O SERIALU CO IRYTUJE STRASZLIWIE

I wraca sobie taki N. prosto z wielkiego świata, cały olśniony wymianą doznań kulturowych i pachnący egzotyką, aby zastać w domu potarganego stwora z przekrwionymi oczami (od czytania po nocy), o konsystencji ciągliwego flaka i aparycji Morloka. W sumie tylko go podziwiać, że wraca. Kudosy dla niego (i domowy rosół).

No dobra, jako że wrócił, mogę się WRESZCIE zabrać za drugą część „Mindhuntera” i ten straszny serial. A właśnie, apropos straszny serial.

Wiadomo, że jestem daleko pod ogonem krzywej rozkładu normalnego i w sumie niedawno skonsumowałam „Wielkie kłamstewka”. Ale za to solidnie – i książkę, i serial. Książka takie sobie czytadło, nic nadzwyczajnego, za to serial…

Serial jest oczywiście ŚWIENIE zagrany, co nie dziwi – z taką obsadą. Natomiast od pierwszej do ostatniej minuty miałam pulsującą żyłę i nieomal wysypkę – nie było bohatera(-ki), którego nie miałabym ochoty porąbać siekierą i zakopać w dole z wapnem. To im się udało GENIALNIE. A w ogóle zaczęłabym od tej szkoły – zrzuciła na nią ołowiano – betonowe bloki jak na elektrownię w Czernobylu i otoczyła dziesięciokilometrowym kordonem ochronnym na sto lat. W takich miejscach rodzi się wszystko, co sprawia że nasz współczesny świat jest taki pojebany. I zaprawdę, jeden trup to za mało (chyba powinnam ostrzec, że spojler, ale przecież już wszyscy to widzieli). Dobrze, że taki krótki.

A w ogóle to widziałam, że mróz ma być w ten weekend. I śnieg. JAKI ŚNIEG?… Dajcie mi coś na uspokojenie.

 

PS. I znowu siedzę w robocie przy biurku, a do okna tłuką mi sikorki, jakby miały jakieś zamiary spożywcze wobec mnie! Chętnie bym im udostępniła pewne partie, żeby dokonały liposukcji dziobkami. Wasza uniżona – Leniwa z Tłuszczykiem 😉

 

O TYM, CO MA SENS

I kiedy wreszcie udaje mi się usnąć

(Bo najpierw piętnaście razy krążę i sprawdzam, czy na pewno wszystkie drzwi zamknięte, żaluzje opuszczone. Później wstaję po drugą parę skarpetek, bo w jednej mi za zimno. Później  długo czytam bezpieczną książkę bez trupów – aktualnie „Koleżankę” o Osieckiej, a w końcu leżę i próbuję usnąć, ale nie jest to łatwe, bo oczywiście przypominają mi się wszystkie historie z reddita. Te o mordercach walących do drzwi w środku nocy albo włamywaczach spotkanych we własnym domu na korytarzu. No ale dobra, w końcu liczę te barany i jakoś się udaje)

…to o trzeciej w nocy, TRZECIEJ W NOCY wyrywa mnie ze snu telefon. Wiadomo, kto dzwoni o TRZECIEJ W NOCY, więc od razu mam zawał. Patrzę na numer – N. Odbieram – w tle rozmowy i jakiś szuranie.

O trzeciej siedem naszego czasu zadzwonił do mnie dupą z drugiego końca świata. Musiał oczywiście wycelować w godzinę, której najbardziej się boję, prawda? Wypruję mu flaki, jak wróci (ale najpierw się wyśpię).

W dodatku pod prysznic wleciała mi ćma i musiałam się bardzo ostrożnie kąpać, żeby jej nie zamoczyć.

A na moim ulubionym forum przeczytałam tytuł wątku „Piernik leżakujący – czy to ma sens?” i jakoś odruchowo wzięłam to do siebie. Kartofel kanapowy, piernik leżakujący. Faktycznie, za wiele sensu to nie ma.

 

O KARMIE, KTÓRA DZIAŁA BŁYSKAWICZNIE

Dziś z okazji wyjazdu N. wstałam o 3.20 i zrobiłam mu herbatę na drogę w kubku termicznym.

Oczywiście, NIE ZABRAŁ JEJ. Zapomniał.

