O TYM, ŻE CIUT MAM NERWA

 

Oto jest smutny piesek.

smutnymop

 

Piesek jest smutny, bo przyszła wiosna, wszystkie baby się stroją, a ona wygląda jak mop. A przecież też jest kobietą, i to piękną kobietą! Co słabo widać, bo wełna zasłania.

No to się jej zorganizowało fryzjera. Poszła, a ja siedzę i obgryzam pazury (mentalnie! na szczęście, od prawdziwego obgryzania się odzwyczaiłam). Na pewno się na mnie obrazi i nie będzie gadała trzy dni. Ale przynajmniej będzie piękna i obrażona, a nie zarośnięta i obrażona. Teraz już tylko ja u nas w domu będę wyglądać jak mop.

 

PS. Wróciła. Jest łysa, siedzi w Grocie Lokietka i się do mnie nie odzywa.

O CZYHAJĄCYCH W SIECI NA BEZBRONNĄ NIEWIASTĘ POKUSACH

 

Mam pomysł na startup: mała gilotynka podłączona do komputera na USB i jak użytkownik(-czka) przymierza się do kliknięcia na stronie sklepu z butami w celu zakupu kolejnej pary, to gilotynka robi CIACH! I obcina palec. Nie cały, broń Boże! Kawałeczek. Plasterek! Od najmniejszego paluszka, a jak już cały będzie obcięty, to serdeczny itd. Żeby się w porę opamiętać – taki środek perswazji.

Na swoją obronę mam tylko tyle, że trafiłam niechcący hiszpańskie sandałki Unisa, a hiszpańskie buty są najwygodniejsze na świecie i nie obcierają nawet przy pierwszym włożeniu. A markę Unisa to do tej pory widziałam tylko w Corte Ingles, a tam mi zawsze szkoda czasu na zakupy, bo wolę się włóczyć po placach i knajpach, a przez internet się wina nie napiję i tapasa nie wtrząchnę, a buty i owszem. Chociaż raz owszem, spędziłam upojne zakupy w Corte Ingles ze znajomą, z którą trafiłyśmy na drugie rebajas i jeszcze dodatkowo jakąś ofertę i jak ona obliczyła, że buty chodzą po 10 – 15% oryginalnej ceny, to ekspedientki w firmowych sweterkach tylko śmigały i donosiły kolejne pudełka. Jak wychodziłyśmy, to torby musiały być wytaszczone na dwa razy, bo się nie zmieściły w drzwi, a personel nam się kłaniał w pas. Później jeszcze była podobna akcja w Sferze, a ja w głowę zachodziłam, jak ona się z tym wszystkim zabrała, bo mieli z mężem tylko podręczne, kabinowe walizeczki. Może nadała frachtem.

Aczkolwiek chciałam zauważyć, że są sytuacje, w których jeśli kobieta mówi, że potrzebuje butów, to znaczy że potrzebuje butów. Niekoniecznie do chodzenia. I wtedy ani święty Boże nie pomoże, ani medycyna konwencjonalna, tylko obuwniczy i koniec.

Ktoś wszedł na mojego bloga wpisując „KSYLOFON ZAMIAST CUKRU”. Radziłabym uważać – herbata może się wylać, kawa tym bardziej, a jak się trafi w cieście, to zęba można złamać jak nic. Do kompletu zamiast soli proponuję szpinet.

O WNĘTRZU

 

A konkretnie – wnętrzu torby. Ważnym jest, aby odpowiadać na żywotnie potrzeby społeczeństwa, a skoro potrzebą społeczeństwa jest zajrzeć do środka torby, to bardzo proszę:

torbainside

 

(Nie wiem, czy o to chodziło. Ale muszę obciąć ten magnetyczny pasek, chociaż kiedyś chodziłam z taką jedną torbą, co wyła na każdej bramce i NIC, ochroniarze tylko patrzyli na mnie i machali ręką!… I jak ja miałam się poczuć po czymś takim?)

