O BLOND BESTII I MARSJANINIE

 

Ten luty doprowadził mnie do takiego stanu, że pomyślałam kilka dni temu, że albo zwariuję, albo coś. I wybrałam albo coś – czyli zapisałam się do fryzjera.

Wpadłam z okrzykiem „Niech pani coś ze mną zrobi, bo oszaleję!” – ale to jest moja stała kwestia i moja ulubiona fryzjerka nawet okiem nie mrugnęła (jeszcze zazwyczaj dodaję „ale żeby nie było widać odrostów”, bo ja do fryzjera chodzę rzadko i musi się długo trzymać). Stwierdziła, że skoro tak, to pojedziemy ostrzej niż zwykle i już za pięć minut siedziałam w wygodnym fotelu, a ona jeździła po mnie pędzlem, maczanym w miseczce śmierdzącej zupki, jak malarz pejzazysta: długie pociągnięcia pędzla, krótkie pociągnięcia pędzla, detal. Zwykle spędzam w tym zakładzie trzy godziny w całkiem odrealnionym, innym świecie, bo ja nie bywam u kosmetyczek czy w SPA, bo to żaden relaks dla mnie (jakaś obca baba mnie obmacuje i wsmarowuje tłuszcz?…), no ale fryzjer to wyższa konieczność w zasadzie. Wczoraj było trochę gorzej, bo siedziała jakaś niunia, chyba celebrytka, bo dość brzydka, ale cała w pretensjach, no i cały czas się darła albo śmiała na całe gardło z własnych super dowcipów: „W BUŁCE ROBIĄ NOWĄ SALĘ NA PIĘTRZE! NO WREŚCIE! MOGLIBY REZERWACJE ZACZĄĆ PRZYJMOWAĆ! EEEEHHHEHEHEH” (i mogliby wywiesić ostrzeżenie, że tam się stołują takie indywidua jak ty, żeby mi nie przyszło do głowy przyjść coś zjeść).

W rezultacie wyszłam po trzech godzinach w stanie dość jasnego blondu (tego takiego rozjaśnianego w dół). Bardzo śmierdziało, ale efekt fajny.

Wieczorem obejrzeliśmy Marsjanina, bo rzucili w załączeniu do Focusa: no są skróty, ale raczej dość wiernie się trzymają książki (jeden był zgrzyt dość gruby – że śluzę załatał folią). No i już nie uwzględnili tego, jak usmażył Pathfindera, stracił łączność i wjechał w burzę w drodze do MAV-a, z braku czasu. Ale jest jedna scena w momencie, kiedy zaczyna uprawę ziemniaków i potrzebna mu, well, kupa. Więc postanawia odzyskać odchody załogi. Odchody są w woreczkach – na razie wszystko OK, bo toaleta jest próżniowa i pakuje zawartość do zgrabnej paczuszki. Ale na filmie te woreczki są PODPISANE nazwiskami załogantów – oczywiście po to, żeby Mark Watney (znaczy Damon) mógł sobie parsknąć nad jednym woreczkiem „Jezus, Johanssen!” na potrzeby rozbawienia widza. No więc to chyba jest trochę za grubymi nićmi szyte, bo co – wbijaliby osobisty kod w toalecie za każdym razem? Ja wiem, że w niektórych zawodach trzeba się pożegnać z prywatnością i z pewnością do takich zawodów należy astronauta, którego w każdej chwili misji obserwują dziesiątki par oczu. Ale żeby nawet w toalecie w bazie na Marsie?…

Film bardzo w porządku, chociaż trochę za mało specyficznego humoru Marka, to Damon świetnie dobrany (nie wyobrażam sobie nikogo innego). No i bardzo ładne namioty, które robiły za bazę na Marsie – ze Szczecina (nie wiem, czy nie będziemy takiego kupować, bo N. był zafascynowany).

No i śniło mi się, że robiłam sałatkę z przepisu z takiej hiszpańskiej książeczki z przepisami na tapasy… I ta sałatka była z malutkimi żabkami, takimi jeszcze z głową kijanki, zamarynowanymi w słoiku.

Ale po co ten śnieg spadł, to naprawdę nie mam pojęcia.

