O TYM, ZE JESTEM W KROPCE, A HOROSKOPY NIE POMAGAJĄ

 

Pogoda bardzo dobra (niech pada, co chce – żaby, jaszczurki, krowy z Kansas – byle nie śnieg; niech pada z góry na dół, z dołu do góry i w bok – byle nie śnieg). Śpiączka nadal trzyma. Chyba po prostu trzeba wziąć na przeczekanie, tak do połowy lutego.

Mam problem – jakie środki represji zastosować, żeby N. przestał palić te ohydne, śmierdzące cygara i cygaretki. Bo już przesadza. Wrzeszczenie i tupanie przynosi rezultaty niezadowalające. Groźby, że wszystkie cygara, które znajdę, połamię, wrzucę do sedesu i nasikam – nie mogę zrealizować, bo one nie toną i będą mi później pływać nie wiadomo jak długo i zasmradzać łazienkę. Zagrozić, że się wyprowadzę, trochę się boję – istnieje ryzyko, że się ucieszy. Hipnoza odpada, bo N. się za dużo i za szybko rusza i hipnotyzer za nim nie nadąży z wahadełkiem czy tam innym świecącym przedmiotem. Nie wiem, drogi pamiętniku. Jestem w kropce.

Czytam „Atlas chmur”. Pierwszy rozdział jest straszny, zaczynałam go trzy razy i odkładałam, ale później się rozbujało.

Znalazłam wzór serwetki z pająkiem – czarną wdową, opuszczającą się na nici z pajęczyny. Oraz wątek na forum „Dzieci a zmiana pogody”. Ciekawe, o czym jest. Żeby mieć dzieci, jak idzie wyż, a jak niż, to nie?… Czy chłopca na pogodę, a dziewczynkę na deszcz? (Były kiedyś takie budki do nabycia w miejscowościach uzdrowiskowych, a w budce góral i góralka. I na pogodę wychodził z budki góral, a na deszcz góralka – bo jak wiadomo, na brzydką pogodę psa się nie wypędzi z domu, a babę zawsze).

Wszystkie horoskopy mam dziś do dupy.

 

O PONIEDZIAŁKU W DELEGACJI

 

Taki świstak, jak idzie na zimę spać, to przez ten sen spala cały tłuszcz, którym obrósł. A ja przesypiam ostatnio co najmniej pół doby i NIC! Żadnych ubytków tłuszczowej opony nie zauważono! To jakiś skandal.

Z okazji wczorajszego poniedziałku i pięknej, przepięknej pogody w sam raz na podróże, jedni udali się do Gdańska, a drudzy do Łodzi. Co robić, takie życie. Jadę do tej Łodzi, śnieg wali, droga zasypana jakoś do pół koła, ale dajemy radę. Mogło być gorzej (na przykład – mogło pizgać żabami). Jakieś 20 km przed Łodzią – ogromny ogon samochodów, jadących tak z piętnaście na godzinę. Wyprzedzać nie ma jak, bo po jednym pasie w każdą stronę, śnieg, koleiny, no i nie ma po co, bo nie wiadomo, co się stało – wypadek jakiś czy wahadełko, czy co. Wleczemy się tak, dziesięć minut, kwadrans, dwadzieścia… WTEM! Jest! Dojeżdżamy do początku tego nieszczęścia.

Olbrzymi facet na motorynce, takiej malutkiej jak konik na biegunach, on wielki, potężny, nogi mu się po jezdni wloką, ale JEDZIE. Piętnaście na godzinę. Lewą koleiną. Wyprzedziliśmy go w końcu, ale nie dam głowy, czy nie miał na sumieniu jakiegoś samochodu w rowie albo ze dwóch, bo za nami tez już się zrobiła spora kolejka.

Po powrocie musiałam się koniecznie podzielić ze Szczypawką kanapką z białym serem. Nie było innej opcji. Upominała się o udziały jak związki zawodowe.

O, śnieg zjechał z dachu (głośno i dramatycznie). Niech spada, nie szkoda mi go.

 

PS. O – ŚNIEG PADA!… Idę się schlać.

