O ŚWIĘTA RITO!

 

Bym coś miłego napisała o wyjeździe, ale telepie mnie z zimna, co to ma w ogóle być? Zaraz mi kończyny odpadną. Oraz pan w samolocie mnie zarazil gruźlicą, kocham takie powroty.

(Taka temperatura sprawia, że mam ochotę zostać płatnym mordercą, albo nawet bezpłatnym mordercą, w czynie społecznym. Zaraz wezmę nóż i pójdę w miasto, bo mnie rzuca na wszystkie strony z zimna, może ciepła krew – cudza oczywiście – mnie trochę ugrzeje chociaż powierzchownie).

Wyjazd był pod znakiem wiewiórek. Ba! Wiewiórek, których nie było.

Jakaś znajoma naszych znajomych wróciła z Fuerteventury ze zdjęciami wiewiórek, które jakoby „są symbolem tej wyspy”. Halo, w ogóle. Ja tam jeżdżę od dziesięciu lat, symbolem wyspy jest koza, a wiewiórki na oczy nie widziałam. Oczywiście przez cały pobyt wypatrywaliśmy tych wiewiórek i co? ANI JEDNEJ. Nawet przejechanej. W jednym miejscu znaleźliśmy cos jakby wiewiórcze bobki oraz ślady łap. Za to kóz oczywiście było od cholery i trochę.

Ostatniego dnia w recepcji dumnie wisiała kartka, że czeka nas TROPICAL STORM. No więc przeżyłam swój pierwszy w zyciu tropical storm. Wyglądał on tak, że jak podjechaliśmy do sklepu, kupić sól (tak, lubimy sobie przywieźć sól z wakacji), to COŚ JAKBY KROPIŁO. Wyszliśmy ze sklepu z solą i już nie kropiło.

A teraz będzie subiektywny poradnik socjopaty co do miejsc, w które koniecznie trzeba na Fuerteventurze pojechać. Niektórzy lubią plażę z leżaczkiem, a ja na przykład, jak mi ocean ryczy. No więc w tych trzech miejscach ryczy naprawdę cudownie:

– Los Molinos – to miejsce jest totalna psią dupą, nie ma tam NIC. No, kilka kaczek i garstka miejscowych. W kawiarni nie dadzą kawy, bo im szkoda prądu na obcych. Plaża jest ciemna, a fale takie, że można zemdleć.

– Ajuy – zupełnie ciemna plaża i oberwany wulkan, po którym się spaceruje. Fale ryczą, można sobie stanąć na piasku i wrzeszczeć „Tylko na tyle cię stać, suko?” albo i coś gorszego, bo i tak nie słychać. Ajuy slicznie brzmi po polsku (w hiszpańskim „j” się czyta jak nasze dźwięczne „h”). W odróżnieniu od Los Molino jest tam cywilizacja i dobre knajpy z pysznym jedzeniem, które oczywiście wtrąbiliśmy w ilościach karygodnych (opaska na przełyk staje się priorytetem).

– długie plaże w Cotillo – mieszany piasek, żółty i czarny, pięknie to wygląda. Fale kilkupiętrowe. Kiedyś się tam postanowiłam wykąpać. Poskakać na falach, ha ha. Weszłam do wody do połowy łydki i następne, co pamiętam, to jebitna fala, która mnie nakryła z głową, starmosiła, nasypała piasku do majtek, a mojemu N. zabrało fajkę do nurkowania. Tam jak się idzie brzegiem kilkanaście metrów od wody, to nigdy nie ma pewności, czy za chwilę nie będzie tej wody po kolana. Ale nie szkodzi, bo jest ciepła i wspaniała.

Schudnąć mi się, jak było do przewidzenia, nie udało. Moja rozszalała flora bakteryjna się domagała twarożku od rana. I stęskniłam się za szydełkiem. I trochę za serialami.

