O PRZEMIJANIU I POWROCIE DYNASTII

Dobra wiadomość jest taka, że dziś ostatni dzień stycznia i będzie już tylko jaśniej i cieplej (SŁYSZY? Ma być cieplej!).

Zła wiadomość jest taka, że nie wiem, czy dobra wiadomość jest taka dobra, skoro dziś już OSTATNI dzień stycznia, czyli jedna dwunasta nowego roku za nami! Po prostu nie rozumiem, co z tym czasem się dzieje, dlaczego tak zapierdala i gdzie się podziewa normalnie ani się człowiek obejrzy, i nic mnie już w życiu nie czeka, co najwyżej decyzja, jaką chce mieć ramkę na nekrologu – cienką czy grubą. Jak mawiała moja Babcia – „zobaczysz dziecko, jak życie minie nie wiadomo kiedy”.

I jak tu nie popaść w alkoholizm? (pytanie retoryczne).

W dodatku w nocy było rzygane psem i się nie wyspałam (kto karmił psa surowym mięsem na hamburgery? No kto? NO KTO? Ech, ale co, uduszę go i skąd wezmę drugiego męża, żeby odkręcał słoiki i wynosił pająki? To i tak cud, że ten jeden się trafił.)

Ktoś wszedł na mojego bloga wpisując w wyszukiwarkę „plemniki w damskiej łazience”. Serio? A ja przez całe życie myślałam, że to rybiki cukrowe!…

I uwaga, przeczytałam dziś, że „Dynastia” wraca – z tymi samymi bohaterami. Mam nadzieję, że w pierwszym odcinku Alexis będzie miała wejście w kozakach za kolano, prowadząc na smyczkach trzech dziewiętnastoletnich kochanków. Na Crystle nie mam pomysłu, ona zawsze była taka jakaś rozmemłana.

O TYM, ŻE MORDERSTWO CORAZ BARDZIEJ PRAWDOPODOBNE

Zaprawdę w poniedziałek jednak w końcu komuś ukręcę łeb. Mam na oku takie osobniki, co to w piątek w biurze przez pół dnia chodzą i mówią „O, jak mnie głowa boli i w ogóle jedno oko mam takie CIEPŁE! Jak myślicie, co to może być?”. Jak również na przykład takich, co radośnie opowiadają, jak poprzednie dwa dni spędzili w łóżku w malignie z 42 stopniową gorączką, ale spoko – JUŻ IM PRZESZŁO. Na mnie im przeszło, cholera jasna! Wczoraj wysiorbałam dwie saszetki, te ohydne, a i tak cały dzień mnie bolały gnaty (tak dziwnie – najbardziej stopy, dłonie i łopatki – normalnie czekałam, aż mi urosną szpony i błoniaste skrzydła i się przepoczwarzę w gargulca z Notre Dame). Dziś już luzik – tylko mi się kręci w głowie i chce rzygać. Naprawdę spoko.

Aha, bo jeszcze obok naszego sioła na drogach stoją tabliczki „WYSOCE ZJADLIWA GRYPA PTAKÓW” i N. musiał kupować jajka spod lady, jak za okupacji. Interesująca nazwa, tak na marginesie, ludzkie choroby się zazwyczaj nazywają bardziej prozaicznie. Może weterynarze mają więcej fantazji. (Na pewno mają – przypominają mi się początki pracy, jak jeszcze byłam na studiach, a w robocie kazali mi iść do weterynarzy w ministerstwie po jakieś dane statystyczne do podłoża negocjacyjnego, coś o krowach i koniach miało być. Weterynarz mnie przyjął uprzejmie, posadził w fotelu – ja z zeszytem na kolankach i kolorowymi długopisikami, a ten mi 40 minut z błyskiem w oku nawijał o inseminacji i pobieraniu nasienia od ogierów, chociaż to W OGÓLE NIE BYŁ temat mojego pytania! Wróciłam z płaczem i powiedziałam, że więcej tam NIE PÓJDĘ i mogą mnie wywalić. Było dużo śmiechu i oczywiście jak tylko na horyzoncie zamajaczyły krowy albo ogiery, to znowu byłam wysyłana. Kurwa mać).

A dziś rano pospałam pół godzinki dłużej i był to błąd taktyczny, ponieważ po zejściu na dół zastałam Atol BIkini po próbach nuklearnych zamiast kuchni. No cóż, mój mąż postanowił ugotować zupę (o szóstej rano! W niedzielę!!!).

