O NIEROZUMIENIU MĘŻCZYZN ORAZ BINGO

 

Znowu śnieg. Nie powinnam była inwestować w te sandałki. Powinnam była kupić KOŻUCH z potrójnie fastrygowanego barana. A w Bilbao leje i ma lać przez cały nasz pobyt.

I weź tu człowieku i nie pij.

W nawiązaniu do notki o mumii, którą odsunęły na bok psie jelitka, to ja nie wiem, co jeszcze można dodać. „James Monroe pracował jako stróż nocny w muzeum Smithsonian przez ostatnie dziewięć lat i cieszył się dobrą opinią, pisze Snopes. Jednak po swoim rozwodzie z żoną, jego zachowanie zaczęło wzbudzać wątpliwości. Zdaniem kolegów, Monroe od niedawna stał się bardzo przygnębiony i rozdrażniony. W tym samym czasie pracownicy placówki stwierdzili poważne uszkodzenia mumii i postanowili zainstalować ukrytą kamerę w pomieszczeniu, gdzie była ona zdeponowana. Zarejestrowany film zszokował wszystkich. Okazało się, że Monroe uprawiał seks z eksponatem, który liczy ponad dwa i pół tysiąca lat.”

Z czego wniosek, że znowu wszystkiemu jest winna żona. Jakby się z nim nie rozwiodła, to by nie musiał szukać pocieszenia w ramionach (bandażach?…) znajomej z muzeum. Zawsze wszystkiemu winne są żony. Możecie zapytać mojego męża, on to potwierdzi.

U jednego kolegi na fejsie był jeszcze komentarz, że poleciał na nią, bo mało się odzywała, a facetom chodzi o to, żeby kobieta była CICHA.

Ja to przyznam się szczerze, że nie wiem, o co chodzi facetom. I raczej już się nie dowiem, choć niby człowiek przez całe życie się uczy. N. na przykład spędził weekend doskonaląc technologię wędzenia, bo teraz aktualnie specjalizuje się w wędzeniu (miej mnie Panie w swej opiece). Coś mu dym nie szedł tak jak powinien. Za to cygaretki mu szły jedna za drugą! Bez przeszkód!

Czy są jeszcze tak zwane hipnotaśmy odzwyczajające od palenia? Może bym mu puszczała na noc, jak zaśnie, bo już naprawdę nie mogę znieść tego smrodu. Ewentualnie mogę zamiast hipnotaśmy zastosować inny środek perswazji, na przykład obcięcie łba, czyli tak zwany kajetanizm.

Właśnie okazało się, że mamy potrójne bingo:

– poniedziałek rano,

– śnieg, oraz

– Urząd Skarbowy.

IDĘ PIĆ.

O PSIEJ REWOLUCJI

Co ja wczoraj miałam.

Bardzo proszę, żeby mi skopać dupę,

skopać dupę

oraz skopać dupę, ale to tak PORZĄDNIE, żeby mi się wydzieliło dużo adrenaliny, która jak wiadomo wspomaga pamięć długoterminową, i żebym sobie ZAPAMIĘTAŁA NA ZAWSZE: NIE DAWAĆ PSU Z LUDZKIEGO TALERZA. Żeby nie wiem jak się tarzała, błagała, jęczała i wypalała w człowieku dziurki oczkami.

Albowiem poczęstowałam pieska gulaszem zeskrobanym z zamówionych placków ziemniaczanych po tak zwanym zbójnicku. Gulasz charakteryzował się takim brązowym sosem, którego nigdy mi się nie udało wyprodukować ani zaobserwować w realiach domowego gotowania, a w którym gastronomia się specjalizuje. Nie wiem, co w tym sosie jest, ale sądząc z tego, co sobą reprezentował pies następnego dnia, to CHYBA CO NAJMNIEJ NAPALM. I to ZGNIŁY.

Pies miał sraczkę. Biedna była bardzo, nie chciała jeść ani pić, ale to jeszcze nic. Najlepsze było, jak pod wieczór zaczęło jej jeździć w kiszkach. Nigdy, PRZENIGDY nie słyszałam takiego koncertu z psiego brzucha!… N. w delegacji, u psa w jelitach górniczo – hutnicza orkiestra dęta, a ja na skraju zawału. Czyli standard.

