ale nie, oczywiście musi być choinka (chociaż i tak dobrze, że nie kazała mi szyć kostiumu ośmiornicy – osiem nóg, Dawidzie! – albo homara).

A na koniec musiałam jeszcze posprzątać rozsypany orkisz, w dodatku atakowana pytaniami „Skąd my mamy orkisz?”. No już CO JAK CO, ale orkisz w tym domu to całkowicie NIE MOJA sprawa. Co innego rozsypane masło – to bym wiedziała, skąd mamy. Ale chyba nie zdążyłabym posprzątać, bo Szczypawka by mnie ubiegła. Na orkisz jakoś nie reflektowała.

Ale to i tak jeszcze nic. Myślę, że prawdziwy moment refleksji miałam we czwartek wieczorem, kiedy to N. wrócił z delegacji i służbowego obiadu w hiszpańskiej restauracji z pudełkiem, do którego miał zapakowany hiszpański stek. Dla Szczypawki. No, nie cały – to, czego nie zjedli. Piękna wołowina z grilla, średnio wysmażona. A ja sobie zjadłam chińską zupkę (ostro – kwaśną). To tak jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości, jaka jest kolejność dziobania w naszym stadzie.

I jeszcze ten wiatr. Ugh.

PS. Na zdjęciu mały zbój z kosteczką. Po weekendzie kosteczka jest już rozpruta z jednego boku. Zdjęcie niezbyt dobre, bo to jak próba sfotografowania tornado.

kosteczka

O UBARWIANIU ŻYCIA

 

Uwaga! Uwaga! Rozbieram się do naga (nie no, ŻARTUJĘ, nigdy nie byłabym aż tak okrutna).

No więc. Znalazłam na jakimś kulinarnym blogu nowy sposób na ciasto bananowe. Sposób absolutnie dekadencki, kaloryczny i glutenowy, więc zwolennicy posilania się jarmużem i namoczonymi otrębami niech nie czytają.

Banany, zamiast rozgniatać widelcem, karmelizujemy na patelni na maśle, z dodatkiem brązowego cukru. Jak się rozpadną na bulgoczące puree, to po pierwsze staramy się go nie zeżreć natychmiast całego łyżką (bo tak pachnie…), a po drugie trochę studzimy. I dalej już normalnie – jajko, mąka, proszek do pieczenia. Ja ostatnio wrzucam w babeczkowe papilotki, bo łatwiej serwować i jakoś tak bardziej kolorowo. A pora taka, że każdy skrawek koloru się przyda.

A propos skrawków koloru – czytam „The Last Runaway”, wspaniałe. Książka jest o dwóch młodych Angielkach, kwakierkach – jedna z nich wyrusza do Ameryki do narzeczonego, a siostra postanawia do niej dołączyć po tym, jak miejscowy drań złamał jej serce. Jak to w życiu bywa, ta weselsza siostra od razu umiera na żółtą febrę (nie zdradzam fabuły, bo to się dzieje na dziesiątej stronie) i biedna Honor musi sobie radzić sama w obcym kraju. Nie może wrócić, bo tak potwornie chorowała podczas rejsu, że nie jest w stanie wsiąść na statek powrotny.  Ameryka przeżywa akurat rozwój kolei i wyzwalanie niewolników. Ulubionym zajęciem Honor (i innych kwakierek) jest szycie patchworkowych kołder (quilt – nie wiem, jak to się tłumaczy – pewnie się nie tłumaczy, bo u nas czegoś takiego nie było). Jak to u Tracy Chevalier – opis szycia, wzorów, powstawania patchworków jest tak wciągający, że w zasadzie mam ochotę nawlec igłę i zabrać się do roboty. Najtrudniejszym wzorem jest „gwiazda Betlejemska” – obejrzałam w internecie, piękne. Tylko znowu – trzeba mieć oko do kolorów, a ja tak średnio, cholera.

Muszę się przeprowadzić do nowego telefonu. Od paru tygodni to odwlekam, bo jak już niejednokrotnie wspominałam – przywiązuję się jak stary kundel, ale niestety rozdyźdało mi się gniazdo do ładowarki i wieczorne podłączanie  trwa coraz dłużej (w końcu łapie styk, ale ile się za przeproszeniem nawkładam i nawyjmuję, to jak w niezłym porno). Któregoś razu po prostu piznę nim o ścianę i problem rozwiąże się sam.

 

O PSIEJ TRANSMISJI

 

Zakochałam się w Kirsten Dunst z drugiego sezonu „Fargo”. To znaczy, do pewnego momentu miałam ją ochotę rozerwać na kawałki, ale przeszła przemianę duchową i zrobiła się obłędna („Niunia, dźgałaś zakładnika?”).

A właśnie, bo na motywach Fargo chciałam, żeby N. kupił mi taki piękny taser w kształcie pałki na Gwiazdkę, nawet już go znalazłam w jednym sklepie, a on się pyta, na co mi to i czy już całkiem sfiksowałam. JA sfiksowałam?… Niech sobie gazety poczyta; jak tu w takich czasach wychodzić luzem z domu bez elektrycznej pałki?

A najlepsze, że od kilku tygodni Szczypawka w naszym biurze modli się do jednego pustego kąta w lokalu (tak, Szczypawka jeździ do biura). Tyłem do drzwi balkonowych, przez które uwielbia wyglądać, tyłem do wszystkiego właściwie – siedzi i wpatruje się w kąt. Albo leży (i się wpatruje). Nie wiem, co / kto jej się tam ukazuje (Duch Zagubionych Faktur? Ale to powinien mnie prześladować). Pocieszające jest, że nie warczy, więc może nic bardzo złego, ale i tak z lekka mam ciarki, jak ona tak spokojnie siedzi i patrzy. W pusty kąt.

O TYM, ZE CIAŁO MOŻE ZNIKNĄĆ

 

Drogi Pamiętniku, całą niedzielę mnie brzuch bolał po imieninach teściowej (jeścjeśćjeść zmiana talerzy jeśćjeść jeśćjeść zmiana talerzy jeśćjeśćjeść… oraz JEDNAK podejrzewam grzyby z domieszką).

W „Anatomii zbrodni” opisane jest zatrważająco dużo przypadków morderstw, w których procesy były poszlakowe, bo nigdy nie znaleziono ciała. A może raczej – obiecująco dużo. Skoro w obecnych czasach, przy wszystkich dostępnych technologiach udaje się upłynnić trupa i jedynym dowodem zbrodni jest mikroskopijny kawałeczek gnata znaleziony w pralce, a wziąwszy pod uwagę polskie realia – w życiu by tych poszlak nie znaleźli, to nic tylko mordować. Tylko musiałabym poufnie na osobności pogadać ze skazanymi, jak się tych ciał pozbyli. Całkiem sporo wrzuconych do rzeki po prostu znika, ale to jest raczej loteria, wolałabym cos pewniejszego. No i odpada rąbanie na kawałki i rozpuszczanie w ługu, bo to brudna robota i śmierdzi.

Bardzo inspirująca książka.

Z odkryć kulinarnych weekendu – czekoladki Magnetic ze słonym toffi. Bardzo intrygujący smak. W pierwszym momencie pomyślałam „nie wiem, czy polubię”, ale za chwilę już wiedziałam, że owszem.

Etna wybuchła, dymi i nie zamierza przestać. Wcale się jej nie dziwię.