Jeśli chodzi o Boscha, to nie zauważyłam, żeby się całował jakoś bardziej obrzydliwie od średniej w amerykańskich produkcjach (które lubią pokazywać tarło glonojadów w dużym zbliżeniu, ale już cycek skromnie zakrywają prześcieradłem), ale to jest KOLEJNA korzyść wynikająca z szydełkowania podczas oglądania seriali. Jak się trafi jakaś akcja nieciekawa, pogoń, strzelanina albo niezbyt w naszym guście – wyżej wspomniane nachalne zaloty – to skromnie opuszczamy oczęta i liczymy oczka. I wówczas wilk syty i Manchester City.

 

A podstawowa korzyść z szydełkowania podczas oglądania seriali wygląda tak:

biez

 

A wzór na ten bieżniczek wyglądał tak, że dwudziestu groszy bym za niego nie dała, a proszę, jaki wyszedł zgrabny. Jak to jednak czasem nie należy się zniechęcać i dać szansę (nie dotyczy pijaków i nudziarzy, a także chamideł, furiatów, pieniaczy i awanturników).

O POCZCIE I GOTACH

 

Byłam wczoraj na poczcie.

Zamówiłam w internetowej pasmanterii mosiężne napy do dżinsowej koszuli. Koszulę kupiłam dwa czy trzy lata temu i miałam na sobie raz – przy zdejmowaniu połowa nap się odpięła raz na zawsze i została po jednej stronie. Wkurzyłam się wtedy i nie chciałam jej na oczy oglądać; ale teraz modne jest odkrywanie na nowo i vintage, więc postanowiłam dać jej drugą szansę, bo jest fajnie sprana i mięciutka, i wcięta w talii. No to zamówiłam te napy (choć nie było łatwo – ja i pasmanteria to trudny temat, prawie tak samo trudny jak sklep papierniczy; o mało nie nabyłam przy okazji japońskich form do tworzenia kwiatów z materiału) i przyszły, choć pani listonoszka ostatnio nas nie lubi i wrzuca awiza. Ale z biura mamy tak blisko do poczty, że nawet ja nie narzekam i wczoraj się powlokłam.

Kolejki prawie nie było i wszystko odbyło się nad wyraz sprawnie, ale jak wchodziłam, to przy jednym okienku stała pani i kupowała dwa znaczki i długopis. Jak wychodziłam, to ta pani dalej stała przy okienku i kupowała dwa znaczki i długopis i otwór gębowy jej się nie zamykał nawet na sekundę. Mało tego – musiała oddychać jak kobziarz, bo w ogóle nie robiła przerw na zaczerpnięcie powietrza. Pani z okienka podawała jej już chyba dwudziesty długopis, który tamta wypróbowywała na karteczce, bo ona potrzebuje taki długopis żeby bardzo dobrze, ale wie pani BARDZO DOBRZE pisał, a przy okazji cała poczta została zapoznana ze szczegółami leczenia gardeł rodziny tej pani (mąż, córka, wnuczek Mateuszek – zawsze jak słyszę Mateuszek, to mam skojarzenie „zjadł siedem tłustych muszek”) cukierkami halls. Tylko te miodowo cytrynowe naprawdę pomagają, reszta w ogóle nie działa. I ja sobie poszłam z tej poczty z moimi napami, a te biedne kobiety w okienkach zostały z panią – katarynką. Naprawdę ta jedna zasłużyła na order albo na weekend w SPA, ja bym babę udusiła przy trzecim długopisie. Ale to są tacy ludzie, co przychodzą do sklepu czy na pocztę NA WYSTĘPY. Pal licho, jak jest kilka okienek i taka pani blokuje jedno, ale jak jest jedna kolejka w spożywczaku?… I człowiekowi już jogurt w ręku dymi, a artystka miejscowa kupuje trzynaście deko kruchych ciasteczek z marmoladą bo przychodzi do niej ta znajoma co pani ostatnio opowiadałam ma tego chorego męża i ten mąż… –  i jest dopiero przy narodzinach Mojżesza i dopiero go puszcza na rzekę w koszyku, a przed nią jeszcze cały Stary Testament…

