O TYM, ŻE SIĘ NIE OCIEPLIŁO

Obiecałam, że jak się nie ociepli, to oszaleję. Nie ociepliło się, a nocami znowu przymrozki – akurat zaczęła kwitnąć rajska jabłonka, biedulka. 

Mangusta była u fryzjera i wygląda ślicznie (chociaż ona zawsze wygląda ślicznie). Najlepsze było, jak wróciliśmy po psa do zakładu fryzjerskiego – a psa nie ma. W psich boksach jej nie ma, na stole nie ma, może gdzieś na zapleczu zamknięta? A pani fryzjerka na to:

– Mangusta, jako pies myśliwski, od razu jak ją zestawiłyśmy ze stołu, weszła pod kanapę.

Faktycznie, w kącie stoi mała, niska kanapa – nie sądziłam, że coś większego od świnki morskiej mogłoby tam wleźć. Ale podeszłam i wołam Mangustę i za moment pod kanapą pojawia się nosek, który chwilę powęszył, a za noskiem – reszta Mangusty. W dodatku obrażona na mnie, bo to JA ją przyprowadziłam do tego miejsca kaźni, więc pobiegła się przytulić do pańcia. Robiła mi wyrzuty przez całe popołudnie i zjadła obiad z wielką łaską, ale już jest dobrze. 

Mam takie jedne domowe spodnie – najzwyklejsze szare dresowe – które mają moc przyciągania plam i jak tylko je założę, to zaraz jestem w czymś upaprana. Rzadko kiedy noszę je dłużej, niż jeden dzień, bo od razu nadają się do prania. Wyciągnęłam je dwa dni temu, żeby się przekonać, czy to nadal działa – wieczorem miałam na nich plamy z krwi N. (kroił sobie pomidorka świeżo naostrzonym nożem, więc musiałam biec z plastrem) oraz sos z pieczarek. Te portki chyba są centrum jakiejś anomalii grawitacyjnej, która przyciąga wszystkie brudzące świństwa. Bo innego wytłumaczenia nie widzę.

Nie mam siły pisać o Łukaszu Litewce. Mózg mi nie przyswaja tej informacji. Jedyne, co mogę zrobić, to pomagać dalej – małym, lokalnych organizacjom, bo takie mają najtrudniej. 

Świat od czasu do czasu lubi przypomnieć, że nie jest miłym, bezpiecznym miejscem.

O PIĘKNYCH BUTELKACH I MARTWYM ROBAKU

Jak się nie ociepli, to zwariuję. A na razie – z tego, co mi podpowiada prognoza pogody – się nie ociepli. A zatem.

Tydzień był w sumie okropny, bo zmarł nasz sąsiad – N. zawsze powtarzał, że anioł stróż całej okolicy. Co prawda miał 92 lata, ale dla młodego człowieka wiek nie jest jakimś wyznacznikiem. Naprawdę uroczy człowiek, wszyscy w okolicy go lubili, a jak przeklinał pod nosem! To znaczy – jemu się wydawało, że pod nosem, bo już był nieco głuchy, więc jak wychodziłam z Mangustą na toaletę, to niejednokrotnie miałam okazję posłuchać pięknych wiązanek, dochodzących zza płota. 

No i znowu trzeba było iść na pogrzeb; ostatnio mam wrażenie, że najczęściej ze wszystkiego bywam na pogrzebach.

W dodatku w tygodniu, tak dla rozruszania synaps, kliknęłam na ulubione forum, a tam zagadnienie „Poszłybyście na grób wroga?”. Interesujące. Wysyłam koleżankom w celu wymiany poglądów, a jedna pyta – „Zatańczyć?”. Co to, to nie – boli mnie kręgosłup i wszystkie stawy. Ergo – powinnam pić kolagen (niestety, podobno ten pitny działa lepiej, niż tabletki, a w płynie jest wstrętny, chociaż niby smakowy). Tylko żeby pić regularnie, to trzeba pamiętać, a ja zapominam brać tabletek wspomagających pamięć. No i tak to się kręci.

W weekend byliśmy z wizytą w pracowni malarza pejzażysty. Wszystko przez to, że N. wylicytował pejzaż na WOŚP, a wizyta w pracowni była included. Ponieważ niezbyt tak z pustymi rękoma, to zabrał jako gościniec wino z Moraw, bo tam wszyscy robią wino i mają swoje piwnice (czyli bodegi). Bardzo lubię Czechy, ale akurat wino wychodzi im takie… no, do gotowania gulaszu, powiedziałabym. No ale malarz to wino dostał, oprowadził nas po pracowni, powyciągał z zakamarków pejzaże miejskie (chociaż mnie się najbardziej podobały trzciny na tle jeziora). No i po południu nastąpiły SMS-owe uprzejmości, podziękowania za wizytę, na co odpowiedział „Dziękuję za wino – piękne butelki”.

Śmiałam się z godzinę. Bardzo to było miłe i dyplomatyczne z jego strony – wino co prawda raczej do czyszczenia pędzli, ale przynajmniej PIĘKNE BUTELKI.