Idę się położyć. Niech mi tylko przejdzie ta śruba, już ja się z nimi wszystkimi policzę.

O UPIORNEJ KANAPCE I JEDNAK NIE SCHIZOFRENII

Od dwóch dni czuję się jak wilk, który zjadł babcię, Kapturka, gajowego, siedmiu krasnoludków, jelonka Bambi i wszystkie myszy króla Popiela. W dodatku spakowanych w foliowe worki. Wszystko przez to, że ubłagałam N., żebyśmy zjedli kanapki drwala (zobaczyłam plakat kilka dni temu i za mną chodziła, suka jedna). N. się zgodził, bo chyba jednak ciągle mnie kocha (chyba że to słynne ustępowanie głupiemu, tak popularne w naszej obyczajowości), a później chciał mnie zabić – w ogóle nie mógł spać, bo on ma delikatny żołądek. Ja mam strusi – zazwyczaj trawię wszystko (z chrzęstem), a po tym cudzie dwa dni odbijało mi się plastikiem. Ta kanapka jest chyba dla automatycznych drwali napędzanych paliwem wysokooktanowym i zrobiona prawie wyłącznie z PCV (i papryczek jalapeno, bo miałam ostrą wersję). A zatem – podsumowując – dwa dni gniotło mnie w żołądku, we wszystkim co jem czułam posmak foliowej torby i przypomniało mi się, dlaczego w McDonaldzie jemy najwyżej raz na kwartał.

A mogłam sobie zrobić kopytka i nie mieć dwóch dni gastrycznego niepokoju, w dodatku w towarzystwie wkurzonego męża! Może po prostu w pewnym wieku człowiek się jednak robi ZA STARY na te wyrafinowane specjały. Jakieś enzymy przestaje produkować (do trawienia plastiku), kubki smakowe subtelnieją czy coś. Bo kury z KFC (to przerażające, co teraz napiszę) TEŻ już mnie nie nęcą tak, jak kiedyś!

W dodatku w innych obszarach też nieustające pasmo sukcesów – Zalando mi przysłało jakieś dziwne COŚ, czego bynajmniej absolutnie nie zamawiałam. Zdenerwowałam się, bo moje zapominalstwo to jedno, ale czyżby pogłębiło mi się do tego stopnia, żeby zamawiać coś kompletnie nie w moim kolorze, fasonie i guście i zapominać o tym? Może ja już przez sen zaczęłam zamawiać paczki w internetowych sklepach? A może mam jakieś alter ego, które w ten dziwny sposób doszło do głosu i wysyła mi sygnały? Po kwadransie takiej gonitwy myśli jednak rzuciłam okiem an list przewozowy, na którym było zupełnie, ale to zupełnie co innego, co owszem, zamawiałam. Czyli nie ja zwariowałam, tylko ktoś się rąbnął przy pakowaniu. Trochę mi ulżyło, nie powiem. (W dodatku nawet dobrze się stało, bo prawie od razu po kliknięciu „zamawiam” doszłam do wniosku, że w sumie po cholerę mi to i pewnie i tak nie będę w tym chodzić – czyli w sumie Wszechświat poszedł mi na rękę).

Co do lektur, to nadal nie mogę się kupić i czytam wieczorami „Medycynę sądową” do poduszki, dla rozluźnienia przed snem. A po przeczytaniu „Młynu do mumii” mam taki wniosek, że dla tej książki powinien powstać osobny gatunek literacki, bo ja NIE WIEM, CO TO JEST. Ale bawiłam się znakomicie.

I przeczytałam, że w trendach kulinarnych rok 2017 zrywa z jarmużem i teraz na topie jest kalafior. Nareszcie jakaś pozytywna wiadomość, bo przepadam za kalafiorami! Chociaż jestem zupełnie spokojna, że zaraz na modnych blogach kulinarnych powstaną przepisy na takie potrawy z kalafiora, żeby człowiek ich nawet kijem nie dotknął. Jednak nadal lepsze to, niż jarmuż.

