O ZIMNIE CHYBA

Chwilowo zażywam u wod.

Ponieważ są to Wody Bałtyckie, to nie jestem do końca pewna, CZEGO ja właściwie u tych wod zażywam (zimna? temperatura odczuwalna – po prostu SKANDALICZNA).

Na razie stłukłam kieliszek, niestety pełen wina. Więc chyba sobie wyobrażacie moją bezbrzeżną rozpacz.

I WŁAŚNIE, ŻE PÓJDĘ karmić mewy chlebem (ktoś mnie tu sztorcował, żeby nie chlebem, ale na własne uszy słyszałam jak doktor Kruszewicz powiedział, że niektóre ptaki chlebem można, więc pakuję chleb i wyruszam).

Dlaczego tu tak wieje???

Jak się nieco otrząsnę, to muszę opowiedzieć o pewnym paradoksie, który mnie intryguje. Ale na razie wieje.

O WESOŁYM SERNIKU

 

Koniec świata był i ja mam na to dowód: N. pojechał do Biedronki i kupił TAKIE Toro i TAKĄ Rioję, w cenie poniżej 30 złotych butelka, że gdyby one nie leżały u mnie na stojaku, to bym nie uwierzyła. Że przyjdzie taki czas, że w naszym kraju będzie można w zwykłym spożywczaku nabyć takie delicje.

Na początku przygotowań zaliczyłam lekki falstart, kiedy zasiadłam sobie w piątek wieczorem przed komputerem z lampką, jak człowiek, wchodzę na blipa, A TAM! Indyk u Sistermoon już pływa! A mój się dopiero rozmraża! No i z indykiem jestem jedną noc do tyłu, ale reszta idzie (napsaurok) już zgodnie z harmonogramem.

(A rzeczony pies od uroku ma się coraz lepiej, jednej nocy zdjęła sobie kaftanik, bez rozsznurowywania. Jak – to pozostanie jej zagadką, chyba, że w Wigilię nam opowie).

Sernik nie opadł (choć pękł), acz jest z połową porcji białek. Udekorowałam sobie kuchnię surowym jajem, kiedy wsadziłam do wysokiego naczynka z białkami ten dynks do ubijania i machnęłam radośnie najwyższe obroty. Poszłoooo po okolicznych sprzętach!… Bardzo śmieszne.

A od jutra odwilż. Jednak górale spod Łodzi mieli rację.

Kochani, zdrowych. Wesołych. Ciepłych i najedzonych.

Peace, love, the Beatles i małe foczki for everyone.

 

O NAJMĄDRZEJSZYM PSIE NA ŚWIECIE I PLANACH NA NOWY ROK

 

Mam najmądrzejszego i najgrzeczniejszego psa na świecie. Wiem, że każdy tak mówi o swoim, ale taki pies może być tylko jeden i jest to MÓJ PIES. Kropka.

(I najpiękniejszego, ale to chyba oczywiste).

Kompletnie nie interesuje się raną po operacji, nie protestuje, kiedy się ja ubiera w kaftan czy kołnierz. Mówi się jej „Idź zrób siusiu i wracaj szybciutko” – idzie, robi i wraca. „Leż grzecznie, bo musi ci się zagoić” – leży (tylko trzeba ją głaskać, cały czas trąca nosem, żeby głaskać).

A poza tym co?

Faraon miał poderżnięte gardło, a w Perth urodziły się w niewoli kolczatki (chyba wykluły?). Są przeurocze, cos jak skrzyżowanie ogolonego kretojeża ze ślimakiem bez skorupy. Z trąbką. A z tematów zasadniczych to wymiotło z okolicznych sklepów herbatniki digestive, zostały tylko w wersji z czekoladą. I z czego ulepię spód do sernika, się pytam? (Nie, kruchego nie będę zagniatać, MAM SWOJE ZASADY, dotyczące abnegactwa).

Uśmiałam się, jak N. mi odraportował, co powiedział nowy szef polskiego oddziału dużej, hiszpańskiej firmy. Powiedział on mianowicie (a jest od pierwszego grudnia), że TERAZ ROZUMIE, dlaczego ci Polacy tak się garną do słońca i ciepła i przyjazdów do Hiszpanii. Och, DOPRAWDY?… Zobaczymy, co powie w marcu (o ile jeszcze tu będzie i nie ucieknie w tempie Strusia Pędziwiatra do siebie). Jak mówię, że to nie jest klimat dla ludzi i że ludzie powinni mieszkać WYŁĄCZNIE TAM, gdzie udają się uprawy winorośli, to nikt mnie nie słucha albo twierdzi, że jestem psychiczna.