O SPANIU, SPANIU, SPANIU

 

No więc albo mam narkolepsję, albo meningitis, bo nie mogę się obudzić. Funkcjonuję na krótkich odcinkach pomiędzy spaniem. Ledwo mam siłę podnieść szczotkę do zębów. A sny mam jakieś dzikie, na przykład w zeszłym tygodniu całkowicie zdominowane przez robactwo. Jakieś gigantyczne żuki mi się śniły, a następnego dnia – gniazdo tarantul wielkości psów.

Jedyny plus jest taki, że w ogóle przestałam jeść masło – w ogóle – za to jem oliwę. W zasadzie wiadrami i do wszystkiego. Oliwa jest dobra na figurę, prawda? (Zwłaszcza na figurę kulturysty – do posmarowania).

Dziś postanowiłam zastrajkować i kiedy mąż zażyczył ziemniaki, to normalnie zbuntowałam się jak chłopstwo pańszczyźniane i mu mówię odważnie z kanapy, żeby sobie sam obrał i ugotował. Oczywiście pierwsze co, to padło sakramentalne „A gdzie mamy obieraczkę?”. Trwałam w buncie i powiedziałam, że nie wiem, ja obieram nożem jak zwierzę, a w ogóle to wolę w skórce, a jak chce obieraczkę, to niech sobie SAM POSZUKA. Taka byłam normalnie. Trochę podpuchłam z dumy, a w kuchni leciało czterdziestominutowe słuchowisko pod tytułem „poszukiwanie w szufladzie obieraczki do ziemniaków”. W końcu znalazł, bo rumor ucichł, i po kolejnej minucie usłyszałam: „Kochanie… Weź plaster i pozwól no tutaj!”.

Jak można się zaciąć obieraczką do ziemniaków? NO JAK?…

Muszę umyć łeb, a boję się, że zasnę w trakcie, wpadnę głową do wanny i utopię się.

O DRUGIEJ KANAPIE I ZAGROŻONYCH NERKACH

 

No ja nie wiem. Odzew w kwestii doceniania wiewiórek był, delikatnie mówiąc, niezbyt masowy. Coś mi to śmierdzi niedocenianą wiewiórką!

Uprałam tę drugą kanapę. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Ta kometa, co ma ominąć Ziemię i pięknie wyglądać na niebie pod koniec roku, to nie wiem, czy faktycznie OMINIE. Nie byłabym taka pewna.

Mama Zebry robi za niańkę Zebry potomstwa, z czego wszyscy są bardzo zadowoleni, acz nie wiem, czy do końca ŚWIADOMI wszystkich detali. Na przykład, zadzwoniła do mnie pogadać (torba z Mango, skurwysyny z PKP, śnieg pada, ile czasu ma Mango na wysłanie paczki i tym podobne), nagle w tle wycie. Próbujemy kontynuować wątek paczki z Mango, ale wycie narasta. „Wiesz co” – oznajmia mi – „chyba w łeb się walnęła, muszę kończyć”. No i tak to.

A na rozgrzewkę piję tyle herbat dziennie, że chyba mi nerki wybuchną.

 

O GRYPIE, OPADACH I WIEWIÓRKACH

 

Czy grypa po angielsku nie nazywa się bardzo adekwatnie? Flu. Fffff-llllluuuuuuuu. Bo moim zdaniem, doskonale opisuje, co się z człowiekiem dzieje. Nawet bez wielkiej gorączki czy spektakularnej sraczki. Flu i nawet nie ma siły uchylić oka.

A do roboty to myślałam, że dziś nie dojedziemy. Z nerwów wydłubałam sobie dziurę u nasady paznokcia. Czy to… ten (nie kląć w Nowym Roku, nie kląć, nie kląć)… ten OPAD przestanie kiedyś padać? Czy tak już będzie do końca świata – po cichu będzie padać, padać… Coraz mniej osób będzie wychodziło z domów… Któregoś dnia okaże się, że nie można już otworzyć drzwi wejściowych i będzie jak w „Ostatnim brzegu” (tylko nie rozdadzą tabletek z cyjankiem, bo niby JAK?). I za siedemset tysięcy lat jakiś młody naukowiec postawi śmiałą tezę, że na tym globie była już kiedyś cywilizacja, posługiwali się narzędziami i nawet mieli prąd, ale inne jaszczury go wyśmieją…

A wczoraj był ogólnoświatowy dzień doceniania wiewiórek. Czy wszyscy należycie docenili wiewiórki?

(Wiem. Wiem. Ale to z zimna. I ze śniegu).