 

O FILMACH I JAJKU, KTÓREGO NIKT NIE ZABRAŁ I ŻAŁUJĘ

 

No więc tym razem przyśniła mi się kanapka (z szynką i sałatą). Od razu sprawdziłam w senniku, co to może znaczyć. I co? „Generalnie uważa się, że sen o kanapce wróży spokojną starość”. No już WIECIE CO? Jedna kanapka i od razu STAROŚĆ? (Bo że spokojna to nie mam obiekcji, ja lubię spokój i jak się nic nie dzieje).

Ponieważ boli mnie głowa (codziennie, podejrzewam jednak smog, chociaż są i opinie, że z tym smogiem to dobrze nakręcona kampania społeczna, ale u nas na wsi powietrze po prostu ŚMIERDZI), to mniej czytam, a więcej poszłam w kinematografię i nadrobiłam zaległości. Na pierwszy ogień poszła „Alicja po drugiej stronie lustra” – wiedziałam, że bez Burtona to już nie będzie TO, i rzeczywiście tak jest. Kraina Czarów wygląda jak dziecięca kolorowanka, a Johny Depp ma za gruby makijaż i w ogóle nie jest Kapelusznikiem z pierwszej części. Ba, na początku myślałam, że to W OGÓLE nie jest on, no niby grał Kapelusznika w depresji, ale takie drewno?… Później jest ciut, odrobinkę lepiej. Ale naprawdę, NAPRAWDĘ udany jest zamek Czasu i sam Czas. Ożesz w mordę, Czas jest po prostu zapierający dech w piersiach. NIe mogłam od niego oderwać oczu. Sekundy też są urocze, ale Czas… No i tradycyjnie, najchętniej kupiłabym całą garderobę Alicji.

„Głosy” – wrzuciłam sobie w piątkowy wieczór, na zakończenie tygodnia i dostałam w łeb dość solidnie. Początek to cukierkowa czarna komedia, nakręcona w konwencji komiksu. A później robi się coraz bardziej i bardziej ponuro, w sumie bardzo smutny film. Ładnie zrobiony, ale bardzo smutny. Z opisu spodziewałam się jakiejś odjechanej psychodelii, a jest owszem surrealistycznie, ale depresyjnie. No cóż, choroby psychiczne to nie jest temat do śmieszków. Nawet, jeśli mamy na pokładzie gadającego kota i psa.

No i „Nowy początek” – od razu powiedziałam N., żeby już nigdy, NIGDY nie proponował mi ośmiornicy do zjedzenia. Ani sam przy mnie nie jadł. Dawno nie widziałam takiego dobrego SF, z dobrym pomysłem na fabułę, porządnym wątkiem naukowców kontaktujących się z Obcymi i paradoksem podróży w czasie. Wszystko nastrojowe, trochę szare, trochę zadymione, bez patetycznej muzyki i powiewających amerykańskich flag. Od razu po seansie rzuciłam się na opowiadanie Teda Chianga, na podstawie którego powstał film – prawie miałam gulę w gardle, tak świetnie jest napisane, w sieci jest cały tom jego opowiadań, za które na pewno się zabiorę. Dawno nie czytałam dobrych opowiadań SF, a kiedyś przecież uwielbiałam. Muszę to nadrobić, bo ostatnio tylko żrę masło i oglądam głupie seriale! Tak dalej być nie może.

A w ogóle wydarzeniem całego tygodnia był brunch z Zuzanką, całkowicie żywą i naturalniej wielkości, z nienagannym manicure. Jadła łososia i narzekała, że bolą ją nogi, bo tańczyła poprzedniego dnia w klubie do drugiej rano. A ja siedziałam jak ta gęś co połknęła szyszkę, bo godzinę drugą w nocy to mam okazję oglądać na żywo jak ewentualnie Szczypawka ma sraczkę, bo chadzamy spać po 21.00. Poruszyłyśmy tematy o fascynującej rozpiętości – od polskiego pisarza, który trzyma jedną rękę na klawiaturze, a drugą na przyrodzeniu, do użyteczności suszarki do ubrań. Zachęcałam ją, żeby zabrała dla dziecka jajko na twardo jako suwenir z Warszawy, ale nie chciała.

A dziś właśnie nie było na targu jajek, bo w mojej okolicy grasuje ptasia grypa! Bardzo się zdenerwowałam, bo obok masła, jajka to podstawa mojej egzystencji. Jak tu teraz żyć bez jajek?…

O BUKIECIE I KNEDLIKU

No więc wczoraj.

