O DOŁUJĄCEJ CYSTERNIE

 

Wczoraj zobaczyłam pod naszą bramą śliczną, majestatyczną, apetyczną  cysternę z malowniczym napisem OLEJ OPAŁOWY i poczułam się jak ten pies bacy. Ten, co go baca zastrzelił, a turysta pytał, czy był wściekły, a baca – no, zachwycony to on nie był!

Identycznie ja. ZACHWYCONA NIE BYŁAM.

Zwłaszcza, jak sobie przeliczyłam rachunek za olej na buty i torebki (i kurwica mnie zalała od stóp do głów). Jesień, koniec z klapeczkami!… W związku z tym posprzątałam lodówkę, zjadłam wszystko, co było przeterminowane i poszłam obejrzeć pierwszy odcinek nowego sezonu Downtown Abbey.

I tu mi nieco morale wzrosło, bo pierwszy odcinek bezbłędny. (Czy ten Mefju to ma jakiś magnes w tyłku przyciągający spadki?). Zwłaszcza pojawienie się trzeciej teściowej było bardzo dobrym posunięciem, teściowe to jest bardzo wdzięczny materiał dla scenarzystów, odwrotnie, niż w życiu (choć może właśnie dlatego). Wiążę jeszcze pewne nadzieje z amerykańska pokojówką, bo niezłą żmiją jej z oczu patrzy. To teraz jeszcze tylko niech ruszą z „American Horror Story”, drugi sezon, i może jakoś te klapki przeboleję (w sumie kozaki tez są w porządku). Tym bardziej, że w hiszpańskim GQ napisali, że Jessica Lange ma tym razem dręczyć Chloe Sevigny, którą lubię, bo jest walnięta.

A „Perception” wygląda nieźle, tylko że ja naprawdę, naprawdę, NAPRAWDĘ nie lubię tego głównego aktora. W dodatku nawet nie pamiętam, dlaczego, ale nie lubię. No i co teraz?

 

O ŚWIĘTA RITO!

 

Bym coś miłego napisała o wyjeździe, ale telepie mnie z zimna, co to ma w ogóle być? Zaraz mi kończyny odpadną. Oraz pan w samolocie mnie zarazil gruźlicą, kocham takie powroty.

(Taka temperatura sprawia, że mam ochotę zostać płatnym mordercą, albo nawet bezpłatnym mordercą, w czynie społecznym. Zaraz wezmę nóż i pójdę w miasto, bo mnie rzuca na wszystkie strony z zimna, może ciepła krew – cudza oczywiście – mnie trochę ugrzeje chociaż powierzchownie).

Wyjazd był pod znakiem wiewiórek. Ba! Wiewiórek, których nie było.

Jakaś znajoma naszych znajomych wróciła z Fuerteventury ze zdjęciami wiewiórek, które jakoby „są symbolem tej wyspy”. Halo, w ogóle. Ja tam jeżdżę od dziesięciu lat, symbolem wyspy jest koza, a wiewiórki na oczy nie widziałam. Oczywiście przez cały pobyt wypatrywaliśmy tych wiewiórek i co? ANI JEDNEJ. Nawet przejechanej. W jednym miejscu znaleźliśmy cos jakby wiewiórcze bobki oraz ślady łap. Za to kóz oczywiście było od cholery i trochę.

Ostatniego dnia w recepcji dumnie wisiała kartka, że czeka nas TROPICAL STORM. No więc przeżyłam swój pierwszy w zyciu tropical storm. Wyglądał on tak, że jak podjechaliśmy do sklepu, kupić sól (tak, lubimy sobie przywieźć sól z wakacji), to COŚ JAKBY KROPIŁO. Wyszliśmy ze sklepu z solą i już nie kropiło.

