O STAGNACJI W RELACJACH Z KRETEM

 

Ooo, jaka piękna wiosnaaaa! Żeby mnie jeszcze tak łeb nie bolał DZIEŃ W DZIEŃ, to już by było całkiem fantastycznie; przecież nie mogę w kółko żreć solpadeiny, bo wypali mi dziurę w żołądku i napoje i pożywienie będą wyciekać i plamić śliczny cfeterek z Mango (rozwleczony i postrzępiony na brzegach, najbardziej takie lubię).

Nie ma chętnego do sikania na kreta. Trwa zimna wojna.

PS. Czy taki ból głowy świadczy o tym, że w mózgu mam gniazdo pasożytów zwiniętych w kłębek wielkości piłki bejzbolowej? Czy w związku z tym mogę się bezkarnie zachowywać nieracjonalnie i kogoś zabić np. szpadlem?

O KOLEJNYM SPOSOBIE NA KRETY, KTÓRY NIE DZIAŁA

 

Informuję, że mamy krety odporne na domestos. Pół ogródka zaminowane domestosem, a codziennie rano witają nas nowe, świeżutkie, pulchniutkie kopce. Nie wiem, co teraz. (Napalm? Dom na Fuerteventurze?). Może napcham sobie do gęby bandaża, zadzwonię do CBŚ i poinformuję, że odkryłam przemyt heroiny w kretach, a główny kanał przerzutowy idzie przez ogródek… i tu adres. Ile heroiny wejdzie do jednego kreta, hipotetycznie? Czytałam gdzieś kiedyś, że z jednej pani wyjęli na lotnisku cztery i pół kilograma.

Nowa książka Mary Roach wyszła! A ja taka nieuczesana. Chociaż w sumie to całe życie jestem nieuczesana, oprócz mojego ślubu, ale wtedy to trwało dwie i pół godziny, poszły trzy puszki lakieru i stanowiłam chodzące zagrożenie pożarowe. Oczywiście, bardzo podziwiam kobiety, które umieją się uczesać we fryzurę. A przepraszam! Jeszcze na komunię miałam tak zwane anglezy, koleżanki mi to ostatnio wypomniały podczas wieczorka towarzyskiego. Czyli dwa razy byłam uczesana. To idę zamówić.

O BOLEŚCIACH GŁOWNYCH

 

Mam migrenę z taka aurą, że to już właściwie jest aureola. (To znaczy, migrenę to ma królowa Anglii, a mnie… itd.).

Miałam się zagłębiać w szczegóły sandałków z tzw. ankle cuff, bo widzę, że modne w tym roku, a mnie póki co jest dobrze z takim paskiem dookoła kostki, przynajmniej jeszcze kostka mi została z dawnych lat, no ale chyba musimy to odłożyć, bo buty sprzedają zazwyczaj w kompletach po dwie sztuki, a ja widzę pięć.

A z głupich dowcipów ostatnio to:

– Panie doktorze, wszyscy się dziwią na mój widok.

– A kto to do nas przyszedł???

O FILMACH DWÓCH

 

O, teraz dobrze. Nie lubię esktremów, więc teraz jak pada, jest w porządku. Uczciwa wiosna, a nie jakieś tam… zrywy temperaturowe nikomu niepotrzebne. A w ogóle jest mi dziwnie, bo ta zima tak minęła nie wiadomo kiedy, nie zdążyła człowiekowi dokopać i PRAWIE miło ją wspominam. Prawie. Jak się wspomina zimy z rozrzewnieniem, jak Magda Umer w tej piosence, to świadczy to o tym, że człowiek jest sta… NIE, OCZYWIŚCIE ŻE NIE, fuj, tfu. Co ja gadam!

Obejrzałam „Wstręt” i Gatsby’ego. „Wstręt” bardzo w moich klimatach, Catherine taka ładna (zapamiętać: przerzucić się na czarno-białe zdjęcia) i całkowicie ją rozumiem. Też bym lekko odjechała, gdyby mi kazali mieszkać z obdartym ze skóry królikiem na talerzu w salonie. Zresztą gdziekolwiek, niekoniecznie w salonie.

