O POWOLNYCH POSTĘPACH

Dziękuję za życzenia – wszyscy pamiętali, oprócz mnie. Coraz lepiej. Ten kwas foliowy, co sobie kupiłam i leży, to jednak powinnam regularnie zażywać.

Kluczowa płytka przyjechała i zaczęło się układanie podłogi… i trwa układanie podłogi. Ta łazienka jest spora, ale nie ma trzystu metrów, a układanie podłogi trwa. Nie wiem, czy mozaiki w Pompejach nie były układane szybciej – mimo, ze nasza płytka jest dość wyraźnie WIĘKSZA. Nie wiem co będzie, drogi Pamiętniczku, chociaż z drugiej strony ciotka mnie pociesza, że u jednej takiej ułożyli płytki szybko i one teraz odpadają. No wszystko pięknie, ale ja już bym chciała żyć bez kurzu i czarnej folii, a nieco bardziej z dostępem do prysznica (i pralki).

Czytałam ostatnio wątek na Reddicie – lekarze opowiadali o najgłupszych rozmowach z pacjentami. Ponieważ mam wrażenie, że ludzka głupota gęstnieje z roku na rok i otacza nas coraz szczelniej – to się tym wątkiem delektowałam. Lekarze i pielęgniarki licytowali się, które z nich odbierało więcej porodów dziewic (jedna nastolatka stwierdziła, że niemożliwe, aby była w ciąży, bo przecież jej chłopakowi nie odpadł penis – obydwoje byli pewni, że dzieci biorą się z zagnieżdżenia odpadniętego penisa w macicy) albo ilu cukrzyków z amputowanymi stopami zamawiało do szpitala smażone przekąski i piło trzy dwulitrowe butelki Montain Dew dziennie (leżąc w szpitalu po amputacji / wybudzeniu ze śpiączki cukrzycowej). To wszystko jednak nic – moim zdaniem wygrał jeden okulista. Otóż przyszedł do niego pacjent, który od kilkunastu dni nie mógł wyleczyć infekcji oka. Lekarz zapytał, czy na pewno wpuszcza krople do WŁAŚCIWEGO oka. OTÓŻ – okazało się, że pacjent stwierdził, że skoro jest leworęczny i rzuca piłkę lewą ręką, to jego lewe oko to w rzeczywistości prawe oko! Więc wpuszczał krople do prawego. Mimo, że infekcję miał w lewym. Bo przecież jego lewe jest prawe. Okulista napisał, że tłumaczył mu pół godziny, ale poległ. Nie dało się przebić przez mur argumentacji.

No i przeczytałam tę „Jazdę” Muriel Spark – trochę nie rozumiem, dlaczego uchodzi za eksperymentalna i rewolucyjną, no ale pierwszy raz została wydana w 1970 roku. Na pewno jest intrygująca, tak jak są intrygujące zagadki true crime o kobietach, które zaginęły, a wcześniej zachowywały się dziwnie albo irracjonalnie. I zazdroszczę tym, którzy piszą w recenzjach, że zakończenie wszystko domknęło i wyjaśniło – może jestem wyjątkowo tępa, bo nadal nie rozumiem, dlaczego.

Za to wciągnął mnie z kopytami norweski serial „Pernille” na Netflixie. Dobrze, że jest pięć sezonów (chociaż dramatycznie krótkich – ZA MOICH CZASÓW jeden sezon serialu miał 20 – 24 odcinki! A tu po sześć!), bo strasznie, strasznie podoba mi się patrzenie na norweskie życie (chociaż niektórych przedstawicieli norweskiej młodzieży bym pokroiła krajalnicą do jajek na plasterki). A jak się panie ubrały w narodowe stroje z okazji 17 maja, to uschłam z zazdrości – PRZEPIĘKNE mają te kiecki z białymi, krochmalonymi bluzkami. Zostało mi pięć odcinków i będę bardzo tęsknić.

Czy w tym porąbanym kraju kiedyś w końcu przestanie WIAĆ? Bo jestem już na samym końcu skraju wytrzymałości.

O KLUCZOWEJ PŁYTCE I PEDRO PASCALU

Drogi Pamiętniczku, w poprzedniej notce zapomniałam o najlepszym! Jak ten facet, co chodził do psychiatry, bo zjadał całą filiżankę po kawie, ale zostawiał uszko, a ono jest przecież najlepsze. No więc zapomniałam o naszej rocznicy ślubu! Tradycyjnie, chciałoby się rzec, bo nie pierwszy raz. Ja w ogóle zapominam o urodzinach, imieninach (kto jeszcze obchodzi imieniny? kaman!), a N. pamięta i mi WYPOMINA. Do czego to podobne, zwykle to kobieta jest jak chodzący kalendarz z kukułką i składa życzenia i ogólnie jest na bieżąco, a u nas ODWROTNIE. No więc zapomniałam, N. mi złośliwie przypomniał, wtopa straszna, tym bardziej, że rocznica OKRĄGŁA dwudziesta (co?… KTÓRA??? Dlaczego? Kiedy to minęło? SKĄD NAGLE TYLE LAT??? AAAAA!…).