A teraz będzie subiektywny poradnik socjopaty co do miejsc, w które koniecznie trzeba na Fuerteventurze pojechać. Niektórzy lubią plażę z leżaczkiem, a ja na przykład, jak mi ocean ryczy. No więc w tych trzech miejscach ryczy naprawdę cudownie:

– Los Molinos – to miejsce jest totalna psią dupą, nie ma tam NIC. No, kilka kaczek i garstka miejscowych. W kawiarni nie dadzą kawy, bo im szkoda prądu na obcych. Plaża jest ciemna, a fale takie, że można zemdleć.

– Ajuy – zupełnie ciemna plaża i oberwany wulkan, po którym się spaceruje. Fale ryczą, można sobie stanąć na piasku i wrzeszczeć „Tylko na tyle cię stać, suko?” albo i coś gorszego, bo i tak nie słychać. Ajuy slicznie brzmi po polsku (w hiszpańskim „j” się czyta jak nasze dźwięczne „h”). W odróżnieniu od Los Molino jest tam cywilizacja i dobre knajpy z pysznym jedzeniem, które oczywiście wtrąbiliśmy w ilościach karygodnych (opaska na przełyk staje się priorytetem).

– długie plaże w Cotillo – mieszany piasek, żółty i czarny, pięknie to wygląda. Fale kilkupiętrowe. Kiedyś się tam postanowiłam wykąpać. Poskakać na falach, ha ha. Weszłam do wody do połowy łydki i następne, co pamiętam, to jebitna fala, która mnie nakryła z głową, starmosiła, nasypała piasku do majtek, a mojemu N. zabrało fajkę do nurkowania. Tam jak się idzie brzegiem kilkanaście metrów od wody, to nigdy nie ma pewności, czy za chwilę nie będzie tej wody po kolana. Ale nie szkodzi, bo jest ciepła i wspaniała.

Schudnąć mi się, jak było do przewidzenia, nie udało. Moja rozszalała flora bakteryjna się domagała twarożku od rana. I stęskniłam się za szydełkiem. I trochę za serialami.

O SOKOŁACH

 

W ramach imprezy zrobiłam herbatkę tańcującą z sokołami. Goście zjedli po sokole i ich skleiło (nie mówcie, że nie wiecie, co to są sokoły!), więc mój mąż rozdawał na wynos wędzonego łososia. Szczypawkę ugryzła osa w łapkę, więc była BARDZO nieszczęśliwa, co nie przeszkadzało jej jednak prowadzić z Fugą wojny podjazdowej o piszczącego lisa. W prezencie dostałam żywego pająka (niechcący, acz podobno na szczęście) oraz grę „Madness Returns”, ale to już zagram, jak wrócę.

Bo chwilowo wyjeżdżam w klimat. Ugrzać kości (a raczej tłuszcz).

 

O TYM, ZE JEDZIEMY DALEJ

 

No nie dadzą, nie dadzą człowiekowi zapomnieć, że się zestarzał. Od rana SMS-y, życzenia, szampan i dziwki (tzn. na chwilę obecną, jak mówią politycy, zamiast szampana i dziwek występuje gościnnie twarożek z oliwką, ale nie uprzedzajmy faktów).

A mnie cos we łbie pękło chyba, bo mam DOBRY HUMOR. A nie doła, jak zazwyczaj w takich okolicznościach. Bo ten… DOŻYŁAM. I nie dość, że dożyłam, to jestem cała, trochę owszem tłusta, i zaraz sobie kupię buty. Bo jak by to było, nie kupić sobie butów w urodziny! Widział kto taką herezję?…

Widocznie to już takie starcze zmiany w mózgu, że się człowiek raczej cieszy, niż na odwrót. Podoba mi się to i mam nadzieję, że zmiany będą postępować.

Z życzeń urodzinowych to mam kilka, ale jedno bardzo: żeby była druga część „Prometeusza”, a w niej – więcej naszych kochanych alienów, a mniej tych nerwowych łysych niebieskich. Co oni tacy wkurzeni cały czas! Chyba mają zaburzenia przysadki, na co wskazywałby ich wzrost i nerwica. (Choć w sumie tego z końcówki nawet rozumiem, ja tez jestem dość wkurzona, jak mnie budzą). Aha, i ta, co poszła w świat z przeciętym brzuchem i głową w torbie, to jednak jej nie lubię.