Natomiast Gatsby… W Gatsbym nie pasuje mi Gatsby. Nawet Carey Mulligan kupiłam, ale Leonarda – nie. Ta różowa, lekko spuchnięta blond gąbka ma być Gatsbym?… Prooooszę, ja się kochałam w Gatsbym! Pan Spiderman jest całkowicie zrobiony na Ewana MacGregora z „Moulin Rouge”, są identyczni. Mimo całego kolorowego rozmachu, trochę jednak zostaje niedosyt – za mało jest klimatu tych szalonych lat dwudziestych, które za chwilę zeżre Wielki Kryzys. Jak w tym kawale o imprezie na Księżycu – niby wszystko było, alkohol, prochy, dziwki, ale zabawa się nie udała… bo nie było atmosfery. Tu podobnie. W ogóle spodziewałam się czegoś bardziej w klimacie „Romeo i Julii”, bo Gatsby to jest dość okrutne opowiadanie. Podsumowując: można popatrzeć bez nijakiej przykrości, ale dla mnie – najwyżej trzeci film pana Baza, po obu wymienionych.

A w temacie „Żony idealnej” to chwilowo nic nie powiem, bo cały czas mi oko lata.

O FRUWAJĄCYCH KOTACH I PAPUŻCE

 

Z uwagi na obrzydliwie ładną pogodę, zabrałam wczoraj Szczypawkę na spacer. Poszłyśmy odwiedzić Zebrę – trochę miałam obawy, bo te Zebry koty, no ale przecież pies na smyczy, w domu są drzwi, które można zamknąć – idziemy. Pogoda piękna, samochody pędzą jak wściekłe, wójt mógłby mieszkańcom zbudować jakiś chodniczek, skoro już wywalił księdzu kilkukilometrową, luksusową asfaltową drogę od kościoła do cmentarza (cmentarz za wsią w totalnym polu) z podwójnymi chodnikami po każdej stronie, no ale idziemy. Na miejscu mała konfrontacja – koty na tarasie, Fuga też, wszystkie cztery zwierzaki kiwnęły sobie głową na przywitanie, napiły się z jednej miski i psy pobiegły do psiego Disneylandu, za który chwilowo robi sterta desek pod płotem. Szczypawka – kompletne dezinteresmą, jeśli chodzi o koty. Trąciła nosem i poszła sobie.

Siedzimy z Zebrą na tarasie i z podziwu nie możemy wyjść. Taki zajadły pogromca kotów I NIC? A my takie wizje kociej apokalipsy snułyśmy, a tu proszę, można spokojnie robić imprezki w jednym lokalu z całym towarzystwem, skoro się tak dogadują, a raczej ignorują, no zupełnie się tego nie spodziewałyśmy. Słońce świeci, ptaszęta świergolą, psy wspinają się na deski, puszczamy bańki, a szwagier uczy swą córkę pić rozchodniaczki z nakrętki od butelki z wodą – po prostu sielanka. Jest uroczo, jak w tych horrorach, zanim z piwnicy wyjdzie pan z nożem albo z laboratorium wymknie się stuprocentowo letalny wirus grypy.

I NAGLE spod desek wyłania się mała kudłata główka z podejrzanie błyszczącymi oczami. Coś jej zatrybiło – „Koty? Koty? Aaaaa, KOTY!”. Nie wiemy, czy któryś kot się najeżył, czy prychnął, w każdym razie – zdetonował ukryty ładunek i POSZŁOOOOOO! Bonanzaaaaaa! Mały włochaty pocisk do kotów, koty w powietrzu! Zdarta trawa i obłok kurzu! Za chwilę jeden kot siedzi na lodówce i na zmianę syczy i jodłuje, drugi (Janusz, który jest straszną jałopą) trochę nie wie, o co chodzi, ale za chwilę się dowiedział, jak go Szczypawka zapędziła w kąt i po przyjacielsku zaproponowała obdarcie dupy z futra i urwanie ogona. W tym momencie poczułam, że chyba powinnyśmy zakończyć wizytę, bo tak mnie uczyli na protokole dyplomatycznym (gdy nasz pies zaczyna obdzierać z futra koty gospodarza – czas się pożegnać). I jak głupia byłam, tak jestem – dlaczego nie rzuciła się na te koty od razu? O co chodziło? Może coś jej powiedziały złośliwego, jak to koty. W każdym razie, wizję zbiorowej imprezki musimy z Zebrą chwilowo odłożyć.