Znalazłam (właściwie – samo się znalazło, bo rolka mi się wyświetliła) ćwiczenie na ból pleców i wzmocnienie mięśni brzucha – czyli akurat dla mnie (wydaję odgłosy zranionego niedźwiedzia, jak mam się schylić, zwłaszcza rano). Ćwiczenie nazywa się przepięknie – „martwy robak” – leży się na plecach z ugiętymi kończynami i prostuje na zmianę przeciwległą nogę i rękę. N. podchwycił temat i co pół godziny mnie pyta, czy już robiłam martwego robaka. No i jednego popołudnia mu powiedziałam, że OWSZEM – dwie godziny robiłam martwego robaka na kanapie pod kocem. Ale takiego CAŁKIEM martwego, co już niczym nie rusza. Bo już mnie zdenerwował. Na aktywność fizyczną to ja muszę mieć NASTRÓJ, a nie tak, że się mnie popędza (nawet na aktywność typu martwy robak).

Dobra wiadomość jest taka, że ten biedny wieloryb, który utknął na mieliźnie w Bałtyku, podobno dał radę się uwolnić i wypłynął na głębsze morze. Bardzo mu kibicowałam.

A druga dobra wiadomość jest taka, że pierwszego maja Netflix wrzuca „30 Rock”! Już się nie mogę doczekać. 

O KIEŁBASIE Z KISZECZKI I ZIMNIE

Mam nadzieję, że u wszystkich święta były sympatyczne i wielkanocne zajączki nie pogryzły wielkanocnych kurczaczków – i vice versa. 

Osobiście mam wrażenie, że przez całe święta w kółko jadłam białą kiełbasę. Nie lubię białej kiełbasy, ale wspólnik N. powiedział, że ma taki sklep, gdzie jest ZNAKOMITA, a sklep nazywa się „Kiszeczka”, a w dodatku kiełbaski stamtąd są cienkie (gruba biała kiełbasa jest dla mnie nie do przejścia). I tą nazwą sklepu mnie zmiękczył, bo normalnie próbuję ograniczać zakupy spożywcze, a wędlin zwłaszcza. No ale N. jak to N. – zamiast kupić kilka, górą dziesięć, kupił CAŁĄ PACZKĘ. Nie wiem ile tam było tych kiełbasek, wydaje mi się, że jakieś czterdzieści tysięcy sztuk. Bo jadłam je na śniadanie z cebulką i na obiad w ciemnym piwie i jeszcze zamroziliśmy. 

Mam nadzieję, że do przyszłych świąt mam spokój z białą kiełbasą.

A na dodatek rozmaśliłam jajko przy wyjmowaniu z opakowania i musiałam wykąpać pozostałe 11 sztuk (N. kupił pojemniki na jajka na 12 sztuk i stał się czarnym charakterem dla sprzedawców jajek na naszym lokalnym ryneczku, bo oni się przyzwyczaili sprzedawać po dziesięć i mają problemy z tabliczką mnożenia, zwłaszcza po przecinku, jak jajko jest wycenione w ułamkach, no w każdym razie przy wydawaniu reszty dzieją się rzeczy niestworzone, a jedna pani prawie wpada w histerię). Wszystko przez rolnika ciemiężcę, który nie dostarcza kurom wystarczającej ilości wapna; w razie czego mogę je reprezentować w sądzie jako oskarżyciel posiłkowy, bo nie lubię kontaktu bezpośredniego z surowym jajkiem.

Dziś rano znowu był przymrozek, i to taki fest – nie tam, że zero; wyszłyśmy z Mangustą i OD RAZU z tego zimna łupnęło mnie w kolanach (coraz lepiej). A Mangusta popatrzyła na mnie z pytaniem, jak ja sobie wyobrażam, że ona ma robić siusiu w takich warunkach? I ja nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć! A żeby było całkiem zabawnie, to piec wyłączył nam w nocy ogrzewanie, bo on już jest w trybie wiosna. JA TEŻ JESTEM W TRYBIE WIOSNA – kupiłam sobie (wiem, wiem, miałam nie kupować ciuchów) spodnie „Love and Roses” we WSZYSTKICH możliwych kolorach i chcę je nosić! A nie znowu polarowe spodnie i bluzy! 

Oglądam „Kobiety niedoskonałe”, N. się ze mnie nabija, i trochę ma rację, bo to żadne arcydzieło, ale jest Elizabeth Moss, i akurat jak się wciągnęłam, to okazało się, że nie ma następnego odcinka i trzeba czekać tydzień! No ludzie kochani, za tydzień to ja zapomnę, że w ogóle jest taki serial, a co dopiero imiona bohaterek i dotychczasowe wątki. Jak tak można, jak w epoce kamienia łupanego!…

PS. Bym zupełnie zapomniała – spełniłam swoje marzenie! Kopałam hulajnogę elektryczną, porzuconą na chodniku – feels FANTASTIC 🙂

O MISJI ATREMIS

Spodobała mi się wielkanocna reklama jednej cukierni, która brzmiała „W każdą babę wkładamy serce”. Wysłałam ją koleżankom, a jedna z nich na to: „Dobrze, że nie co innego”.

Z kolei załoga misji Artemis zaraz po starcie zatkała toaletę na statku kosmicznym. N. mówi, że podobno kosztowała 27 milionów dolarów (a ja narzekałam, że remont naszej łazienki był drogi). Gdzie jest Howard Wolowitz, kiedy go potrzebujemy? Co prawda, taki start rakiety to jest bardzo stresujące wydarzenie i nie dziwię się załodze, że od razu musiała, hm… odreagować. Ale już ją odetkali i nie muszą korzystać z foliowych woreczków, jak załoga Apollo.

W związku z powyższym – Wesołych Świąt! Relaksu, odpoczynku oraz niech nam majonez lekkim będzie. Żeby znowu większych spodni nie trzeba było kupować.