O FRUWAJĄCYCH KOTACH I PAPUŻCE

 

Z uwagi na obrzydliwie ładną pogodę, zabrałam wczoraj Szczypawkę na spacer. Poszłyśmy odwiedzić Zebrę – trochę miałam obawy, bo te Zebry koty, no ale przecież pies na smyczy, w domu są drzwi, które można zamknąć – idziemy. Pogoda piękna, samochody pędzą jak wściekłe, wójt mógłby mieszkańcom zbudować jakiś chodniczek, skoro już wywalił księdzu kilkukilometrową, luksusową asfaltową drogę od kościoła do cmentarza (cmentarz za wsią w totalnym polu) z podwójnymi chodnikami po każdej stronie, no ale idziemy. Na miejscu mała konfrontacja – koty na tarasie, Fuga też, wszystkie cztery zwierzaki kiwnęły sobie głową na przywitanie, napiły się z jednej miski i psy pobiegły do psiego Disneylandu, za który chwilowo robi sterta desek pod płotem. Szczypawka – kompletne dezinteresmą, jeśli chodzi o koty. Trąciła nosem i poszła sobie.

Siedzimy z Zebrą na tarasie i z podziwu nie możemy wyjść. Taki zajadły pogromca kotów I NIC? A my takie wizje kociej apokalipsy snułyśmy, a tu proszę, można spokojnie robić imprezki w jednym lokalu z całym towarzystwem, skoro się tak dogadują, a raczej ignorują, no zupełnie się tego nie spodziewałyśmy. Słońce świeci, ptaszęta świergolą, psy wspinają się na deski, puszczamy bańki, a szwagier uczy swą córkę pić rozchodniaczki z nakrętki od butelki z wodą – po prostu sielanka. Jest uroczo, jak w tych horrorach, zanim z piwnicy wyjdzie pan z nożem albo z laboratorium wymknie się stuprocentowo letalny wirus grypy.

I NAGLE spod desek wyłania się mała kudłata główka z podejrzanie błyszczącymi oczami. Coś jej zatrybiło – „Koty? Koty? Aaaaa, KOTY!”. Nie wiemy, czy któryś kot się najeżył, czy prychnął, w każdym razie – zdetonował ukryty ładunek i POSZŁOOOOOO! Bonanzaaaaaa! Mały włochaty pocisk do kotów, koty w powietrzu! Zdarta trawa i obłok kurzu! Za chwilę jeden kot siedzi na lodówce i na zmianę syczy i jodłuje, drugi (Janusz, który jest straszną jałopą) trochę nie wie, o co chodzi, ale za chwilę się dowiedział, jak go Szczypawka zapędziła w kąt i po przyjacielsku zaproponowała obdarcie dupy z futra i urwanie ogona. W tym momencie poczułam, że chyba powinnyśmy zakończyć wizytę, bo tak mnie uczyli na protokole dyplomatycznym (gdy nasz pies zaczyna obdzierać z futra koty gospodarza – czas się pożegnać). I jak głupia byłam, tak jestem – dlaczego nie rzuciła się na te koty od razu? O co chodziło? Może coś jej powiedziały złośliwego, jak to koty. W każdym razie, wizję zbiorowej imprezki musimy z Zebrą chwilowo odłożyć.

A papużka…

W sklepie zoologicznym siedziała sobie w dużej klatce mała, samotna papużka i jakoś tak wyrwało mi się spod serca, bo ja jestem empatyczna (cokolwiek by nie mówił mój mąż), że ta papużka chyba nie jest zbyt szczęśliwa. Na co właścicielka sklepu:

– Proszę pani! Ona jest szczęśliwa! TERAZ jest szczęśliwa, jak została sama! Wpuszczaliśmy jej towarzystwo – wszystkich zatłukła! Samca zagryzła, koleżanki zagryzła, nie uspokoi się, dopóki nie zostanie w klatce sama z lusterkiem! I dopiero wtedy jest szczęśliwa!

Na co N:

– TO ZUPEŁNIE, JAK MOJA ŻONA!

Co jest oczywiście pomówieniem oraz potwarzą – owszem, lubię być sama, ale nikogo jeszcze nie zagryzłam. No, czasem wyrzucam niektórych gości, jak za długo siedzą albo są nudni. Ale zagryźć? Nigdy! No i nie lubię się w lustrach przeglądać.

A i tak mówi do mnie od wczoraj „papużko”. I taki to u nas początek wiosny.

0 Replies to “O FRUWAJĄCYCH KOTACH I PAPUŻCE”

  1. no rozwaliłaś mnie,uwielbiam takie wpisy z samego rana 🙂 no nawet deszcze nie przeszkadza się pośmiać 😀 a jak wojna kretowa? bo u nas kosmos, już niedługo będą tylko kopce zero trawy. krajobraz księżycowy

    • Normalnie, nalewa się dziecku do nakrętki wodę, mówi „To co, rozchodniaczka?” i dziecko wypija z nakrętki fachowo DODNA.
      Trzaska rozchodniaczki jak stara. Wręcz chodzi za tatusiem i trąca go butelką, żeby polał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*