A na poczcie przy okienku stały do kupienia naturalne mydła. Z rycyną, gliceryną, jakimś wilczomleczem czy wilkołakiem… Mydło na poczcie? ZNOWU coś mnie ominęło?…

Ale jest lepszy numer: mój mąż kupuje książki o Gotach. Jestem załamana, nie wiem, co o tym myśleć droga Redakcjo, bo oczywiście podejrzewam, że ma kochankę, bo PO CO MU książki o Gotach?…

O NIEDYSPOZYCJI I HORRORZE

 

No więc, sytuacja kształci się tak, że od wczoraj mi niedobrze oraz ktoś mi wbija gwoździe w głowę, zaraz za linią włosów. Bolą mnie też gnaty, więc pewnie ktoś mi sprzedał jakieś sympatyczne wirusiątko w sobotę na zakupach.

Torba przyszła, jest piękna, normalnie bym się do niej poprzytulała, ale chwilowo boję się obrzygać te śliczne frędzle.

Pozostając w temacie – N. w niedzielę przy śniadaniu puścił odcinek Makłowicza w podrózy, z wizytą na Sardynii. Pan Robert konsumował ser, który dojrzewając jest napowietrzany przez czerwie. Figlarnie odsuwał sobie przyschniętego czerwia z porcyjki sera na widelcu… Naleśnik mi w gardle zawył i stanął sztorcem. TO JEST MOJA NIEPRZEKRACZALNA GRANICA – larwy much w jedzeniu. Za nic na świecie. Może i one są przepyszne i mają delikatny orzechowy posmak (jak zaświadczał jeden z tych rąbniętych podrózników, co to jedzą szarańczę i tarantule), ale nie, nie i jeszcze raz NIE. Nic związanego z owadami niech się nawet nie zbliża do mojego talerza. The horror, the horror!…

O, jak mnie łupie – jeszcze się ta wiosna dobrze nie zaczęła, a już mam z nią na pieńku.

O POGODZIE, BO SIĘ FRANCA WYBIJA NA PIERWSZY PLAN

 

To jest jakiś eksperyment naukowy, ta pogoda?  Jest czternasta i właśnie zrobiło się ciemno i z nieba napierdzielają białe lodowe kulki wielkości pestek wiśni. Naprawdę, boki zrywać ze śmiechu.

N. przez trzy dni nie było, w związku z czym spałam dość słabo; umownie wręcz. Najpierw moja wyobraźnia tkała fabułę do wszystkich trzaśnięć i skrzypnięć, tak więc miałam głowę pełną obrazów duchów, wampirów, zombie, seryjnych morderców, pospolitych włamywaczy, potwornie zdeformowanego bezdomnego ukrywającego się przed światem i takie tam bolki i lolki. W każdym razie – ze trzy zawały zanim zasnęłam. A kiedy w KOŃCU udało mi się zasnąć, to po drugiej w nocy pies dostał czkawki i się obudziłam i musiałam ją klepać po pleckach i w ogóle. A później apiać zasypianie z wampirami, mordercami itp.

– Dałaś jej wody? – zapytał surowo N., jak mu zdawałam relację rano przez telefon.

Szczerze mówiąc – nie, nie dałam, bo wodę na czkawkę się daje, żeby czkający się napił ze szklanki do góry nogami. A jak napoić psa ze szklanki do góry nogami? Hę? Poza tym miska z wodą była strasznie daleko od łóżka i w drodze ze trzy razy by mnie coś zeżarło.