Oczywiście zapisuję to celem wypominania w dogodnych okolicznościach.

Sprawozdanie z nowej diety Szczypawki: wołowina z melonem została przyjęta z entuzjazmem i przeszła przez psi brzuch bezobjawowo, natomiast co do jesiotra z truskawkami… No niestety, byłam na górze w łazience i jak zeszłam na dół, to już było po wszystkim. To znaczy dla Szczypawki, dla mnie przygoda z psią sraczką dopiero się zaczynała. Jednak macie rację, jesiotr z truskawkami brzmi groźnie i N. powinien był przemyśleć ten zakup (i sprzątać sraczkę, może to by go czegoś nauczyło w kwestii eksperymentów na psich kiszkach!). Nie wiem, czy ryzykować kolejne części tej przygody.

Ten najnowszy „House of Cards” kupy się nie trzyma – tam w ogóle nie ma intrygi, tylko wszyscy robią krzywe miny, znikąd pojawia się jakaś para bogatych zwyrodnialców, którzy bez specjalnej myśli przewodniej mącą tylko po to, żeby być jeszcze bogatsi i jeszcze bardziej zwyrodniali, a panie kucają (ktoś wie, o co chodziło z tym kucaniem?). W ogóle nie ma klimatu narastającej katastrofy z poprzednich części (nie, no teraz to już pierdolnie, z tego to im się nie uda wywinąć). A fryzura i ciuchy Claire to jakiś eksperyment estetyczny (chyba też po to, żeby uwypuklić jej zwyrodnialstwo).

Z ciekawszych wydarzeń to zalałam sobie herbatą śnieżnobiałą koszulę – z lenistwa, bo nie chciało mi się przejść w biurze 10 kroków do kosza na śmieci i wywalić szczura z kubka. Od teraz już będę wyrzucać – bo staram się uczyć na błędach, odwrotnie niż nasi wspaniali politycy.

Reklama kontekstowa wrzuciła mi ostatnio równolegle złote siatkowe pończochy z kryształkami i laserowe usuwanie żylaków. Dało mi to do myślenia.

 

O PIĘKNYCH CZTERECH DNIACH

Szczypawka wybrała się na długi weekend nad morze i w swojej łaskawości pozwoliła, żebyśmy pojechali z nią, a nawet ją zawieźli (i na miejscu karmili). Pogoda była po prostu NIEPRAWDOPODOBNA jak na początek listopada – takie niebo widziałam ostatnio na Wyspach Kanaryjskich. Może nie było upału, ale bezwietrznie i słonecznie, wspaniale. Zjedliśmy gofry, zjedliśmy pieczonego kurczaka (najlepsze na świecie pieczone kurczaki są w Świnoujściu i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej), obraziliśmy się na bar Kopytko, który był zamknięty, a mój mąż pojechał do Niemca i kupił sobie do kawy cukier żelujący. Mnie śmieszy.

Żeby nie wszystko było takie cudowne, to N. kupił nowy zapach do samochodu, bardzo wyrafinowany. W pewnym momencie moja koleżanka zaczęła dyskretnie zaglądać pod fotele – okazało się, że szuka psiego pawia, bo tak jej coś zalatuje. Tak, nowy zapach daje aromat rzygów. N. się na nas złościł, że wcale nie i że to jest specjalny japoński zapach, a my jak zwykle coś wymyśliłyśmy, ale nie – ZAPACHU SIĘ NIE DA WYMYŚLIĆ (a jakby się dało, to byśmy coś przyjemniejszego wykombinowały). A Japończycy są dziwni i ekscentryczni i jak najbardziej wierzę, że mogą sprzedawać samochodowy zapach z psim pawiem w tle. Dziwniejsze rzeczy sprzedają.

A w zoologicznym N. kupił Szczypawce jakąś nową karmę w puszkach do spróbowania, cztery smaki:

– wołowina z melonem;

– jagnięcina z gruszką;

– indyk z malinami;

– jesiotr z truskawkami.

Jestem ostatnią osobą, która żałowałaby czegokolwiek psu, ale chyba chwilami już przeginają z tą kreatywnością.

To co, podobno nowy sezon „House of Cards” rzucili? Jak ja tej baby nie znoszę (Claire, nie aktorki).