A papużka…

W sklepie zoologicznym siedziała sobie w dużej klatce mała, samotna papużka i jakoś tak wyrwało mi się spod serca, bo ja jestem empatyczna (cokolwiek by nie mówił mój mąż), że ta papużka chyba nie jest zbyt szczęśliwa. Na co właścicielka sklepu:

– Proszę pani! Ona jest szczęśliwa! TERAZ jest szczęśliwa, jak została sama! Wpuszczaliśmy jej towarzystwo – wszystkich zatłukła! Samca zagryzła, koleżanki zagryzła, nie uspokoi się, dopóki nie zostanie w klatce sama z lusterkiem! I dopiero wtedy jest szczęśliwa!

Na co N:

– TO ZUPEŁNIE, JAK MOJA ŻONA!

Co jest oczywiście pomówieniem oraz potwarzą – owszem, lubię być sama, ale nikogo jeszcze nie zagryzłam. No, czasem wyrzucam niektórych gości, jak za długo siedzą albo są nudni. Ale zagryźć? Nigdy! No i nie lubię się w lustrach przeglądać.

A i tak mówi do mnie od wczoraj „papużko”. I taki to u nas początek wiosny.

O FLAMINGACH C.D. ORAZ PRZEWODNIK PO MADRYCIE

 

Dogodziłam sobie tymi flamingami w stopniu znacznym. W opisie było, ze „ozdoba do doniczki lub na trawnik”, cena niewysoka, zamówiłam pięć i przyszło pudło wielkości PIANINA. Lekko zbladłam. Ta doniczka mnie zmyliła! Chyba każdy myśląc „doniczka” ma przed oczami… no nie wiem, fiołek alpejski? A te flamingi mogą być do doniczki, owszem – takiej z PALMĄ albo BAOBABEM. Jedna sztuka flaminga jest wielkości kury w kolorze bardzo wściekle różowym. Zapowiada się nadzwyczaj usłane flamingami lato (Matko Boska, myślałam, że je przycupnę w kątku pod jałowcem i że one są wielkości ozdoby na długopis!…).

Kilka dni temu trafiłam na ten oto filmik i prawie się popłakałam z tęsknoty:

Bardzo dobry instruktaż, z tym, że:

– na Mercado san Miguel nie jest tanio – klimatycznie, ogromny wybór, ale nie jakoś szczególnie tanio;

– po co psuć dobre kalmary, wpychając je w bułę?

– te churros z czekoladą wysadziły mi wątrobę w powietrze, oraz

– koleś, o co ci chodzi z tym misiem?…

Ale piękny początek wiosny. Aż się nieswojo czuję, bo normalnie nie ma się do czego przypierdolić.

O ZACHOWANIU KIEROWCÓW

 

Czy dziś jakiś Światowy Dzień Bez Kierunkowskazu i Niepatrzenia na Światła jest? Bo straszne rzeczy się na drodze działy od rana, chociaż w sumie najbardziej to w Żyrardowie, a wiadomo, ze w Żyrardowie nikt nie używa kierunkowskazów NIGDY, bo się zużywają. A przecież każdy jest u siebie i wie, dokąd jedzie, to po co ma włączać. A czerwone światło to tylko taki symbol umowny, jak się człowiekowi spieszy, to wszak jest ważniejszy od jakiegoś tam światła.

W nawiązaniu do komentarzy pod poprzednim wpisem, to:

– kopytka z żółtych ziemniaków wyszły pyszne i bardzo łatwo się zagniotły – nie wiem, dlaczego u mnie w domu ziemniak musiał być biały, babcia się zawsze krzywiła, że ktoś tam na targu jej sprzedał ziemniaki, co nie były śnieżnobiałe jak puch, a tu się okazuje, że te żółte nawet lepsze! Nic już nie wiem, okazuje się, że w kwestii odmian ziemniaka jestem lajkonikiem;

– pomysł z domestosem na kreta – N. się bardzo zainteresował, a ja się martwię, czy po wpuszczeniu tego do gleby nie uschną roślinki? Bo to jest jednak dość skoncentrowana chemia przecież;