 

O TYM, ŻE SIĘ NIE WYSPAŁAM I JESTEM WŚCIEKŁA

 

O jaka jestem wściekła od rana. Oka nie zmrużyłam.

Kuna sobie urządziła bal staropolski. Zaczęła polonezem i skończyła mazurem nad ranem. W tak zwanym pomiędzyczasie były tanga, berek, strzelanie garami, regularna bitwa, solówka z Jeziora Łabędziego, flamenco i zapasy. Co pół godziny N. wypadał na balkon i walił w dach, żeby się uspokoiła, ale gdzie tam.

Wywlekliśmy się z łóżka, widząc na fioletowo i pierwsza moja myśl była, że muszę sobie trzasnąć pięćdziesiątkę wódki, żeby przeżyć dzisiejszy dzień. Pod konfiturę z tataraku. (Czytałam kiedyś N. przepis na konfiturę z tataraku z jakiejś bardzo starej książki kucharskiej. Przepis się kończył zdaniem, że konfitura ta podaje się na śniadanie do kieliszka wódki, na co N. oznajmił, że od dziś mam mu podawać takie śniadania). Zazwyczaj lubię zwierzątka, ale jak mi się dziś kuna napatoczy, to rozedrę jak śledzia.

Wczoraj natomiast odczułam, że coś mnie jakby zaczyna trzepać i mówię, zażyję sobie moje kochane theraflu. Na co mój tatuś, że nie, on ma dla mnie coś lepszego, od razu stawia na nogi – i przywiózł mi febrisan (i rosół z perliczki, ale to osobna historia). Wypiłam ten febrisan, przykryłam się kocem na kanapie i czekam.

No, przestało mnie telepać, owszem. Tylko że po kilku minutach poczułam, że LEWITUJĘ. Tak z piętnaście centymetrów NAD KANAPĄ. I strasznie, ale to strasznie się bałam otworzyć oczy, żeby się nie okazało, że fruwam pod sufitem i patrzę na swoje ciało z góry (a moje ciało leży na stole operacyjnym i jest poddawane elektrowstrząsom i masażowi na otwartym sercu). Przepraszam, że się powtórzę, ale – CO ONI SYPIĄ do tych saszetek, chyba sproszkowane karaluchy (podobno jak się wciągnie nosem suszonego, sproszkowanego karalucha to można mieć niezły odlot). Nigdy więcej, kruca fix, musi mi wystarczyć herbata z miodem i aspiryna.

Pozwolę sobie zakończyć dzisiejszy wykład piękną sentencją z fejsa: „Mężczyzna bez kobiety to jak pies bez pcheł – niby da się żyć, ale nudno”.

O KOMECIE I CHORYM KANGURZE

 

Śniło mi się, że nosiłam na rękach małego kangura. Trudno go było dobrze chwycić, bo ja przyzwyczajona do noszenia jamników (pod tyłek – długi kręgosłup), a kangur miał długie tylne nogi, ale w końcu mi się udało i był słodki i przytulasty, z aksamitnym pyskiem.

Obudziłam się z gardłem bolącym do pasa. Widocznie mi kangur nakichał.

Przeczucia co do 2013 mnie nie opuszczają. Coś się kroi. Taka na przykład Lea znalazła w kuchni ludzkie zęby. A Licencja miała wizytę ducha. A jeden facet mieszkał przez miesiąc ze zmarłą żoną. A jest dopiero połowa stycznia!

To wszystko oczywiście przez kometę, która nadciąga nad naszą Dolinę Muminków i w listopadzie ma ją być widać jak księżyc w pełni (mam nadzieję, że w NASA dobrze postawili przecinki i nie trzeba będzie wysyłać Bruce’a Willisa z petardą, jak się okaże, że jednak mamy zbieżną trajektorię). (Zebra mnie pociesza, że to Ruscy ją znaleźli, a oni są trochę lepsi z matmy – no ja nie wiem, czy się przez to bezpieczniej czuję).

Okoliczne ptaszki są prześliczne naszym karmniku, ale żrą takie ilości, że N. mówi, że jakbyśmy wyszli wieczorem na taras, to moglibyśmy usłyszeć z krzaków cichutkie bekanie z przeżarcia.