Czyli wszystko jasne i jedziemy dalej, tak?

 

O NOWEJ TECHNOLOGII I OGONIE

 

Wczoraj nastąpiła kolejna zmiana jakościowa w naszym życiu w postaci Internetu z pudełka z niebieską lampką. Jedną z niedogodności życia na wsi jest bowiem to, że u nas Internetów nie można sobie wziąć ze ściany, jak w większości miast. Niestety. Mamy gwizdek do Internetu od dostawcy zwanego Polsatem i niech no się ta umowa skończy i NIGDY WIĘCEJ. Internet Polsatu przypomina bowiem witaminy: czasem jest, a czasem go nie ma. Można dzwonić i interweniować, jak ktoś ma każdorazowo dwie godziny wolnego czasu na taki telefon, a i tak pan w słuchawce poinformuje, że mają trzy dni na usunięcie awarii. No więc trzeba się było rozejrzeć za jakąś cywilizacją i podobno to pudełko sprawi, że O HO HO i że WEWOGLE. Normalnie nawet lodówka, słoiki i słuchawka prysznicowa się połączą z Internetem.

Po czym N. spędził czarujący wieczór wisząc na telefonie z konsultantem od pudełka, próbując podłączyć do Internetu swojego laptoka. Czego on nie musiał robić, jakieś ustawienia przeglądarek, opcji internetowych, no narobili się we dwóch z konsultantem jak dzikie osły. A najlepsze było to, że zanim się dodzwonił do call center, to mój Mac i wszystkie domowe ustrojstwa japkowe już w tym Internecie siedziały. Tylko ta biedna jełopa pecet, internetowo dysleksyjna, się nie mogła przebić.

Jak ten nowy chodzi to nie wiem, gdyż poszłam obejrzeć „Mentalistę”, a później spać.

Okropnie obłażę, drogi pamiętniku. Co zrobić, by nie obłazić? Zobojętnić ładunek chyba, ale jak? Wlokąc za sobą druciany ogon? To by mogło być nawet niezłe. Ciekawe, czy są na Allegro takie ogony. Pod sukienką by fajnie wyglądał.

 

O DELEGACJI I KLUSKACH

 

Szkoda, że nie mam takiej tabliczki JEZDEM W TERENIE, bo bym sobie wywiesiła, bo byłam. W Gdańsku. Gdańsk jest (uwaga, będę okrywać Amerykę! proszę się trzymać poręczy) przepiękny. Zwłaszcza wieczorem (jak te światła tak się w tej wodzie… i w tym kieliszku… prawda…). No. A najgorsze, że w tylu fajnych miejscach człowiek by sobie coś pysznego pożarł, a tu tylko jeden żołądek!…

Najlepsze, że zajeżdzamy pod hotel „Biała Lilia” (bardzo fajny, dwa kroki od Starówki, w ślicznym kompleksie kamienic), a tam… A TAM AMBER GOLD! Cała jedna kamienica Amber Gold i biura ze wszystkich stron (bo to taki kwartał, cały zabudowany kamienicami). Z jednej strony, z drugiej i z trzeciej. A z czwartej klub erotyczny (mają karaoke we wtorki dla wymagających). Jednym słowem – nieźle.

Najbardziej w tych kamienicach mi się spodobało, że mają na drugim piętrze wyjście na patio. Taki jakby zaułek, uliczka z ogródkami, chodniczek, lampy… Na drugim piętrze. Bardzo fajna sprawa.

