O NIEPORUSZANIU TEMATÓW NIEBEZPIECZNYCH

Też mnie zastanowiło, że wszyscy o imionach swoich domowników, a nikt o cyckach – zupełnie jak nie w internecie, gdzie nie można dwa razy kliknąć, żeby się nie potknąć o jakieś cycki. Ale rozumiem, że w pewnych okolicznościach cycki to jednak temat śliski i grząski i może faktycznie bezpieczniej dyskutować o kocie Kazimierzu. 

I nie mam nic przeciwko ludzkim imionom, w końcu pies też człowiek i podejrzewam, że również kot. Jak pasują, to czemu nie. Ale niedawno przeczytałam o świetnym patencie na starzenie się z godnością – otóż w określonym wieku trzeba sobie kupić kota i nazwać go Godność. W moim przypadku byłby to oczywiście jamnik (ja się starzeję, a Godność kopie dziury w trawniku i poluje na kreta, tak by to wyglądało).

Wszędzie trąbią o tym najjaśniejszym Księżycu – nie przyglądałam się, ale istotnie coś wisi w powietrzu, wszyscy dostali jakiegoś pierdolczyka, a ja np. przez cały dzień nosiłam bluzkę na lewą stronę i zorientowałam się dopiero wieczorem. Dobrze, że teraz moda taka otwarta i uniwersalna i nikogo nie dziwią szwy czy metka na wierzchu (podobno niektórym dziury w spodniach przeszkadzają, ale to z gatunku tych, co im wszystko przeszkadza).

Przed chwilą pan Jaślar w Trójce zaprezentował łamiącą wiadomość, że siostry Godlewskie się rozpadły! NAPRAWDĘ? Muszę przyznać, że jak oglądałam ich zdjęcia ze dwa tygodnie temu, to miałam pewne podejrzenia, że to się może stać w niedalekiej przyszłości. Aczkolwiek użyłabym raczej czasownika „rozpękły”. 

O POGODZIE NIE DO UWIERZENIA W POŁOWIE LUTEGO

Chciałam klimat śródziemnomorski? WUALA – wczoraj w Świnoujściu przy promenadzie wszystkie stoliki na zewnątrz ZAJĘTE. Słońce, ciemne okulary, błękit nieba, rozpięta kurtka – w POŁOWIE LUTEGO! Jednym słowem koniec świata chyba idzie, nawet ludzie mnie prawie nie denerwowali (było tyle ludzi, że nawet nie chcę sobie wyobrażać, JAK tam musi być latem!), oprócz jednego buca, który zaparkował terenówką na samym przejściu dla pieszych i nic nie było widać – świnia jedna. 

Zjadłam gofra, zjadłam dorsza, a Szczypawka jak gwiazda burleski zbierała uśmiechy, całuski i zawierała znajomości. No więc jedna yorkówna na naszym osiedlu ma na imię Halinka. HALINKA! W życiu bym nie wpadła na to, żeby psa nazwać Halinka, ale może po prostu jest podobna do jakiejś Halinki, z twarzy albo z charakteru. 

Tylko nie było łabędzi nad morzem, ani jednego. Ani kaczek (kilka przy wiatraku, ze trzy pary). Może to dlatego, że morze uciekło daleko  od brzegu i został sam mokry piach, a może po prostu mają dosyć i poleciały gdzieś, gdzie jest fajniej.

No i wróciliśmy – ja bez czucia w nogach, gdyż moja kudłata panienka PRZEZ CAŁĄ DROGĘ musi pańci leżeć na kolanach. Ma swoją budę na tylnym siedzeniu, ma rozłożony kocyk, ale nie – najwygodniejsze kolana. Co poradzić, taka miłość wymaga poświęceń, mogę przez parę dni nie mieć czucia w nogach, w końcu bez przesady, żaden ze mnie maratończyk.

W międzyczasie wysłałam koleżance linka do sukienki która mi się wyświetliła, a jest bardzo w jej stylu, i dostałam odpowiedź. Że dekolt jest żałośnie mały, a to ostatnie lata pokazywania cycków i ona nie zamierza z tego rezygnować. I bardzo słusznie (gdybym miała co, to też bym pewnie pokazywała).

O DEMATERIALIZACJI I WYGODNICTWIE

Dziś rano zniknęła mi jedna soczewka kontaktowa. Wsadzałam ją do oka, a ona mi się wyślizgnęła i ZDEMATERIALIZOWAŁA. Obmacałam umywalkę, blat, siebie, podłogę, dywanik – NIE MA. Dość mi na niej zależało, gdyż oczywiście to była ostatnia para miesięcznych soczewek, zamówiłam nowe w poniedziałek i pewnie dziś dojdą, ale póki co na zapas mam tylko jednodniowe silikonowe, których nie cierpię nosić – moje ciało najwyraźniej nie przepada za silikonem. A jednak muszę dzisiejszy dzień w nich przecierpieć, bo moja programowa soczewka wybrała podróż do równoległego uniwersum, BEZE MNIE. 