A wczoraj miałam przyspieszona powtórkę materiału z chemii i fizyki, jak nasypałam kreta w granulkach do odpływu w kabinie prysznicowej. Najpierw się pieniło, później poszedł dym, a następnie przez piętnaście minut się dusiłam i leciały mi łzy, bo wsadziłam tam łeb, żeby spłukać. Ale i tak mi się podobało. Może w Nowym Roku otworzę wytwórnię metaamfetaminy, hę?…

 

O DZIELNYM PACJENCIE I SILIKONIE

 

Wczoraj pacjentka po operacji przelewała się przez ręce, ledwo zrobiła ogonkiem kilka machów, bez protestu dała się zasznurować w kubraczek, i jeszcze ten kołnierz, bida i nędza.

Dziś od rana, jak mi tatuś donosi, prochy przestały działać, pies się otrzepał, jest żywy i dziarski, rozsznurowała kaftanik i nie daje się złapać. Ale szew to ma tak zrobiony, że w ogóle nie ma szwu, tylko takie zawinięte do środka, że nie widać ani nici, ani brzegów rany. Powiedziałam, że JAKBY CO (tfu, tfu), to ja wolę do tego weterynarza, niż do szpitala. (Właśnie, dlaczego ludziom się nie maluje brzuchów tak fajnie na srebrno?).

Mój mąż wybrał sobie wczorajszy dzień, żeby pojechać do Gdańska i z powrotem. Dzwonił od rana, że jest naprawdę fantastycznie- czasem nawet WIDAĆ DROGĘ spod śniegu. W rezultacie wrócił do domu wpół do drugiej w nocy, prawie nie spaliśmy, a ja dziś mam tak suche oczy, ze mi silikonowa soczewka wypadła w spożywczym przy serkach. Tych silikonowych soczewek więcej nie kupię, niby miały być takie super nawodnione, trwałe i cienkie, a są beznadziejne, grube, ciężkie, suche jak celofan z parówki. Chyba, że to moje ciało nie toleruje silikonu. Dobrze, że w innych miejscach nie mam nic silikonowego, to by dopiero był ubaw, jakby mi zamiast soczewki wypadł w spożywczym cycek.

A prezenty dla kogo mam, to dostanie, a dla kogo nie mam, to się obejdzie smakiem. (Dla siebie mam – har har har).

Zapomniałam, że mam do oglądania zaległego „Luthera” – najbardziej z całego serialu lubię tę rudą psychopatkę.

Sernik jaki robicie na święta? Bo ja wiedeński.

 

O CHOLERZE CIĘŻKIEJ

 

Zaraz wejdę pod biurko i zacznę wyć.

Prezentów mam tak z połowę, a pomysłów na resztę – jedno wielkie, okrągłe jak moja dupa ZERO.

Ale tam prezenty! Mój pies jutro idzie na operację. Niby „tylko sterylizacja”, ale nie ma to jak porżnięty jamnik przed samymi świętami.

Miałam się pożalić, że jakoś brakuje mi ostatnio wyzwań intelektualnych i usycham jak ta mysz za tapczanem, no to mam kurwa wyzwanie (dzień bez przekleństw dziś, tak na marginesie).

Od trzech lat nienawidzę listopada i grudnia, a listopad i grudzień robią co mogą, żebym ich nienawidziła jeszcze bardziej.

 

TAK PATRZĘ, O CZYM TO, CHYBA GŁÓWNIE O WINIE

 

(Z serialowego frontu to chciałabym poinformować, że oglądam ostatnio dwa seriale, oba bardzo życiowe. Jeden to „Homeland”, bardzo życiowy, zupełnie nie wiem, dlaczego mówią, że ta Carrie to jest jakaś NIENORMALNA, bo ja przez całe życie pracując w administracji państwowej miałam IDENTYCZNIE jak ona i ją rozumiem. No – nie wylądowałam w szpitalu na elektrowstrząsach, ale niewiele brakowało, w porę to rzuciłam w cholerę. Drugi życiowy serial to „Cougar Town”, również bardzo, bardzo życiowy, na przykład wszyscy piją wino od ósmej rano, bo wino jest pyszne, i udzielają sobie życiowych rad – „A jaka jest kara za zdradę, kochanie? Przypomnij mi?” – „Obcięcie własnych genitaliów sekatorem”. Naturalnie, że Ellie Torres jest moją idolką, to chyba oczywiste).