N. mówi, że prognoza pogody mówi, że jutro cały dzień ma padać. Powraca temat złożenia kogoś w ofierze na poprawę pogody. Mamy jakieś typy?…

O KOLEJNYM ZAMACHU I NAMIASTCE SZTUKI

 

Piec znowu chciał mnie zabić  – wykąpał mnie w lodowatej wodzie. Poczekał, aż się rozgrzeję i namydlę i TRZASK – poleciała zimna. Powrzeszczałam, poskakałam, większość żelu wytarłam ręcznikiem… Pięć minut później, jak myłam zęby (kłapiące z zimna), z kranu OCZYWIŚCIE leciał już wrzątek. Wiedziałam że coś knuje, po prostu WIEDZIAŁAM – za długo udawał niewiniątko. Co za skuhwysyn –  jak by powiedziała przedwojenna hrabina.

A Szczypawka wczoraj wpadła w trans – wchodziła pod samochód i wąchała gumowe chlapaki. Zaciągała się i rozkoszowała tak, że nie można jej było wyciągnąć. N. przyznał, że być może, prawdopodobnie, niewykluczone iż przejechał po jakimś biednym truchełku, rozciągniętym na jezdni. Sądząc po zachwytach Szczypawki, musiało to być wyjątkowo wonne truchełko, jakiś nasz krajowy Pepe le Swąd. Najchętniej by się w nim wytarzała, na szczęście – nie miała jak. Dlaczego te nasze kochane pieski są takimi wielbicielami ohydy, w szczególności zapachowej?…

A propos mocno dziwnych upodobań – siostra ze szwagrem zapytali nas, czy byliśmy w salonie mebli OLIMP. Nie byliśmy, na co oni – IDŹCIE KONIECZNIE! W życiu byście nie uwierzyli, jak można zestawić kolor, kształt, fakturę obicia i NÓŻKI! Koniecznie, koniecznie idźcie, tylko weźcie coś na uspokojenie.

Chyba pójdę, bo strasznie mi brakuje Madrytu i Muzeum Królowej Zofii. Mam ich na fejsbuku i co wrzucą informację o wystawie, to mnie skręca. Ostatnio dali dziesięciominutowy klip z facetem, który opowiadał o wyrażaniu gniewu w sztuce awangardowej, stojąc na tle poskręcanej rury przeciągniętej przez pokój. No dobra, trochę się podśmiewam, bo tak między nami – niewiele rozumiem ze sztuki nowoczesnej, ale lubię ją oglądać. To pójdę sobie do salonu mebli OLIMP, będę miała chociaż namiastkę.

O PONIEDZIAŁKU TRZYNASTEGO I MONODRAMIE PSIM

 

Pogoda w sobotę była taka piękna, że aż w sam raz na torbę z frędzlami – pomyślałam. A że u mnie od pomyślenia do sklepu internetowego biegnie szeroka, prosta, wyłożona polerowanym marmurem, osłonięta od wiatru i wcale niedługa alejka, to torba z frędzlami it is. Miałam czekać aż przecenią, ale nie róbmy z tego zagadnienia, dobrze? Bez zbędnej histerii. Pogoda się co prawda zesrała już następnego dnia, ale torby przecież nie odwołam, jak już jej obiecałam dom. Tego się nie robi torbie.

Natomiast Szczypawka wystawiła nam w sobotę wieczorem monodram pt. „Mucha w sypialni”. Myślałam, że nie usnę, tak mnie bolał brzuch ze śmiechu – wewnętrznego rozedrgania mogłaby się od niej uczyć Krystyna Janda, którą miałam za absolutną mistrzynię tego stylu, ale nie. Jednak nie, Szczypawka przebiła wszystko. „Nie! Nie, to wykluczone! Nie usnę, nie spocznę, póki ona żyje! Wychodzę. Albo nie – wracam i stawię jej czoła, albo wiecie co? ZABIJĘ! Tak, zabiję ją, podsadź mnie. Albo nie podsadzaj, strąć mi muchę. Nie, jednak wychodzę z tego splugawionego muchą pomieszczenia. Czekaj! Wracam!” – i tak PONAD GODZINĘ. Czuwanie w napięciu, warczenie, skakanie, polowanie, jazda na pazurach – zakończone triumfalnym piskiem i kłapnięciem. (Tak, prawdopodobnie ją zeżarła; wolałam nie sprawdzać).

