O RAJSTOPACH… ZASADNICZO

Po pierwsze – mam doła, jak zwykle co roku o tej porze, oczywiście przez palce mi nie przejdzie prawdziwy powód, więc ustalmy, że mam doła bo mi zimno w stopy od rana do wieczora. No.

Po drugie – na dodatek do doła muszę kupić cienkie rajstopy na wesele, pierwszy raz od nie pamiętam jak dawna! Niestety, nie jestem pancerną celebrytką odporną na mróz i słotę i raczej nie dam rady  w październiku świecić gołymi nogami wymalowanymi na brązowo. KIEDYŚ cienkie rajstopy to była moja CODZIENNOŚĆ – wiem, to straszne. No w każdym razie byłam oblatana w denach i kolorach, a teraz chciałam kupić przez internet, ale wszystkie wydają mi się ŻÓŁTE. A jeszcze jak trafię na świecące… Więc po prostu muszę się wybrać do sklepu istniejącego fizycznie z towarem na półkach. A tak się cieszyłam, że cienkie rajstopy należą już do przeszłości!

Nawet zakończenie bajek bym zmieniła. Po „I żyli długo i szczęśliwie” dopisałabym „i królewna już nigdy nie musiała nosić cienkich rajstop. Królewicz też nie. No chyba, że akurat miał ochotę – to wtedy mógł, bo na tym polegają prawa człowieka i równouprawnienie”.

Gdybym kogoś w najbliższych dniach zablokowała na fejsbuku, to dlatego, że napisał zbyt radosnego i pozytywnego posta afirmującego pozytywne myślenie. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.

O FRUWAJĄCYCH NIESPODZIANKACH

No więc z większych wydarzeń to miałam motylki. Niestety nie w brzuchu – chociaż właściwie może i stety, bo jak osoba z moim cynicznym i nihilistycznym podejściem do świata oraz nieuleczalnym Syndromem Kłapouchego ma motylki w brzuchu, to najpewniej motylica wątrobowa. Ewentualnie jeszcze mogłam zeżreć coś z dużą ilością laktozy. W każdym razie nic miłego.

Motylki otóż były w ryżu, chociaż po analizie ogniskiem zapalnym okazała się mąka migdałowa (z super hiper eko sklepu). W każdym razie – znowu sprzątanie szafki, wyrzucanie wszystkiego co odpakowane – dobrze, że nie mam jakichś specjalnych zapasów, fuj, obrzydlistwo. I żadnej pewności, że się tego pozbyłam na dobre (raczej nie wlazły do nieodpakowanych torebek z marynatami i przyprawami, chociaż KTO JE TAM WIE). 

I nauczka na przyszłość, żeby się nie samooszukiwać w pewnych kwestiach, bo mąka migdałowa była kupiona na ciastka, które N. uwielbia i pożera całymi metrami w Hiszpanii, nazywają się almendrados. Coś jak nasze kokosanki, tylko z mielonymi migdałami zamiast wiórków kokosowych. Przepis jest nieskomplikowany i w przypływie jakiegoś totalnego szaleństwa postanowiłam je ZROBIĆ W DOMU. I kupiłam te migdały w proszku, ale w międzyczasie szaleństwo mi przeszło. No to za karę miałam mole w szafce.

Matkę oszukasz, ojca oszukasz, ale moli żywnościowych nie oszukasz, że tak pozwolę sobie zacytować klasyka gatunku.

A czytam aktualnie „Bognę Tyrmanda” – ze stanowczo za małą zawartością Tyrmanda, ale interesujący obraz tamtych czasów. A skończyłam „Piorun kulisty” – dobrze się czyta, ale nie ma rozmachu „Problemu trzech ciał”. A w kolejce czeka „Szkło i brylanty” – o Gabrieli Zapolskiej, tego autora co pisał o Kossakach. No i na degustację czeka serial netflixowy „Ósma ofiara” – nakręcony w Bilbao, więc muszę obejrzeć KONIECZNIE. Ale bym pojechała do Bilbao.

PS. Oczywiście, że mole spożywcze (albo kuchenne), a nie żywnościowe. W dodatku fachowo się nazywają OMACNICA SPICHRZANKA. Omacnica!…

O TYM, JAK DOSTAŁAM SERIALEM PO GŁOWIE

Wyznam od razu, że od dnia premiery czaiłam się na „Czarnobyl”. Z drugiej strony – zdawałam sobie sprawę, w jak nędznej kondycji psychicznej jestem, a to nie jest łatwy temat. To nie jest zazdrosna żona i kochanka, tylko rozpierdolony reaktor atomowy – więc zapadła decyzja, że po powrocie z urlopu. Wrócę naładowana endorfinami, więc dam radę. Poza tym na pewno temat został sfabularyzowany, bo przecież nie da się tego pokazać tak DOSŁOWNIE.

Więc wróciłam i obejrzałam i powiem tylko tyle: O KURWA MAĆ. Temat nie został sfabularyzowany. Ani przez moment nie wierzyłam, że uda im się wyjaśnić przyczyny katastrofy od strony technicznej – artykuły mają po kilkanaście stron, w najlepszym przypadku – a jednak. Po prostu przez dwa dni chodziłam odłączona od rzeczywistości, tak dostałam po głowie.