Najpierw wprowadzenie: N. ma takiego znajomego, z którym się spotyka ze 3 razy do roku, i ten znajomy za każdym razem daje mu BUKIET KWIATÓW. Wielki, gigantyczny bukiet kwiatów, na widok którego dostaję rybiego oka, bo nie lubię ciętych kwiatów, a jeszcze w takiej OBJĘTOŚCI. Trzeba wyciągać najcięższy wazon, bo normalne wazony się przewracają, i proszę zgadnąć, kto ten dwutonowy wazon później musi myć. No. Za każdym razem jak N. wraca do domu z bukietem, to mu docinam, że kwiaty dla faceta od faceta to takie DWUZNACZNE, na co on, że ten bukiet to dla mnie, na co ja, że akurat. No i tak się przekomarzamy, a mi żyła pulsuje, a bukiet później stoi gdzieś w kącie, a ja go omijam wzrokiem. Bo mam taką taktykę, że jak mnie coś denerwuje to omijam wzrokiem (na pewno kilku terapeutów za skromnym wynagrodzeniem by mi to przystępnie wyjaśniło). I tak było również i tym razem – bukiet przybył, powściekałam się, stanął w kącie, poomijałam go wzrokiem przez kilka tygodni, aż zostały suche badyle. No i wczoraj postanowiłam przynajmniej wypizgnąć go na taras, dalej niech N. się nim zajmuje.

O święta Rito, patronko spraw beznadziejnych! Może rzeczywiście postał tym razem NIECO ZA DŁUGO, bo wszystko już było całkiem suche, a w szczególności takie te zielone porosty, delikatniejsze niż asparagus, ale jednak z mnóstwem, z milionami małych szpileczek. I prawie wszystkie te szpileczki się osypały NA MNIE – na ubranie, na włosy, na ręce, za dekolt…

Kurwa mać, z godzinę tańczyłam taniec świętego Wita, żeby się tego POZBYĆ. Koszulkę od razu wrzuciłam do prania, ale polar trzepałam z pięć razy i ciągle coś mi jeździło po szyi. W skórki przy paznokciach powbijały mi się jak drzazgi. Na rękach dostałam spacerującej wysypki i w ogóle do dziś na samo wspomnienie się drapię WSZĘDZIE. Niech no ja zobaczę, jak N. wraca ze spotkania z następnym bukietem. NIECH SPRÓBUJE.

Na pocieszenie czytam „Młyn do mumii” – jest bardzo, bardzo śmieszny (i świński). Powieść awanturnicza, ocierająca się miejscami o purenonsens, a to wszystko w czeskim wykonaniu – uwielbiam czeskie spojrzenie na świat. I czeskie knedliki – N. mi przywiózł w prezencie jeden taki długi, bułczany i pożeraliśmy go z biteczkami wołowymi. Nasze pyzy drożdżowe też są niezłe, ale czeski knedlik lepszy. Ach.

Z czego wynika, że jestem kobietą która woli dostać czeski knedlik od bukietu. Cóż mogę powiedzieć – nigdy nie byłam specjalnie romantyczna, niestety.

 

PS. Od kilku dni chichram się z tego dowcipu: „Striptizerka wyskoczyła z tortu za wcześnie i uderzyła głową w piekarnik.”

O NAJWAŻNIEJSZYM

Najważniejsze, że ogrzewanie naprawione i z powrotem można się realizować pod kocykiem i nie grozi hipertermia.

Hyg

 

N. wrócił i od razu przyśniło mi się, że musiałam pozbyć się zwłok, więc pokroiłam trupa na plastry, takie większe kotlety, których się zgrabnie pozbyłam, wrzucając do różnych śmietników i worków na śmieci. Tylko cały czas dręczył mnie niepokój, co zrobić z głową, która leży w zamrażarce. Od dwóch dni boję się zajrzeć do zamrażarki.

O UPARTYM FACECIE I CERAMICE W MIEJSCACH PUBLICZNYCH

 

Dostałam SMS-a od Renault. Mniej się kiedyś zdziwiłam, jak dostałam SMS od wróżbity Macieja (no bo w końcu jest WRÓŻBITĄ, więc mógł mój numer po prostu wywróżyć ze szklanej kuli). Co do Renault, to mamy taki żarcik, że nie kupuje się samochodów na „f”, czyli fordów, fiatów i francuskich (chociaż fiaciki są prześliczne, moim zdaniem, no ale ja się NIE ZNAM). Z dodatkowych powodów, dla których nie spotkamy się z renault w najbliższy weekend w najbliższym salonie mam jeszcze taki, że W OGÓLE NIE ZAMIERZAM nigdzie w taką pogodę wychodzić!