Oczywiście pognałam szukać wsparcia w internecie („przelewanie się i bulgotanie w jelitach u psa bardzo głośne”). Jest to okazało się problem częstszy, niżby się mogło wydawać („Mojemu psu tak głośno bulgocze w brzuchu, że nie możemy z mężem spać”), tylko do tej pory nam się nie przytrafiło. U jednej pani weterynarz polecił dać psu espumisan. No to jesteśmy w domu. Wetknęłam Szczypawce espumisan i poprawiłam strzykawką wygazowanej coca coli do pyska. Grało jeszcze z godzinę, spała grzecznie, dziś od rana rozrabia. Uff.

Miała być notka  o tym dozorcy w muzeum w USA, co go zamknęli za seks z mumią sprzed 2500 lat (zawsze mnie zadziwiał męski gust i nie rozumiałam, dlaczego niektóre panie maja szalone powodzenie), no ale niestety wyczerpały mnie psie flaki.

I na dodatek śnieg pada. Tulipanom już wyrosły uszy na pięć centymetrów wysokie, a tu śnieg!… Nie ma sprawiedliwości na świecie ani niczego innego.

 

O TERAPIACH SZOKOWYCH I RECEPCIE NA KRÓTKOWZROCZNOŚĆ

 

„Dobry dzień. Zwłaszcza jeśli domeną Twojej działalności są inwestycje. Sukces możliwy jest także w innych dziedzinach życia. Najwięcej osiągniesz spokojem i dyplomacją. Miłość: Nie daj się uwieść byle komu. Praca: Ryzyko tak, ale kontrolowane. Zdrowie: Pomóż organizmowi zregenerować siły.”

No i co?… Tylko sądem postraszyć i od razu uprzejmiej! Boże, co za czasy – nie opierdolisz, nie pojedziesz, jak to mówią.

Dobrze, że się zrobiłam na ten blond, to nie widać jak osiwiałam. Wczoraj – wracamy sobie do domu, N. się upiera, że widzi bociana (to nie był bocian!), wtem telefon:

– Dzień dobry, tu firma ochroniarska! – zasuwa panienka w telefonie, głosem dźwięcznym i jasnym jak pięćdziesiątka wódki czystej. – Pan N.? Mamy  zgłoszenie, że u państwa jest pożar.

– CO?

– Pożar! – wyjaśnia entuzjastycznie panienka. – To dziękuję, do widzenia.

Jak nam minęła reszta drogi, to chyba nie muszę mówić. Trochę się trzymałam za serce i wizualizowałam moment wyłączenia żelazka (NA PEWNO WYŁĄCZYŁAM). Zajeżdżamy, N. bohatersko wchodzi, a ja się martwię, czy zachował środki ostrożności – trzeba twarz obwiązać mokrą ścierką i iść na czworaka, przy ziemi. Po kilku minutach wychodzi bynajmniej nieokopcony i mówi, że był zanik prądu, bo kuchenka miga, a tak to nic.

Często mamy zanik prądu, ale wtedy dzwonią i mówią, że mają sygnał zaniku prądu. No, raz zadzwonili nad ranem i powiedzieli, żebyśmy sprawdzili, czy jest prąd, bo jak jest, to znaczy że ktoś się do nas włamuje. Ale z pożarem to był pierwszy raz. I proszę, niech już nie będzie następnych! Za stara jestem na takie terapie szokowe! (I niby czemu one miałyby służyć? Wyleczyć mnie z lenistwa? Nie sądzę).

Dziś rano wysłuchałam materiału o krótkowzroczności – że coraz więcej ludzi ma i że w 2050 to już będą mieli prawie wszyscy. Jestem krótkowzroczna i nigdy mi to specjalnie w niczym nie przeszkadzało – a nawet pomagało, można wyjąć szkła i świat od razu pięknieje! (Zwłaszcza przed lustrem). Jeśli to choroba cywilizacyjna, to z całego serca dziękuję, że trafiła mi się tylko taka, nieuciążliwa, skutkująca najwyżej obrażeniem się na mnie kilkorga znajomych, kiedy ich nie poznam na ulicy czy w sklepie (albo poznam, ale nie chce mi się im kłaniać, taaak? i mam na co zrzucić winę, hehe). Rozczuliła mnie natomiast recepta na zapobieganie krótkowzroczności: otóż, należy trzy godziny dziennie przebywać na zewnątrz, w DOBRZE NASŁONECZNIONYCH MIEJSCACH. Urzekająca porada, zwłaszcza jeśli się wyjrzy przez okno w Polsce jakieś 315 dni w roku.