A w drodze z Gdańska widzieliśmy napis „Park ruchomych dinozaurów w Malborku”. Ja nie wiem, dziwni ludzie w tym Malborku mieszkają. Nie wystarczy im, że mieli Krzyżaków?… I to dość ruchomych, z tego co pamiętam?… Jeszcze koniecznie muszą mieć dinozaury do kompletu?

A teraz oddalam się pisać dysertację „Wpływ zjedzenia miski ziemniaczanych klusek z twarogiem Pod Mariaszkiem na obwód podmiotu lirycznego w strategicznych miejscach” (no kaman, w ilu miejscach w Polsce można zjeść ziemniaczane kluski z twarogiem?… a jakie mają chrupiące mazurskie okonki!…).

Oraz, szanowni państwo, dowiedziałam się, że w Polsce wychodzi miesięcznik branżowy pt. „Egzorcysta”.

 

PS. Naprawdę potrzebuję takiej metalowej opaski na gardło, jak się zakłada łabędziom, zeby sie nie przeżerały. Zebym mogła jeśc tylko papki i przeciery (choć znając mnie, to zaraz znajdę sposób, żeby sobie przetrzeć kurę z KFC).

 

O ZAGADKOWYM KUCYKU

 

Z tą reklamą kontekstową na Facebooku, co wszyscy się jej boją, że muminki nas śledzą i kradną nasze wspomnienia i tożsamość, a później podsuwają reklamy ZŁOWIESZCZO, to jednak lipa. Dziś np. mam „VISIT NORTHERN NORWAY” – czyli gówno o mnie wiedzą, bo gdyby wiedzieli, to by podsyłali coś o Southern Africa. Albo o najbliższym wine bar. Har. Har.

Normalnie tak mnie swędzi ręka, że coś bym. Ale nie wiem co. Ale się rozglądam.

Ten detektyw – pijak z Irlandii mi nie podszedł. Trochę jest ZA BARDZO – że jak Irlandia, to wszyscy muszą chodzić pijani, a detektyw ma tylko dwóch przyjaciół na całym świecie, z których w pierwszym odcinku jeden ginie, a drugi jest mordercą. No LITOŚCI!…

Z rozpaczy oglądam pierwszy sezon Mentalisty (Van Pelt jest superpiękna) i mam taką refleksję – Jane kupił Teresie Lisbon na urodziny kucyka. Żywego. Co ona z nim później zrobiła?…

Aha, i może byśmy się zrzucili na nagrodę dla geniusza marketingu, który nazwał w sumie niegłupią i dość potrzebną małemu dziecku zabawkę edukacyjną „Garnuszek na klocuszek”?

 

O… MATKO, O CZYM TO JEST WŁAŚCIWIE?

 

(Po co firma Roxy włożyła mi do bikini 10 nalepek firmowych? Mam je sobie przyklejać na pośladkach celem zasłonięcia cellulitu czy jak?)

Martwię się o jednego pająka, nie je od trzech dni. W sensie nie, że anorektyk, tylko nic nie złapał, biedaczek. Jestem bliska złapania mu muchy i wrzucenia do sieci, choć to jest to oczywiście głęboko nieetyczne w stosunku do muchy (ale czy ktoś lubi muchy? I czy muchy są do czegoś potrzebne na świecie, oprócz oznaczania czasu zgonu na miejscu morderstwa?). Zawsze się dziwiłam autorom przyrodniczych filmów dokumentalnych, że tak potrafią – najazd kamery na małą foczkę i komentarz: „Oto mała foczka. Spójrzcie, jaka mała. Nie przeżyje zimy. O, jak się trzęsie. Jutro będzie miała zapalenie płuc” – zamiast, sukinsyny, przytulić foczkę, nakarmić i ogrzać kocykiem.

Tusz do rzęs musze kupić, bo już prawie cały zjadłam. Na lotnisku obwąchiwałam taki, co się ładnie nazywał „Doll Eyes”, ale opinie ma takie sobie („Doll Eyes! Ha ha, chyba laleczki Czaki!”). No i tak to z nimi jest, tymi kosmetycznymi cudami. Okazuje się, ze najlepsza była Celia, w którą się pluło.