Zresztą i tak chwilowo mamy ograniczone pole manewru, bo ten remont (znaczy – na razie malownicza ruina, fachowiec sobie pojechał na długi weekend, bo i tak nie ma jakiejś jednej ARCYWAŻNEJ płytki, od której on musi zacząć, bo jak nie, to dupa zbita i nic nie wyjdzie, a płytka będzie w poniedziałek – o ile dojedzie, no bo ten co ją przywozi pewnie też ma długi weekend, a w długi weekend gospodarka stoi) (a ja zwariuję).

W związku z czym przyjechał facet po kontener, w którym spoczywała (w pokoju) nasza łazienka rozbita na fragmenty. Czyniłam honory domu i wpuszczałam pana na teren posesji, za co pan nagrodził mnie, wysiadając z kabiny, okazaniem pośladków. No – nie całych, w zasadzie tylko górnej części. I przedziałka. Totalnie nie byłam na to przygotowana i część dnia spędziłam później na rozważaniach filozoficznych – mój Boże, człowiek wstaje rano, niczego się nie spodziewając, a tu życie ma dla niego cudze męskie pośladki z zaskoczenia! No naprawdę.

Jednak życie pełne jest zasadzek i znienacków.

Czytam naprawdę dobry japoński kryminał „Podejrzany X”. Najlepsze, że od początku wiemy kto zabił, a i tak książka jest niesamowicie wciągająca i zdecydowanie zamierzam kupić kolejną tego autora. 

Reasumując – dalszy rozwój wydarzeń zależy od przyjazdu płytki. Stay tuned for the next episode.

PS. Dokonałam odkrycia – włączyłam sobie jakiś późny odcinek „Mentalista” dla odprężenia, a tu agentka Lisbon ma romans z Pedro Pascalem! Jeszcze bez zarostu, zanim został bożyszczem. I na dodatek ZOSTAWIA GO dla Mentalisty! Ja bardzo lubię Simona Bakera, naprawdę, ale dziś – nie do pomyślenia, żeby jakaś kobieta dobrowolnie zostawiła Pedro Pascala, nawet agentka. No chyba, że mimo zniewalającego uśmiechu jest padalcem, ale na pierwszy rzut oka – nie wygląda.

O TYM, ŻE NA BRAK ATRAKCJI NIE NARZEKAM

Bardzo klimatycznie się mieszka w domu, który wygląda jak plan horroru. Z mebli zwisają czarne draperie (folia malarska, ale nie bądźmy drobiazgowi), pomieszczenia zamknięte na klucz, do których nie można wchodzić („Lepiej nie oglądaj teraz łazienki, bo będziesz płakać”), wszędzie kurz i brakuje jeszcze tylko bujanego fotela w kacie, który się w nocy kołysze i siedzi w nim staruszka w czarnej sukni i bez twarzy. Kąpać się jeżdżę do ciotki, która wyjechała na wakacje, więc jak czekam na pranie, to sobie czytam książki z lat 90-tych – powieści Judith Krantz ma cały komplet. O święty Frumencjuszu, jaka to jest wspaniała szmira. No ale człowiek z nostalgią pamięta, jak się z wypiekami na policzkach czytało o tych wyższych sferach, podczas gdy osobisty luksus polegał na tym, że się miało aż dwie bluzy z Hofflandu – turkusową i różową – bo na szczęście matka pracowała naprzeciwko i widziała, kiedy coś rzucili. 