0 Replies to “O ŚWIĘTA RITO!”

  1. Św. Rito proszę Cię o wstawiennictwo u Pana Naszego żeby nasz tata Ryszard wrócił do zdrowia po udarze mózgu okaż mi swoją łaskę proszę cie z całego serca w imieniu swoim i rodziny

  2. o proszę, my we wtorek z fuerty zlecieliśmy.
    w ajuiy widzieliśmy małe obszczane jaskinie (znaczy wg mnie to były dwie dziury w ścianie). w el cotillio ratownicy nieustannie, co sił w płucach gwizdali na śmiałków pchających się na fale.
    widoki piękne to fakt. Zachodnie wybrzeże przypomina Portugalię, bo wschodnie wybrzeże wg mnie takie zbyt turystyczne.

    wiewiórki widziałam dwie, przez jakieś 20s.
    kozy- tylko jadąc mi mignęły (w sensie- ja jechałam, one nie).
    i jednego wielbłąda w zagrodzie ale byl mały, wielkości doga angielskiego.

    generalnie fajnie, tylko 5 h lotu z małym dzieckiem przy boku, (mimo, że swoim….)

  3. o proszę, my we wtorek z fuerty zlecieliśmy. w ajuiy widzieliśmy piękne obszczane jaskinie (zn dwie dziury w ścianie). w el cotillio ratownicy nieustannie co sił w płucach gwizdali na śmiałków pchających się na fale, ale widoki piękne to fakt. przypominają Portugalię, bo wschodnie wybrzeże takie zbyt turystyczne.

    wiewiórki widziałam dwie, przez jakieś 20s.
    kozy- tylko jadąc mi mignęły (w sensie- ja jechałam, one nie).
    i jednego wielbłąda w zagrodzie ale byl mały, wielkości doga angielskiego.

    generalnie fajnie, tylko 5 h lotu z małym dzieckiem przy boku, (mimo, że swoim….)

  4. A tak, te powiązane notki to jest cudo po prostu. On sobie je sam wybiera, wedle uznania.

    Aha, i przepraszam za te cyferki pod komentarzem, ale przylazło jakieś cuś i strasznie śmieciło.

  5. Na wiewiórki to się jeździ do Anglii, tam mają ich na kopy, a nawet na tysiące, oblezą człowieka, obsiądą i wyżerają co się tylko da. Bardzo bezczelne to są wiewiórki.
    Natomiast pogody trochę to mogłaś przywieźć ze sobą, wiesz? Choćby i tego tropikal sztormu. A tak to będziemy się teraz męczyć do przyszłej wiosny… wszystko przez Barbarellę. ;P

  6. a ja trochę offtopicznie, bo bardzo zaintrygował mnie mechanizm powiązywania notek… dlaczego święta rita kojarzy się ze świętami to jeszcze mogę spróbować wymyslić, ale co w tym wszystkim robi nadzieja o szczurach co się topią ?

  7. Witam się, nowa nie nowa jestem:)
    czytam bloga od dłuższego czasu ale pierwszy raz komentuje.
    Wiewiórki są na Fuercie przysięgam, sama mam takie fotki jak jedzą mi z reki bułkę z masłem (no niestety niezdrowo ale orzechów nie miałam).
    W Corallejo ich chyba nie uświadczysz ale w tej bardziej górzystej centralnej części tak. Myśmy pojechali na 1 dniową wycieczkę objazdową i na jakiś górskim parkingu nas dopadły. Nie boja się za bardzo i są wdzięcznym obiektem do fotografowania, tyle ze szybkie są i szybko jedzą wiec nawet jak się zwabi taka na bułkę to i tak często masz tylko zdjęcie od strony ogona:)

  8. A widzicie. Bo my jeździmy do Corralejo i w ogólności na tę drugą częśc wyspy, bo tam jest więcej portowych miasteczek. Mój mąż musi mieć port, a ja lubię diuny.

  9. W tym roku byłam na Fuercie pierwszy raz. Zakochałam się bez pamięci. Od powrotu usycham z tęsknoty.
    Półwysep Jandija, na „ogonku” wyspy, Costa Calma i Morro Jable…
    I „wiewiórki”- czyli skoczki berberyjskie- tez tam są. I sępią niemiłosiernie, wystarczy przystanąć w czasie spaceru, podchodzą na wyciągnięcie ręki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*