A z seriali – aaaa, jak ja go mogłam przeoczyć? „Bosch”. W dodatku po pierwszych pięciu minutach się kapnęłam, że to na podstawie „Cmentarzyska”, jednego z moich ulubionych kryminałów.

Dziś była pobudka o piątej osiem (05:08), więc chyba nie dziwne, że widmo kurw porannych wisiało u mych ust jak tropikalne pnącza, ale akurat w Trójce grali „Babę na psy” – i wcale nie przeklęłam, ani razu! W poniedziałek, trzynastego, o piątej osiem.

O FILMACH I DEKORACJACH

 

Pozimowy remanent towarzyski zrobiony. Wczoraj z koleżankami obrąbałyśmy du… to znaczy, POCHYLIŁYŚMY SIĘ NAD LOSEM znajomych bliźnich – z wiadomą życzliwością. Ta życzliwość to przez jedną koleżankę, która jest (i tu nie przesadzam) tak w cholerę życzliwa, że przy niej nie idzie powiedzieć nic złego nawet na najgorszą wydrę, bo ona zaraz wynajdzie milion miłych rzeczy do powiedzenia o tej osobie i człowiek się czuje jak pół dupy z lufcika. A druga się pochwaliła, że piętnaście lat różnicy nie ma znaczenia i pokazała nam na dowód zdjęcie w gazecie. Swoje w dodatku. No macie pojęcie? Z wrażenia aż nam się wódka z tonikiem rozlała na cały stolik i spodnie jednej z uczestniczek posiedzenia, więc zachęcałyśmy ją do zdjęcia spodni, bo w końcu jesteśmy w wieku w którym czas najwyższy odrzucić wszystkie konwenanse! Ale nie podjęła tematu. Aha, i jeszcze było o dupach (mieć dupę kontra nie mieć dupy; dżinsy dla ludzi z dupą, rola dupy jako takiej).

Oraz.

Udało mi się zdobyć i obejrzeć starsze filmy Almodovara, których nie widziałam, przy czym okazało się, że „Wysokie obcasy” widziałam – w latach 90-tych leciały na Canal + w tym systemie, że puszczają jakiś film przez miesiąc non stop o różnych godzinach. I tak obejrzałam „Matadora” i „Wysokie obcasy” jakieś 15 razy w sumie. Jakoś wtedy nie porwał mnie, a teraz też średnio. Smutnawy jest chyba.

Za to „Prawo pożądania” i „Zwiąż mnie” – bardzo smakowite, bardzo! W obu – Antonio Banderas w roli oprychowatego zagubionego chłopca, spragnionego prawdziwej miłości. I to są według mnie role, w których wypada najlepiej; amerykańskie kino wtłoczyło go w kostium latin lovera, a jemu najbardziej po drodze jest z oprychem, który marzy o prawdziwym domu i opiekuje się swoim partnerem – i wykąpie go w wannie, i pójdzie na ulicę po prochy dla niej, nawet da jej po buzi i ją zwiąże, żeby pomóc temu uczuciu, jeśli trzeba. Ryknęłam ze śmiechu na scenie, kiedy zmaltretowana Victoria Abril siedzi na sedesie i mówi „Nigdy cię nie pokocham!”, na co Antonio oburzony – „Dziewczyno, jest za wcześnie żeby mówić takie rzeczy!”. I oczywiście ma rację. Wspaniała jest jeszcze reklama polisy emerytalnej w „Zwiąż mnie”.

Oraz kocham, po prostu kocham mieszkania z filmów Almodovara. Zamieszkałabym w każdym jednym. Tak, wiem, że to są dekoracje. Chciałabym porwać jego scenografa, żeby mi tak urządził chałupę, tylko się zastanawiam, czy w naszym klimacie takie kolory mają sens i rację bytu.

A teraz idę na taras – pies mówi, że jest ciepło i żebym wyszła, a ona coś dla mnie znajdzie i zamorduje w prezencie. No to idę.