Oraz zakochałam się w sandałach Les Tropeziennes, chociaż oglądanie ich TERAZ to wyrafinowany masochizm.

I nadal nic mi się nie chce.

O ULUBIONEJ PIZZY NOBLISTKI I KLĄTWIE

 

„Stres i konflikty skomplikują stosunki z innymi. Inną przyczyną kłopotów może być Twoja nadmierna skłonność do krytykowania. Wisi nad Tobą groźba separacji! Masz coraz mniej energii!”

No kurwa mać. Chyba im wytoczę proces, że zamiast motywować, to mnie codziennie dobijają. Tak dalej być nie może! (Wykopujemy zakonnicę).

Na dodatek przeczytałam, że na Wielkanoc przewidywane są opady śniegu. Doprawdy, hura. I co, znowu na poprawę humoru będę musiała iść do fryzjera?… Toż wyłysieję!

Książka pana Rusinka o Wisławie Szymborskiej – urocza, ale nie bez mocnych akcentów. Mimo lekkiego, anegdotycznego tonu, skrzącego się języka, momentami oczy się szklą. Okazuje się – można napisać cos biograficznego, szalenie interesującego, bez zaglądania do szuflady z bielizną (acz zaglądamy noblistce do innych szuflad). Bardzo mnie jakoś tak usatysfakcjonowało czysto osobiście upodobanie Pani Wisławy do kurczaka z KFC oraz pizzy hut, którą w dodatku zamawiała do domu w celu podania gościom. O kurczaku wiedziałam, kiedyś już gdzieś na tę informację się natknęłam, ale nie o pizzy. Niniejszym przestaję mieć kompleksy, że za nimi przepadam.

Za tydzień i trzy dni udajemy się na północ Hiszpanii, do Bilbao. Prognoza pogody: ma lać. N. mówi, że mnie udusi, jak się nie uspokoję. Droga Redakcjo, jak zdjąć z obywatela klątwę deszczu?…

 

O BLOND BESTII I MARSJANINIE

 

Ten luty doprowadził mnie do takiego stanu, że pomyślałam kilka dni temu, że albo zwariuję, albo coś. I wybrałam albo coś – czyli zapisałam się do fryzjera.

Wpadłam z okrzykiem „Niech pani coś ze mną zrobi, bo oszaleję!” – ale to jest moja stała kwestia i moja ulubiona fryzjerka nawet okiem nie mrugnęła (jeszcze zazwyczaj dodaję „ale żeby nie było widać odrostów”, bo ja do fryzjera chodzę rzadko i musi się długo trzymać). Stwierdziła, że skoro tak, to pojedziemy ostrzej niż zwykle i już za pięć minut siedziałam w wygodnym fotelu, a ona jeździła po mnie pędzlem, maczanym w miseczce śmierdzącej zupki, jak malarz pejzazysta: długie pociągnięcia pędzla, krótkie pociągnięcia pędzla, detal. Zwykle spędzam w tym zakładzie trzy godziny w całkiem odrealnionym, innym świecie, bo ja nie bywam u kosmetyczek czy w SPA, bo to żaden relaks dla mnie (jakaś obca baba mnie obmacuje i wsmarowuje tłuszcz?…), no ale fryzjer to wyższa konieczność w zasadzie. Wczoraj było trochę gorzej, bo siedziała jakaś niunia, chyba celebrytka, bo dość brzydka, ale cała w pretensjach, no i cały czas się darła albo śmiała na całe gardło z własnych super dowcipów: „W BUŁCE ROBIĄ NOWĄ SALĘ NA PIĘTRZE! NO WREŚCIE! MOGLIBY REZERWACJE ZACZĄĆ PRZYJMOWAĆ! EEEEHHHEHEHEH” (i mogliby wywiesić ostrzeżenie, że tam się stołują takie indywidua jak ty, żeby mi nie przyszło do głowy przyjść coś zjeść).

W rezultacie wyszłam po trzech godzinach w stanie dość jasnego blondu (tego takiego rozjaśnianego w dół). Bardzo śmierdziało, ale efekt fajny.