Więc.

Poszłam się wczoraj natrąbić z koleżankami. To jest bardzo ważne dla higieny małżeńskiej. Żeby żona od czasu do czasu wracała z małego kwiprokwo na mieście, lekko zionąc (bardzo dobra Valpolicella, mniam – wino jest pyszne).

(A właśnie, znacie ten kawał? Jak bardzo elegancka pani stoi w monopolowym przed regałem z napitkami i się zastanawia, co wybrać, wodzi wzrokiem, czyta etykiety, po czym podchodzi do niej żul i mówi „Tu się nie ma się co zastanawiać, wszystko pyszne!”).

Standardowo koleżanki wyciągnęły z toreb rękodzieło (jedna robi witraże, druga biżuterię, a trzecia wyszywa krzyżykami coś sporego, nie pamiętam, „Bitwę pod Grunwaldem” chyba, bo mówiła, że na samą stopę potrzeba jej trzydzieści kolorów). Po szybkim omówieniu kwestii zasadniczych (nie rozumiemy, dlaczego kobiety w naszym wieku mają romanse z dwudziestolatkami – fuuuuuu!… Weźcie, FUUUUU!…) zatonęłyśmy we wspomnieniach ze szkolnych wycieczek. Były to czasy piękne i niewinne, na przykład, dziesięć dziewuch potrafiło się wtedy upić jedną butelką ajerkoniaku („Kiedyś to był ajerkoniak!” – westchnęła koleżanka, nie wymienię z imienia, bo podobno mąż to czyta, więc nie wspomnę również, że to ona haftuje). Generalnie jednak jak zwykle doszłyśmy do wniosku, że prowadziłyśmy się wszystkie obrzydliwie porządnie i w zasadzie zmarnowałyśmy życie, zamiast mieć na przykład czwórkę dzieci, każde z innym.

Lokal był przeuroczy, jako podkład muzyczny leciały przeboje z San Remo z lat 80-tych, więc co chwilę rzucałam propozycję, abyśmy naprędce utworzyły węża i się przebiegły po salach, ale te jędze nie chciały. Raz tylko zrobiły ze mną meksykańską falę, a i to niechętnie i z ociąganiem.

A mąż nie dość, że przetkał zlew, to jeszcze zarobił całe 20 zyli napiwku, rozwożąc niedoszłego węża po chałupach. Więc naprawdę niech nie narzeka.

Oraz dostalam zdjęcia z dwudziestolecia matury. Na każdym zdjęciu jestem z kieliszkiem wina. Hm. HM.

 

O MĘŻCZYŹNIE W KUCHNI

 

(Nabrzmiewa u mnie sytuacja, związana ze zlewem w kuchni. Druga flaszka przetykacza rur niewiele wniosła nowego. Prowadziłam ostatnio niefrasobliwą politykę związaną z myciem wyciskarki do cytrusów, a konkretnie – spłukiwałam te flaki z wyciśniętych pomarańczy, zamiast je wyrzucać do kosza, i dosięgła mnie Zemsta Zatkanej Rury).

Ale o tym gotowaniu facetów. Przeczytałam to zdanie u Betty MacDonald, która była genialną obserwatorką, i aż podskoczyłam, takie to jest trafne i ŻE JA NA TO SAMA NIE WPADŁAM: właśnie tak! Facet w kuchni jest jak chirurg na sali operacyjnej.

Bo co robi taki chirurg? Wchodzi – cały wystrojony, staje na środku i krzyczy SKALPEL! I nie obchodzi go, kto tę salę przygotował, wyczyścił narzędzia, poukładał ściereczki, ile osób musi dookoła niego latać i kto po nim posprząta, nie. On WCHODZI I DOKONUJE CEREMONII. Podczas której wszystko zaświni, nabałagani, wyjdzie trzaskając drzwiami i nawet się za siebie nie obejrzy. Nie on musi zetrzeć krew, pozbierać waciki i policzyć szczypce. No przecież identycznie, jak facet w kuchni!

(Myślicie, że w życiu na sali operacyjnej jest jak w serialach? To znaczy, oni mówią „Siostro, ostrze numer dziesięć, kleszczyki numer trzy i ssak” czy raczej „Pani Zosiu, eee… Pani poszuka czegoś do podwiązania tego flaka, co mi tu zwisa i kapie!”)