16 Replies to “O BLOND BESTII I MARSJANINIE”

  1. Ja w kwestii bólów głowy i codzinnej solpadeiny… Polecam wizyte u osteopaty z prawdziwego zdarzenia. Cos co było przez lata „migrenami od zatok” spowodowanymi dwukrotnym złamaniem nosa i krzywą przegrodą (zapraszamy na operacje-inaczej bedzie bolało juz zawsze) okazało sie uciskiem jakiegos lekko wysunietego kregu w karku. Przeszło niemal natychmiast. Z całego serca doradzam sprawdzic.

    • Niewykluczone, bo szyja i ramiona potrafią na zmianę sztywnieć albo mnie nieźle rypać.
      Ale do lekarzy nie mam zaufania ZA GROSZ. Idzie się do lekarza z bólem oka, a wychodzi bez nerki!…

  2. Z podziękowaniami piszę:)
    Jakiś czas temu pytałam o hotele w Madrycie. Wybrałam „Miau” – genialna lokalizacja! W połączeniu z bliskością „Lacona” po prostu GENIALNA. Mąż oszalał na punkcie flaczków z ciecierzycą. A na następny, krótszy wypad przeniesiemy się na drugą stronę ulicy, do Alicji:)

  3. Przychodzi mi do głowy jeden powód, dla którego na Marsie kupa powinna być z autografem. No bo gdyby komuś się na przykład umarło, to taką paczuszkę po denacie można by poddać analizie laboratoryjnej. W kupie bowiem nie tylko raźniej, ale i jaśniej. W sensie, że podobno zawiera różne informacje, mogące rzucić światło na przyczynę zgonu na przykład. Tak przynajmniej zapamiętałam z któregoś odcinka „Scrubs”.

    Pomogły Ci te pejzaże na włosach? Bo coś długi ten luty i ja też mam już dość, choć gdybym miała się zdecydować na zabieg fryzjerski, to chyba poprosiłabym o radykalne cięcie, razem z głową.

    • A wiesz, że pomogło? Ale może to dlatego, że ten blond. Blondynki ogólnie mają w życiu lepiej.

      Drugi temat: ależ ja OCZYWIŚCIE nie zamierzam underestimate the importance of kupa. NIGDY! Kupa jest bardzo istotnym źródłem informacji (i życia, jak się okazało na Marsie), chodzi mi o techniczny wymiar podpisywania woreczków. No bo jeśli toaleta jest jedna i od razu wywala woreczek na zewnątrz, to nie sam sprawca go podpisuje, tylko musi jakiś automat. Czyli on się musi jakoś uwierzytelnić, zanim usiądzie. WYOBRAŻASZ TO SOBIE?…

      • No właśnie „Marsjanin” tak na mnie wpłynął, że zaczęłam sobie bardzo dużo rzeczy wyobrażać, i wręcz ciężko mi przestać. Zobacz: toaleta mogłaby mieć wbudowaną wagę, rozpoznającą astronautę zwyczajnie po masie. Oni wszyscy mieli ściśle wyznaczone racje żywnościowe, więc teoretycznie nie powinni chudnąć ani tyć podczas misji. Albo na klapie od sedesu mógłby być czytnik linii papilarnych i dopóki nie zeskanujesz palca, to nie usiądziesz.
        Ale wersja z wagą chyba fajniejsza – siadasz, kibelek robi „ti-tum-pi-pi-pirlu-tiii-diii”, albo jakąś inną muzyczkę obowiązkowo towarzyszącą wszystkim obliczeniom w kosmosie, i z głębi muszli dobiega nagle: „Witaj, Barbarello. Miłego, nieskomplikowango pobytu”, czy coś.
        (Tak, ja też uważam, że zmarnowałam sobie życie nie wysyłając CV do NASA).

        • Wcale nie musiałby czytać linii papilarnych, wystarczyłoby żeby odczytywał kształt tyłka.
          Mama Sylwestra Stallone wróży ludziom z kształtu dupy. To się nazywa rumpologia. To co, NASA nie wbuduje modułu rumpologicznego do sedesu?…

          • Spejslatryna z horoskopem!
            „Układ Deimos i Phobos jest dziś dla ciebie niekorzystny. Strzeż się burzy piaskowej i unikaj liofilizowanej marchewki”.

          • ale jaka nieważkość! przecież stacja była na marsie, więc i grawitację tam mieli.

            odchodząc od tematu, mnie się najbardziej podobało, jak Mark narzekał na dostępny wybór muzyki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*