Oczywiście są odstępstwa od rzeczywistości – nigdy z reaktora nie leciał czarny dym, a sam ogień gaszony przez biednych strażaków był nieduży. Helikopter spadł kilka tygodni później. Legasow miał żonę i syna, i cały sztab naukowców – pomocników na miejscu. Nikt z mostu w Prypeci nie dostał ostrej choroby popromiennej w pierwszych godzinach po wypadku, a Briuchanow nie był partyjną bezduszną świnią i doprowadził do ewakuacji miasta w niecałe dwa dni. Ale to są detale, a na dodatek absolutnie wspaniały Jared Harris i Skasgard senior, za którym przepadam za rolę w „River”. A poziom dopracowania szczegółów jest taki, że karetki którymi przewożą ofiary do szpitala są podobno tej samej marki, co wtedy, a scena na dachu ze sprzątaniem grafitu trwa 90 sekund – tyle, ile faktycznie czasu dostały „bioroboty”.

Wcale się nie dziwię, że serial pobił rekordy popularności, chociaż niektórzy chyba nie bardzo zrozumieli, o czym był, bo czytam że lawinowo wzrosła popularność wycieczek do strefy skażenia. Seriously, co jest z ludźmi nie tak?… Nigdy dobrowolnie bym tam nie pojechała, no ale ja z tych, co pili płyn Lugola.

I jak ja się teraz mam zebrać do kupy i nabyć prześcieradło z gumką na wysoki materac? Wszystko mi z rąk leci.

Telefon mi pokazuje, że dziś ciepły dzień, pewnie ostatni w tym roku taki ładny. Naprawdę nie rozumiem, GDZIE i KIEDY minęło całe lato. Ktoś wie?…

O POWROCIE DO BAGIENKA

No i wróciłam, jak ten krzywy patyk z Australii co podobno zawsze wraca. Szczypawka upasiona jak świnka wietnamska, ręce mi opadły i już nie wiem jak z ciotką rozmawiać, żeby jej nie przekarmiała.

Pogoda była taka piękna, że aż się cały czas oglądałam przez ramię, czy ktoś sobie ze mnie żartów nie robi albo co. W całej Hiszpanii gradobicia i burze, a tu takie luksusy. Jak to mówią – i nad twoim podwórkiem ptaszek w końcu się zesra, czyli nawet ja czasem trafiam na pogodę w Galicji. 

Ale i tak wróciliśmy, no bo ile słowiańska dusza może wytrzymać – wybrzeże oceanu, palmy, uśmiechnięci ludzie ubrani jak im wygodnie i bez doczepianych paznokci, ryby i owoce morza, wino i leniwe nicnierobienie. Jeździliśmy po najpiękniejszych plażach świata i po malutkich portowych miasteczkach, N. łowił ryby, a ja raz się dałam namówić na połów kalmarów z łódki (trzeba uważać na ciuchy, bo strzykają atramentem, biedaki). No ale przecież nie da się tak żyć, po pięciu dniach już mi noga podrygiwała. 

W katedrze w Santiago remont w środku, wszystko pozasłaniane, a ludzi tyle, że nie dało się oddychać. Kupiliśmy empanadę i uciekliśmy stamtąd. Empanady zresztą jadłam wszędzie gdzie się dało – z tuńczykiem, z sardynkami, z małżami, z zorzą (czytać CORCA) i nic mi się nie znudziła, ani trochę. Dla mnie – jedno z najlepszych dań świata. 

Na pocieszenie – telewizję mają tak samo głupią, jak nasza. Przez ten tydzień w kółko maglowali króla w szpitalu, relacje z miast przez które przeszły burze z gradem (bardzo dokładne zdjęcia gradu, na zbliżeniach, z linijką) oraz owłosione dzieci. Jakaś firma farmaceutyczna pomyliła syropki na żołądek i na porost włosów, wlali je do flaszek odwrotnie i dzieci zaczęły obrastać czarnymi kudłami na całym ciele jak wilkołaki. U nas na żołądek babcia robiła zielone orzechy włoskie zalewane spirytusem, pomagało w pół minuty i nikt niczym nie porastał (a niektórzy chętnie by się zatruwali codziennie, takie dobre to lekarstwo). 

Wspaniałe jest życie w takich małych miasteczkach, gdzie nic się nie dzieje, wszyscy się znają i widują każdego dnia, a i tak na winie w barze nie mogą się nagadać. Największym wydarzeniem naszego pobytu był jeden barman, który nadział się dłonią na jeżowca, wyjmowali mu kolce w szpitalu i chodził później cały dumny, ze spuchniętą jedną łapą, dwa razy większą niż druga. Oczywiście cały czas pracował za barem i podawał kieliszki palcami jak serdelki.

Aha, i jeszcze po mieście chodził biały kot – pers albo angora, ale ostrzyżony jak pudel – z pomponami na łapach i ogonie. Chyba przyjezdny z jakimiś letnikami, bo wszyscy przysięgali, że nie znają żadnego miejscowego idioty, który by tak kota skrzywdził. 

Jedyne co było uciążliwe, to w miejscu gdzie jest lekko licząc z pięćdziesiąt barów i kawiarni chodziliśmy tylko do dwóch, no góra czterech. Do innych się NIE CHODZI (z wielu skomplikowanych przyczyn). 

No i mieliśmy nadzieję, że chociaż jedną noc spędzimy w Porto, bo Portugalię uwielbiam i też bym pozwiedzała, ale nie, mowy nie ma, nie wypuścili nas do samego dnia wylotu. Tyle że pastel de Belem zjedliśmy i dorsza com natas, bo akurat był daniem dnia w knajpie na lotnisku, ech.

Zatem wróciliśmy do naszego bagienka. Fajnie, że tak ciepło, ale strasznie sucho. NIech popada trochę deszczu, nie będę narzekać, obiecuję.