Jakos tak szaro za oknem się zrobiło, to pójdę poczytać fajną jatkę na forum o tym, czy dawać jeść koledze, który odwiedził nasze dziecko (już 650 postów and counting). A później o tym, jak masoni, Iluminati i jaszczury z kosmosu zawiązały spisek przeciwko ludzkości w postaci obowiązkowych szczepień dla dzieci, a przecież wiadomo, że autyzm leczy się homeopatią, środkiem na robaki i analizą włosa.

 

O ŚLIWKACH (ZASADNICZO)

 

Echh… Jak zwykle, jak zwykle. Ja we wszystkim jestem dobra W TEORII, a w praktyce słabiej.

Z tą moją emancypacją zaczęłam z wysokiego C i o mało nie zamówiłam sobie na dobry początek sukienki z napisem „I’M FREE BITCH”. Niemniej wycofałam się z transakcji, bo po pierwsze, nie była za piękna, a po drugie… Jeszcze ktoś by zrozumiał ten napis opacznie, albo co gorsza – DOSŁOWNIE, no i co bym wtedy zrobiła?…

Ponadto, co robi kobieta wyemancypowana, kiedy widzi wór śliwek? Niedużych, twardziutkich (prezent od znajomych łuczników)?…

NIC.

PRZEMILCZA JE.

(Może je też kopnąć).

A ja? Odruchowo zupełnie zrobilam je w occie. I to nie PO PROSTU w occie, tylko tak, jak robiła moja babcia. Czytaj – cztery dni zlewania, zagotowywania zalewy octowej i ponownego zalewania śliwek. Bilans jest taki, że:

– mam czarny paznokieć, a właściwie dwa, od wybierania pestek;

– wciągnęłam nosem owocówkę (dziki tłum latał nad garnkiem z octowym syropem)  – o mało się nie porzygałam;

– lepi mi się pół kuchni.

NO JA NIE WIEM.

Czy śliwki w occie psują imydż, drogi pamiętniku?

Ale bikini, owszem, zamówione.

O MOIM MANIFEŚCIE

 

(Głowa mnie boli – wpadli znajomi postrzelać z łuku i zostali na śniadanie. Ale to przecież mogłam nie pić  tyle wina, mogłam, prawda? Oraz nie musiałam na zakończenie wieczoru wypalić pół paczki wołków, odpalając jednego od drugiego, prawda? Kto w ogóle przywlókł te wołki i po co!)

Ale chciałam podzielić się moim manifestem, który wymyśliłam na okoliczność zbliżających się urodzin:

ZAMIERZAM SIĘ STARZEĆ BEZ GODNOŚCI.

Po pierwsze, nie mam najmniejszego zamiaru SPOWAŻNIEĆ. Bo jak na moje lata jestem niepoważna i jest mi to WYTYKANE. No więc mam to w dupie.

Po drugie – nie obchodzi mnie, że w moim wieku NIE WYPADA. To chyba nawet dobrze, że nie wypada, bo jakby wypadło, to trzeba się schylać i podnosić.

Po trzecie – mini, kozaki, szorty, dekolty, kabaretki? Dopiero się zaczną! I w ogóle wszelkie ekstrawagancje.

Tak mi dopomóż Kajetano Alba i mamo Sylwestra Stallone.

Dokładnie jeszcze wszystkich zasad doprecyzowanych nie mam, bo dopiero omówiłyśmy z koleżankami z podstawówki założenia przy pysznej, tłustej pizzy (polecam – pizzeria „Romantika”, Żyrardów, kieliszek wina dają wielkości bomby zrzuconej na Nagasaki). Więc gdyby jeszcze ktoś miał jakieś propozycje, jak by się można było fajnie starzeć bez godności, to zapraszam.

To mówicie, że gdzie są najfajniejsze przecenione bikini?…