Czytam wieczorami biografię George’a Lucasa. Wzięłam się za nią głównie dlatego, że N. śmignął w kilkudniową delegację, CFANIAK, a ja wtedy muszę czytać BEZPIECZNE książki (bo inaczej nie mogę zasnąć i mam koszmary). Takie bez trupów, zjawisk nadprzyrodzonych i Beaty Pawlikowskiej. Biografia jest fantastyczna, bo w ogóle nie o tym, kto z kim spał (może dlatego, że Lucas w ogóle niewiele spał), za to mnóstwo technicznych detali, szczegółów i kłótni z szefami wytwórni filmowych (szefami w wytwórniach filmowych zostają ludzie, którzy nienawidzą kina i kompletnie się na nim nie znają – u nas podobno przyjął się ten sam trend). Najbardziej spodobało mi się określenie Lucasa jako „mózg w słoiku” i to, że deprymował aktorów, bo w ogóle nic nie mówił. To znaczy czasem mówił, że źle. I jego ciągła, fanatyczna obsesja dopilnowania każdego detalu – na planie Gwiezdnych Wojen nadzorował nawet holograficzne potwory, skaczące na szachownicy w Sokole Milenium. Niesamowity upór w dążeniu do realizacji wizji artystycznej – ma być tak jak ja chcę, albo wcale.

Bardzo ciekawa opowieść o niedużym facecie w kraciastej koszuli, który swoim oślim uporem zmienił kino, a następnie cały świat. A nawet stworzył Wszechświat równoległy (trochę przykurzony, bo zawsze mu się podobała trochę zużyta, przykurzona i poplamiona olejem rzeczywistość). Chyba nie muszę wspominać, że go kocham.

A N. niech już wracam, bo mam „Młyn do mumii”, czeski tak zwany gastro thriller, i chciałabym już się do niego dorwać.

Podobno jest teraz taki trend, że się wsiada do metra i do tramwaju i w ogóle WSZĘDZIE (najlepiej, żeby było dużo ludzi) z ceramicznymi kubkami z uchem i z kawą. A nawet można wyciągnąć z torby ceramiczną miskę i jeść z niej śniadanie. Koniecznie w komunikacji publicznej!

O MOIM PIERWSZYM MĘŻU I NIESTETY, PIECU

 

Śniło mi się, że dawno temu, pod koniec studiów, miałam męża. Miłego obcego pana, którego czasem widywałam na ulicy i grzecznie się sobie kłanialiśmy. Sen był przerażający, bo ja bardzo bym nie chciała wracać do wtedy (a przyśniło mi się tak bardzo realistycznie, włącznie z ubraniami i butami, które wtedy nosiłam, na masakrycznych obcasach – jedyna różnica to ten mąż). Obudziłam się wystraszona i z trzepotem serca (a może ja faktycznie MIAŁAM MĘŻA, tylko zapomniałam, bo ostatnio strasznie zapominam? Matko Boska), a na pociechę od OBECNEGO męża nie mam co liczyć, bo skomentował moje wyznania jak zwykle, czyli „No widzisz, jaki ty jesteś psychol”. A ja nic nie widzę (a właśnie, a propos widzę – soczewki muszę zamówić).

W dodatku mamy styczniowy bunt maszyn: nie dość, że BABA wjechała w bok samochodu na parkingu, to piec postanowił nas usmażyć. Mówiłam, że KAŻDY JEDEN PIEC TO ZWYRODNIAŁY SADYSTA I PSYCHOPATA. Podłoga parzy w stopy, a na dole nie ma czym oddychać – skoro nawet JA, która uwielbiam ciepełko i upał, czuję się jak zmięty i zdeptany flak w tej temperaturze, to naprawdę już jest bardzo niedobrze (a już nawet nie wspomnę o spodziewanym rachunku za gaz). Moje hygge jest mocno nadszarpnięte, no bo jak tu hygge, jak się nie można przykryć kocem, bo grozi udar cieplny? A ja niestety nie z tych, co chodzą po domu w seksualnych koronkowych peniuarach, bo nie wyobrażam sobie relaksu w poliestrowych koronkach. Tylko wyciągnięte dresy zapewniają odpowiedni komfort. Może wodą się zacznę polewać, cholera jasna. Okien nie ma co otwierać, bo niestety cudowne zimowe powietrze śmierdzi wszystkim, co okoliczni mieszkańcy uznali za stosowne wrzucić do pieca, a mają w tym zakresie sporą fantazję, po zapachu sądząc.