Żeby nie było zbyt monotonnie, to Mangusta skończyła dwa latka i pochorowała się CO DO DNIA. Jednego dnia rzyganie, więc zastrzyki i tabletki, a później zaczęła się ślinić. I to było takie okropne, chyba gorsze niż wymioty – widać, że jej niedobrze, nie może sobie znaleźć miejsca, tylko się kręci i siada w różnych miejscach, a z paszczy jej kapie ślina. O mało nie zwariowałam z tego wszystkiego, dopóki nie odstawiłam jej tabletki na refluks – i przeszło. Jak widać – urodziny obeszliśmy hucznie i z efektami specjalnymi. Ja się nie nadaję na psie choroby – od razu robi się ze mnie nerwica najeżona drutem kolczastym i mam ochotę wszystkich bić po łbach łopatą. Oczywiście już zdążyłam sobie wkręcić, że Mangusta zjadła jakieś chemikalia i każdy rozsądny weterynarz powinien NATYCHMIAST zrobić jej płukanie żołądka i chelację, a może nawet dializę, a oni nic, tylko jej wkładają termometr do tyłka i psina się dodatkowo stresuje. Moja teoria miała tylko jedną maleńką lukę – mianowicie brak ewentualnych chemikaliów, które mogła zjeść, bo w remoncie jesteśmy na etapie płyt gipsowo – kartonowych, nawet jeszcze klej się nie pojawił. WOLAŁABYM, ŻEBY JUŻ SIĘ POJAWIŁ, bo mój układ nerwowy składa się ze strzępów i frędzli i w kwestii łazienki jestem coraz bardziej gotowa na PLAN B – w zasadzie wystarczy mi sedes i wąż z wodą. W dupie mam półkę – wnękę na szampon pod prysznicem, naprawdę. 

Żeby nie było całkiem na minusie, to przeczytałam naprawdę dobrą książkę – „Goście weselni”. Dawno nie czytałam wciągającej obyczajówki – zasadniczo po trzech stronach człowiek już wie, czym to się skończy i trochę na siłę przewraca się kolejne kartki, dialogi są beznadziejne, a bohaterowie wycięci z tektury. A ta jest naprawdę, naprawdę niezła. W zasadzie mam tylko jedno zastrzeżenie – jak wykształcona kobieta, wykładowczyni na uniwersytecie (co prawda literatury, ale zawsze) może planować samobójstwo poprzez otrucie się tabletkami dla kota w liczbie sztuk 11? W dodatku o smaku tuńczyka. No więc – to jedno, ale reszta – bardzo mi się podobała. I przez tę książkę zabrałam od ciotki (znaczy pożyczyłam) „Wiek niewinności” Edith Wharton, bo mi narobiła apetytu na literaturę wiktoriańską (główna bohaterka pisze doktorat z Jane Eyre, ale nie może skończyć).

I to tyle u nas. Nie mamy łazienki, ale  za to mamy kontener z gruzem w ogródku. Wolałabym na odwrót.

O TYM, ŻE REMONT

I oto nadszedł Ten Dzień…

Że zadzwonił pan od remontu łazienki i powiedział „W poniedziałek jestem”. Czekaliśmy od początku roku na to hasło i miło, że pan znalazł czas, z tym, że poinformował nas o tym w piątek, kiedy to byliśmy nad morzem. Więc wróciliśmy w niedzielę skołowani i pakowaliśmy łazienkę i przenosiliśmy do pokoju naprzeciwko (to znaczy – to, co się dało, bo na przykład prysznica nie). 

No i od rana mam galopujące myśli, że po co mi to było i jak damy radę funkcjonować, ale tłumaczę sobie, że nie takie rzeczy ludzie przeżyli (i przeżywają), a jedna trzecia łazienki była zajęta przez nieużywaną wannę, z której korzystały tylko pająki i musiałam je wynosić. I różne rzeczy się popsuły i zostały wybite dziury i nie wyglądało to najestetyczniej. Więc po prostu JUŻ BYŁO TRZEBA. Ale i tak nerwy, no bo kto lubi remonty? (oprócz firm remontowych, oczywiście). 

A nad morzem mieliśmy super pogodę, bardzo ciepło i fajnie, przerywane nagłymi ulewami. Ale to TAKIMI, że żaden parasol nie pomagał, a wycieraczki nie nadążały zgarniać wody z przedniej szyby. Jedna taka złapała nas wieczorem na plaży i CAŁE SZCZĘŚCIE, że udało się zaparkować w plażowym barze, chociaż zasadniczo nie jestem zwolenniczką takich miejsc, to ten uratował nas od przemoknięcia do samych gaci. Najgorzej, że to takie „O patrz, chmura, myślisz, że będzie pa…” – i człowiek nie zdąży skończyć zdania, a z nieba lecą WIADRA WODY. Ulewy napadowe. Jak moja pamięć.

N. zabrał mnie na wycieczkę do Międzyzdrojów i jak wyszliśmy na deptak z widokiem na molo, to od razu miałam takie „AAAA wszyscy umrzemy!”… Ludzi był MILIARD na centymetr kwadratowy, a przecież jeszcze nawet oficjalnie nie ma wakacji! Skąd tyle młodzieży szkolnej – wszyscy mają edukację domową? No i molo w Międzyzdrojach to nie jest żadne molo, tylko nieporozumienie. Co to za molo, z którego nie widać morza? I na które, na dobrą sprawę, nie da się WEJŚĆ? Na pewno nie z małym psem, którego natychmiast rozdepczą. 