Wieczorem obejrzeliśmy Marsjanina, bo rzucili w załączeniu do Focusa: no są skróty, ale raczej dość wiernie się trzymają książki (jeden był zgrzyt dość gruby – że śluzę załatał folią). No i już nie uwzględnili tego, jak usmażył Pathfindera, stracił łączność i wjechał w burzę w drodze do MAV-a, z braku czasu. Ale jest jedna scena w momencie, kiedy zaczyna uprawę ziemniaków i potrzebna mu, well, kupa. Więc postanawia odzyskać odchody załogi. Odchody są w woreczkach – na razie wszystko OK, bo toaleta jest próżniowa i pakuje zawartość do zgrabnej paczuszki. Ale na filmie te woreczki są PODPISANE nazwiskami załogantów – oczywiście po to, żeby Mark Watney (znaczy Damon) mógł sobie parsknąć nad jednym woreczkiem „Jezus, Johanssen!” na potrzeby rozbawienia widza. No więc to chyba jest trochę za grubymi nićmi szyte, bo co – wbijaliby osobisty kod w toalecie za każdym razem? Ja wiem, że w niektórych zawodach trzeba się pożegnać z prywatnością i z pewnością do takich zawodów należy astronauta, którego w każdej chwili misji obserwują dziesiątki par oczu. Ale żeby nawet w toalecie w bazie na Marsie?…

Film bardzo w porządku, chociaż trochę za mało specyficznego humoru Marka, to Damon świetnie dobrany (nie wyobrażam sobie nikogo innego). No i bardzo ładne namioty, które robiły za bazę na Marsie – ze Szczecina (nie wiem, czy nie będziemy takiego kupować, bo N. był zafascynowany).

No i śniło mi się, że robiłam sałatkę z przepisu z takiej hiszpańskiej książeczki z przepisami na tapasy… I ta sałatka była z malutkimi żabkami, takimi jeszcze z głową kijanki, zamarynowanymi w słoiku.

Ale po co ten śnieg spadł, to naprawdę nie mam pojęcia.

O HAŚLE, HOROSKOPACH I MOIM PRYWATNYM WIRTUALNYM AKWARIUM

 

No dobra. Po trzech miesiącach w końcu się zebrałam i przeniosłam do nowego telefonu. Przy czym OCZYWIŚCIE, stało się dokładnie to co przewidziałam i dlaczego tak się ociągałam z przenosinami: zapomniałam hasła do Apple’a. Za każdym razem zapominam i jest mi już po prostu strasznie głupio wysyłać im tego maila. Niby wiem, że od zerowania haseł są automaty, a nie sam Prezes ds. Haseł siedzi w Gabinecie Owalnym i akceptuje albo odrzuca podania – I CAŁE SZCZĘŚCIE, bo moje już by odrzucił. „Pani jest nieodpowiedzialna i w ogóle nie zasługuje na dostęp do naszych usług. Proszę się nad sobą zastanowić i przemyśleć swoje postępowanie. Za karę proszę przepisać hasło w zeszycie sto tysięcy razy.”

No ale teraz to już wymyśliłam TAKIE hasło, że absolutnie nie ma mowy, żebym je zapomniała.

Co prawda, przy poprzednim też tak myślałam. Ale to jest lepsze. (Na pewno lepsze!…)

Z innej beczki: zawsze miałam beznadziejne horoskopy. Żaden serwis z horoskopami nie lubi znaku Panny, najwyraźniej. Wszystkie Byki, Ryby i Koziorożce miały romanse, fortunę i podróże, a ja „posprzątaj w garażu”. No taka karma. Sucha i w granulkach (choć mój pies nawet lubi).

Ale wczorajszy z Onetu to już po prostu SZCZYT – żeby nie powiedzieć, Nanga Parbrat. Czytam i tak: „Spotkania ze znajomymi okażą się nudne” (co prawda, żadnego nie planowałam, ale trudno, wezmę szydełko i coś do poczytania). „Wzrosną twoje ambicje i zarozumiałość” (jeszcze wzrosną? Myślałam, że już nie da się być BARDZIEJ zarozumiałym). I na koniec hit: „Brak tranzytów nie sprzyja wydajnej pracy”.

Pół godziny to trawiłam, poczem wysnułam wniosek jak krzyżak pajęczynę (czyli z odwłoka), że najwyraźniej GWIAZDY chcą, żebym poszła do pracy w spedycji. Chyba. No bo JAK to inaczej zinterpretować?…  A przecież zawsze chciałam być kierowcą TIRa (zanim przeczytałam Witkowskiego o tym, co muszą robić kierowcy TIR-ów z tirówkami na postojach).