Zniknięcia jeszcze nie grałam – były dziury, rozdarcia, sklejenia, kilka razy przycięłam je wieczkiem poprzedniego dnia wieczorem (zazwyczaj po pijaku – TAKA PRAWDA), ale dematerializacja to u mnie pierwszy raz.

Co wszyscy z tą wiosną – ogłosili, że już wiosna idzie, bo ptaszki ćwierkają, a natura się nie myli. Ludzie, jest POŁOWA LUTEGO – środek zimy. Wiosna srosna! Zima jeszcze tak nam przywali, że się nie pozbieramy, a natura myli się przez cały czas – proszę porozmawiać ze stworzeniami z defektami genetycznymi. Aha, będzie trudno, bo większość nie żyje. (Tak, mam zły humor, suchą skórę na rękach i myśli plugawe – zwłaszcza odkąd musiałam zapłacić nowy, wyższy ZUS i jak widzę kolejne niusy w internecie – któregoś dnia mi pęknie jakaś żyłka, oby nieduża). 

A co do tego, jak teraz wygląda Szczypawka – otóż Szczypawka teraz najchętniej wygląda TAK:

Zawinięta w mój ulubiony kocyk, który dość szybko, a nawet natychmiast stał się JEJ ulubionym kocykiem. Wije sobie gniazdko i się kokosi pół dnia. No – TAK TO MY NIE SCHUDNIEMY.

PS. Ale czasem z mediów można się dowiedzieć czegoś nowego i zaskakującego – na przykład wczoraj dowiedziałam się, że konie trzeba podlewać!

O ŻURKU W JAPONII

Z sukcesów bieżących: jajecznica mi wpadła do herbaty. Dobrej herbaty, bo kupiłam Yunan w Biedronce – baaaardzo dawno nie piłam i okazało się, że całkiem mi smakuje. I niby jajecznica dobra, herbata dobra, a razem jakoś niekoniecznie – co przeczy tezie, że jak się połączy smaczne rzeczy jadalne, to musi wyjść coś dobrego. Niestety, nie w przypadku jajecznicy i herbaty. Szkoda, musiałam wylać i zrobić drugą.

N. utrzymuje ożywione kontakty ze swoimi znajomymi z Japonii. Ostatnio jeden stwierdził „Dear friend, u nas jest teraz bardzo zimno i wszyscy marzniemy. W nocy jest tak zimno, że cała rodzina wstaje i robi sobie gorącą zupę z Polski w kubku i pijemy ją, żeby się rozgrzać”. Tak, rodzina w Japonii jest zachwycona polskimi gorącymi kubkami – czy świat nie jest fantastycznie porąbany? Oczywiście przy okazji następnego wyjazdu pojedzie pół walizki zupek błyskawicznych, na razie najlepiej im smakuje borowikowa i żurek (Hiszpanie też przepadają za żurkiem). Kazałam zakupić czerwony barszczyk i mam cichą nadzieję, że zrobi furorę. 

Oczywiście N. też przywiózł z Japonii zupy w proszku – głównie miso oraz kilka tych kluskowych w kubeczkach – wiadomo, że co egzotyka, to egzotyka. Nasza poczciwa grochówka z grzankami robi za egzotykę tam na miejscu (i to ratującą życie ludności zimą). Ale i tak najlepszy był prezent dla Szczypawki – elegancki pasztecik z ryżem, warzywami i najlepszym mięskiem, po czym doczytaliśmy się na nalepce, że „MADE IN AUSTRIA”. A to sobie puszka pozwiedzała świat.

Czytam „Z zimną krwią” Capote – do tej pory tylko jego opowiadania czytałam. Książka jest całkowicie inna, niż się spodziewałam – ale czyta się fantastycznie; w końcu to dawne dobre czasy, kiedy pisaniem książek zajmowali się pisarze, a nie każdy. 

Aha, i znowu dostaliśmy u weterynarza opierdziel (to znaczy – ja dostałam, N. nie wchodzi bo on jest za delikatny i za wrażliwy), żeby ODCHUDZIĆ PIESKA. To jest możliwe pod warunkiem, że zawsze jak N. jest obecny w domu, to będzie związany na krześle z rękami założonymi do tyłu, żeby nie mógł się niczym z pieskiem PODZIELIĆ. Inaczej czarno to widzę.