Bo na przykład N. wchodzi do kuchni, staje w pozie WŁADCZEJ, wyciąga lewą rękę(bo jest leworęczny) i mówi „PATELNIA!”. I ja mu tę patelnię mam dostarczyć z szafki, bo on NIE WIE, GDZIE JEST PATELNIA. Nie wie. Mieszka w tym domu tyle samo czasu, co ja, ale nie wie. Ta wiedza jest mu zbędną. Od tego ma MNIE.

Wie, gdzie ma noże i jakie. Noże sobie sam poda. Ale reszta wygląda tak: „A przez co ja mam to przecedzić?” – „Nie mamy lejka, prawda?” – „Ta miska chyba jest na to za mała, jak myślisz?” (jak już wsypał TO do miski i połowa mu wyleciała na podłogę).

Kiedy ja gotuję, to zostaje po mnie w kuchni garnek z potrawą na płycie, bo na bieżąco sprzątam i odstawiam wszystko, czego używałam. Kiedy gotuje N., to zostaje po nim garnek z czymś naprawdę, NAPRAWDĘ PYSZNYM, oraz Armageddon kuchenny od podłogi do sufitu, sterta misek, desek, łyżek, durszlaków, tarek, podstawek, rękawic i patyczków do szaszłyków. Nawet w tych programach kulinarnych, zobaczcie: oni mają wszystko przygotowane w malutkich miseczkach, posiekane, umyte, gotowiutkie to użycia, A I TAK robią dookoła siebie MEGA BAJZEL podczas gotowania.

No dobra – są baby, które bałaganią też. Ale jednak większość, zwłaszcza we własnej kuchni, ma taką odruchową organizację pracy, że idzie i nie zostawia po sobie śladu. No i nie potrzebuje asysty na każdym kroku. Znacie jakąś kobietę, która by powiedziała „Lubię, kiedy mój facet gotuje” i nie dodała „…tylko, że mam później tyyyyle sprzątania!”, hę?

(O, śnieg wali. Cudownie. Niech go szlag).

A po ostatnim najeździe gości z Onetu został przepiękny komentarz (czytałam go już chyba ze trzydzieści razy i nadal mi się podoba), że tak uwielbiam luksus, że na pewno chciałabym mieć pozłacany sedes. POZŁACANY SEDES jako symbol luksusu mnie zrzucił z krzesła. Skąd ludziom się biorą takie pomysły?…

 

O TYM, CZEGO SIĘ TRZYMAM

 

Wczoraj wyszłam z domu bez telefonu. Bez telefonu! Koniec świata! Obce miasto, wkoło wilki jakieś!… I co się stało?

Nie stało się nic. Na przykład, nikt mnie nie zjadł. Mimo, że przecież nie miałam telefonu przy sobie. Niesłychane.

Kiedyś, jak nie było telefonów komórkowych w ogóle, a stacjonarne z rzadka, to wszyscy byli jacyś bardziej punktualni i obowiązkowi. Na przykład, jak się mówiło w maju, że w lipcu jedziemy nad Bałtyk do Krynicy, i nasi znajomi mówili – ojej, my też! I było umówione spotkanie w środę czternastego, o osiemnastej, za budką z goframi. I wszyscy przychodzili i się spotykali! A teraz? Wszyscy mają po pięć telefonów, osiem adresów mailowych i fejsbuka, a umówić się na spotkanie nawet z półrocznym wyprzedzeniem nie jest prosto. W dodatku i tak wszyscy odwołają na godzinę przed, bo przecież mają telefony komórkowe i zamiast przyjść, zawsze mogą zadzwonić, że COŚ IM WYPADŁO w ostatniej chwili. Ja nie wiem, kiedyś jakoś ludziom nic nie wypadało – może byli zdrowsi, bo nie było tyle konserwantów w jedzeniu.

(Czy ktoś oprócz mnie odniósł wrażenie, że już nie ma na tym świecie jadalnych parówek? Jeszcze niedawno były, a teraz wszystkie śmierdzą starym knurem i mokrą ścierką, która sobie poleżała w kącie na balkonie z tydzień?).

Zapomniałam odnotować, że w sobotę na imieninach rodzina N. oburzyła się na jednego z kuzynów, który siedział na jakimś weselu czy komunii obok tortu – jeża, i proszę sobie imaginować, ZJADŁ MU WSZYSTKIE KOLCE. Z migdałów. Oskubał jeża i reszcie gości zostawił łysy kadłub. Strasznie sobie nagrabił tym jeżem.