Z mojego ulubionego forum: wątek o tym, jak jedna pani w mięsnym powiedziała „Poproszę trzy kotlety schabowe ukrojone”, a ekspedientka do niej, że ludzie to się teraz leniwi zrobili, bo każdy chce od razu ukrojone zamiast kupić w kawałku i sobie w domu kroić. I TADAM – jak zwykle, panie podzieliły się na dwa obozy: „ekspedientka też ma prawo mieć gorszy dzień” kontra „w dupie się babie przewraca, jak jej się nie chce kroić kotletów to niech idzie kopać rowy” i oczywiście wzięły się za łby. Szczęka oręże. Boże, jak ja kocham to forum, jest sto razy lepsze niż akwarium, bo wody nie trzeba zmieniać ani karmić, no i rybki się cały czas kotłują, zamiast grzecznie i bez sensu pływać w kółko. Zanim je odkryłam, mój świat był taki ubogi, nawet by mi do głowy nie przyszło, O CO ludzie (baby) są w stanie się pokłócić.

„Ginekologów” czytam. Chwilami mi słabo, ale nie mogłam się wczoraj oderwać.

O BEZSENSIE TOM TRZECI TRYLOGII

 

Booże, jak mnie ten Kossak wymęczył!… Ile on się w życiu naharował, biedak, a im starszy, tym miał coraz większe długi. Ale jak tu nie mieć długów, kiedy wisiała na nim małżonka z chałupą pełną służby, dwie córeczki dożywotnio wraz z kolejnymi mężami, jeden synek z rodziną i kochankami, a w dodatku finansowy utracjusz, brat bliźniak, siostra, kochanki, Witkacowa, apodyktyczny szofer i Buka wie, ile jeszcze innych pąkli. W dodatku jak już jakieś pieniądze w końcu dorwał, to dysponowanie nimi przyprawiłoby o zawał i osiwienie chyba wszystkie katedry zarządzania finansami w całej Europie. A my uważamy, że roszczeniowa młodzież dojąca rodziców to wynalazek czasów współczesnych.

Ostatnie lektury tak mnie dołują, że boję się zacząć tych „Ginekologów”, bo fama niesie, że to nie jest lektura dla mientkich zawodników.

Nadal przygniata mnie bezsens; wyświetliła mi się infografika z objawami depresji – MAM WSZYSTKIE. Łącznie z niechętnym wychodzeniem z domu, unikaniem ludzi oraz zakupami na poprawę humoru. Kupiłam sobie rurki w Zarze i chyba lekko przesadziłam z ich wąskością. Jakoś je na siebie rano nawlekłam, ale jak je zdejmę, to naprawdę nie wiem. Będzie jak u Almodovara ze ściąganiem butów. No ale trudno, żebym w depresji robiła PRZEMYŚLANE zakupy, tak?

Drogi Pamiętniku, jak dożyć do marca w stanie względnie nienaruszonym na umyśle i w miarę możliwości w jednym kawałku?…

 

O DALSZYM CIĄGU BRAKU SENSU PLUS ROSÓŁ

 

Jest tak bez sensu, że nie mam słów. Ciągle mi się chce spać. Albo wyć.

Siekier przybyło trzy sztuki (and counting, jak sądzę). No ale to było jakby do przewidzenia, więc pretensje mogę mieć tylko do siebie (MOJA PANNO).

Od Bożego Narodzenia boli mnie głowa i nie chce przestać. Mój stary nie chce przestać jarać cygaretek. A na dodatek pies zaczął mnie w nocy budzić, jak jej się pić chce.

Bo tak – jak obudzi pańcia, to pańcio ją pod pachę, wstaje i schodzi na dół do miski. Piją i wracają. A ja – o nie, nie, ja jestem za leniwa. Mam na takie okazje miskę z wodą przy łóżku i suka się zbiesiła – wie, że jak obudzi MNIE, to ma full serwis z dostawą prosto pod pysk i to na leżąco, a nie jakieś wycieczki po nocy, w dodatku po schodach. Więc budzi mnie. Wchodzi mi na głowę i zaczyna mlaskać, jak nie przymierzając prezes takiego jednego ugrupowania politycznego, najważniejszego na świecie. I tak już byłam całoetatowym odźwiernym mojego psa, to teraz jeszcze jestem podczaszym. Naprawdę, kto tu kogo tresuje?…

No i tak. Sensu nadal za grosz, a na Walentynki gotuję rosół. To znaczy, nie na Walentynki – bo Walentynki mam w dupie. Ale rosół gotuję.