– karmel mi się owszem przypalił, bo gotowałam go pierwszy raz i nie wzięłam poprawki na to, że on ma dużą bezwładność – jest tak gorący, że zdjęty z ognia dalej się gotuje. Coś w stylu „masło jest gotowe mniej więcej na minutę przedtem, nim zacznie tak wyglądać”. Ale teraz już się nie boję karmelu i jeszcze mu pokażę! (Co nie zmienia faktu, że w życiu nie umiałabym się karmelem depilować, bo on albo ma tysiąc stopni, albo jest twardy, halo?);

– śpioszki w żyrafki nosiła nieodżałowanej pamięci Calineczka, po tym, jak nieodżałowanej pamięci Melania odpruła jej skórę z połowy brzucha (poszło o kiełbasę) i trzeba było ten srebrny brzuch ze szwami czymś zasłonić. Próbowaliśmy wsadzać psa w obcięte nogawki od piżam, ale wycinanie dziur na łapy i ogon było dość trudne, śpioszki z lumpeksu okazały się najlepszym rozwiązaniem. A że przechodnie się przewracali na widok jamnika w żyrafy, to już ich problem;

– ptaki ogólnie nie maja zbyt pięknych czy myślących oczu, może z wyjątkiem sów (a sowy nie są tym, czym się wydają – i koło się zamyka).

A propos wątków z forum, to czytałam, że jednej pani teściowa mówi, że księża noszą kolczatki.

 

PS. Może przestałam się bać karmelu, ale nadal bardzo, bardzo się boję ciasta drożdżowego.

O FLANIE I KOLORZE ZIEMNIAKA

 

Dziś od rana atakują mnie panie, które odkryły jeden dziwny sposób. A mi się kręci w głowie, jak tak wieje, i chodzę jak pijana, więc niech one się lepiej ode mnie odczepią, bo jestem chwilowo nieprzysiadalna. I okazało się niestety, że jedno walnięcie smaczną Charlotte w ścianę to o wiele za mało. Charlotte jest infantylnym babsztylem z jakimiś deficytami uwagi, cały czas coś przypala, rozlewa, wywołuje w kuchni pożar podczas przygotowywania deseru, bo po pijaku trzymała rękę w rozporku faceta i tak ją to pochłonęło, że zapomniała o patelni na ogniu. Nie jest w stanie kontrolować wydawania pieniędzy ani ilości spożywanego alkoholu, za to nader chętnie chodzi do łóżka na pierwszej randce. I ma problem, bo mężczyźni nie pragną być z nią w długotrwałym, poważnym związku!…

Jak będę chciała kupić drugi tom tego gniota, to upoważniam wszystkich do palnięcia mnie w mój głupi, potargany łeb.

Wyszłam w piątek z chicas i wróciłam z flamingami, to jest – z informacją od koleżanki, że w Empiku rzucili piękne flamingi do ozdabiania trawnika lub doniczek. UWIELBIAM FLAMINGI. A motyle solarne niestety po jednym sezonie okrutnie się zszargały. Więc w tym roku na trawniku staną flamingi, czy się to komuś podoba, czy nie. I tak nic nie przebije to jamnika w śpioszkach w żyrafki sprzed lat (żywego, nie z Empiku). Będą się pięknie komponowały wśród krecich kopców (bo krety bynajmniej się nie poddały ani nie zawiesiły działalności).

Mam za sobą pierwszy flan – przyznam się, że nie wierzyłam, że ta zupa się zetnie. Bo flan to tylko jajka rozbełtane z mlekiem, w dodatku tego mleka jest tak ze dwa razy więcej, niż jajek – wychodzi duża miska zupełnie płynnego tworzywa. Jeszcze kawa do smaku – też spora filiżanka. A jednak się ścięło! (E pur si muove). No, w końcu… jajka się kiedyś dodawało do zaprawy murarskiej, nie bez powodu.

A wczoraj wpadło do mnie Zebrostwo i moja siostra mówi (o swojej córce, lat dwa, przypominam): „Puść jej Elizjum”. Trochę się zdziwiłam, bo raczej obstawiałam Muppety, ale Zebra mówi, że chwilowo mała nie uśnie, dopóki nie obejrzy sześć razy trailera Elizjum. No to puściłam, co mam dziecku żałować.