Naprawdę, poproszę o jakąś tabletkę, żeby do końca marca zapaść w śpiączkę (w dodatku w śpiączce się chudnie – no i niby zanikają mięśnie, ale ja przecież żadnych mięśni nie mam, to co mi ma zaniknąć).

O PORCELANIE I GRYPIE

 

A bo w ogóle zapomniałam (bo ja ostatnio mam straszną sklerozę, zapominam po co weszłam do pokoju, chociaż i tak najczęściej PO NIC ważnego, oczywiście), że w „Juliecie” chwyciła mnie za serce kolekcja Sargadelos, galicyjskiej porcelany w celtyckie wzory, bardzo charakterystycznej. W domu nad morzem Julieta ma cały regał Sargadelos, widać go dokładnie w kilku scenach, od podłogi do sufitu. Bardzo jej zazdroszczę, bo piękne wzornictwo ma ta porcelana.

Nasza kolekcja nie jest aż tak imponująca, jak Juliety, ale pracujemy nad tym.

Sar1

 

Sar2

 

Sar3

Ten cholerny mróz przyszedł z jakimś takim wyżem czy innym chujwiczym, że od dwóch dni pęka mi łeb. Nawet się zastanawiałam, czy aby nie złapałam grypy, ale gdzie – na cmentarzu? (Chociaż wirusy grypy hiszpanki owszem, przetrwały w zwłokach ofiar). I wcale nie ma zamiaru się ocieplić! Naprawdę zwariuję.

 

O POŻYCIU GOŁĘBI I JULIECIE

Aj HEJT ju, zimo. Komu przeszkadzało te trochę błotka? Śniegu mamy aktualnie jamnikowi do połowy burty i jamnik nie jest z tego powodu szczęśliwy. Wraca i patrząc z wyrzutem podaje mi do wytarcia łapy z poprzyklejanymi śniegowymi pacynami. (Wiem, wiem, i tak mamy lepiej, niż na Wybrzeżu, widziałam zdjęcia ulic z wodą po kolana).

A w karmniku przesiaduje nasze miejscowe gołębie menage a trois. Od kilku lat rezyduje u nas gołębie trio – te takie szare, z obróżką na szyi; latem grzmocą się (we trzy) na gałęzi akurat NA WPROST mojego ulubionego miejsca na kanapie – chyba na dodatek lubią być oglądane. A zimą zgodnie pasą się w karmniku, aż mnie to wzrusza – po prostu jak u Woody Allena w „Whatever works”. No taki mamy w naszym lesie klimat. Na gołębie trójkąciki. A ja w dodatku je wypasam (sprawdzić, czy nie podpada pod stręczycielstwo).

Obejrzałam wczoraj „Julietę” Almodovara; bardzo miłe dla oka, nastrojowe oglądadło, chociaż czegoś mi zabrakło. Jakiegoś pogłębienia relacji bohaterek – np. kilka więcej scen z Rosy de Palma, takiego babskiego kuchennego szurania garami i rozmów, byłoby cudownie. W dodatku chwilami ciężko było mi się skupić, bo jak nie ulice Madrytu, to Galicja – i normalnie aż mnie coś szarpało w środku z tęsknoty. Absolutnie wspaniała scena przemiany młodej bohaterki w starszą bohaterkę – czapki z głów. Ładny film, ale bardzo melancholijny, brakuje mu energii poprzednich Almodovarów – np. w „Kwiecie mojego sekretu” bohaterka też cierpi, ale cały ekran aż wibruje, a tu – nic.

W dodatku śniło mi się, że jem kapuśniak. Kapuśniak!…

PS. Aha, i od wczoraj mam krezkę. Wszyscy mamy krezkę. Jeszcze nie wiem, jak się na to zapatruję (acz obstawiam pojawienie się wielu nowych chorób krezki oraz masy suplementów, wspierających profilaktykę oraz rekonwalescencję krezki).