 

PS. Ja to jednak jestem głupia. Przecież było w jakimś serialu, ze heroiny nie trzeba wstrzykiwać, tylko można nasypać sobie do oka! Do oka MOGĘ SYPAC – po dziesięcioleciach wtykania soczewek kontaktowych mam słabe odruchy obronne. Gdzie się kupuje heroinę? TYLKO DUZO!

O TYM, ŻE CHWILOWO CAŁKOWITY BEZSENS

 

Jestem zupełnie bez życia. Wczoraj mi się odrobinę ciśnienie podniosło, jak płaciłam ZUS-y, ale to na ile, pół godziny? Wracam do domu i wpadam w tryb couch potato. Nawet na buty nie mam siły. Wczoraj mi wyświetliło jedne dość atrakcyjne, El Naturalista, czółenka, 333 zyle. No nawet ładne, na pewno wygodne, bo świetna marka i za jedyne pół szatana, ale…

Nic nie ma sensu (jak ta herbata, co służąca jej nie podała, bo nie było sensu). Jak telefon ma tryb oszczędzania baterii, tak ja działam w trybie nieposiadania sensu. Jakiegokolwiek. Nie musi być sens życia, bo jak wiadomo, życie nie ma sensu (chyba że przyjmiemy, że jest sensem jako takie).

Nie wiem, może baterię połknę, od zegarka albo paluszek, może mnie trochę ruszy.

Zuzanka mówi, żeby zdegustować „Jessica Jones”.

PS. A jednak mnie rozbawili. „Sweter z tkaniny miłej w dotyku” – no coś podobnego. I ktoś to kupuje? A nie mają czegoś w stylu „Sweter z odpychającej, ohydnie szorstkiej tkaniny, która wywołuje wysypkę, a na dodatek lekko śmierdzi”? Bo bym wzięła trzy.

O JAJACH HRABIEGO I LISTACH DO ŻON Z DELEGACJI

 

Z tymi parówkami to w pierwszej chwili myślałam, że ktoś sobie robi żart z pani Gessler. Nic do niej osobiście nie mam – ani mnie specjalnie grzębi, ani zieje, choć porcje niektórych dań w firmowanych przez siebie restauracjach ma skandaliczne, ale żeby się komuś pocałunki z kiełbasą kojarzyły… No wiem, nie jestem ekspertem od cudzego życia, a każdy ma takie doświadczenia, jakie ma. W sumie nie jest to aż tak spektakularna nazwa, jak we wczesnych latach 90-tych soki „DICK BLACK”, na przykład.

Czytam ja ci tego Kossaka (skończyło mi się „O świcie wzięłam psa i poszłam” – po tej części jestem już całkowicie zakochana w Jacksonie Brodie, w sumie aż dziwne, że nie wcześniej, skoro gra go Jason Isaacs) i natykam się na taki rodzynek (anegdota dotycząca wielkanocnego śniadania): „Ktoś zapytał przy stole, dlaczego zamiast srebrnych sztućców podano zwyczajne. Pani domu wyjaśniła, że srebro czernieje od jaj – co zresztą jest prawdą, bo żółtko zawiera siarkę – na co Wojciech Dzieduszycki lekko uniósł się na krześle i nic nie mówiąc, z całą powagą przełożył srebrną papierośnicę z kieszeni spodni do górnej kieszeni marynarki”. Oczywiście kwiknęłam sobie radośnie i czytam to na głos N. Na co on, znudzonym głosem – że to strasznie stare, on to ZNA i z pięć razy już mi opowiadał!…

Nooo moi państwo, ja może mam lekką sklerozinkę i potrafię zgubić kubek z herbatą we własnej chałupie, ale NA PEWNO nigdy mój osobisty mąż mi nic nie opowiadał o jajach hrabiego Dzieduszyckiego! Jak nic wmawia mi, że nie pamiętam, bo wariatkę chce ze mnie zrobić i zamknąć na strychu (a strych mamy bardzo niski, cholera jasna).

Na razie jestem w czasach młodości Kossaka, kiedy to podobno nie miewał jeszcze kochanek, za to pisał do małżonki takie oto listy z Berlina, gdzie malował panoramę: „Mańcia niech się przygotuje na bardzo stęsknionego i wyposzczonego męża, proszę, żebym nie widział niebieskiej chusteczki [intymny sygnał oznaczający: dzisiaj nie można], żeby służąca miała konferencję właśnie w innej chwili i żeby tam było wszystko ładnie i pachnąco – dobrze? Za to Wonio będzie bardzo uprzejmy”.

Dziś mężowie z delegacji zdecydowanie rzadziej do żon piszą.