Na tym tle Kamień Pomorski to był cud świata. Małe miasteczko z naprawdę europejską mariną, długim mostem do pieszych wędrówek i bardzo ładnym urzędem miasta z podcieniami. Usiadłyśmy tam z Mangustą, żeby zwierza napoić (akurat świeciło słońce, chmury dopiero się pokazały na horyzoncie), z Urzędu wyszła bardzo miła pani urzędniczka i chciała się z Mangustą przywitać. Ale się nie dało, bo Mangusta odpaliła syrenę i zaczęła się DRZEĆ. I tak nie doszło do zacieśnienia kontaktów, a miłą panią z UM Kamień Pomorski bardzo przepraszam – na miejscu się nie dało, bo nic nie było słychać. I serdecznie pozdrawiam. 

Żarty żartami, ale Mangusta się potwornie wydziera na ludzi i nie mam pojęcia, jak sobie z tym poradzić. Jak nic musimy się wybrać do behawiorysty, bo w końcu coś złego się stanie, a na pewno ja ogłuchnę, bo głosik to ona ma donośny, jak nie wiem co. A już najgorzej, że rzuca się z wrzaskiem na duże psy – większość jest na smyczy albo patrzy z politowaniem na mały rozdarty zwitek kłaków, ale jak trafi się równie nerwowy osobnik?… Nie chcę nawet o tym myśleć.

Taki mam problem wychowawczy do rozwiązania, o. 

Plus remont łazienki.

Chwilowo jestem w nastroju mało przysiadalnym.

O TWARDEJ RZECZYWISTOŚCI, ŚLIMAKU I KSIĄŻKACH

No i teraz co?

Teraz wszyscy będą żyli dalej (z wyjątkiem tych, którzy nie, bo takie są smutne prawa natury). Zdenerwowałam się oczywiście, jak większość ludzi, którzy przeczytali przez ostatni miesiąc coś więcej, niż pasek w TV Republika. Ale czas zająć się życiem. Na zielone dużo patrzeć, to podobno uspokaja. I wąchanie psa (czy ja jestem jakaś NIENORMALNA, że uwielbiam zapach śpiącego psa? Zwłaszcza jak w nocy mnie budzą koszmary i jakieś paskudztwa – wystarczy pogłaskać Mangustę i powąchać i wszystko się wycisza i uspokaja).

W ramach dysocjacji od rzeczywistości zamówiłam w Bonito przesyłeczkę (czy na półce leży sterta książek do przeczytania? NO BA, ale jak tu nie kupować książek w TAKICH OKOLICZNOŚCIACH?). Padło między innymi na drugi tom opowiadań Kuttnera, „Jazdę” Muriel Spark, no i „Kandydata” Żulczyka, bo N. sobie zażyczył. Będę relacjonować. 

Będąc na toalecie z Mangustą, rozdeptałam ślimaka i miałam doła przez dwa dni, bo przeczytałam, że te małe prążkowane dranie żyją nawet osiem lat! Może i żyją, ale instynktu zachowawczego nie mają ZA GROSZ. Mają trawnik, mają zarośla pod płotem – nie, muszą wyłazić na ścieżkę! Po co one łażą po bruku, żeby się w brzuch się podrapać? To chyba właściwie nawet nie jest ich brzuch, tylko stopa. Może to jakieś niezrównoważone osobniki, uzależnione od adrenaliny. No dobrze, ale ja mam później wyrzuty sumienia. I patrzę pod nogi, ale jednocześnie muszę patrzeć, czy Mangusta nie spożywa czegoś nielegalnego, w dodatku mam krótki wzrok i właśnie mi się przypomniało, że muszę zamówić szkła. Czyli nie dość, że jestem ślepa, to mam galopującą sklerozę. Która czasem jest fajna, bo odkryłam kilka dni temu bardzo wygodne cienkie dżinsy w gumkę, o których zapomniałam, że je mam. Właściwie to o czym ja chciałam powiedzieć?… 

Chyba już zapomniałam. (Jak dzwonię czasem do N., żeby mu coś powiedzieć i on odbierze później, niż po trzecim sygnale, to już się raczej nie dowie, bo zapomniałam. TRZEBA BYŁO ODBIERAĆ SZYBCIEJ).

Idę pooglądać kolorowe spodnie w Etam. Co prawda są piżamowe, ale w obłędnych kolorach i z ładnej wiskozy i ja je później noszę latem jako normalne spodnie i nikt mnie jeszcze nie aresztował (NA RAZIE). NIe będę ograniczać konsumpcji i śladu węglowego dla młodego pokolenia, które głosuje na Mentzena – co to, to nie.