O OKOLICZNOŚCIACH NIESPANIA I SZAFCE

No więc chodzę od kilku dni jakaś przytruta, bo mi okoliczności spać nie dają. A wstawanie o piątej z groszami jest do zaakceptowania tylko pod warunkiem, że człowiek w nocy ŚPI. Natomiast po pierwsze, budzi mnie regularnie Szczypawka – czasem chce się jej pić, a czasem po prostu nudzi jej się i chciałaby pogadać o życiu i tak ogólnie oraz zostać pogłaskana pod paszką – O DRUGIEJ TRZYDZIEŚCI. Do tego syczy kaloryfer, menda jedna, a z dachu okresowo cyklicznie zjeżdża śnieg. I czy ja mam szansę się wyspać przy takiej orkiestrze kameralnej? Otóż nie bardzo.

Na dodatek znowu zrobiłam ten sam błąd co jakiś rok temu, a mianowicie poprosiłam N. żeby wyjął z szafki oliwę. Podobnie jak kiedyś z dżemem, tak i teraz skończyło się Armageddonem na pół kuchni, sprzątaniem szafki, wynoszeniem do pojemnika jedenastu skamieniałych niedojedzonych opakowań Cheerios (kiedy ja ostatni raz kupowałam Cheerios?…) inwentaryzacją zasobów oraz opieprzem, że przechowuję dziesięcioletnią lasagne. To znaczy płatki do lasagne. Tak jakby nie było gorszych rzeczy na świecie, niż troszeczkę przeterminowana lasagne, no ludzie! 

W rewanżu pomogłam N. znaleźć lornetkę, której szukał od tygodnia. W dodatku nie ruszając się z miejsca, drogą dedukcji jak Herkules Poirot – używając tylko szarych komórek. Szkoda, że tą metodą nie da się zrobić prania. Albo ugotować gara zupy. Że nie wspomnę o posprzątaniu lodówki.

Bardzo fajna książka – „Zdrój” pani Barbary Klickiej. Coś w tym jest, że jak poetki się biorą za pisanie prozą, to bardzo dobrze im to wychodzi, patrz – Justyna Bargielska. W dodatku to o sanatorium w Ciechocinku, a to zawsze wdzięczny temat (acz nie ma nic o Don Wasylu). Szkoda tylko, że taka cieniutka. 

Za to pieska mam grubiutkiego.

O ZAWROTACH GŁOWY I BROKACIE

Mimo zapowiedzi, koniec świata w dniu 1 lutego nie nastąpił – nawet się zdziwiłam, bo ostatnie dni stycznia obfitowały w taką jazdę bez trzymanki, że spodziewałam się, że tym razem już asteroida się zlituje nad umęczonym globem i zakończy inwazję szkodnika zwanego ludzkością.

Przez ostatnich kilka dni miałam strasznego kręcioła – takie zawroty głowy, że chwilami zastanawiałam się, czy to się dzieje naprawdę, czy śpię i mi się śni, w każdym razie Ziemia kręciła się w drugą stronę i trzy razy szybciej. Pan Mann w piątek powiedział, że halny i tak myślę, że może to dlatego – chociaż czy halny ma taki zasięg? No i kiedy nastał ostatni dzień stycznia, czwartek, miałam straszną śrubę, a w dodatku co zajrzałam do internetów, to tam się odwalały takie rewelacje… W końcu trafiłam na pana mecenasa zeznającego, jakoby szef służb w naszym kraju chodził na czworakach i całował się z psem rasy żeńskiej i doszłam do wniosku, że no niestety –  jednak muszę się położyć, w pozycji wertykalnej już więcej doświadczyć nie dam rady. 

Zaiste był to mocno porąbany dzień i chyba nie tylko mnie się kręciło w głowie. 

A świstak Phil podobno stwierdził, że w tym roku będzie wczesna wiosna. Trzymam cię za słowo, sierściuchu jeden – szukałam czegoś w szafie (na pewno czegoś CIEPŁEGO) i spadło mi na głowę pudełko z tenisówkami. Tenisówki!… Już nawet nie sandałki, ale żeby chociaż można było wyjść na świat w szmacianych tenisówkach…

Podobno w USA nastała moda u groomerów na smarowanie brokatem psich jaj – są w sieci zdjęcia, wystarczy wpisać „glitter ball dogs”. Mądrzy ludzie apelują, żeby tego nie robić, bo to szkodliwe – ale jak wiadomo, w dzisiejszym świecie nikt nie słucha mądrych ludzi. Mam nadzieję, że u nas się to nie przyjmie, ze względu na psy i ze względu na brokat (przestałam lubić brokat, to wyjątkowe świństwo nie do wyłapania przez filtry czyszczące wodę i bardzo śmieci).