O MYSZY (GŁÓWNIE)

Śnieg pada. Gdzie moje valium!

Chociaż po co mi valium, i tak niewiele widzę na oczy, GDYŻ tak się składa, że Szczypawka w nocy co godzinę nas budzi. Żeby z nią zejść do garażu i pobawić się z myszką.

Myszka jest urocza, szara i biega po narzędziach N. – wczoraj ją widziałam (na trzeźwo, żeby nie było!) (chociaż podobno myszy w pijackich omamach są dopiero na czwartym miejscu pod względem częstości widywania, po kotach, psach i wężach).

Wpadła Zebra oddać mi talerz i pożyczyć syfon do śmietany i chwilę pogadałyśmy o tym, jak ostatnio o wszystkim zapominamy. Na przykład, ja zupełnie zapomniałam że miała mój talerz. A ona zapomniała, co ma dla mnie na Gwiazdkę, więc obie będziemy miały niespodziankę. 

A w Biedronce jest festiwal masła – popieram, a nie tylko te karpie i karpie. Kto by jadł karpia, jak jest masło? Od dawna mnie bawią przekazywane sekretne przepisy JAK ZROBIĆ KARPIA ŻEBY GO NIE BYŁO CZUĆ KARPIEM – te różne wybiegi: moczyć, zapiekać, obsypywać przyprawami. I w ogóle przepisy na rybę i komentarze pod nimi „Pyszna rybka, w ogóle rybką nie czuć!” – no jasne, w panierce na dwa palce i przywalona zapieczonym żółtym serem. Najgorsza tortura wigilijna z dzieciństwa to było „Zjedz karpika, bo nie będzie prezentów!”. Dobrze, że jestem już stara i nic nie muszę, a karp niech żyje zdrowo i się do mnie nie zbliża. Co innego śledzie (biedne śledzie!…).

Czy ja dla tej myszy w garażu też mam kupować prezent? Co mówią zasady sawuarwiwru o takich sytuacjach?

O TYM, ŻE JAKOŚ POD GÓRKĘ

Wczoraj zniknął mi blog, znienacka i bez pożegnania.

Na dodatek okazało się, że to ja go zniknęłam przez moją sklerozę i wieczne odkładanie wszystkiego na później (mówcie mi Prokrastynacja Fiodorowna). Ponieważ kompletnie nie wiem, co się robi w takich sytuacjach, to postanowiłam się zabić, bo to zwykle jest najbardziej logiczne wyjście, nieprawdaż.

Jak mi się trochę uspokoiło migotanie przedsionków, to myślę sobie – jak się zabiję, to się nie dowiem co dalej i utknę w smutnych statystykach za rok 2018 NA ZAWSZE. A i prezenty mi przepadną, a szkoda by była. Może najpierw przejrzę te maile z instrukcjami z zeszłego roku od Państwa Kanionkostwa i coś się uda wykombinować, a zabić to się przecież zawsze zdążę. I faktycznie WSZYSTKO tam było i gdybym je przeczytała rok temu i zrobiła to, co Małyżonek grzecznie proponował, żebym zrobiła, to całego cyrku by nie było! I wszystko się dało naprawić i żyli długo i szczęśliwie i tylko musiałam poczekać na propagację po dns po raz pierwszy w życiu.

A dziś rano cały dzień rozświetlił nam niezapowiedziany korek na A2, zorganizowany przez niezadowolonych rolników i jechaliśmy bardzo na okrągło i nie powiem, co mówiliśmy na temat rolników, bo święta idą. A w biurze zbiesiła się drukarka. A N. znowu przeziębiony (być może dlatego, że za każdym razem leczy się wódką i chyba po prostu bardziej zależy mu na kuracji, niż na wyzdrowieniu, tak podejrzewam).

Jak widać, dzień jest wybitnie NIE MÓJ, więc usiądę sobie cichutko pod biurkiem i przeczekam, żeby losu nie kusić.

O PSICH ZĘBACH I RENIFERACH

Skrzynka mailowa wprost pęka w szwach od wiadomości od bardzo miłych ludzi, z których jedni przysyłają mi niesamowite kody rabatowe na swój jeszcze bardziej niesamowity towar, a inni – propozycje szalenie opłacalnych pożyczek, których PRAWIE W OGÓLE nie trzeba spłacać, żebym miała za co kupić ten bardzo przeceniony asortyment. Niestety, w miniony weekend zawiodłam i jednych, i drugich, bo w ogóle nie miałam głowy do opłacalnych interesów, bo Szczypawka szła na czyszczenie zębów. Miała pełne badania przed narkozą (wyniki ma najlepsze ze wszystkich domowników, z sercem i nerkami na czele), ale i tak zawsze stres jest. 

Na szczęście poszło wszystko dobrze, najtrudniejsze było NIEJEDZENIE do końca dnia, no i biedactwo trochę się śliniło. Opluła koc, opluła poduszkę, a ja spałam w takiej pozycji, że naciągnęłam sobie jakiś mięsień w okolicach excusez le mot pośladka i cały następny dzień przekuśtykałam jak pirat z drewnianą nogą.

Natomiast przeczytałam, że podobno renifery Mikołaja to KOBIETY – bo faceci renifery zrzucają rogi na zimę, a kobiety – nie. A renifery Mikołaja mają rogi. Czy mnie to dziwi? OCZYWIŚCIE, że nie – jak zwykle do konkretnej roboty zaprzęga się kobiety. A faceci renifery? Leżą za kołem podbiegunowym natrąbieni grzanym winem i odbija im się pierniczkami. A po Nowym Roku wypłacą sobie premie za efektywne zarządzanie i zasiadanie w radach nadzorczych, bo tak skonstruowany jest ten świat i im szybciej w niego asteroida pierdolnie, tym lepiej. Dziękuję za uwagę.