A trzymam się tego, że na święta ma być PLUS SZEŚĆ. Górale spod Łodzi tak powiedzieli, więc musi tak być. Musi!

 

W następnym odcinku: dlaczego mężczyźni gotują jak chirurdzy.

 

O NIENADAWANIU SIĘ CAŁKOWITYM

 

Nasz piec ma chorobę afektywną dwubiegunową. Zdiagnozowałam go.

Dwa tygodnie temu był w fazie depresyjnej, a w całym domu leciała do wyboru woda zimna i lodowata. Rano trzeba było naprawdę uważać, żeby człowiekowi nie popękało szkliwo na zębach. Kilka dni temu odbił się od dna, a teraz przebywa w fazie maniakalnej: woda jest dla odmiany gorąca lub ukrop. Nie mam jak ostudzić jajek na twardo, bo ten zwyrodnialec grzeje jak opętany. No, chyba że będę wtykać je w śnieg.

Mało mi własnych zaburzeń, to jeszcze i piec.

„Homeland” bardzo przyzwoity, powiedziałabym, można obejrzeć nawet jeśli się nie jest zbytnim fanem klimatów szpiegowsko – agenturalnych (a ja nie jestem), ale rozczulił mnie drugi sezon. Twardy marine, którego terroryści nie mogli złamać latami, zostaje zmielony na proszek przez baby. I to bez użycia ostrych narzędzi. Facet się rozsypał na kawałeczki, kiedy próbował ogarnąć sytuację z kobietami w jego życiu – gdzie się nie obrócił, tam czyhała na niego jakaś baba i czegoś od niego kategorycznie wymagała. Naprawdę, my, kobiety, dysponujemy potężnym orężem i nie wiem, dlaczego to nie jest wykorzystywane na szerszą skalę. Obyłoby się bez strat w ludności cywilnej.

W związku jednakowoż z brakiem nowych odcinków wyciągnęłam bardzo starą książeczkę „Marylin Monroe: morderstwo zatuszowane” do porannej herbatki: w przełyku Marylin nie było śladu po żółtym barwniku kapsułek, którymi rzekomo się otruła! A dom gruntownie sprzątnięto przed przybyciem policji! (REDRUM! REDRUM! REDRUM!).

Tak, nie będę ukrywać: zimno i pożytku ze mnie żadnego. A to dopiero początek. Jeszcze cztery miesiące. Nie wiem, co będzie. Idę buraczki gotować.

O SIKORKACH, KSIĄŻKACH I ZNOWU SIKORKACH

 

Znalazłam wunderwaffe. Pudełko musli, takie nieśmiało przyczajone w rogu szafki. Zaglądam, a tam… „BYŁO SOBIE ZYCIE” – wszystkie sezony. Odprawiłam egzorcyzmy, przejechałam szmatą i zadysponowałam wydać całość sikorkom na pożarcie. Już one sobie przestudiują stadia rozwoju owada. Dogłębnie.

A w Madrycie kupiłam sobie w prezencie na Mikołajki szalona biżuterię (trzy obrączki z trupimi czaszkami – 3,5 euro) i dwie ksiązki. W równie szalonej cenie, bo każda kosztowała 4 euro, w dodatku załapałam się na 10% zniżkę.

Ksiązki są z serii „Wordsworth Classics”, bardzo przyjemne wydawnictwo – „The Diamond As Big As The Ritz and Other Stories” niejakiego Francisa Scotta Fitzgeralda, znanego szerzej jako mąż Zeldy. I od razu dostałam w łeb informacją, że on zmarł w wieku 44 lat. Nie wiedziałam. Ale oni wtedy tak żyli. Nie mieli kredytów na trzydzieści pięć lat ani składek na ZUS, tylko gin i ferment intelektualny.

A druga to „The Collected Works of Nathanael West”. Też z czasów Wielkiego Kryzysu. Zaczęłam czytac „Miss Lonelyhearts” i już pierwsze strony mnie pozamiatały. Chyba najważniejsza różnica polega na tym, że wtedy, żeby wydać książkę, trzeba było być pisarzem. Na pewno też dlatego, że czasy były ciekawe. Makabryczne, ale ciekawe.

 

Nie mam miejsca w zamrażarce, żeby kupić indyka z wyprzedzeniem. N. mówi, ze możemy go w razie czego położyć na tarasie, ale ja się boję, że sikorki go zeżrą.