W sklepie trafiły nam się bardzo żółte ziemniaki, Drogi Pamiętniczku. Czy z takich żółtych ziemniaków wyjdą kopytka?…

O OSTRYGACH NIEZJEDZONYCH

 

Wczoraj mój ukochany mąż pozbawił mnie dresu w godzinach wieczornych – czyli oddresił, a nawet ubezdresowił – i zawlókł na elegancką kolację ze swoimi hiszpańskimi przyjaciółmi. Mimo, że protestowałam, że ja się do ludzi nie nadaję, jestem stara, nudna i potargana itd. Posadzono mnie na DAMSKIM skrzydle z pięcioma chudymi, szykownymi Hiszpankami, a na stół wjechały ostrygi. Tak oni mają, że faceci siedzą w jednym końcu stołu, a chicas w drugim i już – wytłumaczył nam organizator. Na ostrygi nie miałam melodii, marzyła mi się kanapka z chistorrą, ale chicas były fajne. Przez całą kolację zezowały w stronę bufetu z deserami, bo stała tam fontanna z czekoladą. Kiedy padło hasło „postres”, każda zrobiła sobie na deser miseczkę zupy z tej czekolady z kilkoma kawałeczkami owoców. W tym momencie skupiłam na sobie całą uwagę, bo „Jak to – NIE LUBISZ CZEKOLADY?”. Chyba mniej by się zdziwiły, gdybym oznajmiła „A tu, pod pachą, rośnie mi druga głowa, haha”.

Poruszałyśmy ogólnoświatowe tematy „A kiedy matka przestała ci zwracać uwagę, że za późno albo pijana wracasz do domu” i okazało się, że matki nigdy nie przestają. Nawet, jeśli córka ma czterdziestkę i trójkę swoich ninos. Oraz o tym, że politicos to buraki (po hiszpańsku buraki to remolacha).

A kalafior się znalazł – okazało się, że N. go przede mną ukrył, kładąc go na ziemniakach. Moi państwo! W życiu by mi nie przyszło do głowy, szukać kalafiora obok ziemniaków! W szafce z butami, owszem, ale na ziemniakach? Mężczyźni są do bólu nielogiczni.

A Charlotte nie zaczyna się dobrze. Język podjeżdża dretwotą, i to taką drętwotą dobrze poleżałego w zimnym miejscu nieboszczyka, ze dwa dni co najmniej. Czy przyjaciółka do przyjaciółki mówi przez telefon „Ach, ty moja niepoprawna romantyczko”?… NOOO BŁAAAAGAAAAM. Po powyższym dialogu pizłam egzemplarzem o ścianę i poszłam spać (do Zuzanki i innych namawiających na Kindla: oto między innymi powód, dla którego JEDNAK papierowe egzemplarze czasem mają przewagę).

A dziś też wychodzę z chicas. Taka ze mnie Parysz Hilton.

O TYM, JAK MNIE REKLAMA KONTEKSTOWA OD RANA ATAKUJE

 

„Czy chcesz zacząć dzień od pary butów?” – szczerze?… Wolałabym od twarożku.

„Sprawdź, co twoje majtki mówią o tobie” – mam nadzieję, że leżą w szufladzie i z nikim o mnie nie rozmawiają. Ale sprawdzę, bo może faktycznie gdzieś polazły, upiły się i plotkują.

„Wygraj wibrator!” – firma sprzedaje szminki, a wibrator w gratisie.  Czyżby „Naszą misją jest dbanie o satysfakcję klientek” (z naciskiem na „satysfakcję”)? A tak na poważnie to –  LITOŚCI.

No i ten. Zgubiłam kalafiora, hej. I przyleciały szpaczki, hej.

A wiecie, że Marylin z Żony idealnej ma na nazwisko Ciecierzyca?… (Każdy następny sezon lepszy od poprzedniego – mało który serial tak ma; najnowszy odcinek – prawie cały na wdechu oglądałam, a rzeczona Marylin wygląda sporo słabiej, niż w poprzednich odcinkach – co się stało, uwiodła chłopaka wizażystce, która się teraz mści?).