No nic, idę sobie zaserwować herbatę z miodem. Uważajcie na zachrypnięte kangury, co się mogą przyśnić bez ostrzeżenia!…

 

PS. Szwagier chyba chce przelicytować te zęby Lei – opowiedział mi, jak kiedyś otworzył maskę samochodu i na tej kratce, co jest pod szybą, znalazł pieróg. Artykuł spożywczy, pieróg. Pod maską.

PSPS. Była taka dobranocka, „Pyza na polskich dróżkach”, to może to był jej kumpel? Pieróg Wędrowniczek?… A może gorączkę powinnam zmierzyć?…

O PRZEŁOMOWYCH WYDARZENIACH

 

Rok 2013 rokiem czynu: UPRAŁAM KANAPĘ! To jest, te pokrywki. Zabierałam się do tego jak pies do jeża

(choć to nie do końca trafione porównanie, nasze jamniki kiedyś się zabrały do jeża bardzo skutecznie. Zanim się zorientowaliśmy, niestety, jeż ocknął się w Walhallli, otoczony jodłującymi cycatymi blondynkami w hełmach…)

…jak NIEJAMNIK do jeża się zabierałam, ja się do wszystkiego tak zabieram ostatnimi czasy. Wszystko mnie przerasta. Przebranie się z piżamy mnie czasem przerasta. No, ale kanapa uprana – idzie ku lepszemu! Teraz jeszcze tylko druga kanapa do uprania (wyrobię się z tym do czerwca, jak myślicie?).

(A później wylałam sobie domestos NAWSZYSTKO, ale to już zupełnie inna para kaloszy).

Plan na ten tydzień mam prosty: nie wejść na stronę Mango, żeby nie wiem co. Nawet, jak przyślą newslettera, że wszystko jest za darmo i do tego dorzucają 50% gratis. Nie, nie i nie.

Zimno jest, psia trąba.

 

O, SOLE MIO

 

Prószy śnieżek, prószy.

Króliczkowi marzną uszy.

Może mu marchewkę dać,

kurwa jego mać?…

(To jest wierszyk Hanki sprzed stu lat i patrzcie Państwo – ciągle aktualny! Ponadczasowy, zupełnie jak „Czarna mewa goni białą mewę”).

Mój mąż biega po ogródku z jakąś straszliwą rurą i ryczy (rura ryczy, nie on, naturalnie). Boże, jak ja zazdroszczę facetom podejścia do życia. Im wystarczy, że narobią hałasu i bałaganu dookoła siebie i są szczęśliwi.

We wsi ruch, wszyscy latają z wielkimi łopatami. Zima jest bez sensu.

 

O SPODZIEWANEJ AFERZE Z PIECEM

 

A bo zapomniałam, co wymyślił mój Piec! (Dużą literą z szacunku, bo nie wolno nie doceniać takiego przeciwnika, bo to się zemści). Otóż, Piec grzeje wodę do dwudziestej drugiej i ani minuty dłużej. O dwudziestej drugiej krasnoludek od grzania wody pakuje kredki do tornistra i wychodzi. Mamy więc do wyboru:

– o dwudziestej drugiej grzecznie leżeć w łóżeczku, jak harcerze z zastępu „Zielone Żabki”, lub

– brać orzeźwiające prysznice.

 

Biorę zatem orzeźwiające prysznice. O ile latem nie miałabym nic przeciwko, to teraz… szkoda gadać, a nawet sobie nie mogę pokląć w trakcie, bo mi szczęka kłapie z zimna. Takie prysznice poprawiają krążenie. O, poprawiają. Tak poprawiają, że później przez godzinę nie mogę usnąć, bo mi żyła pulsuje.

Mój związek z Piecem zaczyna przypominać związek Jacka Torrance i hotelu „Panorama”. Obawiam się, że przed nami następujące stadia:

– najpierw ja szybciutko wpadnę w alkoholizm (z tym, czuję, uwinę się raz – dwa);

– następnie Piec wyprawi mi wyimaginowany bal;

– a na koniec ja go uprzednio porąbię siekierą, a później wysadzę w powietrze.

Musze sprawdzić na GPS-ie, gdzie w okolicy jest najbliżej klinika psychiatryczna, refundowana z NFZ (i całodobowo ogrzewana), bo czuję, że lekko nie będzie.

Całuję Was w prysznic.

Wasza Zielona Żabka.