PS. Zapomniałabym dodać – robienie porządków w kredensach NIE MA SENSU. Po pierwsze, to co wyjęłam nigdy nie mieści się z powrotem, mimo że rzekomo powinno być MNÓSTWO miejsca, bo wywaliłam przeterminowane rzeczy. Po drugie, po uporządkowaniu nic nie mogę znaleźć. Po trzecie – i tak nikt nie doceni. Dziękuję za uwagę teraz już definitywnie.

O PIŻAMACH I NIEJEDZENIU KALENDARZY

Wstaję dziś rano o 3.32, nie wadząc nikomu, N. za kierownicę i w Polskę, pies zjadł najpierwsze śniadanie i poszedł spać dalej, w domu cisza, tylko resztki duchów wyją po kątach, ale też już kończą szychtę, leniwie wędruję po internetach, gdy WTEM! W C&A piżamy ze Snoopym!

O nie, a ja już sobie, to znaczy – Mikołaj już mi kupił piżamę na Gwiazdkę (piżama na Gwiazdkę to u mnie program obowiązkowy), a w ogóle piżam mam już więcej niż normalnych ubrań dziennych. No ale Snoopy!… W dodatku przeceniony oraz z bio bawełny (cokolwiek by to nie znaczyło), a dziś przecież Mikołajki!

Ech… I tak się skończyło moje silne postanowienie o postawieniu tamy konsumpcjonizmowi. W obliczu Snoopy’ego jestem bezbronna, chociaż naprawdę nie mam już gdzie trzymać piżam. Będę musiała spać w dwóch naraz albo przebierać się w środku nocy (to znaczy kiedy – bo w środku nocy dość często WSTAJEMY?).

Może mam obniżoną odporność, bo od kilku dni mnie boli głowa, choć raczej powinnam użyć określenia „napieprza” – jakoś lepiej oddaje ten stan. Wszystko przez pogodę, która ma wapory jak niezamężna szlachcianka u Sienkiewicza – w sumie dobrze, że skończyło się tylko na nadprogramowej piżamie, a nie testach klinicznych, czy rzeczywiście nóż tak miękko i łatwo wchodzi w wątrobę u żywego człowieka.

Na fali wspomnień dotarło do mnie, że kilka razy w życiu dostałam kalendarz adwentowy i ani razu nie zjadłam go do końca, bo nie przepadam za czekoladą (ani chałwą, ani bakaliami, ani masłem orzechowym). Jakby zamiast czekolady były z chipsami, to na pewno bym zjadła i wtedy pewnie Mikołaj by we mnie zainwestował w nagrodę za dobre sprawowanie. I byłabym dziś prężną kobietą sukcesu w garsonce, a nie takim ukwiałem z rosnącą kolekcją piżam.

 

O TYM, ŻE PONURO

No więc śniło mi się, że były urodziny Jarosława Kaczyńskiego (nie pisać Jarka, bo przyjedzie policja na sygnale) i wiozłam mu z sąsiadką tort w kształcie piramidy. Bo w tym śnie moja sąsiadka była specjalistką od pieczenia tortów w kształcie piramidy, a ja nie wiem kim byłam i po co, ale wiozłam z nią ten tort. Na TO przyjęcie. Matko Boska.

(Najgorsze, że nie mam co liczyć na dostanie się do psychiatryka, bo podobno kolejki są najdłuższe w historii – ciekawe dlaczego, HM).

W weekend odblokował mi się prezentowo szwagier, dopiero jak zagroziłam kupnem pasa gorczycowego (odkryłam pasy gorczycowe i kupiłam mojej babci taki na kolano, dla hecy właściwie, zadzwoniłam do ciotki się pośmiać CZEGO TO LUDZIE NIE WYMYŚLĄ, a moja ciotka natychmiast pogalopowała sobie kupić pas gorczycowy na kręgosłup; trochę się załamałam). No więc szwagier odesłał mnie do sklepu piwowarskiego, bo aktualnie zajmuje się warzelnictwem, ale tam jest straszny rozrzut towaru – są na przykład kapsle i jest na przykład pluszowa maskotka drożdżak oraz na przykład kocioł zacierno warzelny. Więc dzwonię do niego, że ni cholery sama nie wybiorę – musi mnie odpowiednio skierować tematycznie, a ten znękanym głosem mówi, że teraz nie może, bo ma balet. I że jutro też będzie miał balet, pojutrze występ, a później znowu codziennie do środy balet, bo odbierają za wolne dni. I że nigdy w życiu tyle nie baletował, nawet na studiach (w tle – wrzaski pierwszoklasistek, bo oczywiście nie on osobiście tańczy w rajstopach, tylko córuchna).

Ale linka obiecał przysłać i przysłał, razem z linkiem do czujnika jakości powietrza w naszej okolicy. Informacje płynące z czujnika nie są optymistyczne. Zresztą czujnik niepotrzebny, widać gołym okiem i nosem. Ech.

W ogóle ostatnio dostrzegam coraz mniej powodów do optymizmu – mam nadzieję, że to sezonowe, bo zima i że jeszcze przyjdzie wiosna, baronowo. Na razie jednakowoż chujowizna w domu i zagrodzie i ponuro jak skurwysyn. O. Takie mam spostrzeżenia na trzeciego grudnia.